23 stycznia 2013

16-letni Staszek w świetle badań naukowych

Tym razem nie poszczęściło się przysłowiowej ślepej kurze. Tym razem to ślepemu lisowi trafiła się tłuściutka kura. Poniedziałkowy Tomasz Lis naprzemiennie straszył nas i wzruszał, niczym "Fakt” w najlepszej formie. Choć redaktor Newsweeka robił co mógł aby skompromitować temat marihuany w oczach krytycznego widza, przez przypadek poruszył realnie istniejący problem. Przez 30 minut oglądaliśmy matkę 16-letniego Staszka, który powiesił się po zażyciu marihuany. Co ciekawe "krawat z konopi" był już kiedyś synonimem stryczka. Wszystko za sprawą wytrzymałych, konopnych sznurów, które jako jedne z nielicznych nadawały się na szubienice. Wracając do tematu, korelacja pomiędzy paleniem konopi a targaniem się na własne życie wydaje się na tyle poważna, że podawanie jej w formie pozbawionej argumentów, może jedynie szkodzić. Zwolennicy marihuany szybko wycelowali swoje lufki w łatwy cel, wypominając Lisowi tkliwą oprawę, łatwość wysnuwania daleko idących wniosków i koniunkturalną propagandę. Choć owe polemiki także nie grzeszą rzeczowym dowodzeniem, to i tak intelektualnie górują nad wywodami Lisa. Bystremu czytelnikowi łatwiej zaakcentować racje apologetów konopi, niż stanąć po stronie, która sprawiaj wrażenie gatunku "ratujmy nasze dzieci przed tym, czego nie rozumiemy". Mój kochany, inteligentny czytelniku, zaraz poczujesz gorzki, drapiący posmak rozczarowania.

Wbrew temu co się powszechnie sądzi, wszystko co może mieć wpływ na zdrowie i co da się zbadać, przebadano już 10 razy. Moim faworytem pozostaje studium wpływu marihuany na przypadki samoamputacji penisa. Na szczęście nie musimy przekopywać się przez tego typu badania - całkiem niedawno, już to za nas zrobiono. Włoscy naukowcy przeanalizowali wszystko, co przez ostatnie 30 lat opublikowano na temat  marihuany i zachowań samobójczych. Wnioski są jednoznaczne: palenie marihuany jest istotnym czynnikiem ryzyka wystąpienia skłonności samobójczych wśród młodych ludzi. Samo przejrzenie tego, co na ten temat opublikowano nie pozostawia wątpliwości: badania z roku 2010, wskazujące na związek cannabis psychosis z depresją, atakiem paniki i samobójstwem; włoskie badania kojarzące marihuanę z myślami samobójczymi (2010); badania kanadyjskie dowodzące powiązania marihuany z depresją i myślami samobójczymi (2012); badania wśród studentów we Francji i w USA, pokazujące wpływ palenia marihuany na ilość prób samobójczych (2012); przegląd badań na temat wpływu marihuany na zdrowie psychiczne, ukazujący jej jednoznacznie negatywny wpływ (2005)badania francuskie wskazujące na konopie jako istotny czynnik ryzyka zachowań samobójczych wśród licealistów (2008); badania duńskie potwierdzające zależność miedzy marihuaną, alkoholem a myślami samobójczymi (2007); badania potwierdzające wpływ palenia marihuany na późniejsze myśli samobójcze wśród licealistów w Bośni i Hercegowinie (2005); badania wskazujące na związek między zażywaniem marihuany a samobójstwami na Karaibach (2005)... zapewniam, że mógłbym tak długo.

W oświadczeniu jakie Wolne Konopie wydały w sprawie samobójstwa 16-latka czytamy: "nie ma żadnych dowodów na związek między paleniem marihuany a skłonnościami samobójczymi". Być może ktoś zastawia się, czy w ogóle istnieje jakieś badanie niepotwierdzające pozytywnej korelacji między paleniem marihuany a skłonnościami samobójczymi? Odpowiadam. Przekopując się przez sterty "żadnych dowodów" znalazłem takie badania, a dokładnie badanie, jedno badanie. Zostało przeprowadzone wśród szwedzkich żołnierzy (2009). Co ciekawe, nawet w tym badaniu, odkryto powiązanie marihuany z próbami samobóczymi. Zależność ta, okazała się jednak niewielka, a po naniesieniu znanych zmiennych, prawie w ogóle zanikła. Jest to problem wszystkich tego typu badań, gdzie trudno odróżnić skutek od przyczyny. Czy to marihuana powoduje próby samobójcze, czy po konopie sięga młodzież już predysponowana do autodestrukcji? Przeprowadzone w Nowej Zelandii badania pokazują, że raczej to pierwsze. Nie wdając się w szczegóły jak tego dowiedziono (badanie trwało ponad 30 lat) ustalono, iż ryzyko wystąpienia myśli samobójczych jest zależne od wielkości wypalanych dawek, wieku (z wiekiem myśli samobójcze u palaczy stają się coraz częstsze) i płci (gorzej z chłopcami). Procent nałogowych palaczy borykających się z myślami samobójczymi był już u 21-latków znaczący i wynosił 31%. Czy zatem Staś powiesił się przez marihuanę? Nie wiadomo. Czy marihuana może odgrywać jakąś rolę w samobójstwa młodych ludzi? Bardzo możliwe. Czy za żałosną retoryką programów telewizyjnych, mogą czasem stać dowody naukowe? Zdarza się.

16 stycznia 2013

Tam, gdzie kończą się autorytety

Bezmyślność w propagowaniu złotych myśli Alberta Einsteina, jest głupotą dwojaką. Po pierwsze, cytaty te są bardzo często nieprawdziwe, po drugie dotyczą one zwykle wszystkiego, tylko nie fizyki. O ile Einstein był niewątpliwym autorytetem w dziedzinie nauk ścisłych, to już wartość jego poglądów ekonomicznych, etycznych czy politycznych może budzić wątpliwości. Przywoływanie myśli wszelakich niemieckiego fizyka może dziwić o tyle, że jest on sztandarowym przykładem zabłąkanego autorytetu, znanego jako "choroba noblistów". Otóż mało kto wie, iż Einstein był znanym piewcą socjalizmu w radzieckiej formie. Spod jego ręki wychodziły takie działa jak "Dlaczego socjalizm?", w której zachwycał się wymiarem społecznym i gospodarczym socjalizmu, nazywając kapitalizm "drapieżną fazą rozwoju człowieka". Oczywiście wygłaszanie takich opinii w czasach makkartyzmu nie mogło przejść w USA bez echa. Dzięki swoim kontaktom z prominentnymi postaciami komunizmu Einstein dorobił się liczącej 1427 stron teczki w FBI. Jeden z amerykańskich kongresmenów John Rankin nazwał nawet Einsteina "urodzonym agitatorem, stworzonym do dalszego rozprzestrzeniania komunizmu w świecie". Zachwyt nad gospodarką centralnie planowaną nie jest oczywiście jeszcze żadną intelektualną zbrodnią. Jednak wybielanie postaci Józefa Stalina wymaga już naprawdę skomplikowanych operacji myślowych dla uporania się z niewygodnymi faktami.

Choć Einstein nie zwykł gloryfikować Stalina publicznie, jego poglądy w tej materii znamy dzięki wydanej w latach 70. korespondencji z Maxem Bornem (The Born-Einstein Letters) oraz rozdziałowi (My Running Debate with Albert Einstein) z biografii Sidneia Hooka. Z listów do Borna znamy powód, dla którego Einstein odmówił przyłączenia się do międzynarodowej komisji kierowanej przez Johna Deweya do zbadania procesów moskiewskich. Einstein po prostu odrzucał możliwość sfingowania procesów przez Stalina, powołując się przy tym na ludzi, „którzy znają się na Rosji najlepiej". W roku 1948, kiedy oczywistym stało się, iż Związek Radziecki jest krajem totalitarnym, w prywatnej korespondencji do Hooka Einstein pisał: "Choć nie jestem ślepy na słabości władzy rosyjskiej, nie mogę nie dostrzec jej wielkich zasług. Nie jestem pewien, czy byłyby możliwe w przypadku stosowania przez nią (władzę) łagodniejszych metod". Słowa Einsteina usprawiedliwiające radziecki terror są niezrozumiałe jeszcze z jednego powodu. Einstein niezwykle ostro odnosił się do wszelkich przejawów łamania praw człowieka. Naród niemiecki nazwał nawet "krainą masowych morderców". Tymczasem dla ZSRR stosował podwójne standardy, nazywając zbrodnie "tymczasową rezygnacją z osobistej niezależności" i "obowiązkiem złożenia tymczasowej ofiary".

Czego uczy ta historia? Nawet najściślejszy umysł ma swoje zabobony, a polityka jest chyba największym z nich. Skrupulatne, obiektywne podejście w jednej sferze, nie rozchodzi się samoczynnym rezonansem na resztę naszego myślenia. Ta świadomość własnych ograniczeń powinna zmuszać nas do pokory w formułowaniu oryginalnych twierdzeń. Bardzo chętnie napisałbym o rzekomej zdolności zwierząt do wykrywania kierunku linii ziemskiego pola magnetycznego. Nie ma pewności czy zmysł ten istnieje i  jak funkcjonuje. Nie tylko nie potrafimy wskazać narządu magnetorecepcji, ale nawet nie jesteśmy pewni, w której partii ciała zwierząt należałoby go szukać. Dla niespecjalisty to jednak za mało, aby wyśmiewać taką teorię. Jeśli w jakiejś dziedzinie nie mamy do czynienia z konsensusem, a w tym wypadku nie mamy, nie będąc fachowcem najzwyczajniej w świecie nie wypada natrząsać się z teorii, którą uznają dość liczne, obeznane w dziedzinie gremia. Nie-fizykowi zostaje cytowanie stanowiska fizyki, osobie nie będącej lekarzem nie przystoi polemizować z oficjalną linią mainstreamowej medycyny, zaś jeśli nie jesteś klimatologiem, swoje przemyślenia o braku oddziaływania człowieka na globalne ocieplenie powinieneś pozostawić dla siebie. Oczywiście, przykładanie wagi jedynie do ugruntowanych, powszechnie akceptowanych twierdzeń naukowych, spowoduje, że wiele nieortodoksyjnych acz prawdziwych przekonań zostanie przez nas potraktowanych zbyt ostrożnie. Mówiąc wprost, parę prawdziwych rzeczy uznamy za fałszywe. Nie mniej w nagrodę nie wleje się do naszej głowy ogromna ilość chłamu, cudzych szaleństw i wierutnych bzdur.

11 stycznia 2013

Tlenoterapia - medycyna w krzywym zwierciadle

Istnieje sposób, aby porzekadło o "pieniądzach rozpływających się w powietrzu", było prawdziwe dosłownie i w przenośni. Dosłownie można trwonić swoje pieniądze w powietrzu. Pseudomedyczne hochsztaplerstwo to nie tylko magiczno-ludowe sposoby. Bywa, że wątpliwe terapie skrywają się w aurze metod klinicznych. Przykładem może być stosowanie leków we wskazaniach innych niż te, dla których je zarejestrowano. Dla przykładu coś zarejestrowanego jako lek poprawiający ukrwienie naczyń mózgowych, sprzedawany jest jako lek poprawiający pamięć. Jeśli nie posiadamy wykształcenia medycznego, jesteśmy w dużej mierze bezbronni. Niestety często sami pomagamy swemu nieszczęściu, a historia ma na to aż nadto przykładów. W latach 30tych, kiedy opinia publiczna jarała się radioterapią jako nową, obiecującą metodą leczenia raka, wiele osób rzuciło się na rad, przyjmować go jako suplement diety. Sprzedawano między innymi radioaktywną wodę, którą pito na potencję i poprawę nastroju. Zjawisko, w którym konsument próbuje wyprzedzić naukę, a rynek za drobną opłatą z chęcią mu w tym pomoże, było, jest i chyba będzie. Z analogiczną sytuacją mamy dziś do czynienia w USA. Zaskakującą popularnością cieszy się tam lek na narkolepsję znany jako Provigil, masowo łykany przez studentów w celu poprawy koncentracji. Podobną karierę robi Aricept zarejestrowany jako lek na chorobę Alzheimera. Sprawa jest o tyle nieciekawa, że istnieją podejrzenia, iż Aricept podawany osobom zdrowym może działać odwrotnie do zamierzonych skutków, nieznacznie osłabiać zdolności poznawcze.

Ta przykra przypadłość najwidoczniej dopadła i tlenoterapia. Wykradziona ze szpitalnych sal jest dziś nadużywana w podejrzanych zabiegach i kuracjach. Choć tlenoterapia jest normalną praktyką medyczną, to, co sprzedaje się pod tą marką, ma tyle wspólnego z leczeniem, ile oczyszczanie organizmu z "konserwantów i barwników spożywczych" ma wspólnego ze szpitalnym odziałem toksykologicznym. W praktyce medycznej istnieją ścisłe zasady, co do tego kiedy stosować tlenoterapię. Zdrowy organizm nie potrzebuje dodatkowych porcji tlenu, a oddychanie powietrzem o wysokim jego stężeniu, jest na dłuższą metę najzwyczajniej w świecie trujące. Tlenoterapia udzielana przez osoby niewykwalifikowane może powodować obrzęk płuc i ślepotę, a przy nieszczęśliwym zbiegu okoliczności nawet śmierć. Tlenowy biznes bazuje tu oczywiście na prozdrowotnym wydźwięku słowa "tlen", a przedsiębiorcy ukuli dla niego nawet nową nazwę - "witamina O". W momencie w którym tlen stał się synonimem zdrowia, tlenoterapie mają miejsce już nie tylko w szpitalach, ale i w salonach kosmetycznych, barach tlenowych, własny koncentrator tlenu może nabyć w zasadzie każdy. Dystrybutorzy tych urządzeń zalecają je w takich przypadłościach jak "zmęczenie", "wyczerpanie psychiczne" i "wrażliwość na zmiany pogody". Zgodnie z taką definicją każdy cierpi na niedotlenienie, więc i każdy powinien mieć takie urządzonko. Madison Cavanaugh twierdzi, że dotlenianie naszych ciał wyleczyłoby nas ze wszystkich chorób jakie znamy. To, że tych szalonych twierdzeń nie sposób udowodnić jest winą, a jakże, spisku lekarzy i koncernów farmaceutycznych.

Za sprawą tego, że nie dla wszystkich rurki wystające z nosa niosą pozytywne konotacje, producenci tlenowego mamidła prześcigają się w pomysłach jak dostarczyć nam dodatkową porcję tlenu metodą, która nie kojarzy się z umieraniem. Na czasie są wody mineralne wzbogacane tlenem. Nasycenie wody tlenem ma za zadanie chyba wyłącznie nasycenie finansowe ich producentów. Oczywiście tlen nie jest dystrybuowany po naszym ciele w postaci luźno buszującego w żyłach gazu. Nim tlen trafi do jakiejkolwiek komórki ciała musi zostać związany przez krew. Stąd jest sprawą wysoce wątpliwą jak tlen miałby trafiać do naszego krwiobiegu z żołądka. Dla klientów, którzy potrzebują czegoś jeszcze bardziej tlenowego niż sam tlen, oferuje się ozonoterapię i wodę utlenioną. Szczególnie ta druga praktyka ma u nas swoich zwolenników. Środowisko ludzi, którzy piją wodę utlenioną i zmuszają do tego swoje dzieci, inwigilował między innymi Bartek Kuzia. Sytuacja ta jest wyjątkowo niezabawna z racji tego, że przy wyższych stężeniach woda ta jest substancją żrącą. W dodatku, jak pokazują doświadczenia, wstrzykiwanie sobie wody utlenionej nie tylko nie zwiększa ilości tlenu we krwi, ale ja zmniejsza.

9 stycznia 2013

Apokalipsa after party

Bez otrząsania się z nuklearnego popiołu, bez wykopania choćby jednego dołu z wapnem na zadżumione ciała, udało mi się przetrwać 21 grudnia. Jeszcze w marcu zeszłego roku końca 13 baktuna Majów obawiało się 12% naszych rodaków (w grudniu było to 2%). Trzysta tysięcy Polaków przekonanych przed miesiącem o końcu świata gdzieś nam się ulotniło. Są jednak osoby, które najwidoczniej nienawidzą innych ludzi na tyle, że wytropią tą łatwowierną masę choćby na krańcu Ziemi. Bóg poskąpił mi miłosierdzia, więc z perwersyjną przyjemnością postanowiłem przejrzeć doniesienia z tego dnia. Z punktu widzenia polskiego telewizora wyglądało to śmiertelnie nudno. Poza akcją marketingową jednego ze sklepów niewiele się działo. A na świecie? Na świecie mieliśmy wszystko: pomyleńców, nawiedzone sekty, a nawet oficjalne państwowe obchody końca świata. Owe imprezy były domeną krajów Ameryki Środkowej, które na apokalipsie sporo zarobiły. Tylko w ten dzień przez ruiny Majów przewinęło się ponad 60 tysięcy turystów. Szkoda, że Słowianie nie mieli kalendarza z jakąś newralgiczną datą.

Jeśli już przodkowie poskąpili nam końców świata, dobrze mieć jakieś mistyczne miejsca, które zwabią new age'owców. Rzesze turystów zgromadziła bośniacka "piramida" w VIsoko, zaś kilkadziesiąt tysięcy nawiedzonych przybyło 21 grudnia do tureckiej wsi Sirince. Co ciekawe, w tej położonej niedaleko Efezu wiosce, gdzie w jednej z wersji do nieba wstąpiła Matka Boska, znano nawet dokładną godzinę apokalipsy - 13:11 czasu lokalnego. Ewidentnie przedobrzył burmistrz pirenejskiego Bugarach, gdzie 21 grudnia wylądować mieli kosmici. Jean-Pierre Delord tak rozreklamował to wydarzenie, że 3 dni przed ową wiekuistą datą, policja musiała okrążyć pobliską mistyczną górę, aby ograniczyć ilość imprezowiczów. Z tego co mi wiadomo kosmici jednak nie przylecieli. Pic de Bugarach nie było jedyną górą, którą zamknięto z okazji końca świata. Podobny los spotkał argentyńską Uritorco, po tym jak w lokalnej społeczności zaczęły krążyć pogłoski o portalu, jaki otworzyć ma się na jej szczycie. Górę zamknięto po odnalezieniu na facebooku grupy o prowokacyjnej nazwie "“Suicidio mágico masivo 21/12/2012”. Żadne masowe "suicidio" nie miało na szczęście miejsca. Jedyna niedoszła próba masowego samobójstwa miała miejsce w Brazylii, gdzie w październiku policja wkroczyła na teren apokaliptycznej sekty Luisa Pereira dos Santosa i aresztowała 112 jego wyznawców. Sektą, o której 21 grudnia było najgłośniej, stał się Kościół Boga Wszechmogącego. Głosi on, iż Jezus urodzi się niebawem na nowo, pod postacią dziewczynki "w zwykłej rodzinie w północnych Chinach". W przededniu apokalipsy władze chińskie aresztowały, w jednej wersji 500, w drugiej 1000 członków kościoła. Rozpowszechniali oni ulotki o nadchodzących dniach ciemności i końcu komunizmu, które miały nadejść wraz z przełomem w kalendarzu Majów.

Większość doniesień na temat recepcji grudniowej apokalipsy dotyczy różnego rodzaju historyjek. W rosyjskim mieście Ułan Udei, w stolicy Buriacji, wykupiono wszystkie świece i zapałki, po tym jak lokalny mnich, znany jako "Wyrocznia Shambhaly" potwierdził grudniową apokalipsę. W malezyjskim mieście Taman Desa Damai obrabowano kurzą fermę. Za tą eksplozją drobiarskiej przestępczości stać miała wiara, że obecność w mieszkaniu kury i koguta złagodzi nieprzyjemny powiew nowej ery. W Denver urzędnicy nie wiedzieli jak przetestować nowy system syren ostrzegawczych, aby nie wywołać paniki związanej z końcem świata. Na niewiedzy o końcu świata można było zarobić. Pisząc zarobić, mam na myśli nie stracić - tzn. nie kupić biletów na arki, jakie w 21 grudnia pojawiły się na chińskich portalach aukcyjnych. Sprawa nabrała takich rozmiarów, że doczekała się dementi od przedstawicieli ONZ. Trzeba też przyznać, że nie śledząc doniesień o Armagedonie można było też stracić. Ponoć serwisy randkowe tego dnia przeżyły nalot ogłoszeń matrymonialnych z ofertą niezobowiązującego seksu w obliczu końca świata.

7 stycznia 2013

Broń się!

Sztuki walki, które koncentrują się na teatralności, przy wysoce wątpliwej skuteczności, określa się mianem bullshido. W łagodnej formie to pękające stosy desek, zaś bullshido w czystej postaci to bezdotykowy nokaut i tajemne techniki powalające przeciwnika przy byle dotknięciu. Bullshido najłatwiej poznać po tym, jak wspaniale wygląda na prezentacjach z innymi adeptami bullshido  i jak bezużytecznie w konfrontacji z osobą postronną. Choć siwi mistrzowie bullshido potrafią wyczyniać cuda ze swoimi uczniami, w prawdziwym pojedynku budzą litość i zażenowanie - przykład Ryukerina, mistrza Kiai. Jeśli posiadaniu rzekomo nadludzkiej mocy towarzyszy porażająco prymitywne aktorstwo, nie trzeba być wielkim sceptykiem, aby powątpiewać w moce azjatyckich mocarzy. Nie wypada jednak tracić czasu na wyśmiewanie się z energii Chi, kiedy prawdziwe problemy stoją tuż za rogiem. Weźmy takiego Johna Colesa, posiadacza czarnego pasa w aikido i jujitsu, a przy tym autora książek analizujących sztuki walki pod kątem naukowym. Część środowiska klasycznych mistrzów Coles nazywa "antyintelektualnym bastionem", odpornym na współczesną wiedzę o motoryce i fizjologii. Największe niebezpieczeństwo dostrzega jednak w pogardzie, jaką niektórzy reprezentanci klasycznych sztuk walki żywią do kursów samoobrony. W końcu wiadomo, jeśli po każdym uderzeniu człowiek nie przyjmie postawy żurawia i nie wyda z siebie dziwnego odgłosu, to cios się nie liczy. 

Organizatorzy kursów samoobrony nie są tu bez winny. Kursy samoobrony zdają się usilnie walczyć z rzezimieszkiem gwałcącym postronne kobiety. Czy naprawdę ten rodzaj zwyrodnialca zagraża kobietom najbardziej? We wstępie do książki "What Is Your Dangerous Idea" psycholog Steven Pinker wprost pyta, czy jesteśmy gotowi na przyjęcie faktu, że każdy mężczyzna nosi w sobie wrodzoną skłonność do gwałtu? Spoglądanie na siebie jako potencjalnego gwałciciela jest na tyle nieprzyjemne, że postanowiliśmy chronić kobiety przed mitycznym facetem zaczajonym w ciemnej bramie. Kobiety uczą się walki z niewidzialnym wrogiem, sporadycznym dewiantem, który przytrafić się może nawet najbardziej nieskazitelnej społeczności. Statystyka panowie jest dla nas okrutna. Znajomy instruktor z kursu samoobrony stanowi dla kobiety większe zagrożenie, niż zapijaczony przechodzień o facjacie kryminalisty. Badania Uniwersytetu Massachusetts pokazują, iż ponad 80% zgwałconych kobiet doskonale znała napastnika. Dane pochodzące z dużych badań ankietowych z Australii wyglądają jeszcze gorzej. Partnerzy kobiet odpowiadają za 49% gwałtów, koledzy ofiar za 45%, zaś osoby obce jedynie za 6%! Gwałt nie odbywa się ani na parkingu, ani nawet na imprezie, a zwykle w mieszkaniu sprawcy lub mieszkaniu poszkodowanej, do którego gwałciciel dostał się za pozwoleniem zgwałconej kobiety. W źle rozumianym szacunku do kobiet przemilcza się fakt obecności alkoholu w ciałach ponad 40% zgwałconych pań - co powinno przecież radykalnie zmienić metodologię kursów samoobrony. Z idealistycznie pojmowanej filozofii sztuk walki, pochodzi też absurdalne zalecenie niestawiania oporu. Bywa, że sami policjanci podsuwają kobietom takie działanie, aby dodatkowo nie prowokować napastnika do większej agresji. Stoi to w jawnej sprzeczności z danymi medycznymi. Po pierwsze, 38% prób gwałtu kończy się już przy pierwszej próbie wyrażenia sprzeciwu przez kobietę. Po drugie, badania przeprowadzone w Omaha oraz duże badania na zlecenie Amerykańskiego Instytutu Sprawiedliwości, nie wykazały związku pomiędzy ilością obrażeń a stawianiem oporu.

Siwi mistrzowie mylą się odnośnie skuteczności kursów samoobrony. Badania z roku 2005 pokazują, iż kursy samoobrony przynoszą wymierne korzyści. Trudno jednak powiedzieć, czy to akurat znajomość konkretnych technik walki decyduje o mniejszym odsetku udanych gwałtów. Nie bez znaczenia jest tu cały wachlarz psychologicznych skutków takich kursów: poprawa asertywności, zwiększone poczucie własnej wartości, a także mniejszy lęk i większa stanowczość w obliczu samego gwałtu. Zgodnie z opinią ekspertów głośny krzyk nie jest wcale gorszą metodą obrony niż szamotanie się z napastnikiem. Myślę, że nie zniechęcę potencjalnych uczestniczek takich kursów dopiskiem, iż istnieją metody jeszcze skuteczniejsze. Przyjęcie najbardziej poprawnej pozycji do walki nie robi na napastnikach takiego wrażenia, jak wyciągnięcie noża. Mówimy tu jednak o przykładaniu broni do głowy swojego partnera, co nawet w sytuacji podbramkowej wciąż nie jest specjalnie popularne.

2 stycznia 2013

Nauka spuszczania

Klikającym w nadziei na tekst naszpikowany linkami do redtube oświadczam - chodzi o spuszczanie... wody. No dobra, przyznaje się. Specjalnie spreparowałem tak prowokacyjny tytuł, ale i temat nie jest do końca poważny. Ci, którzy wczorajszy dzień spędzili nad muszlą klozetową, najpewniej widzieli też wir, który omiatał pozostałości ich sylwestrowej zabawy. Kierunek tego wiru stanowi zagwozdkę, na której wysypały się dwie z pięciu postaci, jakie niegdyś zaliczyłem do "top sceptycznego umysłu". Najpierw Lisa Simpson tłumaczy Bartowi, iż kierunek w jakim kręci się spływająca w zlewie woda zależy od siły Coriolisa. Następnie Dana Scully daje się oszukać Mulderowi, że dla USA istnieje tylko jeden kierunek w jakim wirować może woda, a każdy inny oznacza paranormalną anomaliię. To niestety nie koniec. Kilka lat temu laureat Nagrody Nobla z fizyki, David Politzer, popełnił tekst, w którym powiązał ułożenie się fusów na dnie szklanki z siłą Coriolisa. Co to za cholerstwo ta siła Coriolisa, że moje autorytety dają ciała przy tak prostym zagadnieniu? Siła Coriolisa występuje tam, gdzie mamy do czynienia z rotacją. Jest to ten rodzaj siły, który wykrzywia trajektorię lecących do nas przedmiotów, kiedy kręcimy się na desce lub karuzeli. Oczywiście dla osoby patrzącej z zewnątrz, przedmioty poruszają się po liniach prostych, jednak dla kręcących się ludzi wygląda to tak, jakby jakaś tajemnicza siła wyginała w łuk to, co kieruje się w ich stronę. Jako że wszyscy kręcimy się na wielkiej karuzeli zwanej Ziemią, ludzie usilnie dopatrują się działania siły Coriolisa w ludzkiej mikroskali. 

Ojcem afery zlewozmywakowej jest austriacki fizyk Ottokar Tumlirz. Do opinii publicznej mit przebił się dzięki czasopismu Nature i artykułowi z roku 1960 autorstwa Aschera Shapiro. Shapir zaobserwował efekt Coriolisa w swoim 1100 litrowym zbiorniku na 42 równoleżniku w Bostonie. Wyniki tego eksperymentu zostały potwierdzone m.in. w Japonii, w czerwcu zeszłego roku. Eksperymenty wykazały, że siła Coriollisa stanowi trzydziestomilionową siły grawitacji i prawie wszystko wpływa na kierunek wiru bardziej, niż to, na jakiej półkuli się znajduje. Temperatura wody, zabrudzenia, kształt pojemnika, ruch powietrza nad taflą płynu, dosłownie wszystko wpływa na kierunek wiru bardziej niż siła Coriollisa. To, że obserwujemy coś w ściśle kontrolowanych warunkach, nie znaczy, że ma też miejsce w naszym zlewie. Przecenianie siły Coriolisa jest przy tym nagminne. To prawda, że tornada na półkuli północnej kręcą się zwykle przeciwnie do kierunku wskazówek zegara, co nie znaczy, że nie ma kręcących się w stronę przeciwną. Może być też tak, że ramach tej samej burzy, cześć tornad kręci się w prawo, a część w lewo!

W 2007 roku Telewizja Polska wyemitowała program Wojciecha Cejrowskiego "Ekwador znaczy równik", w którym pan Wojtek prezentuje znaną równikową sztuczkę. Coś koło 6 minuty programu, Cejrowski łazi wraz z tubylcem po linii równika, zaś miejscowy wypuszcza z wanienki wodę raz na półkuli północnej raz na południowej. W tym miejscu miłośnicy programów podróżniczych mają prawo do małego deja vu. Jedna z najsłynniejszych scen jednego z najsłynniejszych cykli podróżniczych (Pole to Pole Michaela Palina) to historia Petera McLeary, Kenijczyka spuszczającego wodę z misek na równiku. To, co widzimy u Cejrowskiego, jest bliźniaczo podobne do tego, co widzimy u Palina, z jedną różnicą, która czyni ten problem zupełnie kuriozalnym. Ekwadorczyk pokazuje Cejrowskiemu wodę kręcącą się na półkuli północnej niezgodnie z ruchem wskazówek zegara. Tymczasem Kenijczyk prezentuje turystom, jak woda kręci się niezgodnie ze wskazówkami zegara na południu! Podobne rozbieżności mają miejsce we wspominanych filmach. W toalecie Simpsonów woda wiruje w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara - i o tym fakcie Lisa poucza Barta. Natomiast w "Archiwum X", Muldera przeraża fakt właśnie kręcenia się wiru wody w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara, bo w opinii agenta woda na półkuli północnej może kręcić się jedynie w stronę przeciwną. Jak widać ci, którzy dowodzą efektu Coriolisa w łazienkowym wirze, często sami nie wiedzą, w którą stronę ma się kręcić woda! Cejrowski podejrzewał, że oszustwo, które widzi opiera się na magnesach. Sądzę, że to sposób w jaki Ekwadorczyk napełnia dziurawą wanienkę decyduje o kierunku przyszłego wiru. Natomiast według Williama Stansfielda Kenijczyk nadawał pożądany kierunek wodzie, w czasie obracania się z naczyniem w kierunku zadanej półkuli. W tego typu oszustwach specjalnie używa się kwadratowych naczyń, ponieważ w kwadratowym naczyniu trudniej dostrzec, że woda znajdowała się w ruchu wirowym jeszcze nim odetkaliśmy korek.