11 września 2014

Gdzie żyją zwierzęta, które nigdzie nie żyją

Dwa lata temu miałem przyjemność przynudzać na "Środowych spotkaniach z przyrodą" organizowanych w Muzeum Przyrodniczym we Wrocławiu. Opowiadałem o kryptozoologi, czyli tym wszystkim co leży pomiędzy potworem z Loch Ness a Yeti. Z racji tego, że swoją prezentacje kleiłem na ostatnią chwile, musiałem ją ostro okroić z pierwotnego zamysłu. Koronnym slajdem miała być mapka przedstawiająca wszystkie mityczne stwory pod postacią punktów na zarysach globu. Po godzinie naniosłem może z 1/3 stworzeń, więc z resztą dałem sobie spokój. Mapkę postanowiłem skończyć dwa dni później i wrzucić na bloga. No i skończyłem... wczoraj. Dwa dni, dwa lata, co za różnica. To co widzicie poniżej to wszystkie z ponad dwustu kreatur z list of cryptids. To nie jedyna taka lista, ale na pewno najszybsza do opracowania. Około setki opisanych kryptyd ma encyklopedia Colemana i Clarka (Cryptozoology A to Z), zaś około tysiąca podręcznik Eberharta (A Guide to Cryptozoology).

Aby powiększyć mapkę należy w nią kliknąć
Niestety kryptozologia jest wyjątkowo rozmemłana nawet jak na standardy nibynauk. Na przykład niektórzy "badacze" tworzą rozległe klasyfikacje gatunków węża morskiego, wyróżniając węże z wąsami, węże z garbem, z łapami, itp. Na listach kryptyd wciąż notuje się globstery, czyli częściowo pożarte i wymiętolone kawałki wielorybów. Identyfikacja wyrzuconych na brzeg fragmentów, zwykle w zaawansowanym stadium rozkładu, przysparza problemów nawet fachowcom, a stąd już tylko krok od doniesień o morskim potworze. Do naciąganych sensacji nalezą hellhoundy - upiorne psy. Można je sprokurować dosłownie z niczego. Jeśli jakiś bezpański pies wydał wam się dziwny, jeśli przekonaliście do tego swoich znajomych, a pies gdzieś zniknął - wystarczy mały artykulik w gminnej gazetce i mamy nową kryptydę. Od lat największymi nabijaczami list mitycznych i zagadkowych stworzeń są zwierzęta fantomowe. Są nimi obserwacje zwierząt poza swoim środowiskiem, często tak odmiennym, że aż niemożliwym do zaistnienia. W Polsce są to obserwacje pum i jaguarów, ale zdarzały się relacje z wizyt wielorybów w górnym biegu Wisły. Np. w Europie mieliśmy do czynienia z wieloma relacjami świadków, odnoszącymi się do... kangurów.

Nie sposób ustalić dokładnej liczby kryptyd, ale nie jest to też potrzebne, aby wybadać ogólny trend. Już po wprowadzeniu połowy ze stworów, na mapie zarysował się wyraźny kierunek. Niestety, ale wygląda to tak, jakby kryptydy wędrowały w torbach brytyjskich emigrantów. Sama Wielka Brytania jest dosłownie usiana potworami, a przecież nie jest to dziewiczy kraj pełen bezludnych odstępów. Bardzo dużo dokładają Amerykanie, trochę Australijczycy i Nowozelandczycy. Zwykło się sądzić, że siedliskiem bajecznych zwierząt są trudno dostępne obszary. Tymczasem w amerykańskich i brytyjskich miastach żyje więcej mitycznych stworów niż na obszarze całej puszczy amazońskiej. Patrząc na mapę trudno nie dostrzec, że kultura anglosaska generuje blisko 90% czyhających na nas potworów. Wydaje się to potwierdzać lansowaną przeze mnie tezę, iż kryptydy nie są dziećmi dzikiej przyrody a kultury. Kultura nie powinna mieć wpływu na atrybuty świata przyrody. Rosyjskie sarny nie piją wódki, niemieckie wiewiórki nie mają większego porządku w swoich dziuplach niż nasze polskie, a żyjące w Watykanie ptaki nie zaglądają pod pióra małym pisklakom. Tymczasem jak wyjaśnić to, że w ojczyźnie pokemonów kryptydy potrafią zmieniać się w ludzi? Dlaczego umiejętność ta, jest powszechna akurat wśród japońskich stworzeń i praktycznie nigdzie indziej?


Przy okazji szarpnąłem się na konfrontacje z jeszcze jednym mitem. W powszechnym wyobrażeniu wiedza o istnieniu kryptyd przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Jeszcze z czasów, kiedy kryptydy nie były pojedynczymi sztukami, a stadnymi potworami o które potykaliśmy się na każdym kroku. Tymczasem blisko połowa ze wszystkich stworów, pojawia się na kartach historii dopiero w XX wieku. Są też takie, o których po raz pierwszy usłyszeliśmy dopiero w XXI wieku (m.in potwór z Montauk, ludzie-małpy z Delhi czy etiopska Wucharia ). Zaledwie 26% stworzeń liczy sobie więcej niż 200 lat. W dodatku jest to naciągane 26%, ponieważ jakiekolwiek wzmianki o "starej legendzie", "dawnych podaniach" lub "miejscowym folklorze" rejestrowałem jako "starsze niż dziewiętnastowieczne". Poza tym, w przypadku tak starych opowieści zwykle brak ciągłości w wizerunku potwora - ten sam gatunek mitycznej kreatura, jest czymś innym w zeznaniach świadków dziś i 100 lat temu. W XIX wieku Wielka Stopa nie była pokryta futrem, miała dlugie włosy, a osobnicy tego gatunku żyli w tworzonych przez siebie drewnianych wioskach. Obecnie jest ogromną, dziką małpą i za nic w świecie nie przypomina dawnego sasquatcha.

7 września 2014

Dziennikarskie leczenie niedźwiedziem

Wytworny, niedzielny obiad zjadłem dziś przy audycji Stefana Bratkowskiego. Przypomnę: Stefan Bratkowski, rocznik 1934, tuza polskiego dziennikarstwa i mentor tegoż środowiska. Nie wiem czy to kościelne dzwony, czy psujący się pasztet który żarłem, ale w czasie audycji doznałem objawienia. Zrozumiałem po co właściwie jest emerytura. Otóż w czasach prehistorycznych każdy jaskiniowiec po zabiciu tysiąca pterodaktyli, mógł powiesić swoją maczugę na kołku. Wszyscy poklepywali takiego jaskiniowca po plecach nazywając go "pterodaktylowym niszczycielem" ale on i tak wiedział, że w polowaniach już tylko przeszkadzał, że więcej pterodaktyli płoszył niż łapał. Niektórzy intelektualiśc ignorują tę świętą pterodaktylową zasadę i niestety pan Bratkowski się do nich zalicza. Jego audycje to w dużej mierze newsy z Trybuny Ludu połączone z dowcipami o Radiu Erewań. Nie brakuje oczywiście anegdot. "Śmieszne" anegdoty starych ludzi to odpowiednik "śmiesznych" filmików z youtube, przy czym oglądanie tych drugich jest ponoć obciachem, zaś opowiadanie tych pierwszych to oznaka refleksji. Choć Bratkowski zrezygnował z umysłowych aktualizacji, nie zrezygnował z postrzegania siebie jako koszyka ze świeżymi owocami, którymi dokarmia mózgi swoich słuchaczy. Ja, choć jestem od niego trzy razy młodszy, czuje się w obowiązku czytać słownik miejskiego slangu, aby podtrzymać szacunek ludzi ulicy. Nie obce są mi takie sformułowania jak "trolić na wąsa", "szturchać wiewiórę"... zresztą nieważne. Wracając do tematu. Nie czepiałbym się pana Stefana gdyby nie to, że w wyżej wspomnianej audycji występuje jako popularyzator nauki. Trudno byłoby znaleźć bardziej naiwny i fałszywy obraz nauki, niż ten wyłaniający się z programu Bratkowskiego. No dobra, już taki znalazłem - audycje Roberta Bernatowicza - ale dalej byłoby już ciężko znaleźć coś gorszego.

Jak rysuje się przyszłość naukowo-techniczna według kolejnych dziadków, którzy nie potrafią przed wejściem na antenę wyłączyć telefonu? Czy stojąc obydwiema nogami jeszcze w kineskopowo-lampowym świecie w ogóle da się o tym rozmawiać? Ano da się, Wystarczy poszperać w rocznikach Młodego Technika, pozbierać gorące nowinki techniczne sprzed 50 lat, głównie myśli rodzimej (pan Stefan najbardziej szanuje naukowców o otwartych umysłach, czyli naszych ulubionych). Następnie należy przez godzinę zrzędzić nad tym, czemu nikt ich nie realizuje! Zdrowy rozsądek podpowiada, że Bratkowski mógłby to przed programem łatwo sprawdzić. Wtedy nie byłoby jednak programu! Niestety żenada się tutaj nie kończy. Otóż pan Stefan poniekąd wybadał gdzie leży problem. To korporacyjne szumowiny, które chowają po szufladach najlepsze pomysły, pomysły tak dobre, że żadne inne pomysł nie byłyby już potrzebne. Choćby miały nic nie sprzedać i upaść, to nigdy nie wyciągną ich z szuflady bo... no właśnie, w tym momencie zwykle gubię się idąc tym tokiem myślenia. To samo koncerny farmaceutyczne. Lek na raka jest już dawno gotowy. Opasłe świnie nie chcą go dać byśmy zanadto nie wydobrzeli, bo wtedy nie zarobią. Nie ważne czy że ich dzieci umrą na raka, że oni sami na niego umrą, nie dadzą i już. Logicznie, prawda? Najlepszy swój pomysł Bratkowski zostawił jednak na koniec! Będzie to leczenie przy pomocy niedźwiedzich jaskiń!

Jak mówi redaktor, "nie wie kto to odkrył, kiedy i gdzie (takie sformułowanie samo w sobie trąci zajebistością), ale ponoć ranny niedźwiedź czmycha do tej jaskini, w której jest najczystsze powietrze". Dlaczego zatem do jasnej ciasnej - snuje dalej Bratkowski - polskie szpitale nie zaczną działać w celu wprowadzenia tych badań w życie! I ma na myśli szpitale dla ludzi a nie miśków! W studiu obecni byli Bogdan Miś i Piotr Cieśliński (Science Editor z Wyborczej), ale nikt specjalnie nie protestował, Zamiast zrobić Bratkowskiemu ice bucket challenge i obudzić go z tego pseudonaukowego amoku, panowie raczej potakiwali ze zrozumieniem. Jeśli takie niedźwiedzie pomysły są w ogóle warte rozważenie, mam jeszcze kilka. Skoro wiewiórki z większą kitą znoszą do dziupli więcej orzechów, czy minister finansów nie mógłby doczepić sobie rudego ogona? No co mu szkodzi? Jeśli według badań więcej borsuków ginie na drogach powiatowych niż wojewódzkich, powinno się wprowadzić zakaz poruszania się ludzi po tych pierwszych! Oczekuje także, że zostanę zaproszony do radia gdzie będę mógł opowiedzieć o mojej evidence-based policy i świetnych pomysłach na naprawę kraju. W końcu spełniam najwyższe standardy dziennikarstwa wytyczone przez Stefana Bratkowskiego! 

20 sierpnia 2014

Konserwanty Władimira

Nie mają szczęścia rosyjskie śliwki i ogórki, oj nie mają. I nie mam tu na myśli przeznaczenia każdej rosyjskiej rośliny, czyli przerobienia na wódkę, tudzież przy wódce pożarcia. Większym nieszczęściem jest to, że ich ojczyzna już od kilkudziesięciu lat próbuje zdystansować się do myśli Zachodu - nawet w tych dziedzinach, w którym nie ma żadnych działających alternatyw. Wszystko na zasadzie: "Czy w Teksasie podlewa się kapustę wodą? W takim razie ty Sasza od dziś podlewasz benzyną!". Jeśli chodzi o biologię, od lat 40. w ZSRR obowiązywała jedynie słuszna teoria kumpla Stalina Trofima Łysenki, będąca odpowiedzią na kapitalistyczno-indywidualistyczną teorię ewolucji. W 1948 genetykę uznano za "burżuazyjną pseudonaukę". Genetyków zwolniono z pracy (niektórych skazano), a prowadzone dotychczas badania przerwano. W sukurs łysenkizmowi przyszły równie dobre pomysły biologii kolektywistycznej, takie jak miczurinizm i teorie Lepieszyńskiej. Rosyjskie rolnictwo stało się przedmiotem żarów całego bloku wschodniego. W Rosji zboża miały rosłnąć niczym słupy telegraficzne - równie gęsto co one. Nieufność do zachodnich pomysłów ewoluowała, ale nigdy nie zanikła. W maju tego roku, zastępca przewodniczącego komisji rolnictwa Dumy zaproponował, aby produkowanie, sprzedawanie i transportowanie organizmów zmodyfikowanych genetycznie na terenie Federacji traktować jako akt terrorystyczny!

Za moją poręczną torbę robi dawna rosyjska apteczka. W miejsce czerwonego krzyża naszyłem zaprojektowaną przez siebie naszywkę, z rosyjskim napisem "konserwanty, słodziki i przeciwutleniacze".




Aby zracjonalizować brak zachodnich produktów na rosyjskich stołach, masy karmią się popularnymi także u nas mitami. Rosyjska żywność ma być zdrowa i naturalna - w przeciwieństwie do tej pochodzącej z toksycznych od nawozów pól zachodu. Stosowane w Europie dodatki do żywności jawią się niczym broń chemiczna! W przykładowej retoryce Giennadija Oniszczenki (szefa Służby Ochrony Praw Konsumentów) i Władimira Żyrinowskiego mamy absolutnie wszystkie budzące przerażenie nazwy, takie jak antybiotyki, konserwanty, pestycydy i hormony. Taka narracja przypomina szydzącego z ludzi lumpa. Takiego, który szczyci się pokrywającym go naturalnym łojem i moczem. "Phi, głupi bogaci ludzie! Przesadnie sterylni i naperfumowani chemią, nie to co ja!". Chyba nigdzie indziej głupota nie jest tak wielką cnotą, a ignorancja takim powodem do samozadowolenia, jak w temacie dodatków do żywności. Niektórzy z nas najwidoczniej żyją w alternatywnym świecie gdzie główną przyczyną hospitalizacji jest spulchniacz do pieczywa, a na połowie aktów zgonów widnieje czerwona pieczątka "zatrucie barwnikiem spożywczym". Niestety wiemy jak wyglądał świat bez mrożenia żywności, bez higieny, bez konserwantów i pasteryzacji. Na początku XX wieku choroby przenoszone drogą pokarmową stanowiły realne zagrożenie życia, a przeciętny Europejczyk rozpoczynał dzień od krwistej biegunki. Jeszcze w latach 40. za sprawą szybko psującego się mięsa, ponad 15% Amerykanów chorowało na włośnice! Najwidoczniej zapomnieliśmy o tej nie tak odległej przeszłości. Dziś mało kto wie, że modny napis "bez konserwantów!" jest niejako tożsamy z "produkt z szybciej rozwijającą się pleśnią!

31 lipca 2014

Leczyć się i umierać z Allegro

Najwyraźniej zamieniam się w stetryczałego dziada, bo nawet w rzeczach które powinny mnie cieszyć, dostrzegam jedynie ich gorzką stronę. Wyborcza nie przestaje rzucać gromami w pupę pana Marka Haslika, znachora z Nowego Sącza. Niby dobrze, w końcu ktoś natarł uszy temu gałganowi (Boże, już nawet pisze się jak stary dziad). Z drugiej strony dostrzegam pewne zagrożenie w sygnowaniu medycyny alternatywnej takimi postaciami jak Haslik. Haslik jest w swym uzdrowicielstwie obrzydliwie wręcz stereotypowy. Starszy pan przyjmujący gdzieś pokątnie na rubieżach i bredzący coś o Bogu. Wbrew pozorom nie jest to standardowa szarlataneria, a rodzaj muzealnego eksponatu. Ludowy guru udzielający porad swoim wyznawcom, opłacany darami w postaci gęsi i worka ziemniaków to unikat. Już w napisanej 60 lat temu książce Bieńkowskiej "Atom i znachorzy" praktycznie każda uzdrowicielka była staruszką przepędzającą miotłą lekarzy, tak starą że mogła być kochanką Napoleona. Choćby za sprawą przemijającego czasu, takich postaci nie mogło się ostać zbyt wiele. Babcie leczące ziołami i dziady przypisujące sobie boskie moce, to wręcz rarytas! Dzisiejsi uzdrawiacze mają sklepy w centrum i dorzucają paragon do swoich bezwartościowych mikstur. Szarlataneria kwitnie w głowie waszej dietetyczki do której chodzicie i u waszego fizjoterapeuty który was leczy. Pseudomedyczne porady stanowią clou  telewizji śniadaniowej. Znachorstwo praktykują nasze matki, a nawet my sami, trąc jęczmień złotą obrączką. Łatwiej obarczyć winą wiejskiego szamana, niż dostrzec tę smutną prawdę.

Ilustracja uzdrowicieli z książki Bieńkowskiej
Zakrawa na jakiś ponury żart to, że tabloid piętnujący Haslika, chwilę wcześniej drukował kilkuset tysięcy bioenergetyzujących kwadratów. Ilość zarażonych głupotą ludzi przez pana z Nowego Sącza jest niczym, przy tajfunie mambo-jambo jaki wylewa się z kolorowych dzienników. Historia pomyleńca jest oczywiście bardziej medialna, niż tysiące sprzedawców z popularnego serwisu aukcyjnego, wciskający ludziom takie rzeczy, że ziółka Haslika to przy tym medyczna nadzieja XXI wieku. Postępująca znieczulica uodporniła mnie na widok lamp do koloroteriapii, tajemniczych "przyrządów przeciwbólowych" i ajurwedyjskich okularów. Jakoś to przełknąłem. Są jednak rzeczy których nie zdzierżę. Na przykład wciąż reaguję na otręby ryżowe leczące raka. Na mieszankę oleju słonecznikowego z jajkami, cofającą każdy nowotwór po 358 zł. Kto jest gorszy Haslik, czy patafian opychający sok z winogron terminalnie już chorym ludziom, po 255 zł za litr? Każdy może kupić sobie witaminę C po 5 zł, ale kiedy chemioterapia nie pomaga wtedy możesz się zaopatrzyć w taką specjalną witaminę C, która jak zapewnia jej sprzedawca w mig upora się z twoją chorobą. Oczywiście listek takiej witaminy C kosztuje 160 zł. Kiedyś wydawało mi się, że to właśnie tacy sprzedawcy są źródłem dezinformacji i pseudomedycznego zła. Następnie myślałem, że nie są jego źródłem a owocem. Obecnie coraz bardziej przychylam się do zdania, że trzydziestolatek leczący swoją matkę kadzidełkiem i allegrowicz handlujący leczniczym orientalnym gównem to jedna i ta sama osoba. Kat i ofiara w jednym, czyli pełen dramat.

Zważywszy, że blog ten dotyczy rzeczy, które interesują głównie oszołomów, z natury rzeczy przez te 7 lat przewinęło się tu sporo osobliwych intelektualnie postaci. Mimo to, uzdrowicieli z sekciarskim zacięciem policzyłbym na palcach jednej ręki. Szacuje natomiast, że matki małych Jasiów leczących ich sokiem z żurawiny, mogły w tym czasie napisać od 1,2 tys do 1,6 tys komentarzy. Mniej więcej tak rysują się te proporcje. Ludzie którzy swoimi poradami szkodzą innym to nie mityczni szamani o natapirowanych włosach i szaleństwem wypisanym na twarzy. To niestety nasze sąsiadki, nasi koledzy z pracy i uprawiające fitness szefowe. Swoją wiedzę czerpią z sensacyjnie brzmiących tekstów. Próbowali kiedyś przeczytać coś mądrego ale nie zrozumieli, a to co nie doczytali sami sobie dopowiedzieli. Lepiej byłoby dla nich nie wiedzieć niczego, niż wiedzieć to co wyczytali w kolorowych poradnikach. Choć ja w przeciwieństwie do tej zaczadzonej zabobonem populacji wiem, że leki generyczne to nie to samo co geriatryczne, a przegląd systematyczny to nie to nie taki, co wykonuje się systematycznie - mimo to, nigdy nie przyszło mi do głowy aby kogoś samemu leczyć! Okołomedyczne zainteresowania jedynie uświadamiają jak wiele się nie wie i jak wielka różnica dzieli dociekliwego laika od wyuczonego w specjalizacji lekarza. Jeśli twoje lektury zamiast pokory uczą cię jedynie pogardy do mainstreamowej medycyny (czyli tej jedynej działającej), to pora pozbyć się paru zakładek z przeglądarki.