10 kwietnia 2014

Aladynie! Uciekaj!

Nieregularnie miesiączkujesz, masz czkawkę, śnią ci się sowy, swędzi cię pomiędzy udami, byłaś nieposłuszna wobec męża, tańczyłaś lub słuchałaś muzyki? Ty piekielna nałożnico! Jesteś opętana przez dżina! O ile oswoiliśmy się z opętanymi przez diabła - wtedy, jak wiadomo, wykręcamy głowę o 360 stopni i mówimy po aramejsku - o tyle dżiny brzmią wciąż egzotycznie. Tymczasem wydaje się, że opętanych przez dżiny jest w krajach islamskich więcej niż opętanych przez diabła w krajach zachodu. Walka z dżinami jest jednym z priorytetów nowych władz Czeczeni. O 5 lat w Grozny działa Centrum Medycyny Islamskiej, założone przez osobistego lekarza prezydenta Czeczeni Ramzana Kadyrowa. Opętane (dżin, podobnie jak diabeł, czyha głównie na kobiety) mają do dyspozycji 15 imamów-egzorcystów. Dyżurujący duchowni mają pełne ręce roboty. W ciągu pierwszych 2 lat przyjęli 60 tys wiernych! Do częstych przypadłości należy zakochanie się dżina w mężatce, którą zazdrosny dżin namawia do opuszczenia swojego męża. Wtedy wkracza imam i paroma wersetami z Koranu załatwia sprawę. Islamskie egzorcyzmy są częścią większej całości, znanej jako medycyna proroka (tudzież prorocza). Jest to "medycyna" oparta na zaleceniach Koranu, gdzie groźne choroby leczy się solą, oliwą i miodem. Ze względu na cenę, pierwszym krokiem w walce z dżinem nie jest imam, a rożnego rodzaju roślinki. W Indonezji egzorcysta to wydatek około 12 dolarów, zaś mieszanka ziół chodzi już po 5 dolców. Na fali popularność prezydenta USA Baracka Obamy, który dzieciństwo spędził w Indonezji, jedna z bardziej chodliwych mikstur nosi nazwę Obaham.

J-nn znaczy coś niewidzialnego, ukrytego przed światem. Oczywiście w hadisach znajdziemy parę wyjątków. "Jeśli słyszysz szczekanie psów lub ryk osła w nocy, szukaj schronienia w Boga przed złem, bo one już widzą, to czego ty jeszcze nie widzisz". Najciekawszym źródłem wiedzy o dżinach są strony internetowe ludzi na tyle ciemnych, by wierzyć w klątwy i czary, a zarazem na tyle nowoczesnych by używać internetu. Islam-today twierdzi na przykład, że kobieta może "nabawić się klątwy"... depilując brwi. Wymienione w pierwszym zdaniu tej notki przesłanki pochodzą ze strony islamicexorcism.com. Znajdziemy na niej szereg bezcennych porad tyczących się walki z dżinami, w tym wskazówki jak odróżnić prawdziwego muzułmańskiego egzorcystę od udającego egzorcystę czarownika. Otóż czarownik.... pyta o imię twojej matki i używa cytryn. Szukając materiałów o dżinach doświadczamy prawa Poe w najczystszej postaci. Prawo Nathana Poe mówi, że ekstremalne formy fundamentalizmu są nieodróżnialne od parodii tegoż fundamentalizmu. Kiedy oglądam na youtube wywiad z dżinem, doprawdy trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia z żartem i kpiną, czy z poważną produkcją osób, które w to wierzą. Kolejne filmy pokazują, że niestety z tym drugim.

Konsekwencje wiary w małe duszki, czmychające na dźwięk religijnych zaklęć, są zarówno zabawne jak i przerażające. W 2010 w Pakistanie chory na padaczkę mężczyzna przypłacił ten zabobon życiem, po tym jak miejscowy łowca czarownic, próbował przepędzić z niego chorobę przy pomocy metalowych prętów. Miesiąc temu zamordowano w Pakistanie nastolatkę, której dżin nie chciał opuścić, mimo zmuszania dziewczyny do picia wody z kilogramami soli. Dżiny które przybyły do nas w walizach imigrantów, także w Europie dają o sobie znać. Trzy lata temu Brytyjka zasztyletowała swoją własną córkę, próbując trafić mieszkającego w wątrobie dżina. Dwa lata temu w Belgi ruszył proces o zamordowanie młodej muzułmanki. Jej mąż, wraz z kumplami z Maroka, poddawał ją kilkutygodniowym egzorcyzmom (czytaj torturom). Pomimo rytmicznego bicia kijem w takt wersetów Koranu, zły duch najwyraźniej nie opuszczał kobiety, gdyż ta wciąż nie zachodziła w ciąże. Pogotowie, które wezwano do niereagującej już kobiety, odnalazło w jej płucach wodę, podobnie jak u kobiet zamęczonych w Pakistanie. Trzy tygodnie temu, w trakcie islamskich egzorcyzmów, swojego 3 letniego syna utopił Marcell Washington, mieszkaniec stanu Nowy Jork.

5 kwietnia 2014

Po co duchom prześcieradła?

Zaintrygowany tematem anielskich piór, sobotni poranek spędziłem na oglądaniu zdjęć naszych pierzastych przyjaciół. Przy okazji obejrzałem milion zdjęć duchów i mam w związku z tym dwie refleksje. Po pierwsze: jeśli ktoś poświęca jedyny wolny dzień na poszukiwanie relikwii piór po kościelnych zadupiach, to dowód, że czas skończyć z jedzeniem wyłącznie przeterminowanego żarcia (sąsiad pracuje w hurtowni mrożonek). Po drugie: przed wojną na prawie wszystkich fotkach duchy mają na sobie prześcieradła. Obecnie na zdjęciach jakoś tam pretendujących do miana autentycznych, praktycznie nigdzie nie uświadczymy tak przebranego ducha. Tony Cornell, który w ramach eksperymentów spacerował w białym prześcieradle po ulicach Londyny uskarżał się, że białe prześcieradło przestało kojarzyć się z "prawdziwym" duchem. Dwa lat temu przejrzałem 200 opisów duchów straszących po nocach Polaków - wśród nich nie było ani jednego ducha w prześcieradle. Wydaje się, że aby wyjaśnić dlaczego duchy zrzuciły z siebie prześcieradła, wpierw należy zrozumieć po co je na siebie założyły.

Okazuje się, iż w średniowieczu duchy wyobrażono sobie tak samo jak obecnie. Były to lekko rozmazane, niewyraźne, ewentualnie lekko jaśniejące postacie, niewyróżniające się ubiorem. Zmiany nadeszły wraz z rozwojem teatru. W jaki sposób pokazać w przedstawieniu ducha, aby oglądający to wszystko widz wiedział, że na scenę wkroczył duch? Przyjęto konwencje, iż duchy reprezentować będą postacie w strojach z poprzednich epok. Kiedy na scenę wkraczali aktorzy w oldschoolowych ciuchach, widzowie od razu rozpoznawali w nich duchy. Echa tej zabawy widać w jednym z najbardziej nasyconym duchami dziele literatury polskiej - Weselu Stanisława Wyspiańskiego. Przełom przyniósł wiek XIX. Duch pod postacią aktora ubranego w średniowieczną zbroje przestał być użyteczny. Ronald Finucane w swojej książce A Cultural History of Ghosts pisze, że przedstawienia z udziałem duchów stały się przedmiotem żartów. Średniowieczny rynsztunek tak hałasował, że w czasie spektaklu słychać było jak aktor grający ducha przesuwa się za sceną. Kiedy teatr stal się przedsięwzięciem masowym nie bez znaczenia okazały się czynniki finansowe. Stroje z dawnych epok były cholernie drogie, zarówno te oryginalne jak i szyte na zamówienie. Postrzępione, białe prześcieradło okazało się strzałem w dziesiątkę. Był to niedrogi łach, który wyglądał staro, a jednocześnie swoim kolorem nawiązywał do jasnej poświaty ducha. Pomimo przeskanowania kilku książek (m.in Encyclopedia of Ghosts and Spirits Rosemary Guiley), pod kątem angielskiego słowa "prześcieradło", nie udało mi się ustalić, kto po raz pierwszy zastosował myk z prześcieradłem. Najpewniej rzecz miała się w latach 70tych XIX wieku. W ciągu kilkudziesięciu lat widzowie tak oswoili się z prześcieradłem, że w latach 30tych XX wieku, praktycznie wszystkie duchy wywoływane przez polskie media (w tych duchy takich sław jak Franek Kluski) były poubierane w prześcieradła.


Istnieje kilka alternatywnych, gorszych i lepszych teorii odnośnie prześcieradeł duchów. Do tych gorszych zaliczyć można tezę, iż to Walt Disney wymyślił prześcieradłowego ducha. Jeden z lepszych pomysłów, godny sprawdzenia. głosi iż prześcieradło wywodzi się z tradycji przykrywania zmarłych białym płótnem. Zatem ponownie słowo "prześcieradło", tym razem Encyclopedia of Death and the Human Experience. Owijanie zmarłych w białe prześcieradło jest ludową tradycją w Bośni. Białe płótna znane jako pokrov szyje się tam specjalnie na okazje pogrzebu. Białe prześcieradła u zmarłych spotykamy także w Bahaizmie. Wszystkie te przykłady mają się jednak nijak do kultury anglosaskiej, a to przecież tam narodził się prześcieradłowy duch. Co ciekawe, mamy też wątek polski. Według The Encyclopedia Of Vampires najbliższą wizerunkowo postacią do zwiewnego, prześcieradłowego ducha jest polska upierzyca. Upierzyca jest kobiecą wersją upiera (nie mylić z upiorem). Wyłazi w nocy z trumny gdzie owinięta jest jasnym całunem, upierzyca jest lekka, z łatwością unosi się w powietrzu - stąd jej nazwa nawiązująca do pierza i piór. Wracając jednak do tematu. Duchy straciły prześcieradło zapewne w ten sam sposób, w jak je zyskały - rękoma przemysłu rozrywkowego. Przykrywanie duchów prześcieradłem stało się w epoce filmowej równie bezzasadne co niegdyś duch chodzący w rycerskiej zbroi. Technika filmowa umożliwiła pokazanie ducha jako półprzezroczystej mgły przechodzącej przez ściany, przez co prześcieradło stało się zupełnie zbędne. Do tego co płynęło z ekranu telewizory, szybko dostosowała się ludzka wyobraźnia. Nasze duchy straciły prześcieradła i obecnie ludzie widują je dokładnie tak, jak wymyślili je scenarzyści z Hollywood.

Pytanie. Czy zamieszanie z prześcieradłem jest jakimkolwiek argumentem przeciwko istnieniu duchów? Wydaje się, że tak. W jaki sposób udowodnić, że serial Star Trek nie ukazuje prawdziwych wydarzeń? Jak dowieść, że nie kręcono go na prawdziwym statku Gwiezdnej Floty, a w studiu filmowym? Wystarczy spojrzeć na mostek dowodzenia. W pierwszej serii, na międzygwiezdnym statku kosmicznym widzimy monochromatyczne telewizory. W odcinkach nadawanych w latach 80tych kapitan spogląda na kolory monitor CRT. W obecnie kręconych Star Trekach kapitan ma do dyspozycji dotykowy panel. Widzimy zatem, jak ziemski rozwój naukowo-techniczny wpływa na coś nie z tego świata. Zjawiska ponoć nadprzyrodzone okazują się tworami naszej kultury, od której są bezpośrednio zależne. Wygląd statków kosmitów zmienia się wraz z rozwojem lotnictwa. Tak jakby kosmici zmienili swoje statki, aby sprostać naszym oczekiwaniom. Rany stygmatyków przesuwają się z dłoni na nadgarstki, po tym jak modną staje się teoria o takim przebiegu ukrzyżowania. Nawiedzające nas duchy zmieniają swój wygląd pod wpływem filmów i seriali. Patrząc pod kątem autentyczności tych zjawisk nie wygląda to najlepiej.

1 kwietnia 2014

Czy leci z nami pilot?

Jeszcze niespenetrowanym w Polsce wątkiem, luźno powiązanym z katastrofą Smoleńską, jest postać Grigori Grabowoja. Grabowoj, jak sam twierdzi, odpowiadał za bezpieczeństwo lotów prezydenta Putina oraz innych prezydentów Wspólnoty Niepodległych Państw. Ba, kontrolował stan techniczny Międzynarodowej Stacji Kosmicznej kiedy przebywali w niej Rosjanie. Jako człowiek na tak ważnym stanowisku był prawdziwym celebrytą. Panoszył się w rosyjskiej telewizji i udzielał ekskluzywnych wywiadów dla Echa Moskwy. Ci, którzy wyobrażają sobie Grabowoja jako urobionego w smarze chłopinę mogą się srogo rozczarować. Stereotyp rosyjskiego mechanika - w kufajce, z kluczem w jednej ręce i butelką wódki w drugiej - tym razem się nie sprawdzi. Otóż Grabowoj nadzorował samoloty telepatycznie! Nasamprzód zapomniałem chyba napisać, że Grabowoj to przykład człowieka który ma kompletnego zajoba. Poza telekinetycznym nadzorem ruchu lotniczego zasłynął ofertą wskrzeszenia 150 dzieciaków, które zginęły w Biesłanie, żądając po 1,3 tys dolarów za każdego malca. W czasie katastrofy Smoleńskiej Grabowoj odsiadywał akurat wyrok za malwersacje. Co ciekawe, trzy tygodnie po katastrofie Putin ułaskawił Grabowoja. Przypadek? Nie wydaje mi się. No dobra, przypadek - ale jak to brzmi!


Jedną z ciekawszych rzeczy jaką przeczytałem o Smoleńsku, jest napisana 20 lat temu książka Davida Beaty The Naked Pilot. Są to zapiski rozmów z roztrzaskanych kokpitów samolotów, z komentarzami Pana Davida. Jeśli ktoś wciąż łudzi się, iż w Smoleńsku wydarzyło się coś nieprawdopodobnego, po tej lekturze przestanie mieć wątpliwości. Beaty, psycholog i pilot, opisuje dziesiątki katastrof Smoleńskich, łudząco podobnych do naszej narodowej tragedii. Mylenie wartości QFE (wysokość względna, nad lotniskiem), z wartością QNH (wysokość bezwzględna, nad poziomem morza) to jeden z najczęstszych błędów popełnianych przez załogi samolotów. Piloci notoryczne ignorują alarmy systemów bezpieczeństwa. Dla przykładu, rok 1983, Boeing 747 lecący z Paryża do Madrytu przygotowuje się do lądowania. Przez 10 sekund pilot nie reaguje na rozlegające się w kabinie komendy "pull up! pull up!" ("w górę chłopie! w górę!"). Po 15 sekundach błagań komputera znudzony kapitan odpowiada "OK, OK". Pięć sekund później samolot zahacza o wzgórze, ginie 181 z 192 osób na pokładzie. Jeszcze inny przykład. Katastrofa samolotu Dan Air na Teneryfie. System GPWS, krzyczy do pilota "pull up! pull up!". Pilot odpowiada "shut up!", a następnie przekrzykuje się z komputerem aż do momentu katastrofy, w której ginie 148 osób. Dodajmy, że to i tak nie najgłupsze rzeczy jakie robią piloci. W 1989 w amazońskiej dżungli rozbił się samolot, po tym jak w trakcie lotu kapitan zamiast kontrolować kierunek lotu oglądał mecz Brazylia Chile. W 1973 jeden z silników samolotu DC-10 eksplodował (zabijając jednego z pasażerów), po tym jak mechanik z kapitanem z nudów bawili się ciągiem silników. Książka Beatiego nie jest jednak paszkwilem na pilotów. Jest to próba odmitologizowania pilotów jako nieomylnych herosów. Tymczasem są to ludzie popełniający błędy równie często jak my. Głównym powodem wypadków lotniczych jest dobra wola, aby nie zawieść pasażerów, aby się nie spóźnić, aby dowieźć ładunek we wcześnie ustalone miejsce. W 1966 Boeing 707 rozpadł się w powietrzu nad góra Fudż, po serii manewrów, które miały zapewnić pasażerom piękny widok zza okna. Taką samą przyczynę miała katastrofa w okolicach lodowca Mount Gilbert, oraz zderzenie DC-7 z samolotem Constellation nad Wielkim Kanionem Kolorado.

Jedyną katastrofą lotniczą jaką sprokurowałem, był stworzony przeze mnie wielometrowy latawiec, którego licha konstrukcja nie ostała się podmuchom wiatru. Może i nie znam się na lataniu, ale na manipulowanie ludźmi jestem wyczulony niczym świnia na trufle. Trudno wyobrazić sobie katastrofę bardziej typową niż ta w Smoleńsku. Wystarczy spojrzeć w statystykę. Około 8% wypadków przytrafia się w momencie startu, 3,8% przy lądowaniu i 25,7% w końcowej fazie podejścia do lądowania. Choć samoloty to urządzenia "pilotoodporne" i same potrafią skorygować drobne błędy załogi, większa ilości problemów może okazać się śmiertelnie niebezpieczna. Jeśli samolot ląduje przy nieodpowiedniej pogodzie, z nieodpowiednim naprowadzaniem, do tego z błędami po stronie pilota, to nawet komputer może sobie z tym nie poradzić. Piloci DC-8 w czasie lądowania w Orlando, byli tak zaabsorbowani wypatrywaniem innych samolotów na pasie, iż nie zwrócili uwagi na syrenę alarmującą o niewypuszczonym podwoziu. W 1978 w USA jeden z samolotów spadł 10 km przed lotniskiem, tylko dlatego, iż załoga tak przejęła się zablokowanym podwoziem, że nie zauważyła kończącego się paliwa. W 1972 lecąca nad Florydą załoga, była tak zajęta problemem z wysunięciem podwozia (jak się później okazało przepaloną żarówką), że kiedy kapitan próbował każdej kombinacji przełączników i bezpieczników, samolot spadł i rozbił się na moczarach w Everglades. W przypadku Smoleńska nawet późniejsze przerzucanie się odpowiedzialnością za wypadek, to najzwyklejsza klasyka katastrof lotniczych. W 1980 po katastrofie Boeinga 727 w górach Pica de Chinguel, w wydanym przez Hiszpanów raporcie winę ponosił kapitan statku. Brytyjczycy uzupełnili więc raport o uchybienia kontrolera lotu. Kiedy jambo jet linii Pan American zderzył się z jumbo jetem linii KLM w tych samych górach, to z kolei Holendrzy podważyli hiszpański raport, pisząc swoją własną wersje. Przyczyny katastrof lotniczych są przerażająco banalne. W naturze ludzkiej najwyraźniej siedzi jednak jakaś mała wesz, która woli słuchać o tym, że to kosmici porwali malezyjski samolot (dla złota, lub w innej wersji, dla bezcennej chińskiej technologii), niż nudnych, prozaicznych wyjaśnień.

12 marca 2014

Sztukmistrz Stefan Ossowiecki

Dlaczego z kapelusza wyciąga się króliki, a nie np. szczeniaki? Sekretem popularności królika jest fakt, iż jest to zwierzak dość układny i co by nie mówić głupawy. Kot czy kura, zamknięte w podwójnym dnie kapelusza mogą wierzgać. Królik natomiast z pokorą akceptuje swój króliczy los. Jeśli opanowaliście już sztuczkę z królikiem macie dwa wyjścia, Po pierwsze, możecie jeździć po szkołach, spraszać znudzone dzieciaki i kasować 2 zł od biletu. Jest też opcja o wiele bardziej intratna. Należy okrzyknąć się króliko-magiem. Przygotować rzewne historyjki jak to od dziecka króliki spontanicznie materializowały się w waszej obecności. Dorobić do tego teorię, o komunikacji z wymiarem beta-królik, gdzie ustawione w kolejce futrzaki czekają na teleportacje do nasze świata. Najważniejsze aby iść przy tym w zaparte, że nie jest to żadna sztuczka, a rzeczywista materializacja będąca wynikiem naszych nadprzyrodzonych mocy. Niestety, królik w kapeluszu bardzo mocno kojarzy się ze pospolitym iluzjonistą. Może być ciężko przekonać ludzi, że to nie sztuczką jaką znają, a prawdziwe zjawisko króliko-paranormalne. Sprawa miałaby się znacznie lepiej, gdyby nasze oszustwo było mniej wyświechtane. Dokładnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia przed wojną. Istniał wówczas nieźle rozwinięty, acz mało jeszcze znany dział prestidigitatorstwa zwany mentalizmem. Były to efektowne sztuczki, które miały przekonać widza, iż iluzjonista czyta w jego myślach. To wystarczyło aby lata 20te i 30te usiane były telepatami, a medium komunikujące się z duchami działało niemal na każdej ulicy. Obecnie (czy jak wolą niektórzy, w drugim dwudziestoleciu międzywojennym) tego typu matactwa prawie całkowicie wyginęły. Przyczynili się do tego telewizyjni iluzjoniści. Praktycznie każdy szanujący się dziś magik, ma w swoim repertuarze czytanie w myślach. Magicy praktycznie nie róbią już żadnych innych sztuczek, a mentalizm jest obecnie absolutnie dominującym działem sztuki iluzji.

Stefan Ossowiecki zadbał, aby jego życie otaczała większa ilość mitów niż faktów. Wciąż czytam, że zdolności Ossowieckiego potwierdził sam Marszałek Piłsudski. Pomijając brak jakichkolwiek kompetencji Piłsudskiego w wyjaśnianiu iluzji scenicznej, prawda jest jeszcze smutniejsza. Z zachowanych opisów spotkań tych panów wynika, że to bardziej Ossowiecki testował Piłsudskiego, niż na odwrót. Piłsudski był najwyraźniej przekonany iż posiada nadnaturalne moce parapsychiczne, w czym Ossowiecki stale go utwierdzał. Powszechnie sądzi się, że Ossowiecki był nadzwyczajnym przedwojennym jasnowidzem. Przepowiadanie przyszłości to jednak margines działalności Ossowieckiego. Zresztą zupełnie się pod tym względem nie wyróżniał. Był raczej średniej jakości wróżbitą, nawet jak na standardy swojej epoki. Kiedy tylko miał opisać zbrodnię, zawsze widział drzewa, lasy, łąkę i drogę (skąd my to znamy?). Prawdziwą domeną Stefana Ossowieckiego która zapewniła mu sławę, było czytanie w myślach. Dokładnie, było to odczytywanie rysunków lub zdań z zapieczętowanych kopert. Aż do kresu swych dni Ossowiecki uchodził więc za telepate. Z czasem, na taką "telepatie z kartki" upowszechnił się termin kryptoskopia. Dziś, cały ten dział nazywa się ogólnym terminem remote viewing (widzenie zdalne). Być może zastanawiacie się, czy wiem w jaki sposób Ossowiecki wykonywał swoje sztuczki? I tak i nie. Oczywiście wiem w jaki sposób się je wykonuje, niestety opisy dokonań Ossowieckiego są bezwartościowe. Na ich podstawie nie sposób z całą pewnością powiedzieć, który sposób upodobał sobie Stefan. Bazujemy jedynie na andegdotach samego Ossowieckiego i historyjkach ślepo wierzącej w niego publiczności. Nie zmienia to jednak ogólnego wrażenia, że kiedy tylko uważnie się je czyta, między wierszami widać łatwe do spreparowania oszustwa.

Ludzie eksperymentujący z Ossowieckim skupiali się na zupełnie nieistotnych faktach, natomiast pomijali te absolutnie fundamentalne. Na przykład: wdają się w szczegółowy opis miejsca, do którego udali się aby nanieść rysunek. Opisują, czy ktoś obok nich był, czy zamknęli drzwi etc. Natomiast zupełnie pomijają opis, co dokładnie robił z tą kopertą Ossowiecki. Zwykle piszą tylko tyle, że przez kilkanaście minut trzymał ją za plecami. Yyy, ze co?! Jeśli naprawdę wyglądało to w taki sposób, że na kwadrans tracono z oczu kopertę, to równie dobrze Osssowiecki mógłby wyjść z kopertą do innego pokoju, zamknąć się z nią na pół godziny, a później wrócić i "telepatycznie" odczytać jej zawartość. Nawet jeśli spisujemy swoje tajemnice w sejfie umieszczonym na Marsie, a później dajemy tę kartę iluzjoniście do potrzymania choćby na 3 sekundy, to wszystkie nasze wcześniejsze zabezpieczenia w tym momencie nie mają już znaczenia. Mielenie kartki przez Ossowieckiego wygląda żałośnie przy wyczynach dzisiejszych mentalistów, takich jak Steven Frayne czy Derren Brown. Nawet gdyby Ossowiecki przez te 15 minut zastygł w bezruchu i tylko raz podrapał się po czole - cały eksperyment nie ma już sensu. Jest to gest absolutnie wystarczający, aby poznać wygląd tego, co mamy za plecami. Wiemy, że kiedy Ossowiecki dostawał zapieczętowany obrazek "telepatycznie go skanował", następnie rysował na jego podstawie swój własny, aby na koniec porównać ich zgodność. W opisie doświadczeń brakuje jednak tak podstawowej informacji jak to, kto pierwszy pokazywał swój obrazek, Osowiecki czy klient? Wystarczą 2 sekundy różnicy, aby dyskretnie nanieść na kartkę prosty rysunek - a dodajmy, że Ossowiecki domagał się jedynie prostych rysunków. To, że przynajmniej w pewnych przypadkach nie przenikał umysłu ludzi, a po prostu zaglądał do tych kopert, wiemy pośrednio od niego samego. Niechcący zdradza to w swojej autobiografii opisując spotkanie z Panem Wodzinowskim ("doświadczenie numer 43"). Wodzinowski przyszył kartkę do koperty, tak ze Ossowski nie mógł jej wyciągnąć. Jego "umysł" widział więc tylko tyle, na ile pozwalała odgięta kopertę, a więc jedynie dół obrazka. Czy tak powinna wyglądać telepatia?

Nawet jeśli wyczyny Ossowieckiego nie były specjalnie wyrafinowane, ktoś musiał go tego nauczyć. To co wiemy na pewno, to to, że Ossowiecki pobierał nauki u Worobieja, który "wskazał mu sposób ćwiczenia i rozwijania zdolności". Jak twierdził Ossowiecki, Worobiej nauczył się ich od Indyjskich Świętych Mężów. Jeśli ktoś nie wie kim są owi indyjscy godmeni, to informuje że to rzadkiej próby skurwysyństwo. Pół roku temu za walkę z tą szarlatanerią swoim życiem zapłacił lider indyjskich sceptyków Narendra Dabholkar (na fali oburzenia tym morderstwem w Indiach przyjęto ustawę o zapobieganie i zwalczaniu praktyk magicznych). Wydaje mi się to zbyt romantyczne, zbyt piękne, aby umiejętności Ossowieckiego pochodziło wprost ze wschodu. Myślę, że po prostu pokazał mu to jakiś zaprzyjaźniony magik. Tym bardziej, że takich Ossowieckich mieliśmy wtedy od cholery Nachodzi mnie smutna refleksja, jak w ogóle w 39' mogliśmy przegrać, skoro dysponowaliśmy takim zapleczem? Materializacja przedmiotów (np. bomb), telekineza (zrzucenie ich na wroga) bilokacja (wywiad), jasnowidzenie (kontrwywiad), a to tylko mała garść z tego co przypisywał sobie Ossowiecki. W samej przedwojennej Warszawie działało pewnie z kilkadziesiąt panów i panien, które na swoich seansach spirytystycznych potrafili materializować duchy i różnego rodzaju stwory. Wystarczyło zmaterializować np. tyranozaura w sypialni Hitlera czy innego Putina. Tak własnie czas i życie weryfikuje moce nadludzi.