27 maja 2012

Co marchew wie o pełni księżyca?

Historia rolnictwa biodynamicznego zaczęła się 13 kilometrów od mojego domu, w miejscowości Koberwitz, dziś Kobierzyce. Na przełomie maja i czerwca roku 1924, do narzekających na nawozy niemieckich rolników przybywa twórca antropozofii Rudolf Steiner. Źródła odnotowują, że wśród 111 słuchaczy jego wykładów było 30 Polaków... i 8 księży. Steiner przekazuje im rolnicze prawdy, o kosmicznych rytmach, duchowych matrycach, biegunach witalności i innych farmazonach, a jego uczniowie niosą te mądrości w świat. W 1930 na bazie tych bezcennych nauk powstaje w Niemczech Stowarzyszenie Rzeszy Na Rzecz Rolnictwa Biodynamicznego (Reichsverband für biologisch-dynamische Wirtschaftsweise), zaś do końca lat 30-tych podobne twory działały już w wielu krajach Europy. Oczywiście, to że coś jest po niemiecku i z wiadomego okresu, nie musi być od razu mało śmiesznym żartem. Niestety akurat w tym wypadku jest. Skojarzenia z magią są tak nachalne, że astrofarmerom bardziej pasują w dłoniach różdżki niż widły. Spójrzmy choćby na nawożenie. Oczywiście adepci agromagii nie mogą nawozić tym czym nawożą wszyscy. Robią to ściśle określonymi składnikami w ścisłe określony sposób. Ziemię wstępnie użyźnia się zwierzęcymi odchodami w "krowim rogu". Czemu akurat w krowim rogu? Do uzasadnienia tego szaleństwa dotarł niezrównany Brian Dunning: "Krowie rogi odzwierciedlają astralną formację sił, które następnie przenikają w systemie przemiany materii i za sprawą promieniowania z rogów i kopyt, powodują wzmożoną aktywność w przewodzie pokarmowym". Dalej jest tylko gorzej. Jest sześć elementów podtrzymujących naszą grządkę w trwaniu. Zakopuje się je na działce w obrysie specjalnego diagramu. Wierzchołkami tej figury jest pęcherz moczowy nadziewany krwawnikiem, rumianek w krowim jelicie, wyciąg z waleriany i kwiaty mniszka owinięte bydlęcą okrężnicą. W środku zakopuje się zwierzęcą czaszkę!

Z czarodziejskich tez Steinera, szczególnie popularne są u nas dwie. Wykonywanie prac polowych wedle kalendarza księżycowego i sadzenie roślin pod względem ich antypatii z innymi roślinkami. Trudno powiedzieć, co jest bardziej debilne, zakopywanie w ogrodzie zwierzęcych wnętrzności, czy pielęgnowanie ogrodu w zależności od faz Księżyca. Na przykład od jutra, od godziny 8:06 do 12:46 w środę, Księżyc sprzyja marchewce. Skąd siedzące pod ziemią, głupie nasiono marchewki wie, o pierwszej kwadrze Księżyca i co go to obchodzi? O zgrozo, ten warzywny horoskop jest popularnym elementem naszych poradników rolniczych. Jeśli chodzi o dobieranie warzyw w sympatyzujące ze sobą grupy, jest to o tyle zwodnicze, że dość łatwo w to uwierzyć. Każdego ogrodnika uprawiającego pomidory przeraża widok ziemniaków u sąsiada. Wszystko za sprawą choroby trapiącej pomidory, nie bez kozery zwanej "zarazą ziemniaczaną". Orędownicy rolnictwa biodynamicznego poszli jednak na całość i połączyli ze sobą chyba wszystkie warzywa jakie znamy. Łatwo znaleźć informację pokroju tych, iż kapusta lubi sąsiedztwo selera, buraków czy cebuli, a nie lubi kopru, truskawek i fasoli. Nie sposób dowiedzieć się czemu? Czemu akurat te lubi, a tamtych nie? Nawet ezoteryczni rolnicy mają z tym problem, post factum, dorabiając do tych przyjaźni dziwaczne uzasadnienia. Np. kukurydza lubi ogórka, bo jego kolce zabezpieczą ją przed futrzakami; kapusta kumpluje się z selerem, bo ten ma odwracać od niej uwagę ćmy, itd. Drugą stroną medalu warzywnych antagonizmów jest usytuowanie ich na polu. Ta wiedza rzadziej przebija się do wiejskich uszu jako że, mogłaby zniechęcić chłopa do kultywowania roślinnych przyjaźni. "Mogę sadzić sałatę obok rzodkiewki, ale czemu w tak dziwne wzorki?" Moim ulubionym układem są "trzy siostry", dla miłosnego trójkąta: kukurydza, fasola, słonecznik. Przypomina mi to bukiety na skwerach miast. Aaaa, oczywiście zapomniałem o najważniejszym. Czy dodanie magii do ekologii przynosi większe i zdrowsze plony? Według nauki nie. Ale według profesora Prokopiuka tak. Jeśli mój tekst był mało zabawny, cytat z Pana Jerzego wszystko wynagrodzi. Mistrzowska mieszanka gnostycyzmu z porażającym nonsensem.
Biegunowi witalnemu przeciwstawia się biegun formatywny i organizujący bioprocesy, którego działanie przejawia się w czasoprzestrzennej postaci roślin i w jakości ich substancji. Manifestują się one jednak dzięki siłom kosmicznym, zwłaszcza oddziaływaniu Słońca i planet z jednej strony, a „królestwu” minerałów - z drugiej. Dominującemu rytmowi słonecznemu towarzyszą (i uzupełniają go) rytmy związane z ciałami bliskimi Ziemi: Księżycem, Merkurym i Wenus. Badania nad rytmami biologicznymi wykryły ponad 100 lunarnych periodyczności w świecie roślin i świecie zwierząt. Badania biodynamiczne przyniosły w ostatnich latach ważne rezultaty pokazujące praktyczne znaczenie tych rytmów. Jednakże określone związki łączą rośliny - zwłaszcza drzewa - także z dalszymi planetami.

24 maja 2012

Dlaczego renifer nie lata?

Dość dawno temu, na jednym z kawiarnianych spotkań Klubu Sceptyków Polskich, Maciej Zatoński opowiadał o niemożliwości udowodnienia, iż coś nie istnieje. Za przykład posłużył hipotetyczny problem latających reniferów. Czy można udowodnić, że renifery nie latają? W opowieści wciągnęliśmy złapane renifery na czubek Poltegoru (niegdyś najwyższego budynku Wrocławia) i po kolei popychaliśmy je z gzymsu. Po tysiącu zrzuconych zwierząt i tysiącu reniferowych makiet zepchniętych pod szyldem grupy kontrolnej, pod budynkiem utworzyła się sterta rozpłaszczonych ciał. Mord kończy się konkluzją, iż z tych z zapchanych reniferów żaden nie umiał latać lub zwierzęta odmówiły podjęcia działania. Tylko i aż tyle. Żadnych ogólnych wniosków co do pozostałych reniferów chowających się przed nami w lesie. Żadnej interpolacji wyników na cały gatunek, nie udowodniliśmy i nigdy nie udowodnimy, że renifery nie potrafią latać.

Ten hiperpoprawny wniosek, ma niejako chronić nas przed kretynami, domagającymi się od nauki udowodnienia, iż nie mają paranormalnych zdolności. Nie jest jednak prawdą, iż nauka nie może dowieść nieistnienia. Nauka wciąż dowodzi nieistnienia - i to jaka nauka - matematyka, a więc sama jej podstawa! To raz. Dwa. Czy inwigilowanie reniferów pod kątem ich umiejętności lotniczych, w ogóle wymaga zrzucenia zwierząt? Za analogię niech posłuży angielskie porzekadło o Księżycu zbudowanym z sera. Skąd wiemy, że Księżyc nie jest z sera? Dzięki próbkom z powierzchni? Nie. Jesteśmy przekonani co do tego, iż Księżyc nie jest serową kulą, ponieważ to absurdalne. Wszystko co wiemy o planetach, serach i w ogóle o świecie wyklucza serową genezę Księżyca. Gdyby renifery latały, nic co wiemy, nie miałoby sensu. Wystarczy zastosować wzory na siłę nośną, aby udowodnić, że ciało renifera nigdy nie pofrunie. W rażącym uproszczeniu: istnienia dowodzą przykłady, nieistnienia - prawa.

Osobiście cieszy mnie, że nauka nie jest tak bezbronna w temacie nieistnienia. Taka jej impotencja byłaby kłopotliwa w walce z szarlatanerią. Nieistnienia gigantów, których zdjęcia 10-metrowych szkieletów bombardują portale, dowodzi prosta geometria. Potrojenie wzrostu człowieka, prowadzi do zwiększenia jego ciężaru 27 razy, a to oznacza, że człowiek gigant załamałby się pod własnym ciężarem. Jeśli ktoś wierzy w telekinezę, niech wykona proste obliczenie, ile energii potrzeba na poruszenie 10 dekagramowego przedmiotu, umieszczonego w odległości 1 metra, o przekroju poprzecznym 1cm, w ciągu jednej sekundy. Nawet przy tak trywialnej czynności mówimy o mocy rzędu 100 kilowatów, nie ma więc mowy o gięciu jakichś łyżeczek. Jeśli komuś wydaje się, że w obserwowanym na niebie UFO siedzi drobny, poczciwy szarak, niech zda sobie sprawę na jakie przeciążenia naraża swojego kosmitę. Przy akrobacjach jakie przypisuje się UFO, wyjdzie coś koło 700g. 700g to przeciążenie trzy razy większe, niż doświadcza kierowca przy zderzeniu ze ścianą z prędkością 200km/h. Można by mnożyć takie przykłady, przy każdym kryje się jednak pytanie, co jeśli owe naukowe prawdy stracą na ważności? Już od stu lat wiemy, że teoria względności jest bardziej precyzyjna niż zasady Newtona, mimo to Newton wciąż widnieje w szkolnych podręcznikach. Mimo, iż wiemy, że to nie do końca tak, w życiu codziennym zasady dynamiki są wystarczająco dokładne. W dzień wprowadzenia nowych, bardziej dokładnych wzorów opisujących lot, samoloty budowane na dawnych wytycznych, nie pospadają z nieba, a kamienie i renifery nie wzniosą się w powietrze. Jeśli do tego momentu reniferom nie urosną gigantyczne skrzydła, a one same nie przejdą na dietę, stado reniferów nie przesłoni nam nieba w grudniowe popołudnie.

14 maja 2012

Miliardy miliardów

W najnowszej książce Dawkinsa "The Magic of Reality" Richard daje się wpuścić w maliny. Nie są to wielkie krzaki, raczej krzaczki, krzaczuszki, ale zawsze maliny. W rozdziale o naszych kosmicznych sąsiadach, całą stronę poświęca na zapisanie kilkunastozerowej liczby. Terroryzowanie tą przeogromną wartością jest ostatnim, najważniejszym i chyba jedynym argumentem na istnienie obcych cywilizacji. Jest to iloczyn setek miliardów gwiazd w galaktyce i setek miliardów galaktyk w obserwowalnym wszechświecie. Czy w takim bezmiarze kosmosu można wątpić w istnienie gwiezdnych braci? Dawkins wpisuje się w romantyczną modłę przytłaczania nas skalą kosmicznych możliwości. Podobnie jak inni przemilcza jednak, jak wiele z tego potencjału zostało już odhaczone. Nasłuchiwanie nieba w poszukiwaniu obcych trwa prawie 100 lat. Sam ojciec łączności radiowej, Guglielmo Marconi, próbował podsłuchać jakąś galaktyczną rozmowę w czasie wypraw w Kordyliery. Ile w ciągu wieku sprawdziliśmy z tych miliardów miliardów?

Projekt Cyklop, Projekt META, META II, Projekt BETA, MOP, SERENDIP - to tylko niektóre z systematycznych prób namierzenia kosmitów. Nowe możliwości da uruchomiony na półkuli północnej zespół teleskopów LOFAR i projektowany w Australii SKA. Wzrost wydajności jest przy tym ogromny. Świeżuteńki projekt Feniks jest 100 bilionów razy bardziej skuteczny niż sędziwy Ozma. Milowym krokiem w podsłuchiwaniu kosmitów był rok 1976, kiedy obserwatorium Arecibo nie skierowano na gwiazdę, lecz na całą galaktykę M33. Zamiast nastawiać ucho na słabe szmery z pobliskich gwiazd, przeskanowano całą galaktykę pod kątem potężnych cywilizacji. Albo nie potrafię tego znaleźć, albo nikomu nie chce się już nawet liczyć, ile galaktyk przeczesaliśmy do tej pory. Ostatnie tego typu dane to wykres Andrew LePage'a, opublikowany pod koniec lat 90-tych w Scientific American. Jak widać pomimo przeskanowania blisko 200 000 000 000 000 000 gwiazd na obecność cywilizacji na poziomie tych ze Star Treka, kosmos odpowiedział martwą ciszą. Sądzę, że owa liczba 200 biliardów gwiazd, przez te 12 lat jeszcze urosła.

Zbiorczy wynik programów SETI na pasmie 1.42 GHz. Odległość na jaką przebadano kosmos w zależności od mocy nadawczych jakimi dysponują hipotetyczni obcy. Stan na rok 1999.

Jeśli nie znaleźliśmy niczego w promieniu miliarda lat świetlnych, jaki sens mają dalsze poszukiwania? Od początku bardziej naukowych prób, a więc od lat 60-tych, mówiono o częstotliwości 1,42 GHz. Gdyby jakaś cywilizacja chciała zostać usłyszana, powinna nadawać w paśmie emisyjnym wodoru, najbardziej rozpowszechnionego pierwiastka we wszechświecie. Jako że, kosmici milczą, postanowiono przebadać wszystkie częstotliwości! Mimo, iż kosmici raczej nie tykają się radia, chłopaki z SETI mają co robić przez najbliższe tysiąc lat. Nie są to już jednak miliardy miliardów gwiazd, a miliardy miliardów częstotliwości. Nie po raz pierwszy szczypta szaleństwa wkrada się do założeń fachowców z SETI. Przypomnę, iż od samego początku Frank Drake i Carl Sagan uważali, iż poza ludzką, na Ziemi istnieje jeszcze jedna inteligentna cywilizacja - delfiny. Przekonał ich do tego John Lilly, opowiadając niestworzone historie, jakoby delfiny posługiwały się równie skomplikowanym językiem, co ludzie. Dlaczego delfiny nie latają w kosmos, w ogóle niewiele robią poza uganianiem się za rybami? Lilly uważał, że delfiny nie tyle tego nie potrafią, co nie interesują się eksploracją kosmosu. Wierząc w to, Drake i Sagan nazwali nawet swoją pionierską grupę "Zakonem Delfina". Wkrótce potem delfiny Lilly popełniły samobójstwo, te które przeżyły wypuszczono na wolność, on sam zaś pochłonął się eksperymentom z LSD. Znów zostaliśmy sami w zimnym wszechświecie.

5 maja 2012

Polski duch w ujęciu statystycznym

Nigdy nie ukrywałem swojej niezdrowej ciągoty do osobliwych danych. Tym razem przebiłem się przez wszystkie historie o duchach z lat 2008-2012, zamieszczone w dziale „Nasze historie”, na subforum „Życie po śmierci”, największego paranormalnego portalu tego kraju. Odrzuciłem wszystkie historie nie z pierwszej ręki, o tym jak „moja ciocia opowiadała…”, a tych była większość. Opracowałem pozostałe 198 opowiadań, czy jak kto woli creepypastów. Sporo z tych historii wyglądało na całkowicie zmyślonych. Jeśli duch przedstawia się jako Taylor i prosi o herbatę, tudzież tajemniczy głos mówi „zabij ją, a spełnię twoje 7 życzeń”, to trudno mi uwierzyć, aby takie zdarzenie miało miejsce. Kilkanaście większych i mniejszych bajek jest wśród tych dwustu historii. Z góry uprzedzam, iż badanie nie jest metodologicznym majstersztykiem. SmarterPoland.pl to też delikatnie mówiąc nie jest. Dłuższe historie nie tyle czytałem, co oplatałem wzrokiem. Pod koniec szczerze nienawidziłem już tego zajęcia, więc radzę nie przywiązywać się do konkretnych procentów. Wyniki powinny dawać  jednak ogólny obraz tego, co opisują w swoich historiach ludzie. Pytanie, jak wydarzenia opisane na forum są reprezentatywne dla historii "z życia" pozostawiam otwarte.

Wiem, że nic nie widać, ale wystarczy kliknąć i się ładnie powiększy.
Co zaskoczy mnie, starego wygę? Byłem przekonany, że najścia duchów będą związane ze śmiercią kogoś w rodzinie. Tak to pamiętałem jeszcze z czasów, kiedy rozmawiałem z nawiedzanymi przez duchy ludźmi. Gdybym wiedział, że zetknięcie się z duchem tuż po śmierci kogoś bliskiego to zaledwie 13% wszystkich historii, nawet bym tego parametru nie notował. Jak łatwo się domyśleć, najczęściej była to śmierć babci (9 przypadków) i dziadka (6 przypadków). Nie zaskoczyło miejsce które upodobały sobie duchy. Nie przepadają za miejscami publicznymi, wolą nasze sypialnie, nie pogardzą też piwnicą. Seanse spirytystyczne zaowocowały tylko 6 historiami, zaś najdziwniejszym miejscem wywoływania duchów jakie zanotowałem była pieczarkarnia. Tylko w 58 przypadkach (29%) osoby opowiadające o wizycie ducha widziały jakąkolwiek postać. Z tego 17 widziało po prostu cień. Te bardziej "konkretne" duchy, widuje się zwykle w odbiciu telewizora lub w kształcie dymu z komina, więc raczej mały kaliber dowodów. Te wyraźniejsze widywane są przez nas przez mniej więcej sekundę tuż po naszym wybudzeniu. Penn Jillette pytał kiedyś, czemu przychodzące do nas duchy są ubrane? Czy idą do nieba w ciuchach, zabierają ze sobą jakiś tekstylny bagaż, świeże podkoszulki i skarpety na zmianę? Czy w niebie panuje jakaś moda? Opis ubioru ducha jest rzadki, zatem domyślam się, że niczym się nie wyróżnia - acz zdarzały się duchy w płaszczach i kapturach. Tylko raz duch przyszedł nago. Nawiedzał dziewczynę, która miała z nim prawie że romans.

Co przydarza się ludziom odwiedzanym przez duchy




Jeśli tylko ¼ odwiedzin duchów towarzyszy widzenie ducha, skąd pomysł, że odwiedza nas duch? Być może najczęściej przedstawianym dowodem, są różnego rodzaju uczucia. Niestety nie zaznaczałem tego  w mojej excelowskiej tabelce i nie wiem dla przykładu jak często autorzy tych historii czuli się obserwowani. Widniejące pod słupkami elementy występowały zwykle pojedynczo i podwójnie. Sytuacje z trzema czynnikami, kiedy np. komuś stłukł się kubek, zgasło światło i tego samego wieczoru drgnął jeszcze stolik, były rzadkością. Choć o każdym z tych słupków mógłbym wiele powiedzieć (czytaj pośmiać się), moim ulubionym jest "dziwne zachowanie zwierząt". Zdefiniujmy co znaczy dziwne: leniwy pies patrzy się tępo w ścianę – oznacza to, że patrzy na ducha; pies jest nazbyt aktywny – zapewne kręci się, bo widzi ducha; pies chce iść na spacer – chce uciec przed duchem; pies nie chce iść na spacer – nie chce nigdzie iść, bo jest zastraszony przez ducha. To nie ja wymyśliłem te cztery przykłady – pochodzą wprost z opowiadań ludzi. Słupek "pozostałe" nie kryje nic lepszego: pojawienie się zgubionego worka od odkurzacza, zatrzymanie się windy, przesunięcie się pralki, dziwny zapach w samochodzie, wymiociny na meblach, kapiący kran, lewitujący długopis, wciąż gubiące się przedmioty, zdechłe ptaki, odgłos gwizdania w kominie, rozrzucone na drodze snopki siana, wybuch petardy, hałasujący piekarnik, ból zęba, pukanie w kaloryfer, poruszenie się szamponu, pojawienie się na ścianie pleśni, użądlenie osy ("a przecież godzinę wcześniej zmieniałem pościel, nie powinno jej tam być"). Wbrew pozorom nie wybrałem tych najbardziej trywialnych. Komuś spadnie doniczka, komuś obraz, komuś gazeta, inni słyszą trzask łamiących się gałęzi w lesie – tak opisywana jest większość nawiedzeń. Na koniec dwa wnioski z tej zabawy: 1) nie ma to jak zmarnować długi weekend na pierdoły 2) wszyscy macie duchy w swoich domach, tylko wasze zamknięte umysły nie chcą tego dostrzec.