30 kwietnia 2012

Sinusoida Juliana Krzyżanowskiego

Z okazji matur poszperałem w swoich roboczych notkach. Znalazłem lezący odłogiem niedokończony wpis o sinusoidzie Juliana Krzyżanowskiego. Być może właśnie się ośmieszam i owy wykresik nie zagląda już na lekcje języka polskiego, ale za moich czasów w każdym maturalnym bryku czaiło się to straszydło. Zabrzmiałem teraz jak stary dziad, opisujący swoją dziadowską epokę, pamiętam jednak jak nauczyciele przed maturą rysowali po wielokroć te bzdury na tablicach. Czy w ogóle w szkołach są jeszcze tablice? Nie ważne. Sinusoida Krzyżanowskiego to wspaniały przykład zlej nauki, gdzie zamiast dopasowywać teorie do faktów, fakty dokooptowywane są do teorii. Jeśli fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów. Niech fakty spieprzają, bez łaski, znajdą się na ich miejsce takie co pasują.


Co w ogóle przedstawia sinusoida Krzyżanowskiego. Pytanie tylko z pozoru głupie, bo ręczę, że zagraniczny maturzysta nie wiedziałby co z tym począć. Są to kolejne epoki literackie, ale gdzie? W Polsce? "Młoda Polska" na wykresie sugeruje Polskę, ale to nie może być Polska - w Polsce nie było antyku. Problemu przysparza już samo nazwanie grzbietów fal. Najczęściej mówi się o epokach literackich, rzadziej o światopoglądach epok. Obie są nie do obrony. Dlaczego na sinusoidzie epoki literackiej Krzyżanowskiego nie pokrywają się ani z ruchami kulturowymi, ani z okresami w sztuce, ani z nurtami w literaturze, ani z ruchami artystycznymi? Weźmy dwie sąsiadujące ze sobą w czasie stylistyki: romańską i gotycką. Przy której stoi wiara, a przy której wiedza? Epok, które mogłyby posypać wykres nie ma. Nie ma też tych, których nie dałob się jednoznacznie przyporządkować do dolnej lub górnej części wykresu. Gdyby oprzeć się na światopoglądzie, z samego wykresu wynikają rzeczy przedziwne. Wiedza i rozum jest większa w wieku XVI niż w połowie wieku XIX, a więc największego postępu w dziejach. Wiara jest dokładnie tak samo istotna w średniowieczu jak na początku wieku XX. Krzyżanowski wziął coś tak umownego jak epoki, wybrał z nich te pasujące do jego zamysłu, bazując na stereotypach arbitralnie ponadawał im atrybuty - i przedstawił to w czymś tak ścisłym jak funkcja matematyczna!

Skąd w ogóle pomysł, że społeczeństwo od stuleci tkwi w jakimś chorym łańcuchu postępujących po sobie fal rozumu i uczuć? Czy to tylko własność Polaków, czy dałoby się narysować taki sam wykres dla epok w kulturze arabskiej, tudzież dla kultur Afryki? Czy w Chinach wszystkie epoki to też naprzemienny triumf duszy i materii? W istocie to, co ubiera się nam w podręcznikową wiedzę, jest realizacją heglowskiej koncepcji postępu. Julian Krzyżanowski był heglistą. Wierzył w ścieranie się przeciwstawnych idei według praw dialektyki. Heglowska historiozofia została przygarnięta przez marksizm. Sinusoida wpisywała się w jedynie słuszną filozofię, a sowiecki system nauczania zassał ją do swoich celów. W XXI wieku nie ma już ideologicznych pobudek do posługiwania się sinusoidą. Jest to pseudonauka, której bliżej do manipulacji niż uproszczonej prawdy. Tyleż mądrych diagramów nie zmieściło się do programu nauczania, może warto coś wywalić i zrobić dla nich miejsce?

28 kwietnia 2012

Jak cudowne są cuda z Lourdes?

Trudno w to uwierzyć, ale nie licząc samego Lourdes, tylko w XIX wieku, tylko we Francji i tylko biednym dzieciom, Matka Boska objawiała się 15 razy (w 1803, 1813, 1830, 1846, 1848, 1856, 1859, 1870, 1871, 1872, 1873, 1882, 1884, 1886, 1896)! Kiedy Matka Boża zstępuje do prostaczków z zasady mówi coś o modlitwie i budowie sanktuarium. Lourdes jest dowodem, że w walce o zastępy pielgrzymów nie warto inwestować w teologiczną głębię. Lepiej postawić na element jarmarczny, taki jak magiczne źródełko. Lourdes wabi rząd dusz, dystrybuując swoją uzdrawiającą wodę za darmo, niestety kilkaset hoteli (więcej jest tylko w Paryżu) darmowe już nie są. Sanktuarium przypisuje się niezliczone cuda, jednak Kościół naliczył ich raptem 68. Same cuda to twór poprzednich epok, kiedy luki w naszej wiedzy o mechanizmach rządzących przyrodą uzupełniano interwencją boską. W ciągu pierwszych 45-lat działania Lourdes, zanotowano 40 cudownych uzdrowień. W ciągu ostatnich 45 lat jedynie 6.

Oczywiście może być wiele przyczyn takiego stanu rzeczy. Szczególnie, że wbrew obiegowej opinii to nie lekarze decydują czy dany przypadek zostanie uznany za cudowny. Lourdes International Medical Committee to de facto najniższy szczebel decyzyjny. Zgromadzeni lekarza bezwzględną większością głosów decydują czy przekazać sprawę biskupowi. Ostatecznie to właśnie grupa kanonistów i teologów wyrokuje, czy uznać dany przypadek. Wszystko to zgodnie z przepisami jeszcze z 1734 roku. Jak łatwo się domyśleć, z tego nie może wyjść nic dobrego. Mniej więcej połowa z wszystkich 68 przypadków to uzdrowienie... z gruźlicy. Dziś wiemy, że nawet nie lecząc gruźlicy mamy szanse (acz niewielkie) wyzdrowieć. Choroba ta podlega spontanicznej remisji. Jakieś 1/4 cudów z Lourdes to ustąpienia paraliżu. O ile obecnie w pełni nie rozumiemy psychosomatycznego podłoża chorób, to jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie wiedziano o nim prawie nic. Cud numer 64 - ustąpienie paraliżu w prawej części ciała i ślepoty w prawym oku - może być przykładem histerii, a nie boskiej mocy.

Wiele o cudach Lourdes powie zagłębienie się w jednym z nich. Cud numer 63 opisuje szczegółowo James Randi w swojej książce "The Faith Healers". Jest to historia 23-letniego Włocha, chorującego na raka miednicy. Po kąpieli w magicznej wodzie Vittorio Micheli poczuł przeszywające go ciepło. Prześwietlenie biodra ukazało zregenerowaną tkankę kostną. Cud! Tymczasem Micheli nigdy całkowicie nie wyzdrowiał. Wiele lat po zdarzeniu wciąż kuleje. Używa specjalnego obuwia, które rekompensuje mu krótszą nogę. Nim udał się do Lourdes, Włoch przez 10 miesięcy przebywał w szpitalu. Micheli twierdzi, że nigdy nie przyjmował żadnych leków ani chemioterapii,. Wyleczyć mogła go jedynie Najświętsza Panienka. Pytanie, co w ogóle robił przez te 10 miesięcy w szpitalu, jeśli nie spotkało go tam nic, co mogłoby mu choć minimalnie pomóc? Z dokumentów medycznych wiemy, że już 2 miesiące przed "uleczeniem" Micheli był w stanie poruszać się bez pomocy kul. Przypadek 23-latka uznano jednak za bezprecedensowy - i słusznie. Złośliwy nowotwór miednicy to niezwykle rzadka przypadłość, zaś jego remisja jest oczywiście jeszcze rzadsza, wówczas nienotowana. Życie jest jednak wredne. Dwa lata po oficjalnym uznaniu cudu, w lutym 1978 roku czasopismo medyczne Acta Orthopaedica Scandinavica opublikowało prawie identyczny przypadek spontanicznej remisji nowotworu miednicy. Cudu oczywiście nie cofnięto, ale niecudowny niesmak pozostał.

21 kwietnia 2012

Z apteczki szarlatana - chrząstka rekina

Styczniowy numer The Lancet Oncology przyniósł ze sobą artykuł Justina Stebbinga Shark cartilage: has the popularisation of science failed?. Przez pryzmat chrząstki rekina autor spogląda na podszywające się pod lekarstwa mambo-dżambo. W chwili obecnej na allegro jest 61 aukcji, oferujących chrząstkę rekina, którą licytuje już ponad 20 osób. Większą popularnością cieszą się chyba tylko zioła do powiększania penisa. Za tytułem aukcji "Shark Aid, chrząstka rekina nowotwór rak prostata" stoi 148 złotych za kilkaset miligramów tego bezwartościowego preparatu, a więc nie tanio. Skąd w ogóle pomysł, że kawałek sproszkowanego rekina przynieść może jakąś korzyść? Rozumowanie jest proste: rekiny nie mają raka, rekiny mają dużo chrząstki, ergo chrząstka leczy raka. Artykuł Stebbinga dementuje te rewelacje. Rekiny i inne ryby chrzęstnoszkieletowe chorują na raka, trudno określić czy rzadziej niż inne kręgowce. Nawet gdyby rekiny odznaczały się jakąś mniejszą zapadalnością, z całą pewnością ekstrakt z tej ryby nie przeniesie na nas tej odporności. Badania wpływów chrząstki rekina na chorych na raka wykluczyły możliwość przeciwnowotworowych właściwości tego suplementu.

Cała sprawa rozpętała się w roku 1992, kiedy William Lane, przez przypadek producent suplementów z chrząstki rekina, opublikował swoją książkę: "Rekiny nie chorują na raka. Jak chrząstka rekina może ocalić twoje życie". Lane zaczął pielgrzymować do telewizji, zaś media rozpisywały się o jego magicznym preparacie. W tym miejscu jest już zwykle pozamiatane. Jeśli jakieś "alternatywne leczenie" osiągnie ten etap, w głowach konsumentów praktycznie nie da się już tego odkręcić. Swoje oświadczenia, iż chrząstka rekina to ściema wydały m.in. National Cancer Institute oraz American Cancer Society. Federalna Komisja Handlu (FTC) zakazała sprzedaży firmie Lane Labs chrząstki wraz z adnotacją, iż może pomóc w leczeniu raka. Mimo to głupota nie dawała za wygraną. Lane wydał kolejną książkę: "Rekiny wciąż nie mają raka - dalsza ciąg opowieści o chrząstce rekina". Jego upór i wiara w chrząstkę zaowocowały milionem dolarów kary, jaką FTC nałożyła na jego firmę za nieuczciwe praktyki marketingowe. Dziś wiemy, że chrząstka rekina nie tylko nie pomaga, ale może nawet szkodzić. W badaniu przeprowadzonym w Cancer Center w Houston, chorzy na raka przyjmujący chrząstkę rekina żyli odrobinę krócej niż grupa kontrolna przyjmująca plecebo! Dodatkowo w chrząstce rekina stwierdzono wysokie stężenie neurotoksyny BMAA, mogącej powodować zwyrodnienie mózgu.

Nawet jeśli chrząstka ma jakiś przeciwnowotworowy charakter, co nie jest wykluczone, po przerobieniu przez nasz przewód pokarmowy ten charakter szybko utraci. Substancje hamujące angiogenezę guzów nowotworowych - a więc uniemożliwiające ukrwienie się guza niezbędne do ich wzrostu - pozyskano w latach 50-tych z chrząstki cieląt. Nie ma jednak możliwości, aby jedząc rekinową chrząstkę, czy aplikując ją sobie z innej strony ciała, białko to mogło dotrzeć to guza i go powstrzymać. Niestety gdyby wszystko dało się tak łatwo przełożyć, już dawno jedzenie oczu sowy poprawiałoby wzrok, a pieczony nos wilka wzmacniał powonienie. Śmiejemy się z czarnego ludu, którego wiara w magiczne właściwości nosorożcowego rogu, prawie wytępiła to zwierze. Tymczasem zabobony białego człowieka przyczyniły się do drastycznego spadku liczebności rekinów, odławianych dla ich chrząstki. Christopher Wanjek w swojej książce "Bad Medicine" przy okazji opowieści o chrząstce rekina, ostrzega kolejne zwierzęta. Ofiarą medycyny alternatywnej może paść niedźwiedź polarny. Niedźwiedź polarny bardzo rzadko choruje na raka jelita grubego. Najprawdopodobniej sekret kryje się w żółci niedźwiedzia, zawierającej kwas UDCA. Tabletki ze sproszkowanego niedźwiedzia po 300 zł za listek? Na allegro? Czemu nie.

2 kwietnia 2012

Autor bloga leczy się z gejostwa

Cały XX wiek to gejzer pomysłów na to jak wyleczyć homoseksualistów z ich obrzydliwej przypadłości. Lekarstwa doszukiwano się w kastracji, przepłukiwaniu pęcherza oraz w masażu prostaty. Ten ostatni miał zniszczyć w odbycie komórki homoseksualne i zastąpić je zdrowymi, heteroseksualnymi. Jeden z ojców endokrynologii Eugen Steinach własnoręcznie kierował operacją transplantacji jąder siedmiu homoseksualistów, wymieniając ich zwyrodniałe organy jądrami heteroseksualnych dawców. Gejom to jednak nie pomogło. Leczenie przeniesiono na bardziej wyrafinowany poziom - poziom umysłu. Pałeczkę przejęli psychoanalitycy, ale również inni specjaliści mieli coś do powiedzenia. Praktykowano proste warunkowanie polegające na rażeniu prądem za podniecenie scenami homoerotycznymi. Metodę tę zastosowano po raz pierwszy w roku 1935 na Uniwersytecie Nowojorskim, zaś jej stosowanie osiągnęło apogeum w latach 60-tych i na początku lat 70-tych. Pozytywne wygaszenie miało oduczyć pacjentów lubieżnych skłonności. Kiedy tylko pozwolili sobie na erekcję na widok nagich panów, drażniono ich prądem w nadgarstki lub bezpośrednio w penisa. Bez efektów. Wiele źródeł twierdzi, iż homoseksualizm leczono przy pomocy ECT - terapii elektrowstrząsowej, a więc poprzez przepuszczanie prądu bezpośrednio przez głowę pacjenta. Znane są tylko pojedyncze przypadki stosowania ECT w leczeniu homoseksualizmu. Nawet wtedy homoseksualizm był tylko jedną z wielu przesłanek  do stosowania elektrowstrząsów. Nie był jednak przesłanką najważniejszą. Chyba jedynym przypadkiem, kiedy terapia zakończyła się całkowitym sukcesem, były poczynania doktora Owensby. Na początku lat 40-tych XX wieku opublikował wyniki swoich badań na temat szokowych dawek pentetrazolu (metrazolu), środka powodującym potworne konwulsje ciała. Okazało się, że pentetrazol wykazywał stuprocentową skuteczność leczenia z homoseksualizmu. Po jednym takim zabiegu, nie było już takich którzy nadal twierdziliby, iż są homoseksualistami. Gdyby Owensby chciał zamienić gejów i lesbijki w nietoperze, myślę, że wszyscy upieraliby się, iż są nietoperzami byleby tylko uniknąć kolejnej dawki.

Wydaje się niemożliwe, aby po takich doświadczeniach ktoś jeszcze chciał leczyć homoseksualizm - jednak nic bardziej mylnego. Oręża do walki z pedalstwem w Polsce dostarcza m.in modlitewna grupa "Pascha". Jest ona jedną z bardziej liberalnych wspólnot tego typu. W większości naszych grup modlitewnych po coming outcie smagano by nas kijami, zaś "Pascha" wyciąga rękę i próbuje leczyć. Za mało we mnie gejostwa by zgłosić akces do grupy, ale zapoznałem się z lekturami jakie polecają. Nigdy nie wiadomo kiedy dopadnie nas wirus homoseksualizmu, warto się zaszczepić. Treść tych książek to mieszanka Biblii z psychoanalizą. "Podróż ku pełni męskości" Alana Medingera to przykład typowej terapii reparatywnej, z przewijającą się przez całą książkę frazą "Ciało i Krew Jezusa Chrystusa". Najlepszą metodą wyleczenia, jest według autora porzucenie typowo gejowskich zainteresowań sztuką i zastąpienie ich graniem w piłkę, naprawianiem dachu i innymi męskimi zajęciami. 60 lat temu Arthur Guy Mathews przekonywał Amerykanów, że lesbijkę można wyleczyć robiąc jej modną fryzurę i ucząc się malować. Mathews zwykł zresztą nazywać homoseksualizm "bombą atomową zrzuconą na Amerykę przez Stalina". Książka Medingera przepełniona jest natomiast stereotypowymi przykładami ról kobiet i mężczyzn - Opowiastkami z Biblii jak Aron orał wołami ziemię, a jego kobieta ocierała mu pot z czoła, tudzież jak Michajasz wykuwał miecze z brązu dla swoich towarzyszy. Te przykłady akurat wymyśliłem, ale dobrze oddają ducha tego dziela. Kluczową lekturą dla przyszłego ex-geja jest chyba "Wyjść na prostą" Richarda Cohena. Co "Pascha" przemilcza? Kogo firmuje na swej stronie? Mimo, że terapia stworzona przez Cohena, jak mniemam należy do podstawowych narzędzi "Paschy", Cohen nie jest żadnym terapeutą. W Stanach nie wolno posługiwać mu się tym tytułem, więc sam siebie określa jako "trenera". W 2002 roku Cohen został usunięty z American Counseling Association za szereg nadużyć. Jednym z 6 oficjalnych powodów było zaspokajanie własnych potrzeb kosztem swoich klientów. Wykorzystywał ich zaufanie do promocji własnych produktów, a także zmuszał do bezpłatnej pracy w swej fundacji. Ciekawe, że kiedy Cohen przyleciał do Polski, przestał być trenerem.. Zaczął tytułować się psychoterapeutą. W naszym kraju Cohen przedstawiany jest jako przyjaciel homoseksualistów, jednak kiedy ACA wydaliło go ze swoich szeregów, nazwał ich "gejowskim klubem". Jak rozumiem "gejowski klub" to w jego ustach najgorszy z epitetów. W polskim przekładzie wstęp do "Wyjść na prostą" napisał biskup Zbigniew Kiemikowski, jednak w oryginale jego autorką jest Laura Schlessinger. Znienawidzona przez środowiska LGBT, za co odwdzięczyła się, nazywając homoseksualistów "dewiantami" i "błędami natury". Trudno powiedzieć jak wyzdrowienie z homoseksualizmu wyobraża sobie Cohen, skoro wiadomo, że nie ma tu mowa o jakimkolwiek wyleczeniu. Cohen poleca przedziwną metodę zwaną bioenergetyką - hasło te jest dowodem, jak gówniana jest polska Wikipedia.