25 sierpnia 2013

Panie generale, dlaczego ta chmura za mną łazi!

Kiedy otumanione bromem i arsenem, nieświadome niczego społeczeństwo wcina niedzielny rosół, trwa ogólnoświatowa akcja "Stop Chemtrails!" Na dziś zaplanowano ponad 150 eventów na 5 kontynentach. Ponoć jakieś demonstracje mają się odbyć także w Polsce, ale niestety nie znam szczegółów. Jeśli ktoś nie wie czym są chemtrails (dosłownie "szlaki chemiczne"), polecam wyedukować się na tekście Bartka. W spiskowym języku chemtrails oznacza smugę kondensacyjną ciągnąca się za lecącym wysoko samolotem, nierzadko przeradzającą się w fikuśnego cirrussa. Taka chmurzasta krecha. Według naszych dzielnych wojowników walczących z owymi chmurami, ataki gazowe w Syrii to przy tej złowieszczej smudze babie lato. Chemtrails to spisek tak tajny, że nawet najbardziej otwarte umysły, tak otwarte ze przeciąg hula w ich głowach, nie wiedzą dokładnie czym są i do czego służą chemtrails. Najpewniej jest to chemiczny oprysk o nieznanym składzie, jakaś nieznana toksyna, może jakaś tajna broń, generalnie "sama chemia". Wiadomo też, że w spisku biorą udział miliony. Twój sąsiad stróżujący na lotnisku, Pani Basia sprzątająca terminal, oni wszyscy są w tym umoczeni po szyje! Każdy, kto nie kupuje tego spisku, traktowany jako aktywny członek konspiracji. Wszystko byłoby zabawne, gdyby nie to, że masa ludzi święcie w to wierzy!

W ogólnopolskich mediach temat chemtrails pojawił się tylko raz. W rolę whistleblower'a, przestrzegającego nas przed "dziwnymi chmurami", wcielił się sam rzecznik prasowy Jasnej Góry o. Stanisław Tomoń. W swoim sławetnym artykule grzmiał na Sanepid, czemu nie zajmuje się groźnymi opryskami rozpylanymi na naszym niebie. Tłumacząc na polski: czemu Sanepid nie bada czegoś, co nie istnieje. Nie znaczy to, że nasi rycerze, że nasi obrońcy nieba, siedząc na co dzień cicho. Przypominam, że owe indywidua wystosunkowały w 2011 list otwarty do Ministra Obrony Narodowej, domagając się w nim natychmiastowego zaprzestania opryskiwania nieba "sztuczną zawiesiną", a nawet grążąc podjęciem "kroków prawnych, związanych z pociągnięciem do odpowiedzialności osób, winnych tego skandalicznego procederu". O dziwo, ministerstwo wystosowało odpowiedź (1, 2), podpisaną przez Zastępcę Dowódcy Sił Powietrznych, gen, Sławomira Kałuzińskiego. Lotnicy tłumaczą się w nim, że to co widzimy na niebie, to nie opryski rozpylane z samolotu, a kondensująca w gorących gazów wylotowych silnika para wodna. Rzecz jasna, nie tylko nie przekonało to spiskowców - ich choroba wręcz się nasila. Tajemnicze są już nie tylko chmury, ale także kształty jakie tworzą krzyżujące się na niebie linie. Dla kogo są to znaki i co oznaczają? Strach się bać

Moja bieda odmiana rozpraszacza chmur
Jeśli i wy kiwacie nosem na te wojskowe kłamstwa, nie lękajcie się! Postanowiłem przyłączyć się do dzisiejszej akcji i koło południa zbudowałem za domem rozpraszacz sztucznych chmur! Wszystko wedle instrukcji znalezionej w internecie. Kilka splecionych ze sobą rurek. Łopatologiczna konstrukcja, nawet jak dla mnie. Interesujące, że kiedy tylko mój cloudbuster stanął na trawniku, niebo rzeczywiście jakby pojaśniało. Chmury wydawały się zanikać, ślady po samolotach wręcz rozsuwały się od miejsca wyznaczonego osią mojego rozpraszacza. W centrum niebo jakby poczerwieniało, a tworząca się zorza zaczęła  promieniście rozchodzić się na boki! Nagle niebo rozstąpiło się, a moim oczom ukazał się anioł! No dobra, przyznaje się, nic się nie wydarzyło. Chmury nawet nie drgnęły, przynajmniej na moim niebie. Jednak w internetowej specyfikacji chembustera napisano, że jego zasięg dochodzi do 190 km! Więc jeśli ktoś z Katowic lub Poznania widział idącą po niebie fale niszczącą ślady po samolotach - to był mój rozpraszacz! Oczywiście jak każdy majsterkowicz, dopiero po wszystkim zajrzałem do zasad bezpieczeństwa. I co czytam: dotknięcie nierozładowanego cloudbuster może doprowadzić do porażenie "energią orgonalną", czego skutkiem może być trwałe kalectwo. Fuck, jeszcze mogłem przy tym zginać!

22 sierpnia 2013

Czy marihuana medyczna to już medycyna alternatywna?

Wszyscy przyzwyczailiśmy się, iż co chwile jakiś gatunek trafia na listę wytrzebionych. Media informują nas o żyjących w jakimś tam zoo dwóch ostatnich sowach, czy o kozach, które widuje się już tylko na jednej górze i to raz na 10 lat. Niemniej, niecodzienną zdarza się, aby zagrożoną wyginięciem była roślina, rosnąca na parapecie prawie wszystkich babć odwiedzanych przez wnuki. W Czerwonej Księdze, gdzieś pomiędzy pandą a tygrysem, widnieje dziś marihuana! Marihuanę wypiera niezwykle inwazyjny gatunek – marihuana medyczna! Już nikt nie pali zioła rekreacyjnie – teraz wszyscy się leczą. Spoglądam na to i sam nie wiem co o tym myśleć. Czy oglądam farmaceutyczną komedie wymuszoną presją społeczną z domieszką polityki? Czy mamy do czynienia z rzeczywistym przełamaniem się środowiska medycznego do tej używki? Czy to może powrót do leczenia leśnymi wywarami? Z zielarzem zamiast lekarza i apteką w kompostowniku? Nietrudno zweryfikować, czy marihuana medyczna jest jakiś medykamentem. Wyrocznia, czyli FDA stwierdza jednoznacznie: marihuana nie zyskała akceptacji do zastosowań medycznego. Z naukowego punktu widzenia, w ogóle nie można rozpatrywać jej w kategoriach leku, jako że przy braku dobrze kontrolowanych badań klinicznych nie sposób było choćby rozpocząć procesu homologacji. Zakładając, że to nie koncerny farmaceutyczne blokują dostęp do marihuany (ze strachu przed tym jaka jest wspaniała), marihuana medyczna jest tak medyczna, jak mniszek lekarski jest lekarski.

Podpięcie marihuany pod, bądź co bądź, stygmatyzującą kategorie medycyny alternatywnej, nie jest jednak takie proste. Do niedawna mieliśmy w zasadzie dwa rodzaje medycyny alternatywnej. Taką, która swymi korzeniami sięgała ludowej magii i mylnych wyobrażeń o fizjologii człowieka, oraz taką, która wyrosła z nadużywania medycznego etosu, zachowującej pozory konwencjonalnej praktyki leczniczej. Ich wspólnym mianownikiem była niedowiedziona skuteczność, lub wręcz dowiedziona nieskuteczność. Obecnie, większość definicji medycyny naturalnej celuje w stosunek środowiska naukowego do danego produktu. W zasadzie to od ewentualnej niechęci mainstreamowej medycyny uzależnia się to, co jest medycyną alternatywną. Według British Medical Association (BMA), medycyną alternatywną są po prostu formy leczenia, które nie są powszechnie wykorzystywane przez zwykłych pracowników służby zdrowia i które nie są częścią programu nauczania studiów medycznych. Gdyby rozpatrywać marihuanę przez pryzmat uczuć środowiska medycznego, można podciągnąć ją pod medycynę alternatywną. Gdyby za wyznacznik medycyny naturalnej przyjąć jej skuteczność, konopie pozycjonowałoby się odrobinę lepiej. Właściwości przeciwwymiotne i przeciwbólowe konopi, są jako tako potwierdzone. Nie zmienia to faktu, że na rynku dostępne są lepsze leki przeciwwymiotne i lepsze leki przeciwbólowe.

Wypadałoby poważnie zastanowić się, nim przykleimy czemuś etykietę lekarstwa. Nie łatwo jest odkleić już raz przyczepioną łatkę. Jeśli uda się przekonać ogół społeczeństwa, iż marihuana jest jakimś super lekarstwem, ewentualne odkręcenie tego zajmie lata. W końcu wciąż nie wiadomo, czy jej zalety rekompensują jej wady. Przypominam, że nawet palenie tytoniu  ma jakieś pozytywne działania. Nikotyna  może zwiększać koncentrację, mamy także mgliste przesłanki, iż pomaga w przypadku Alzheimera i Parkinsona. Nikt o zdrowych zmysłach nie dopisuje jednak do tytoniu, przymiotnika „medyczny”. Marihuana medyczna otwiera furtkę i przez którą nie wiadomo co jeszcze przelezie. Dla kogoś, kto walczy z powszechnym przypisywaniem właściwości leczniczych produktom, które takowych właściwości nie posiadają, taka mała furtka, to brama dla szarlatanów. Jeśli uda się z marihuaną, dobre lobby przepchnie do naszej apteczki niemal wszystko.