20 sierpnia 2014

Konserwanty Władimira

Nie mają szczęścia rosyjskie śliwki i ogórki, oj nie mają. I nie mam tu na myśli przeznaczenia każdej rosyjskiej rośliny, czyli przerobienia na wódkę, tudzież przy wódce pożarcia. Większym nieszczęściem jest to, że ich ojczyzna już od kilkudziesięciu lat próbuje zdystansować się do myśli Zachodu - nawet w tych dziedzinach, w którym nie ma żadnych działających alternatyw. Wszystko na zasadzie: "Czy w Teksasie podlewa się kapustę wodą? W takim razie ty Sasza od dziś podlewasz benzyną!". Jeśli chodzi o biologię, od lat 40. w ZSRR obowiązywała jedynie słuszna teoria kumpla Stalina Trofima Łysenki, będąca odpowiedzią na kapitalistyczno-indywidualistyczną teorię ewolucji. W 1948 genetykę uznano za "burżuazyjną pseudonaukę". Genetyków zwolniono z pracy (niektórych skazano), a prowadzone dotychczas badania przerwano. W sukurs łysenkizmowi przyszły równie dobre pomysły biologii kolektywistycznej, takie jak miczurinizm i teorie Lepieszyńskiej. Rosyjskie rolnictwo stało się przedmiotem żarów całego bloku wschodniego. W Rosji zboża miały rosłnąć niczym słupy telegraficzne - równie gęsto co one. Nieufność do zachodnich pomysłów ewoluowała, ale nigdy nie zanikła. W maju tego roku, zastępca przewodniczącego komisji rolnictwa Dumy zaproponował, aby produkowanie, sprzedawanie i transportowanie organizmów zmodyfikowanych genetycznie na terenie Federacji traktować jako akt terrorystyczny!

Za moją poręczną torbę robi dawna rosyjska apteczka. W miejsce czerwonego krzyża naszyłem zaprojektowaną przez siebie naszywkę, z rosyjskim napisem "konserwanty, słodziki i przeciwutleniacze".




Aby zracjonalizować brak zachodnich produktów na rosyjskich stołach, masy karmią się popularnymi także u nas mitami. Rosyjska żywność ma być zdrowa i naturalna - w przeciwieństwie do tej pochodzącej z toksycznych od nawozów pól zachodu. Stosowane w Europie dodatki do żywności jawią się niczym broń chemiczna! W przykładowej retoryce Giennadija Oniszczenki (szefa Służby Ochrony Praw Konsumentów) i Władimira Żyrinowskiego mamy absolutnie wszystkie budzące przerażenie nazwy, takie jak antybiotyki, konserwanty, pestycydy i hormony. Taka narracja przypomina szydzącego z ludzi lumpa. Takiego, który szczyci się pokrywającym go naturalnym łojem i moczem. "Phi, głupi bogaci ludzie! Przesadnie sterylni i naperfumowani chemią, nie to co ja!". Chyba nigdzie indziej głupota nie jest tak wielką cnotą, a ignorancja takim powodem do samozadowolenia, jak w temacie dodatków do żywności. Niektórzy z nas najwidoczniej żyją w alternatywnym świecie gdzie główną przyczyną hospitalizacji jest spulchniacz do pieczywa, a na połowie aktów zgonów widnieje czerwona pieczątka "zatrucie barwnikiem spożywczym". Niestety wiemy jak wyglądał świat bez mrożenia żywności, bez higieny, bez konserwantów i pasteryzacji. Na początku XX wieku choroby przenoszone drogą pokarmową stanowiły realne zagrożenie życia, a przeciętny Europejczyk rozpoczynał dzień od krwistej biegunki. Jeszcze w latach 40. za sprawą szybko psującego się mięsa, ponad 15% Amerykanów chorowało na włośnice! Najwidoczniej zapomnieliśmy o tej nie tak odległej przeszłości. Dziś mało kto wie, że modny napis "bez konserwantów!" jest niejako tożsamy z "produkt z szybciej rozwijającą się pleśnią!

31 lipca 2014

Leczyć się i umierać z Allegro

Najwyraźniej zamieniam się w stetryczałego dziada, bo nawet w rzeczach które powinny mnie cieszyć, dostrzegam jedynie ich gorzką stronę. Wyborcza nie przestaje rzucać gromami w pupę pana Marka Haslika, znachora z Nowego Sącza. Niby dobrze, w końcu ktoś natarł uszy temu gałganowi (Boże, już nawet pisze się jak stary dziad). Z drugiej strony dostrzegam pewne zagrożenie w sygnowaniu medycyny alternatywnej takimi postaciami jak Haslik. Haslik jest w swym uzdrowicielstwie obrzydliwie wręcz stereotypowy. Starszy pan przyjmujący gdzieś pokątnie na rubieżach i bredzący coś o Bogu. Wbrew pozorom nie jest to standardowa szarlataneria, a rodzaj muzealnego eksponatu. Ludowy guru udzielający porad swoim wyznawcom, opłacany darami w postaci gęsi i worka ziemniaków to unikat. Już w napisanej 60 lat temu książce Bieńkowskiej "Atom i znachorzy" praktycznie każda uzdrowicielka była staruszką przepędzającą miotłą lekarzy, tak starą że mogła być kochanką Napoleona. Choćby za sprawą przemijającego czasu, takich postaci nie mogło się ostać zbyt wiele. Babcie leczące ziołami i dziady przypisujące sobie boskie moce, to wręcz rarytas! Dzisiejsi uzdrawiacze mają sklepy w centrum i dorzucają paragon do swoich bezwartościowych mikstur. Szarlataneria kwitnie w głowie waszej dietetyczki do której chodzicie i u waszego fizjoterapeuty który was leczy. Pseudomedyczne porady stanowią clou  telewizji śniadaniowej. Znachorstwo praktykują nasze matki, a nawet my sami, trąc jęczmień złotą obrączką. Łatwiej obarczyć winą wiejskiego szamana, niż dostrzec tę smutną prawdę.

Ilustracja uzdrowicieli z książki Bieńkowskiej
Zakrawa na jakiś ponury żart to, że tabloid piętnujący Haslika, chwilę wcześniej drukował kilkuset tysięcy bioenergetyzujących kwadratów. Ilość zarażonych głupotą ludzi przez pana z Nowego Sącza jest niczym, przy tajfunie mambo-jambo jaki wylewa się z kolorowych dzienników. Historia pomyleńca jest oczywiście bardziej medialna, niż tysiące sprzedawców z popularnego serwisu aukcyjnego, wciskający ludziom takie rzeczy, że ziółka Haslika to przy tym medyczna nadzieja XXI wieku. Postępująca znieczulica uodporniła mnie na widok lamp do koloroteriapii, tajemniczych "przyrządów przeciwbólowych" i ajurwedyjskich okularów. Jakoś to przełknąłem. Są jednak rzeczy których nie zdzierżę. Na przykład wciąż reaguję na otręby ryżowe leczące raka. Na mieszankę oleju słonecznikowego z jajkami, cofającą każdy nowotwór po 358 zł. Kto jest gorszy Haslik, czy patafian opychający sok z winogron terminalnie już chorym ludziom, po 255 zł za litr? Każdy może kupić sobie witaminę C po 5 zł, ale kiedy chemioterapia nie pomaga wtedy możesz się zaopatrzyć w taką specjalną witaminę C, która jak zapewnia jej sprzedawca w mig upora się z twoją chorobą. Oczywiście listek takiej witaminy C kosztuje 160 zł. Kiedyś wydawało mi się, że to właśnie tacy sprzedawcy są źródłem dezinformacji i pseudomedycznego zła. Następnie myślałem, że nie są jego źródłem a owocem. Obecnie coraz bardziej przychylam się do zdania, że trzydziestolatek leczący swoją matkę kadzidełkiem i allegrowicz handlujący leczniczym orientalnym gównem to jedna i ta sama osoba. Kat i ofiara w jednym, czyli pełen dramat.

Zważywszy, że blog ten dotyczy rzeczy, które interesują głównie oszołomów, z natury rzeczy przez te 7 lat przewinęło się tu sporo osobliwych intelektualnie postaci. Mimo to, uzdrowicieli z sekciarskim zacięciem policzyłbym na palcach jednej ręki. Szacuje natomiast, że matki małych Jasiów leczących ich sokiem z żurawiny, mogły w tym czasie napisać od 1,2 tys do 1,6 tys komentarzy. Mniej więcej tak rysują się te proporcje. Ludzie którzy swoimi poradami szkodzą innym to nie mityczni szamani o natapirowanych włosach i szaleństwem wypisanym na twarzy. To niestety nasze sąsiadki, nasi koledzy z pracy i uprawiające fitness szefowe. Swoją wiedzę czerpią z sensacyjnie brzmiących tekstów. Próbowali kiedyś przeczytać coś mądrego ale nie zrozumieli, a to co nie doczytali sami sobie dopowiedzieli. Lepiej byłoby dla nich nie wiedzieć niczego, niż wiedzieć to co wyczytali w kolorowych poradnikach. Choć ja w przeciwieństwie do tej zaczadzonej zabobonem populacji wiem, że leki generyczne to nie to samo co geriatryczne, a przegląd systematyczny to nie to nie taki, co wykonuje się systematycznie - mimo to, nigdy nie przyszło mi do głowy aby kogoś samemu leczyć! Okołomedyczne zainteresowania jedynie uświadamiają jak wiele się nie wie i jak wielka różnica dzieli dociekliwego laika od wyuczonego w specjalizacji lekarza. Jeśli twoje lektury zamiast pokory uczą cię jedynie pogardy do mainstreamowej medycyny (czyli tej jedynej działającej), to pora pozbyć się paru zakładek z przeglądarki.

29 lipca 2014

Nie ma dobrego opętania bez gwoździ zwymiotowania

Jak wiemy z reklam, przy odrobinie chęci z żyrafy wyciśnie się trochę owocowych cukierków. Jak wiemy z tego bloga, są ludzie którzy święcie w takie rzeczy wierzą - z naciskiem na święcie. Pogląd, według którego człowiek zdolny jest materializować różne przedmiotów wiąże się niestety z małą niedogodnością, jaką może być goszczeniem w swoim ciele diabła. Gdybym wiedział, że w czasie szatańskich spazmów wypluję, powiedzmy potrzebną mi teraz drylownice, z chęcią zaprzedałbym się jakimś demonom. Niestety od wieków opętani plują tym samym zestawem śmieci, do którego należą pióra, guziki, druty, włosy, nitki itp. Obecnie najpopularniejsze są chyba gwoździe. Licheński egzorcysta ks. Edmund Szaniawski nosi ze sobą nawet wiaderko z wyrzyganym przez opętanych żelastwem Aż prosi się ustawić takich opętanych w Castoramie, gdzie każdy mógłby do nich podejść i nabyć trochę świeżo zmaterializowanych gwoździ. Tymczasem samo pokazywanie gwoździ jest takim dowodem na istnienie diabła, jak owocowe cukierki są dowodem na dojne żyrafy. Ta pogarda do udowadniania czegokolwiek jest znamienna. Ultrasonografia momentu materializacji gwoździa, rentgen, nagrania wideo? Po co? Chamstwu powinien wystarczyć widok śrubek w wiadrze. Egzorcyści zapewniają przy tym, że gwoździe w ustach opętanych nie są wynikiem sztuczek egzorcyzmowanych. Śmiem wątpić w umiejętności księży w rozszyfrowywaniu choćby najprostszej iluzji. Przypomnę choćby przypadek dziesięcioletniej Niemki Althe Ahlers, którą nieomal spalono po tym jak opanowała prostą sztuczkę "wyczarowywania" myszy z chusteczki. Mimo, że dziewczynka pokazała przed sądem, że sztuczka nie ma w sobie prawdziwej magi i opiera się jedynie na zręcznych palcach, duchowni wciąż domagali się poddania dziecka torturom i sądzenia za czary.

Historia dostarcza licznych dowodów na to, że wydalanie przez opętanych tego i owego, nie jest oznaką nadprzyrodzonych mocy. W 1620 roku niezwykłych rzeczy dokonywał niejaki William Perry. Dwunastolatek miał wszystkie objawy opętania. Na dźwięk słów Ewangelii wg św. Jana miotał się tak, że czterech chłopa nie mogło go utrzymać. Wymiotował szmatami, paznokciami, nićmi, wełną, słomą i gwoździami. Oszustwo odkrył dopiero badający go biskup Thomas Morton. Chłopiec nie rozpoznawał fragmentów ewangelii czytanych w innych językach, choć uważano, że diabeł powinien znać wszystkie (co ciekawa, obecnie nie przeprowadza się tego testu). Dzieciak przyznał się, że wszystkie przedmioty które zwracał wcześniej sam ukradkiem wkładał do ust, zaś czarny mocz który oddawał był tylko nićmi nasączonymi atramentem, ukrytymi pod napletkiem. Podobny show w 1696 roku odstawiała jedenastoletnia Christine Shaw. Wiła się w konwulsjach, twierdząc że dręczą ją demony, wymiotując przy tym m.in skorupkami jaj, popiołem, kurzymi piórami, kłębkami włosów, sianem i gwoździami. Mała poszła jednak dalej i z łatwością zidentyfikowała swoich astralnych oprawców. Oskarżyła łącznie 21 osób, w tym polowe swojej rodziny, ojca, babcie, kilku kuzynów. Tym razem obyło się bez wyszukiwania racjonalnych wyjaśnień. Siedmioro oskarżonych została powieszonych i spalonych na stosie. W 1839, w dawnej sypialni małej Shaw, obok jej łóżka odnaleziono ukryty w ścianie otwór, którym najprawdopodobniej przekazywano dziewczynce wypluwane przez nią przedmioty

Wybór do materializacji akurat gwoździ, wydaje się słabym posunięciem ze strony szatana. Niegdyś nie dało się o nich wiele powiedzieć. Identyfikowano je po prostu jako "gwoździe do zabijania okien" albo "gwoździe do zbijania kół u wozu". Dziś badając takie gwoździe moglibyśmy ustalić skąd pochodzą, kiedy je wyprodukowano, z jakich stopów, jaką metodą. Wiele powiedziałoby to o piekielnym przemyśle i preferencjach samego diabła, czy na przykład przestrzega unijnych norm. Najwyraźniej kolekcjonerów tego złomu to nie interesuje, bo jeszcze nie słyszałem aby kościół przekazał je do jakiejkolwiek analizy. Istnieje możliwość, że każdy z gwoździ jest szczegółowo badany i każdy okazuje się pochodzić z pobliskiego sklepu żelaznego, po czym wyniki tych ekspertyz lądują w biskupim koszu na śmieci. Większość z tego, czym wymiotują opętani nie zachowuje się na zbyt długo. Dla przykładu, opętane urszulanki z Aix-en-Provence wymiotowały jedynie gęstą pianą. Przodowała w tym Madeleine de Demandolx, która przy okazji oskarżyła zaprzyjaźnionego księdza Louisa Gaufridi o czary. W czasie procesu naprzemiennie raz to odwoływała zarzuty, twierdząc, że kocha Gaufriediego, raz to szamocząc się i bluźniąc na krucyfiks opowiadała o sabatach jakie urządzał. Dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, tak czy owak Gaufridiego spalono. Na początku XVII wieku, opętania wśród zakonnic stało się modne, a już szczególnie we Francji. Publiczne egzorcyzmy sióstr przerodziły się w atrakcje turystyczne. Na wyróżnienie zasługiwały zakonnice z francuskiego Loudun. Pozwolę sobie zacytować Nigela Cawthorna (Witch Hunt. History of a Persecution):
Wśród zakonnic z Loudun urządzających pokazy opętań, prawdziwą gwiazdą była młoda siostra Claire. W konwulsjach zadzierała halkę ukazując intymne części ciała bez żadnego wstydu. Znieważając się własnymi rękoma, wykrzykiwała słowa tak nieprzyzwoite, że zawstydzały najbardziej rozpustnych mężczyzn. Sposób w jaki to robiła krępowało bywalców najgorszych burdeli w kraju. Na niektórych robiło to takie wrażenie, że po obejrzeniu jednego z takich pokazów lord Montagu postanowił przejść na katolicyzm. Dla zakonnic przyszły ciężkie czasy, po tym jak klasztor odwiedziła siostrzenica kardynała Richelieu, księżna d'Aguillon. Doniosła wujowi, iż pokazy są oszustwem, ten cofnął im pensje co skutecznie wyleczyło zakonnice, a ich opętania dobiegły końca.

8 lipca 2014

A ty? Na co pozwolisz patrzeć innym?

Myjący się każdego dnia miastowi być może zastanawiają się, po co przed świńskim korytkiem rolnik ustawia utrudniające życie warchlakom kraty? Otóż niektóre świnie dają się ponieść atmosferze wyżerki do tego stopnia, że włażą do pełnego ziemniaków koryta. Kraty mają też chronić inne zwierzaki przed co bardziej szalonymi świniami. Pamiętam z dzieciństwa jak kura zeskoczyła z grzędy między świniaki, czego te nie potraktowały jako przyjaznych, sąsiedzkich odwiedzin i kuraka najzwyczajniej wszamały. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak jak rolnik hoduje świnie, tak państwo hoduje swoich obywateli. W tym wypadku para najbardziej szczwanych knurów w imieniu całego świńskiego stada sama ustawia kraty, by inne świnie nie zadławiły się kartoflem i zbytnio nie rozpanoszyły po chlewiku. Dyskusja sprowadza się wyłącznie do tego gdzie ustawić kraty, nigdy nie rozmawiamy o tym, czy kraty są w ogóle konieczne. Przez kraty rozumiem idee, że samo mówienie, patrzenie lub słuchanie pewnych rzeczy może być dla nas szkodliwe. Tak jakby sama możliwość spojrzenia na to co jest niewłaściwe był już czymś złym. Magiczna moc obrazu, która zamienia nas w to co widzimy. Przerażenie budzą więc parady gejów, jakby samo patrzenie na nich mogło "zarazić" homoseksualizmem. Wbrew temu jak przedstawiają to autorytety moralno-dziennikarskie, o tym co jest szkodliwe nie rozsądzi żadna dyskusja. Najbliższe prawdy odpowiedzi podsuwa jedynie nauka. Sfinansowaliśmy w tych tematach niewiarygodną wręcz ilość badań. Na przykład, zagadnienie przemocy w mediach doczekało się (w zależność kto co liczy) od 3500 (według American Academy of Pediatrics) do kilkuset (według Jonathana Freedmana), badań! Grzechem byłoby z tego nie korzystać.


Wymowną w temacie wolności słowa jest historia badań na temat zależności pomiędzy dostępem do pornografii, a przestępczością na tle seksualnym. Nim zaczęto badać te relacje, a więc jeszcze przed utworzeniem słynnej prezydenckiej komisji ds. nieprzyzwoitości i pornografii (koniec lat 60tych), pokutowały jedynie zdroworozsądkowe założenia. Pornografia powodować miała szereg społecznych dolegliwości, w tym fale przemocy i gwałtów. Pogląd ten upadł w zasadzie od razu, kiedy tylko zaczęto go analizować. Co nie znaczy, że nie obeszło się bez kontrowersji i zażartych sporów. Największy kontratak miał miejsce w latach 80tych, kiedy na moment udało się zrekonstruować obraz młodocianego, rozjuszonego czytelnika świerszczyków, gwałcącego co popadnie. Obecnie mamy do czynienia z rzadką w tego typu sporach stanowczością, że zebrane dotychczas wyniki pozwalają raz na zawsze odrzucić hipotezę, iż dostęp do pornografii przekłada się na wzrost napaści na tle seksualnym. Publikowane w ostatnich latach prace (np. tu, tu i tu) idą nawet dalej, dowodząc że dostępność do pornografii nie tylko nie zwiększa ilości gwałtów, ale wręcz zmniejsza! Wiemy także, że omawiane często w mediach uzależnienie od pornografii po prostu nie istnieje! Takie wnioski nie tylko wymykają się prostej logice, są wręcz dezorientujące, na przykład dla środowisk feministycznych. Owy dualizm pornografii, która z jednej strony uprzedmiotawia i wyzyskuje kobiety, z drugiej wyzwala i kanalizuje agresje seksualną, doprowadził do podziału wśród anglosaskich feministek i wydarzeń znanych z historii jako Feminist Sex Wars lub Porn Wars. Aż prosi się zadać pytanie, czy zatem możliwe jest, aby ścisły (dzięki zbliżającej się nowelizacji niedługo jeszcze ściślejszy) zakaz pornografii z udziałem nieletnich, nie tylko nie chronił dzieci ale wręcz pośrednio je krzywdził? Rozsądek nakazuje mi nie rozważać tego pytania, póki co nie chce aby ten blog zniknął z internetu. Jednocześnie przyznaję się, że tej odpowiedzi nie znam.

W Polsce dyskusje o wolności słowa sprowadza się obecnie do dość nudnej debaty na temat Golgotha Picnic. Tymczasem w związku z wyczerpującą się ropą Norwegia postanowiła uczynić swoim towarem eksportowym muzykę black metalową. Ambasador Norwegii Karsten Klepsvik parę dni temu zorganizował z tej okazji koncert black metalowy, oraz udzielił Wyborczej wywiadu na temat tej muzyki. Jak pięknie. Przypomnę, że w 2004 roku za zorganizowanie koncertu norweskiego zespolu black metalowego Gorgoroth, ludzie usłyszeli w tym kraju wyroki skazujące, a zespól byl przesłuchiwany przez prokuraturę! W czasie koncertu nikogo nie pobito ani nikogo nie okradziono. Pokoncertowy tłum nie przewracał śmietników ani nie dewastował pociągów (jak mają to w zyczaju uczestnicy firmowanych przez władze imprez sportowych). Sama stylistyka, kilka nabitych na pal, sprowadzonych z ubojni owczych głów, była dla organów ścigania wystarczającym pretekstem. Kiedy pobieżnie przeglądam co się o tym wówczas pisało i jak przedstawiały to dzienniki, jakoś nie mogę natrafić na obrońców zespołu Gorgoroth. Najbardziej wyrozumiałe wypowiedzi przypominały tę księdza Bonieckiego: "Jestem przeciwnikiem cenzury, ale jest jakaś granica w propagowaniu zła". Dziś wypadałoby iść za tamtym ciosem i ustalić jaki mrok spowija ambasadora, skoro jest fanem takiej muzyki. Jaki rodzaj wypaczenia kryje się w duszy przeciętnego Norwega, skoro dupuszcza do siebie takowe dzwięki i obrazy. Inaczej oznaczałoby to, że patrzenie na wokalistę liżącego obdarty ze skóry owczy łeb nie przynosi ze sobą kresu cywilizacji. Jeśli to nie jest groźne, to co? Przecież nie po to zainwestowalismy w kraty do chlewika, by je teraz ustawiać gdzieś z boku pod murem.