Dziś parę słów o Matce Bożej z Guadalupe. Bez trudy wynajdziemy wiele informacji o dziwach z nią związanych. Począwszy od Wojtka Cejrowskiego po "Nie do wiary" kończąc. Od lat nabija się nam głowy głupotami o tym obrazie, skąpiąc choćby jednego słowa zdrowego rozsądku. Czy rzeczywiście na meksykańskim obrazie "nie znaleziono żadnych farb, żadnych barwników, ani pozostałości szkicu (nasza-arka.pl)" a "wielu sceptyków i racjonalistów w konfrontacji z faktami, które odkryli, badając święty obraz, odrzuciło swój sceptycyzm i nie wiarę, klękając przed tajemnicą niewidzialnego Boga (opoka.org.pl)"?
Matka Boża z Guadalupe jest XVI wiecznym obrazem, który został przez nią zesłany za pośrednictwem Juan Diego. Jak głosi legenda, prosty chłop Juan Diego Cuauhtlatoatzin miał dostarczyć go w postaci worka kwiatów, aby owe kwiaty same w nadnaturalny sposób utworzyły na tkaninie wizerunek Maryi. Z racji tego iż autorką obrazu jest Matka Boska, żadne katolickie oczy nie potrafią dostrzec w nim zwykłego malowidła. Tęgie umysły patrzą i patrzą i nic. Nie wiadomo jak powstał, a wszystko co z nim związane jest niezwykłe. Tylko boska siła stworzyć mogła takie dzieło.
Wiem, iż poczucie czy coś jest narysowane jest subiektywne. Twierdzę jednak że średnio inteligentne dziecko przy odrobienie chęci dostrzeże, że Guadalupe to najzwyklejszy obraz. Spójrzmy jedynie na górę obrazu. Ponadczasowa Matka Boska namalowała się w konwencji typowej dla okresu i zawiera w sobie rysy XVI wiecznego Meksyku. Postać jest w rzeczywistości zbiorem atrybutów chrześcijańskich i azteckich (bogini matki Tonantzin) namalowanym w typowej kolorystyce (zieleń, błękit) Niepokalanej. Matka Boska albo nie ma talentu do rysowania, albo nie była tak piękna jak o niej mówią. Jej twarz nie znajduje się na środku głowy (A), jest dość mocna przesunięta w prawo. U góry (B) widać zamalowaną koronę, zaś oczy zawierają ordynarnie namalowane kontury (znane na malowidłach, nieznane w naturze) (C). Na lewym policzku Marii widać ewidentnie grubszą warstwę farby tworzącą cień (D). Ciekawym argumentem, iż jest to najzwyklejsze i to nie najlepsze malowidło, są złote pasy biegnące (E). Perspektywa czy jakiekolwiek zagięcia zdają się nie dotyczyć biegnących od głowy do stóp ozdobnych pasów. W konsekwencji wyglądają tak jak wyglądać nie mogą - otóż na całej wysokości mają taką samą szerokość. Cała zaś Najświętsza Panienka pokryte jest gwiazdami (F) i trzeba złej woli, aby nie dostrzec dziecinnej konwencji w której zostały namalowane.
Takich demaskujących niedociągnięć jest na obrazie wiele, polecam zapoznać się z analizą całości postaci w książce "The mystery chronicles" (rozdział: Image of Guadalupe, Myth-perception). Wyniki badań upublicznione 2002 roku przez konserwatora obrazu Jose Rosalesa potwierdziły, iż to nie różami wyręczyła się Maria, lecz musiała zakasać rękawy i wziąć pędzel do ręki. Cały materiał zagruntowany jest siarczanem wapnia i zostało namalowane z użyciem materiałów i metod popularnych w XVI wieku. Zdjęcia w podczerwieni ujawniły również szkic obrazu, wykonany sadzą. Stąd wiemy, że dłonie Matki Bożej z Guadalupe zostały przy malowaniu zmodyfikowane w stosunku do pierwotnych założeń. Odkrycia te nie było zaskoczeniem. Na namalowanie ludzką ręką wskazywano już w czasie pierwszych szczegółowych oględzin obrazu w 1556 roku. Wymieniono nawet potencjalnego autora, indiańskiego malarza Marcos'a Cipaca.
Jeśli istnieją zatem tak przekonujące dowody przeciwko niebiańskiemu pochodzeniu obrazu, dlaczego skądinąd wykształceni ludzie podnosząc coraz nowsze i dziwniejsze argumenty. Zaczynając od tego że jest niezniszczalny, po odpychanie przez niego komary. W latach 20-tych XX wieku w źrenicach Madonny z Guadalupe dostrzeżono kilkoro postaci. Oto te postacie - widzicie prawda? Ja też nie. Na załączonych plamach "eksperci" nie tylko wychwycili 5 ludzkich sylwetek, potrafią nawet odróżnić ich płeć, podać kolor skóry, a nawet wskazać te postacie z imienia i nazwiska!
Legenda o Juan Diego, przesycona motywami ze Starego i Nowego Testamentu, jest w rzeczywistości inną wersją wcześniejszej hiszpańskiej legendy o pastuchu i cudownym posągu Matki Bożej. Z historycznego punktu widzenia wątpliwe jest aby Juan Diego kiedykolwiek istniał. Wątpią w niego nie tyle zatwardziali ateiści, ale i miejscowe kościelne władze i to już od wieków! Pierwsze opowieści o Juan Diego pojawiają się dopiero sto lat po wydarzeniach w których brał udział. Cała historia wygląda na tyle naiwnie, że w XIX wieku, zarówno wśród Meksykańskich historyków jak i biskupów był on postacią czysto mitologiczną. Pod presją wiernych coraz potężniejszych kościołów Ameryki Środkowej, w 1999 roku ta wpół mityczna postać została podniesiona do rangi błogosławionej, aby w 2002 zostać pełnoprawnym świętym. Burze wywołał wówczas sam opat bazyliki w Guadalupe Guillermo Schulenburg, oświadczając iż Juan Diego jest tylko symbolem i nie wierzy aby kiedykolwiek istniał. Tym samym "niezwykle ostry i krytyczny proces kanonizacji", po raz kolejny (patrz św Jerzy od smoka) dopuścił do grona świętych, być może nieistniejącą nigdy osobę.





