29 października 2009

Teologowie, sceptycy i wilkołaki

Trochę wynudzony milionem artykułów o wampirach, a jednocześnie chcąc pozostać w klimacie halloweenowym, garść słów o mniej popularnym potworze. Pomimo dysproporcji pomiędzy popytem na wampiryzm a wilkołactwo, pomimo gorszej prasy, temat wilkołaka wydawał mi się zawsze ciekawszy. Komediowy majstersztyk Gene Wildera "Miłość wilkołaka" i wspaniały "Tetfol" Frederica Delzanta, z którym równać może się jedynie antyreligijny "Szninkiel", życiowo obligują mnie do zajęcia się tematem zębiastych futrzaków. Szczególnie że w łapy wpadł mi niezły rarytas - "Strange histories. The trial of the pig, the walking dead, and other matters of fact from the medieval and Renaissance worlds". Tym razem bez wyjaśnień wilkołactwa na bazie zespołu Cushinga, hipertrichozy, czy czegoś podobnego, w ogóle bez jakichkolwiek wyjaśnień. Autor książki Darren Oldridge, skupił się na rzadko poruszanym wątku, ewolucji sceptycyzmu wobec wilkołaka i roli jaką odegrał w tym Kościół.

Do tej pory najciekawszym znanym mi przykładem bliskiego kontaktu wilkołactwa z klerem, był katecheta z puławskiej podstawówki. Okrzyknięty przez media wilkołakiem, oraz insynuacje co do jego kontaktów z siłą nieczystą, to wypadek nie z XVIII wieku lecz sprzed kilku miesięcy. Całą sprawą zajęła się prokuratura, co czyni to już czymś tak żenującym, że ogon opada mi do ziemi. Jak się okazuje, już od wieków Kościół miał tu wiele do powiedzenia. W końcu sama Biblia dostarcza świadectw takiej metamorfozy. W księdze Daniela czytamy: "Natychmiast wypełniła się zapowiedź na Nabuchodonozorze. Wypędzono go spośród ludzi, żywił się trawą jak woły, a rosa z nieba zwilżała go. Włosy jego urosły niby pióra orła, paznokcie zaś jego jak pazury ptaka.” (Dn. 4, 30). Dobry chrześcijanin nie mógł mieć wątpliwości - przemiany człowieka w zwierze są faktem. W 1580 francuska wiedźma pod postacią wilka uprowadziła dwójkę dzieci. We włoskim mieście Ferrara jedna z kobiet zmieniała się wielkiego kota. W szesnastym wieku, podczas pobytu we Flandrii, jezuita Martín Del Rio, donosił o miejscowej wiedźmie zmieniającej się w ropuchę, zaś węgierskie czarownice potrafiły przemienić się w osy i trzmiele.

Umysły epoki zgadzały się co do tego, że wszechmogący Bóg z łatwością przemieniłby człowieka w wilka, jednak wilkołactwo była atrybutem diabla, zatem pytanie tyczyło się tego, czy również szatan posiada tak wielką moc. Uczeni którzy dopuszczali do siebie taki potencjał lucyfera stanowili mniejszość, jednak zaliczali się do nich tak wielkie postacie jak teoretyk państwa Jean Bodin. Na sceptycznym stanowisku stał francuski demonolog Henri Boguet. W pismach z 1602 Boguet odrzucił taką możliwość, ponieważ zwierzęce ciało nie byłoby w stanie przyjąć ludzkiej duszy czarownicy. Tym którzy napominają Kościół za odmawianie zwierzętom duszy przypominam, że teologiczna, platońsko-arystotelesowska doktryna mówi o 3 rodzajach dusz: duszy rozumnej człowieka, zmysłowej zwierzęcia i duszy wegetatywnej roślin. Jeśli dusza ludzka nie może wcielić się w niezaprojektowane dla niej ciało wilka, na czas przemiany szatan trzymałby dusze czarownicy w jakimś innym miejscu, a na to Bóg by już nie pozwolił - argumentował Boguet. Sprawa była jednak skomplikowana za sprawą osób które przyznawały się do bycia wilkołakiem. Reginald Scot w swoim dziele Discoverie of Witchcraft (1584) uważał wilkołactwo za przejaw choroby psychicznej, jednak tak twardy sceptycyzm był rzadkością.

Stojąc na stanowisku niemocy diabła, przy setkach doniesień o wilkołakach z całej Europy, wydedukowano że szatan stwarzać musi jedynie iluzje wilkołactwa zarówno u samego wilkołaka jak i u jego ofiar. Życie dawała jednak i na to kontrargumentów. W 1588, w Auvergne, pan zamku zaatakowany w czasie polowania przez wilka, w szamotaninie odciął bidakowi łapę. Ta wylądowała w jego sakiewce. Już w czasie powrotu do pałacu dostrzegł, iż łapa zmieniła się w ludzką rękę, w dodatku w dłoń z pierścieniem jego żony. Oczywiście na miejscu władca zastał krwawiącą bez ręki żonę, a nam strach pomyśleć jak musiał wyglądać prawdziwy przebieg wydarzeń. Poradzono sobie i z tym problemem. Oficjalna doktryna brzmiała zatem tak: diabeł mąci w umyśle człowieka tak by myślał że jest wilkołakiem, następnie robi to samo u ludźmi którzy go zobaczą lub których zaatakuje, jeśli ktoś zaatakuje wilkołaka, którym jest demon a nie człowiek podejrzany o wilkołactwo, diabeł wykonuje na ciele takiego podejrzanego dokładnie takie rany jakie zadano wilkołakowi, uff. Łatwiej byłoby oczywiście całkowicie skończyć z tym zabobonem, a nie przyznać że coś nie istnieje, dowodząc jednocześnie że ma miejsce, tylko dlatego że o jego istnieniu mówi Biblia.

Cala sprawa wykraczała daleko poza czysto teologiczne dywagacje, gdyż sądy na co dzień mierzyły się z podejrzeniem o wilkołactwo, zaś kościelne słowo było tu kluczowe. W 1603, Jean Grenier, czternastoletni pastuch spod Bordeaux, chwalił się kolegom, że posiada magiczny płaszcz dzięki któremu przemienia się w wilka. Chłopięce fantazje okazała się tragiczne, kiedy miejscowe dzieci zaatakował wilk, a on stał się głównym podejrzanym. Przesłuchiwany przyznał się do bycia wilkołakiem. Na biegłego powołano teologa Jeana Filesaca, zwolennika wilkołactwa jako diabelskiego spisku. Młody Grenier na resztę życia trafił do klasztoru. Ciekawy przypadek opisuje Joe Nickell w "Werewolves or Weren’t?". Jak się okazuje wiara w wilkołaka może skazać nie tylko niewinnych ludzi, ale także winnych uniewinnić. W roku 1598 żebrak Jacques Roulet został przyłapany przy okaleczonym ciele nagiej nastolatki. Pod ciężarem dowodów przyznał się do morderstwa, jednak obarczył za nie magiczną maść która zmieniła go w wilkołaka, tak unikając kary. Jeśli mordujesz a otaczają cie głupi ludzie, warto mieć w domu trochę śmierdzącego mazidła - tak na wszelki wypadek.

25 października 2009

Eksperyment Filadelfia

Kilka dni temu, paranormalną Polskę obiegł news dotyczący odnalezionego w Indiach niezwykłego drzewa. W starym lesie leżącym na południowo-wschodnich peryferiach tego kraju, natrafiono na przedziwne krzaczory, których kora układała się na kształt dzikich zwierząt. Niestety przyrodniczy cud stulecia, dowód że Matka Natura to naprawdę siwa pan z różdżką jaką znamy ze Smurfów... okazał się plastikowym drzewem stojącym w Walt Disney World na Florydzie. Wniosek z tego dwojaki: 1) dla wielu, lasy Indii wciąż noszą w sobie paranormalny potencjał 2) jazda na bezczelnego w tej branży nie zna granic zażenowania. Bywało że twórców cudacznych obliczeń, którzy z boków piramid potrafili wyliczyć wszystko, łapano przy próbach spiłowania ścian by pasowały do ich wyników. Mało jest jednak przypadków takiego naginania, rozciągania i dorabiania prawdy jak sławetny eksperyment Filadelfia. Podobnie jak w przypadku magicznego drzewa z lasów Andhra Pradesh, tak i tu, z pojedynczego faktu, stworzono nie mającą źdźbła z nim wspólnego, idiotyczną teorie.

Eksperyment Filadelfia, zwany także, jak przystało to tajny projekt, pod fajowsko brzmiącą nazwą - projekt tęcza (project rainbow) - posiada wszystko co powinien posiadać ściśle tajny i powszechnie znany spisek rządowy. Kategoryczne twierdzenia wojska, że nigdy nie miał miejsca, choć tropiciele tajemnic wolą określenie "nie przyznawanie się przez wojsko". Nazwiska wielkich naukowców biorących w nim udział. Powszechnie eksploatowany jest Nikola Tesla, ale do philadelphia experiment zaprzęgnięto samego Alberta Einsteina! Tak jak w słabych filmach, z okna w Paryżu zawsze widać Wieżę Eiffla, tak głupie historie muszą dodawać sobie splendoru bogu ducha winnymi, znanymi postaciami. Eksperyment Filadelfia dotyczy statku USS Eldridge, który w latach 40-tych uczestniczyć miał w tajnym projekcie, testującym możliwość całkowitego zamaskowania statku przy pomocy pola elektromagnetycznego (a dokładnie zastosowania jednej z teorii Einsteina... której nigdy nie stworzył). W owym czasie takie próby rzeczywiście się odbyły, jednak magnetyczna niewidzialność oznaczała niewidoczność dla niemieckich magnetycznych torped. Z biegiem lat (pierwsze przecieki o projekcie tęcza to dopiero połowa lat 50-tych) magnetyczna niewidzialność przeistoczyła się w niewidzialności dla ludzkich oczu, następnie dorzucono pogłoski o teleportacji okrętu, zaś dziś najpopularniejsza teoria zakłada podróż w czasie, jaką odbyć miał okręt! Nieciekawy los spotkał załogę przebywającą na statku w czasie eksperymentu. Większość marynarzy zginęła podczas dematerializacji, niektórzy pojawili się zlani z okrętem, natomiast reszta ocalałych zwariowała. Niestety wydarzeń tych, za nic w świecie nie mogą przypomnieć sobie żyjący załoganci USS Eldridge. Nie tylko nie pamiętają jak wrastali w okręt, ale zaprzeczają aby ich statek brał udział w takim eksperymencie. Po powrocie ze swej podroży w czasie, okręt został objęty tajemnicą, dowody zabezpieczono a statek zezłomowano. W rzeczywistości pływał w NATO-wskiej służbie, aż do lat 90-tych!

Do tej pory powstało kilkadziesiąt książek opisujących dziwy z pokładu USS Eldridge i niemożliwością jest aby ich autorzy nie znali przytoczonych powyżej danych. Są dostępne pod paroma kliknięciami myszy, więc w grę wchodzi tu jedyne świadome oszukiwanie łatwowiernego czytelnika. Całą zabawę rozpoczął leczony psychiatrycznie Carl Allen, 10 lat po rzekomym eksperymencie, donosząc o nim sprzedawcy części samochodowych i ufoamatorowi Morrisowi Jessupowi. W 1969 roku Allen przyznał się, że zmyślił opowieści o projekcie, jednak do tego czasu maszyna fanatycznych dekonspiratrów rozkręciła się na dobre. Większość książek na temat eksperymentu, była czystą beletrystyka sprzedawaną jako literatura faktu. Jak udowodnił Mike Dash, historyk i badacz zjawisk paranormalnych, ich autorzy nie zadali sobie nawet trudu aby skontaktować się z Allenem, skądinąd głównym autorem ich rewelacji. Do dziś, bez cienia krytyki powiela się te bzdury, kiedy nadnaturalne wyjaśnienie tamtych wydarzeń spowija prawdziwe jezioro wątpliwości. Zasada niczym z filmów z Leslie Nielsenem, im głupsze tym lepsze, plus zerowe chęci jakiegokolwiek wyjaśnienia, są tu najlepszym tworzywem dla niewidzialnych statków i czarodziejskich drzew.

19 października 2009

Akupunktura

Jako że koledzy i koleżanki po fachu, skoncentrowali się na walce z homeopatią i przywracaniu do łask zdetronizowanych szczepionek, odświeżam zapomnianą szarlatanerie. Akupunktura zagościła już na tak wielu salonach, że wiele osób nawet nie wie, iż należy do tego samego działu co leczenie kamieniami i wahadełkiem. Tym razem popełniłem się twórczego tłumaczenia artykułu "What About Acupuncture" z zeszłorocznego Skeptical Inquirer. Jest to tekst autorstwa doktor Harriet Hal, redaktor czasopisma "The Scientific Review of Alternative Medicine"

................................................

Ze swej definicji "medycyna alternatywna" to medyna na której działania brakuje nam najlichszych dowodów. Czy jednak do tego niechlubnego grona zaliczyć można akupunkturę? Skądinąd wielu dyplomowanych lekarzy po godzinach służy swoimi igłami, zaś towarzystwa ubezpieczeniowe refundują nawet tą metodę leczenia. Jeśli nigdy wnikliwie nie zagłębiałeś się w ten tematem, najprawdopodobniej wszystko co wiesz o akupunkturze jest nieprawdą. O ile trudno wskazać nam protoplastę tej starożytnej chińskiej medyny, istnieją spore prawdopodobieństwo że nie jest ona ani tak starożytna, a być może nawet nie jest chińska. Historyk medycyny Paul Unschuld podejrzewa, że sama idea mogła narodzić się w Grecji, a stamtąd przedostać się do Chin. W przeciwieństwie do tego co sugeruje nam Wiki, akupunktura nie ma za sobą tysięcy lat tradycji. Najstarsze chińskie teksty medyczne, z III stulecia p.n.e., nie wspominają o akupunkturze. Najwcześniejsze odniesienie do nakłuć to dopiero 90 r. p.n.e., jednak dotyczy przebijania ropni i upuszczania z nich krwi, a nie praktyk jakie dziś znamy. Przywoływanie archeologicznych dowodów w postaci kamiennych igieł, jakoby potwierdzających pradawność akupunktury, jest o tyle zabawny iż igły te są tak ogromnych rozmiarów, że nie mogły służyć do czegoś choćby podobnego do znanej nam akupunktury (technologia umożliwiająca produkcie cienkich stalowych igieł pojawiła się dopiero 400 lat temu). Pierwsze doniesienia na temat medycynie chińskiej dotarły na Zachód w XIII wieku i wciąż na próżno szukać w nich odniesień do akupunktury. Pierwszym mieszkańcem zachodniego świata, który wspominał o akupunkturze, był Holender, pracownik Kampanii Wschodnioindyjskiej Wilhelm Rhijn, ale dopiero w roku 1680! W dalszym ciągu, nie była to akupunktura jaką znamy współcześnie. Nie wspominała o energii Qi, zaś o wielkich gabarytów igłach, wkładanych do ciał pacjentów na 30 oddechów. Pomiędzy 1822 a I Wojną Światową, w ramach walki z zabobonem, chiński rząd kilkukrotnie zakazał akupunktury. Tradycje tzw "bosonogich lekarzy" ożywił Mao w latach sześćdziesiątych, jako tani sposób dostarczenia opieki medycznej prowincji. Sam nigdy nie stosował akupunktury, gdyż nie wierzył w jej działania. To właśnie rząd Mao ukuł termin "tradycyjnej chińskiej medycyny" w roku 1954.


Aż do XX wieku, trudno mówić o jakiś specjalnych punktach odgórnie wpływających na resztę ciała. Wcześniej wkłuwano igły w miejsca, gdzie odczuwano mający uśmierzyć bóle Pierwszym którym połączył punkty akupunktury z energią Qi był francuski bankier Georgees Soulie de Morant, a dokonał tego w 1939 w swojej książce "L’Acupuncture Chinoise". Ten dominujący dziś rodzaj akupunktury został wynaleziony przez Francuza dopiero w 1957! Dzięki "badaniom" liczba strategicznych punktów urosła do 2 tysięcy, chyba po to, aby nie zostawić na ciele wolnego od igieł miejsca. Ostatecznie każda liczba jest dobry, zważywszy że do tej pory, nie udowodniono istnienia choćby jednego takiego punktu. W 1972 roku James Reston, który towarzyszył Nixonowi w podróży do Chin, poddać się musiał operacji wycięcia wyrostka robaczkowego. W szerokiej opinii utrwaliło się przekonanie, że dokonano tego pod znieczuleniem akupunktury. W rzeczywistości, akupunktura była jedynie dodatkiem, zaś ulga jaką przysporzyła była prawdopodobnie zbieżna ze spodziewanym, naturalnym dochodzeniem do zdrowia. Puszczone w obieg zdjęcie zabiegu przeprowadzonym na otwartym sercu, przy znieczuleniu jedynie akupunkturowym okazały się fałszerstwem. Jeśli stosuje się akupunkturę w chirurgi to wraz z konwencjonalnym znieczuleniem i tylko u pacjentów, którzy wierzą że moc wbijanych igieł może im rzeczywiście pomóc. Kiedy popularność akupunktury w Zachodnim Świecie gwałtownie rosła, z równym animuszem traciła swą popularność na Wschodzie. Według raportu CSICOP z 1995 roku, tylko 15-20% Chińczyków stosuje "tradycyjną chińską medycynę" (dwa razy mniej niż w Europie Zachodniej), jednocześnie rzadko rezygnują z równoległego, konwencjonalnego leczenia.

Czy akupunktura rzeczywiście działa? Zależy jaka akupunktura i co masz na myśli mówiąc "działa". Są systemy chińskie, japońskie, tajskie, koreańskie, indyjskie, wykonywane na całym ciele bądź ograniczające się do rąk, stóp, twarzy, nakłuwane głęboko lub powierzchownie, zwykłymi bądź elektrycznymi igłami, wybór jest ogromny. W tych wypadach akupunktura działa, jednak wyłącznie na zasadzie placebo. Dawkowana, nie jest w stanie zmienić historii choroby, w stopniu większym niż zmiany samorzutne. Nigdy nie udowodniono, aby akupunktura odwróciła kurs jakiejś poważnej dolegliwości. W ciałach tych pacjentów, którzy podali się zabiegom, zaobserwowano skok endorfiny, co tłumaczyłoby przeciwbólowy charakter akupunktury, jednak wzmożone wydzielanie endorfiny osiągniemy także uderzając się młotkiem w palec. Psychologia wskazać może wiele innych elementów, jakie składać się mogą na przeciwbólową skuteczność akupunktury. Oczekiwanie, sugestia, odwrócenia uwagi od pierwotnych objawów, zasada podczepienia, warunkowanie klasyczne i instrumentalne, wzmocnienie, presja, korzyści społeczne, odwrotna zależność przyczynowo-skutkowa, regresja - psychologia potrafi znacznie wspomóc nieefektywne metody leczenia. Jasne jest, że nie wszystkie placebo są sobie równe, zaś wypracowane przez akupunkturę metody leczenia, odprężenie się i spędzenie czasu z troszczącym się o nas medykiem, dają znacznie lepsze efekty niż połykanie tabletek z cukru czy walenie się młotkiem. Sporo studiów pokazuje, że akupunktura działa na subiektywne symptomy, takie jak ból i nudności. Jednak kilka rzeczy rzuca na nie poważne wątpliwość. Badania testujące skuteczność akupunktury, wynikają nierzadko z wiary w jej skuteczność. Tym którzy w nią wierzą, badania wychodzą pozytywnie, zaś tym którzy w nią nie wierzą, negatywnie. Problemem jest tu niemożliwość przeprowadzenia podwójnej ślepej próby - trudno jest dać lekarzowi igły i oszukać go w tym co robi. Możliwe są jednak inne badania kontrolujące skuteczność akupunktury: porównanie "energetycznych punktów" do "niepunktów", oraz użycie pomysłowej igły, która daje jedynie wrażenie przeniknięcia przez skórę. Jak słusznie się domyślamy, wszystko jedno gdzie wbija się igły. wszystko jedno, czy w ogóle używa się igieł. Najlepiej skonstruowane studia dowiodły znaczenia tylko jednej rzeczy: czy pacjent uwierzył, że zaaplikowano mu zabieg akupunktury. Zarówno udawana jak i prawdziwa akupunktura działały jednakowo skutecznie - oba zdawały się być lepsze niż żadna. W istocie, akupunktura to nic więcej niż recepta na złożone placebo, przyprawione zupą środków przeciwbólowych. Można wcielić się w role poduszeczki do igieł i otrzymać niezłe placebo, ale nie ma żadne dowody na faktyczne leczenie metodą akupunktury.

11 października 2009

Smokozaury

Czy jest pytanie tak głupie i naiwne, że nie wiadomo co na nie odpowiedzieć? W zasadzie jest mnóstwo takich pytań. Dziecinne pytanie o smoka, nie jest bynajmniej pytaniem łatwym, dodatkowo kryje w sobie sidła zastawione na biednego sceptyka. Jak to możliwe, że mityczny smok obecny jest w masowej wyobraźni prawie wszystkich kontynentów? Czy dowodzi to, że smoki istniały? Czy byli nimi Reptalianie, zaawansowana gadzia cywilizacja obcych? Dla zwolenników tej ostatniej teorii "argument smoków" jest chyba najpopularniejszym dowodem. Jej zwolennicy w jednym ciągu wymieniają gadzich nauczycieli jacy widnieją w starych mitologiach, łuskowatego Kukulkana który powołał do życia cywilizacje Majów, czy Kekropsa, pół-człowieka pół węża, założyciela Aten. Jak na ilość kultur, takich gadzich historii jest stosunkowo nie wiele, zaś smok wydaje się naprawdę uniwersalny. Czy możliwe, że symbol ten powstał cholernie dawno temu, a ludzie rozpierzchający się po świecie zachowali go w pamięci? Znam przynajmniej jeden taki przykład - gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. Gwiazdozbiór to zbiór przypadkowych gwiazd, z losowo wyselekcjonowanego kawałka nieba, nazwany według własnego widzimisię i jest nieprawdopodobne, że Indianie w Ameryce Północnej i rolnicy z Dalekiego Wschodu upatrzyli sobie niedźwiedzia w tym samym ułożeniu gwiazd. Nie ma rady, musi być to stary paleolityczny symbol. Ludzie przekraczający cieśninę Beringa, musieli go już znać. Postaram się dowieść, że z naszym smokiem jest inaczej. Zaś ową racjonalną pułapkę widziałbym w stwierdzeniu, że smoki są wynikiem odnajdywania kości dinozaurów. Nie ma dowodów, że starożytni złożyli czy choćby próbowali złożyć wykopane szczątki. Ba, nie ma dowodów że taki kompletny szkielet w ogolę kiedykolwiek odnaleźli, bo co innego jest znaleźć na pustyni skamieniałego zęba, a co innego wystukać z kamienia cały szkielet. Kredowi drapieżcy stojący niczym eksponaty w Museum of Natural History, tylko że w domach starożytnych wielmożnych, to jak na razie czysta spekulacja.

Rozwiązanie ponadterytorialnej popularności smoka, kryje się w nazywaniu tak wszystkiego co popadnie. Znakowanie zupełnie różnych kryptyd tą samą nazwą to "semantyczne nadużycie", wytwarzające iluzje że dany gatunek rozpowszechniony jest na całym świecie. W ten sposób wszystko co jest hybrydą kilku zwierząt, może zostać nazwane smokiem. Tymczasem jego dzisiejsze popularne wyobrażenie to zupełnie nowa, disnejowska konstrukcja. Ziejący ogniem stwór, przypominający prehistoryczne teropody, ma się nijak do dawnego smoka. Większość z europejskich smoków była bezskrzydła, niektóre nie miały również nóg. Znane ze współczesnego wizerunku nietoperze skrzydła, to zasługa Herodota, opisującego tzw. rajskie węże, rzekomo zamieszkujące Egipt. Smocze skrzydła ze starych rycin, są absurdalnie małe w stosunku do ciał tych mitycznych stworzeń, zaś w całości pokryte są piórami. Także najbardziej osławiony smok "made in China", przeszedł przez ujednolicające wszystko sito popkultury. To co oglądamy dziś w Chinskich filmach, czy nawet smoki na noworocznych paradach, to w dużej mierze zasługa kultury Zachodu. Tradycyjny chiński smok to konglomerat 9 zwierząt, w skład w których wchodziły m.in rogi jelenia, głowa wielbłąda, łuska karpia, łapy tygrysa i uszy byka. Także babiloński smok odbiega daleko od naszego filmowego wyobrażenia, jak i tych już opisanych. Np. skepticwiki przyrównuje go do owcy.

Oryginalne, pierwotne znaczenie smoka nigdy nie wybiegało poza prozaicznego węża. "Smok", z greckiego drakon, oznaczało po prostu wąż i przez stulecia nazwa ta była zarezerwowana dla węży wielkich gabarytów. Wielkich, ale wciąż węży. W takim kontekście opisywał je Pliniusz Starszy, historyk rzymski. Smoki były ogromnymi wężami zamieszkującymi Afrykę, mogącymi opleść słonia. Jedynie z wielkimi wężami zamieszkującymi dalekie krainy utożsamiał je święty Izydor z Sewilli, a także inny wczesnośredniowieczny autor, święty Jan Damasceński. Nawet w polskim folklorze smok był jedynie żmiją żyjącą dłużej niż 100 lat.

6 października 2009

W sidłach satanistów

Czwartkowy wieczór przynieść miał niespotykane jeszcze w tej części świata uczucie, czyli seans "Warto rozmawiać" bez wyrazu zażenowania z mojej strony (a tak naprawdę obejrzałem go dopiero kilka dni później, pod podaną stroną). Tym razem Jan Pospieszalski zachęcił mnie reklamowym spotem, spod szyldu "Historia Romana Polańskiego. Czy bycie gwiazdą zwalnia nas od prawa?". Jako że w tym pytaniu znajduje się już odpowiedź, myślę sobie, czyżby to ten moment, czyżby nasze poglądy miały być zbieżne? Wpierw tradycyjny migawkowy zaczyn programy w postaci marszu feministek z planszą "miałam aborcje" i gejów na platformie, następnie temat o kolejnej politycznej aferze, parę słów wstępu o Polańskim... i wiem już że moje nadzieje co do Pospieszalskiego jak zwykle okazały się płonne. Naprawdę ciężko w tym temacie powiedzieć coś całkowicie nonsensownego, bo obie strony mają tu jakieś argumenty - a jednak, Pospieszalskiemu się udało. Wśród gości zaproszono m.in antropozofa Jerzego Prokopiuka (jak się okazało, głos rozsądku w całej dyskusji) i znanego antyezoterystę Roberta Tekieli. Tekieli, niegdyś zagorzały new age'owiec nawrócił się na katolicyzm, po tym jak znużyły go telepatyczne zdolności które posiadał. Dziś sprzedaje swoje filmy o prawdziwym, diabelskim przesłaniu Harry Pottera i tworzonej na zamówienia Pana Zastępów muzyce rockowej.

Temat Polańskiego okazał się w rzeczywistości rozpracowaniem planu diabła, jaki utkał on dla reżysera. Wedle zgromadzonych w studiu "Dziecko Rosemary" to film autobiograficzny. Guy Woodhouse który sprzedał swoją żonę diabłu za własną karierę to sam Polański. Goście wynaleźli oczywistą metaforę, pomiędzy Rosemary która zaciążyła z samym szatanem, a Sharon Tate zamordowanej przez jego namiestnika w trzecim trymestrze ciąży. Istnienie diabelskiej klątwy ciążącej na filmowcach Rosemary's Baby, mają dowodzić losy występujących w niej autorów. Mia Farrow już na planie filmowym dostała pozew rozwodowy od Franka Sinatry, Franka Sinatry katolika (jak podkreślono). Z ciekawości porównałem losy głównych bohaterów filmu Polańskigo z innymi sztandarowymi dziełami kina satanistycznego, Rumburkiem, Niekończącą się opowieścią i Fantaghiro i bynajmniej nie widać aby statystycznie śmierć odsiewała aktorów Polanskiego częściej. Flm dość sędziwy, to już 40 lat, a sporo z odtwórców ról żyje do dziś. Także dopóki nie koszą ich spadające meteoryty, trudno mówić o "dziwnych okolicznościach śmierci".

Cała rozmowa przypomina satanic ritual abuse - panikę jaka ogarnęła Stany Zjednoczone, Australie i Europę Zachodnia na tle satanistycznego spisku wykorzystującego dzieci. Podobnie jak w przypadku paktu Polańskiego z diabłem, nigdy nie znaleziono żadnych namacalnych dowodów że takie satanistyczne rytuały z udziałem dzieciaków miały rzeczywiście miejsce. Od lat 70-tych, z kulminacją w 80-tych, w amerykańskich mediach, a już szczególnie w popularnych telewizyjnych talk-show'ach, lansowano tezę iż sataniści molestują i torturują dzieci. Przypuszczenia o istnieniu takiego spisku szerzyły się najmocniej oczywiście w ramach konserwatywno-chrześcijańskiej części społeczeństwa. O rytuałach mówiono w czasie nabożeństw, a nawet organizowano sesje modlitewne w intencji owych dzieci. Tekieli do dziś pewnie żałuje, że podobna fala nie przetoczyła się przez nasz kraj. Satanistyczne msze to nic w porównaniu z tym co przedstawia w swoim programie "Jarmark cudów", gdzie bez krzty zażenowania przedstawia świadków rozmawiających z wilkami, a wiarygodnym świadectwem mają być osoby zdające się mieć wszystkie możliwe aberracje jakie tylko można posiadać. Wracając do USA, dorastając w takiej atmosferze dzieci szybko "przypominały" sobie, że i one padły ofiarą satanistycznej jurności. Wszystko wyglądało dość wiarygodnie, w końcu czy dzieci byłyby w stanie zmyślić szczegóły nekrofilskich orgii, kanibalizmu, picie nasienia czy bezczeszczenia płodów poaborcyjnych? Brak dowodów na te domysły tylko je potwierdzał - znaczyło, że sekta jest już tak rozległa i potężna, że nawet policja siedzi w tym po uszy. Szacuje się, że w związku z satanic ritual abuse odnotowano kilka tysięcy zgłoszeń wystosowanych przez dzieci lub dorosłych, którzy po "odblokowaniu pamięci" wydobyli z jej zakamarków podobne wspomnienia. Temat bardzo rozległy, natomiast sens wydaje mi się jednoznaczny. Nie ma żadnego dowodu, by ktokolwiek, kiedykolwiek i jakkolwiek był napastowany przez samego diabła czy był z nim w zmowie. Jest natomiast mnóstwo przypadków w których wiara w piekielne kontakty kończy się w najlepszym wypadku wieloletnim więzieniem, za wyssane z palca winy.

3 października 2009

Cud eucharystyczny

Cuda Panie, cuda! Już od paru dni nasłuchuję doniesień z Sokółki, gdzie w czasie rytualnej utylizacji hostia przemieniła się w ludzkie ciało. Byłem przekonany że wszystko rozejdzie się po kościach, tak jak z JPII który wyłonił się z płomieni ogniska dwa lata temu. Tymczasem wydarzenie nagłośnione przez "Fakt", przybiera nieoczekiwany obrót. Słychać wypowiedzi biskupów którzy to proszą o umiar, jednak w ich głosie czuć już tą nutkę podniecenia. Miejscowy arcybiskup Edward Ozorowski, snuje nawet wizje, w której do Sokółki zjeżdżają się pielgrzymi z całego świata! Spragnieni sacrum dostaną kolejne miejsce dla modlitwy i dziękczynnych darów, Kościół te dary chętnie przyjmie, wilk syty i owca cała, tylko się cieszyć.

Sama idee spożywania boga jest dość rozpowszechniona wśród religii świata. Chrześcijańskim novum jest twierdzenie, iż popularny opłatek nie jest żadnym symbolem, ale jest prawdziwym i rzeczywistym ciałem Chrystusa! Stwarza to pewien problem, jako że wszyscy widzimy że to jedynie chleb i mąka. Kościelny doktrynalizm wykonać musiał mrówczą prace, przywołując cuda niewidy, greckich filozofów, starożytne pojęcie "istoty", tylko po to aby przekonać siebie samego, że wino to tak naprawdę krew a kawałek chleba to ciało mesjasza. Michel Onfray nazwał te intelektualne szpagaty, absurdem dowodzenia "że to czego nie ma jest, a to co jest że nie ma". Problem jednak pozostał. Według katolickiej teorii cuda eucharystyczne tłamsić mają powątpiewanie w rzeczywistą przemianę. Gdyby tak było woda w wino zamieniłaby się wpierw na konferencji Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów (które nawiasem mówić, na spektakl w Sokółce zareagowało dość dziwne, wnosząc do prokuratury o popełnieniu przestępstwa). Tymczasem cuda eucharystyczne dzieją się w społecznościach gdzie taki chrześcijański folklor ma podatny grunt. Typowa dla polskiego katolicyzmu jest nasza jarmarczność. Święci, Matka Boska na szybie, Jezus na kominie, uzdrowienia a teraz krwawiące hostie. Być może Chrystus tak umiłował nasz kraj, ze nie może oprzeć się aby nie raczyć nas swą nadprzyrodzoną mocą. Tudzież zabobonny lud lubi kiedy karmi się go tymi najbardziej tandetnymi opowiastkami. Do niektórych łatwiej przemówić kawałkiem mięcha w kielichu niż pismami Johna Barrowa czy Alvina Plantinga. Natomiast do czego naprawdę służą takie cuda pokazuje historia. Dla przykładu eucharystyczny cud we Francja w roku 1290 był sprawką Żydów, którzy nabyli hostie aby dźgać ją nożem - wiadomo, jak to Żydzi. Krew zaczęła tryskać z opłatka, a nóż którym się tego dopuścili, był w Paryżu otoczony czcią godną samej krwawiącej hostii. Każdy powód dobry by spalić na stosie trochę odmieńców.

Na dzień dzisiejszy trudno mówić o analizie samego cudu w Sokółce i jego ewentualnym sfalsyfikowaniu. Wszystkie karty są dziś w rekach Kościoła, zaś potwierdzenie, że dochodzi do przemienienia hostii w ciało Chrystusa jest niemożliwe, gdyż nie mamy wiarygodnej próbki jego ciała do którego można by się odwołać. Jedyne znane mi badania DNA oficjalnie uznanej krwi Jezusa, pochodzą z czerwonych plam na chuście z Oviedo. Próby wyselekcjonowania pojedynczego łańcucha DNA podjęta przez Instytutu Medycyny Sądowej w Genui zakończyły się fiaskiem, jednak szczegółowe badania dwóch zakrwawionych nitek z tkaniny jakie mieli do dyspozycji naukowcy, wskazywały że zawiera mieszankę krwi zarówno męskiej jak i żeńskiej. Jedyne co można wyrokować o Sokółce, to to czy tkanka jest ludzka. Okoliczności przemiany są jednak tak rozmyte (zanurzona w wodzie w celu rozpuszczenia eucharystia, była pozostawiona samej sobie przez kilka dni), że nie można potwierdzić ani wykluczyć, ludzkiej sprawczej ręki. Dopóki istnieje możliwość wyjaśnienia cudu, przez zwykłe podrzucenie kawałka mięśnia do vasculum, każde nadnaturalne działania jest mniej prawdopodobne. Bóg chce nam coś usilnie udowodnić, ale nie chce zrobić tego przed kamerami, a ja niestety nie potrafię go do tego zmusić.