8 lipca 2014

A ty? Na co pozwolisz patrzeć innym?

Myjący się każdego dnia miastowi być może zastanawiają się, po co przed świńskim korytkiem rolnik ustawia utrudniające życie warchlakom kraty? Otóż niektóre świnie dają się ponieść atmosferze wyżerki do tego stopnia, że włażą do pełnego ziemniaków koryta. Kraty mają też chronić inne zwierzaki przed co bardziej szalonymi świniami. Pamiętam z dzieciństwa jak kura zeskoczyła z grzędy między świniaki, czego te nie potraktowały jako przyjaznych, sąsiedzkich odwiedzin i kuraka najzwyczajniej wszamały. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak jak rolnik hoduje świnie, tak państwo hoduje swoich obywateli. W tym wypadku para najbardziej szczwanych knurów w imieniu całego świńskiego stada sama ustawia kraty, by inne świnie nie zadławiły się kartoflem i zbytnio nie rozpanoszyły po chlewiku. Dyskusja sprowadza się wyłącznie do tego gdzie ustawić kraty, nigdy nie rozmawiamy o tym, czy kraty są w ogóle konieczne. Przez kraty rozumiem idee, że samo mówienie, patrzenie lub słuchanie pewnych rzeczy może być dla nas szkodliwe. Tak jakby sama możliwość spojrzenia na to co jest niewłaściwe był już czymś złym. Magiczna moc obrazu, która zamienia nas w to co widzimy. Przerażenie budzą więc parady gejów, jakby samo patrzenie na nich mogło "zarazić" homoseksualizmem. Wbrew temu jak przedstawiają to autorytety moralno-dziennikarskie, o tym co jest szkodliwe nie rozsądzi żadna dyskusja. Najbliższe prawdy odpowiedzi podsuwa jedynie nauka. Sfinansowaliśmy w tych tematach niewiarygodną wręcz ilość badań. Na przykład, zagadnienie przemocy w mediach doczekało się (w zależność kto co liczy) od 3500 (według American Academy of Pediatrics) do kilkuset (według Jonathana Freedmana), badań! Grzechem byłoby z tego nie korzystać.


Wymowną w temacie wolności słowa jest historia badań na temat zależności pomiędzy dostępem do pornografii, a przestępczością na tle seksualnym. Nim zaczęto badać te relacje, a więc jeszcze przed utworzeniem słynnej prezydenckiej komisji ds. nieprzyzwoitości i pornografii (koniec lat 60tych), pokutowały jedynie zdroworozsądkowe założenia. Pornografia powodować miała szereg społecznych dolegliwości, w tym fale przemocy i gwałtów. Pogląd ten upadł w zasadzie od razu, kiedy tylko zaczęto go analizować. Co nie znaczy, że nie obeszło się bez kontrowersji i zażartych sporów. Największy kontratak miał miejsce w latach 80tych, kiedy na moment udało się zrekonstruować obraz młodocianego, rozjuszonego czytelnika świerszczyków, gwałcącego co popadnie. Obecnie mamy do czynienia z rzadką w tego typu sporach stanowczością, że zebrane dotychczas wyniki pozwalają raz na zawsze odrzucić hipotezę, iż dostęp do pornografii przekłada się na wzrost napaści na tle seksualnym. Publikowane w ostatnich latach prace (np. tu, tu i tu) idą nawet dalej, dowodząc że dostępność do pornografii nie tylko nie zwiększa ilości gwałtów, ale wręcz zmniejsza! Wiemy także, że omawiane często w mediach uzależnienie od pornografii po prostu nie istnieje! Takie wnioski nie tylko wymykają się prostej logice, są wręcz dezorientujące, na przykład dla środowisk feministycznych. Owy dualizm pornografii, która z jednej strony uprzedmiotawia i wyzyskuje kobiety, z drugiej wyzwala i kanalizuje agresje seksualną, doprowadził do podziału wśród anglosaskich feministek i wydarzeń znanych z historii jako Feminist Sex Wars lub Porn Wars. Aż prosi się zadać pytanie, czy zatem możliwe jest, aby ścisły (dzięki zbliżającej się nowelizacji niedługo jeszcze ściślejszy) zakaz pornografii z udziałem nieletnich, nie tylko nie chronił dzieci ale wręcz pośrednio je krzywdził? Rozsądek nakazuje mi nie rozważać tego pytania, póki co nie chce aby ten blog zniknął z internetu. Jednocześnie przyznaję się, że tej odpowiedzi nie znam.

W Polsce dyskusje o wolności słowa sprowadza się obecnie do dość nudnej debaty na temat Golgotha Picnic. Tymczasem w związku z wyczerpującą się ropą Norwegia postanowiła uczynić swoim towarem eksportowym muzykę black metalową. Ambasador Norwegii Karsten Klepsvik parę dni temu zorganizował z tej okazji koncert black metalowy, oraz udzielił Wyborczej wywiadu na temat tej muzyki. Jak pięknie. Przypomnę, że w 2004 roku za zorganizowanie koncertu norweskiego zespolu black metalowego Gorgoroth, ludzie usłyszeli w tym kraju wyroki skazujące, a zespól byl przesłuchiwany przez prokuraturę! W czasie koncertu nikogo nie pobito ani nikogo nie okradziono. Pokoncertowy tłum nie przewracał śmietników ani nie dewastował pociągów (jak mają to w zyczaju uczestnicy firmowanych przez władze imprez sportowych). Sama stylistyka, kilka nabitych na pal, sprowadzonych z ubojni owczych głów, była dla organów ścigania wystarczającym pretekstem. Kiedy pobieżnie przeglądam co się o tym wówczas pisało i jak przedstawiały to dzienniki, jakoś nie mogę natrafić na obrońców zespołu Gorgoroth. Najbardziej wyrozumiałe wypowiedzi przypominały tę księdza Bonieckiego: "Jestem przeciwnikiem cenzury, ale jest jakaś granica w propagowaniu zła". Dziś wypadałoby iść za tamtym ciosem i ustalić jaki mrok spowija ambasadora, skoro jest fanem takiej muzyki. Jaki rodzaj wypaczenia kryje się w duszy przeciętnego Norwega, skoro dupuszcza do siebie takowe dzwięki i obrazy. Inaczej oznaczałoby to, że patrzenie na wokalistę liżącego obdarty ze skóry owczy łeb nie przynosi ze sobą kresu cywilizacji. Jeśli to nie jest groźne, to co? Przecież nie po to zainwestowalismy w kraty do chlewika, by je teraz ustawiać gdzieś z boku pod murem.

30 czerwca 2014

Aborcyjna racja nie zna ustępstw

To była jedna z tych fejsbukowych kłótni, w których nie wypada zrobić nic innego jak tylko... pójść po chrupki i zabrać się do czytania. Długa na 180 komci ruchawka słowna miała miejsce na profilu Piotra Cieślińskiego i tyczyła się, a jakże, aborcji. Nie byłoby w tym nic atrakcyjnego, gdyby nie personalia głównych zawodników! Otóż w jednym z narożników stanął reprezentant cywilizacji śmierci, dziennikarz naukowy "Polityki" Marcin Rotkiewicz. Nienawidzi on prasłowiańskich zbóż porastających ziemie naszych ojców, a zamiast bursztynowego świerzopa i dzięcieliny woli GMO i Monsanto! Jak widać chory człowiek, ale dajmy mu szanse. W drugim narożniku, dziennikarz naukowy "Gościa Niedzielnego" Tomasz Rożek. Stanowczy wobec magi homeopatii, uległy wobec mocy święconej wody. Pan Tomasz lubi postraszyć chemią w jedzeniu, zgodnie z teorią: im więcej sylab w nazwie związku chemicznego tym gorzej. Trudno byłoby znaleźć bardziej zantagonizowaną światopoglądowo parę niż Rotkiewicz i Rożek. Rożkowi w ringu spluwaczkę podsuwałby chyba sam Archanioł Gabriel, zaś Rotkiewiczowi sekundowałaba znana z apokalipsy siedmiogłowa bestia. Mówiąc już poważnie, spięcie ludzi szanujących autorytet badań naukowych i z zasady uginających karku pod naporem fakty, w takim temacie jak aborcja to rarytas. Osobiście oczekiwałem fajerwerków. Fajerwerków nie było, ale sam przebieg dyskusji wiele mówi o ludziach, o poglądach i o nas samych.


Aborcja jest dość niewdzięcznym tematem jeśli chodzi o szermierkę faktami, co nie znaczy, że jest z nich całkowicie wyzbyta. Tymczasem w całej dyskusji tylko dwukrotnie pojawiły się odniesienia do mocnych danych. Pierwszym był link wklejany przez pana Tomka. Ukazywał popularność aborcji wśród nastoletnich mam w UK, pomimo refundacji na Wyspach antykoncepcji i prawdziwej (nie prowadzonej przez katechetki) edukacji seksualnej. Strona pro-life molestowała tym linkiem do obrzydzenia, wszystko bez odzewu. A przecież nie mając innych danych, po prostu nie wypadało w tej kwestii nie przyznać racji. Nauka ma jednak to do siebie, że czasem lubi spłatać figla/wyruchać cie (słownictwo do wyboru). Pod koniec dyskusji okazało się, że najlepsze dostępne dane pokazując coś zgoła przeciwnego - liberalna polityka przynosi spadek aborcji, a nie ich wzrost. Konsternacja. Czy udać, że takich badań nie ma, czy wykazać minimum klasy i przyznać w tym względzie racje środowisku pro-choice? Wygrała obowiązujące w debacie zasada, a więc opcja pierwsza. "Tak w ogóle, to nie ma to znaczenia. Zresztą to tylko jakieś korelacje". Głupia sprawa - a taki fajny argument z niego nim się sprzedał wrogom - i co teraz, jak żyć?

Chyba każdy zna te cholerne uczucie, kiedy dociera do nas smutna konstatacja, że to jednak nie do końca tak jak się nam wydawało. U mnie jest to ból natury estetycznej, bo wszystko już pasowało, wszystko tak ładnie wyglądało. A tu nagle jeb, ni z tego, ni z owego pojawiają się fakty pasujące jak różowy mrówkojad do zielonej zmywarki. Pozostaje udać że ich nie ma, albo samemu zburzyć skrzydło misternie zbudowanego przez siebie pałacu. Oczywiście najlepiej w ogóle go nie budować. Paradoksalnie to właśnie niezaangażowanym świat pokazuje się takim jakim jest. W tym wypadku oznacza to niepłakanie po znalezionych w beczkach niemowlakach, nie budzące emocji dwunastolatki zmuszane do rodzenia dzieci, czy beznamiętność w obliczu terminacji urodzonych już dzieci - a na to (na szczęście) nie stać każdego. Jeśli nie potrafimy oswoić się z wyobrażeniem świata, w którym każda kobieta musi rodzić zawsze, i takim kiedy żadna nie musi rodzić nigdy, to być może debatowanie oparte na dowodach nie jest dla nas. Z drugiej strony, obsesyjne przywiązanie do słów "miłosierdzie" i "sumienie", kiedy wnioski płynące z badań miażdżą nam głowę, pokazuje, że taki Rotkiewicz i Rożek to po prostu dobrzy ludzie.

21 czerwca 2014

Fakty i Dowody - dwie najsłabsze drużyny mundialu

Najsampierw chciałbym przeprosić tych bardziej inteligentnych czytelników, którzy nie interesują się rozrywkami plebsu, ale z braku innego miejsca zostało mi strollować własny blog. I to czym? Chamskim futbolowym biadoleniem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jest to w zasadzie tekst o antykrytycznej stronie mundialu, o mundialu na którym nie wypada przyznać się do własnych intelektualnych ograniczeń. Oczywiście faulowanie rozumu zaczyna się jeszcze przed mundialem. Osobiście nie drażni mnie zwierzęce bukmacherstwo, choć do typowania wyników nie zaciągnięto już chyba tylko bakterii kałowych. Cwany świniak łatwo czyta emocje swego pana, stąd zwierzaki często dokonują akurat takiego wyboru, który cieszy patrzącą na to wszystko gawiedź. Co tu dużo pisać, w odpowiednio dużym chlewiku i przy odpowiedniej liczbie prób, chcąc nie chcąc sporo prosiaków wytypuje zwycięzców wszystkich spotkań. Irytują mnie natomiast różnego rodzaju pseudonaukowe typowania. Z nauką mają tyle wspólnego, że robią je naukowcy, tudzież naukowcy je podpisują. Owe naukowe przewidywania są zwykle równie trafne co wybór rozochoconej świni pędzącej do wiaderka żołędzi z naklejoną flagą. W tym roku hitem okazały się typowania, o przepraszam, obliczenia Stephena Hawkinga.

Prawdziwe batożenie krytycznego widza zaczyna się wraz z dorwaniem się do mikrofonów komentatorów i telewizyjnych ekspertów. Do moich ulubionych zagrań tych panów należy powoływanie się na przepisy gry w piłkę nożną które nie istnieją - np. nietykalność bramkarza w obrębie 5 metrów od bramki. Tacy eksperci lubują się w dyskusjach o przyczynach zjawisk, które (jeszcze) nie miały miejsca. Jaki sens mają debaty dlaczego na mundialu w Brazylii pada tak dużo bramek, skoro nie wiemy ile ich jeszcze padnie i czy na pewno będzie ich więcej niż zwykle? Po co zużywać język na rozmowę o wielkiej ilości kontuzji. skoro nikt ich nie liczy, nie wiemy ile było ich rok temu, nie wiemy ile kontuzji mieliśmy np. w kwietniu. Skoro nikt nie wie ile, to skąd wiemy, że jest ich więcej? Skąd ta powszechna opinia, że sędziowie z Europy mylą się na mundialu rzadziej niż ci z Afryki, skoro nikt nie policzył ile mylą się ci pierwsi, a ile ci drudzy? Zapewniam, że mógłbym tak długo. W świecie piłkarskich ekspertów, choć uprzedzenia i przesądy mieszają się z faktami, to najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza.

Niektóre piłkarskie frazesy powtarza się nawet wtedy, kiedy zostały już negatywnie zweryfikowane. Wyświechtane mądrości o nieumiejących się zaaklimatyzować (gdziekolwiek odbywałyby się mistrzostwa), ledwo żywych po ciężkim sezonie Europejczykach, powtarza się co cztery lata. Co cztery lata słyszymy dokładnie to samo - oczywiście z przerwą na fazę finałową - gdzie okazuje się to nieprawdą. Najwyraźniej nie przynosi to żadnych refleksji, nie stanowi żadnej nauczki. Na tegorocznym mundialu wciąż mówi się o potrzebie wprowadzenia powtórek wideo, z których mogliby korzystać sędziowie. Ironia tej sytuacji polega na tym, że najgłośniej domagają się ich komentatorzy telewizyjni, którzy korzystają z nich od 50 lat i którzy najlepiej powinni wiedzieć, że takie powtórki nierzadko niczego nie rozstrzygają. W meczu Hiszpania - Holandia, komentujący spotkania Dariusz Szpakowski i Grzegorz Mielcarski oglądali powtórkę karnego pięć razy, ciągle widząc "ewidentny faul" - mimo, że po meczu cały świat i niejako sam faulowany Diego Costa uznali, że faulu nie było. Po innym meczu i kilku powtórkach Jerzy Engel widzi "oczywisty spalony" zaś siedzący obok Stefan Szczepłek "absolutny brak spalonego. Jaki jest sens "rozstrzygających powtórek" skoro nadal interpretują je omylni ludzie? Ta potrzeba spekulacji jest tak permanentną częścią piłki nożnej, że jak pokazał mecz Francji z Hondurasem, nawet goal-line nie jest w stanie uciszyć tych sporów. Deliberacji mieliśmy chyba tyle co zwykle. "Co prawda technologia twierdzi że bramka padła, ale czy ja wiem..."

9 czerwca 2014

Jak upchać cztery słonie na jednego żółwia

Jednym z częściej odkłamywanych mitów jest przekonanie, jakoby średniowieczni ludzie wyobrażali sobie Ziemię jako płaską. Obraz ciemnego średniowiecznego płaskoziemcy, który boi się, że spadnie z krawędzi Ziemi, to m.in owoc XIX-wiecznych biografii Krzysztofa Kolumba. Przekonanie, iż ludzie średniowiecza nie wiedzieli o kulistości Ziemi, rozpropagowali orędownicy świeckiego państwa między rokiem 1870 a 1920. Płaska Ziemia działała mocno na wyobraźnie. Płaska Ziemia mówiła: patrz, oto do czego prowadzi zaczytywanie się w świętych księgach! Do dziś wyobrażenie o płaskiej Ziemi to wyznacznik społeczności będących zbiorowiskiem ostrych ułomów (patrz "Konopielka" Edwarda Redlińskiego). Tymczasem każdy kto w średniowieczu otarł się o jakąś edukacje, albo chociaż otarł się o kogoś kto się o nią otarł, wiedział, że Ziemie jest kulą, a nie plackiem. Niektórzy poszli w swoich wizualizacjach głupoty innych znacznie dalej. Za cel obrano ciemnych, a zatem i podejrzanych hindusów. Przy tym w co mieli wierzyć, średniowieczny pastuch obracający siano stawał się tytanem intelektu. Czy to w ogóle możliwe, aby hindusi wyobrażali sobie świat jako dysk, dźwigany przez cztery słonie stojące na żółwiu? I to wszystko w kraju w którym tysiąc lat przed Kopernikiem wiedziano, że Ziemia krąży dookoła Słońca?

Hinduska kosmologia nigdy nie rysowała przed swoimi wiernymi takiej wizji świata. Wyobrażenie Ziemi wspartej na słoniach, pojawia się po raz pierwszy... w Europie. W XVII wieku ksiądz Samuel Purchas opisał hindusów wierzących, że Ziemia ma dziewięć narożników, podtrzymywanych przez siedem słoni stojących na wielkim żółwiu. Skąd Purchas miał takie informacje? Nigdy nie był w Indiach. Informacje zbierał w karczmach wypytując powracających stamtąd żeglarzy. Purchas nie jest postacią specjalnie znaną i najprawdopodobniej historia o słoniach i żółwiu odeszłaby w niepamięć, gdyby nie John Locke i "Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego". Napisane w 1670 dzieło wspomina o hindusach widzących świat, jako dysk spoczywający na słoniu, który z kolei stoi na żółwiu. W tej wersji nie ma już siedmiu słoni, jest jeden samotny słoń. O jednym słoniu pisali David Hume i Bertrand Russell. Wersja czterosłoniowa pojawiła się w wieku XIX. Nie wiele brakowało, aby najpopularniejszym dziś wariantem była opcja bezsłoniowa, gdyż na przełomie XIX i XX wieku, w niektórych europejskich opisach hinduskich wierzeń, świat spoczywał bezpośrednio na żółwiu z pominięciem słoni.

Dziś potrafimy nie tylko odtworzyć ewolucje tego mitu. Potrafi też wskazać jego potencjalne źródła. Słoniowo-żółwiowa piramida z Ziemią na szczycie to najpewniej wynik nietrafionych interpretacji alegorycznych wschodnich wierzeń. Jest to europejska parodia różnych składowych hinduizmu, pokracznie sklecona w całość. Wisznu wśród swoich wielu awatarów miał też trochę zwierząt. Wisznu zamieniał się m.in. w dzika, rybę, lwa, a także w żółwia. Był nim żółw imieniem Kurma, który na swym grzbiecie dźwigał mityczną górę Mandara. Najpewniej to Kurma pojawia się w opowieściach Europejczyków jako podstawka dla słoni. Po drugie, nie wiem czy ludzie przypisujący innym płaską ziemię lub jej słoniowe filary, w pewnym sensie nie przeceniają tych ciemnych społeczeństw. Dziś pomimo powszechnej, długoletniej edukacji, internetu i kanałów tematycznych, mało kogo interesują zagadnienia budowy wszechświata. Coś mi się wydaje, że kiedyś było z tym jeszcze gorzej. Ludzi najzwyczajniej w świecie nie obchodzi tak niepraktyczna wiedza. Ta intelektualna gnuśność stanowi barierę dla wszystkiego, zarówno dla prawdy jak i szalonej głupoty.