7 stycznia 2013

Broń się!

Sztuki walki, które koncentrują się na teatralności, przy wysoce wątpliwej skuteczności, określa się mianem bullshido. W łagodnej formie to pękające stosy desek, zaś bullshido w czystej postaci to bezdotykowy nokaut i tajemne techniki powalające przeciwnika przy byle dotknięciu. Bullshido najłatwiej poznać po tym, jak wspaniale wygląda na prezentacjach z innymi adeptami bullshido  i jak bezużytecznie w konfrontacji z osobą postronną. Choć siwi mistrzowie bullshido potrafią wyczyniać cuda ze swoimi uczniami, w prawdziwym pojedynku budzą litość i zażenowanie - przykład Ryukerina, mistrza Kiai. Jeśli posiadaniu rzekomo nadludzkiej mocy towarzyszy porażająco prymitywne aktorstwo, nie trzeba być wielkim sceptykiem, aby powątpiewać w moce azjatyckich mocarzy. Nie wypada jednak tracić czasu na wyśmiewanie się z energii Chi, kiedy prawdziwe problemy stoją tuż za rogiem. Weźmy takiego Johna Colesa, posiadacza czarnego pasa w aikido i jujitsu, a przy tym autora książek analizujących sztuki walki pod kątem naukowym. Część środowiska klasycznych mistrzów Coles nazywa "antyintelektualnym bastionem", odpornym na współczesną wiedzę o motoryce i fizjologii. Największe niebezpieczeństwo dostrzega jednak w pogardzie, jaką niektórzy reprezentanci klasycznych sztuk walki żywią do kursów samoobrony. W końcu wiadomo, jeśli po każdym uderzeniu człowiek nie przyjmie postawy żurawia i nie wyda z siebie dziwnego odgłosu, to cios się nie liczy. 

Organizatorzy kursów samoobrony nie są tu bez winny. Kursy samoobrony zdają się usilnie walczyć z rzezimieszkiem gwałcącym postronne kobiety. Czy naprawdę ten rodzaj zwyrodnialca zagraża kobietom najbardziej? We wstępie do książki "What Is Your Dangerous Idea" psycholog Steven Pinker wprost pyta, czy jesteśmy gotowi na przyjęcie faktu, że każdy mężczyzna nosi w sobie wrodzoną skłonność do gwałtu? Spoglądanie na siebie jako potencjalnego gwałciciela jest na tyle nieprzyjemne, że postanowiliśmy chronić kobiety przed mitycznym facetem zaczajonym w ciemnej bramie. Kobiety uczą się walki z niewidzialnym wrogiem, sporadycznym dewiantem, który przytrafić się może nawet najbardziej nieskazitelnej społeczności. Statystyka panowie jest dla nas okrutna. Znajomy instruktor z kursu samoobrony stanowi dla kobiety większe zagrożenie, niż zapijaczony przechodzień o facjacie kryminalisty. Badania Uniwersytetu Massachusetts pokazują, iż ponad 80% zgwałconych kobiet doskonale znała napastnika. Dane pochodzące z dużych badań ankietowych z Australii wyglądają jeszcze gorzej. Partnerzy kobiet odpowiadają za 49% gwałtów, koledzy ofiar za 45%, zaś osoby obce jedynie za 6%! Gwałt nie odbywa się ani na parkingu, ani nawet na imprezie, a zwykle w mieszkaniu sprawcy lub mieszkaniu poszkodowanej, do którego gwałciciel dostał się za pozwoleniem zgwałconej kobiety. W źle rozumianym szacunku do kobiet przemilcza się fakt obecności alkoholu w ciałach ponad 40% zgwałconych pań - co powinno przecież radykalnie zmienić metodologię kursów samoobrony. Z idealistycznie pojmowanej filozofii sztuk walki, pochodzi też absurdalne zalecenie niestawiania oporu. Bywa, że sami policjanci podsuwają kobietom takie działanie, aby dodatkowo nie prowokować napastnika do większej agresji. Stoi to w jawnej sprzeczności z danymi medycznymi. Po pierwsze, 38% prób gwałtu kończy się już przy pierwszej próbie wyrażenia sprzeciwu przez kobietę. Po drugie, badania przeprowadzone w Omaha oraz duże badania na zlecenie Amerykańskiego Instytutu Sprawiedliwości, nie wykazały związku pomiędzy ilością obrażeń a stawianiem oporu.

Siwi mistrzowie mylą się odnośnie skuteczności kursów samoobrony. Badania z roku 2005 pokazują, iż kursy samoobrony przynoszą wymierne korzyści. Trudno jednak powiedzieć, czy to akurat znajomość konkretnych technik walki decyduje o mniejszym odsetku udanych gwałtów. Nie bez znaczenia jest tu cały wachlarz psychologicznych skutków takich kursów: poprawa asertywności, zwiększone poczucie własnej wartości, a także mniejszy lęk i większa stanowczość w obliczu samego gwałtu. Zgodnie z opinią ekspertów głośny krzyk nie jest wcale gorszą metodą obrony niż szamotanie się z napastnikiem. Myślę, że nie zniechęcę potencjalnych uczestniczek takich kursów dopiskiem, iż istnieją metody jeszcze skuteczniejsze. Przyjęcie najbardziej poprawnej pozycji do walki nie robi na napastnikach takiego wrażenia, jak wyciągnięcie noża. Mówimy tu jednak o przykładaniu broni do głowy swojego partnera, co nawet w sytuacji podbramkowej wciąż nie jest specjalnie popularne.

29 komentarzy:

  1. Widzę że lubisz Pinkera (przynajmniej cytować). Ale on nie powiedział tego co piszesz, w oryginale było tylko "Do men have an innate tendency to rape?" i było to jedno z wielu rzuconych pytań mających zachęcić do lektury wspomnianej książki. O tu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje z tym fragmentem, jednak o co tego, że Pinker zgodziłby się z tym fragmentem byłbym spokojny. W Blank Slate już wprost pisze, "rape is a consequence of men's sexuality".

      Usuń
    2. Po pierwsze Blank Slate wyszło kilka lat wcześniej, więc należałoby to jakoś inaczej ująć niż "w Blank Slate już wprost pisze", po drugie to jednak chyba truizm że skłonność do gwałcenia jest konsekwencją naturalnej seksualności i nie trzeba tu zaraz Pinkera. Gdyby kobiety były większe i silniejsze to pewnie one by częściej gwałciły.

      Usuń
    3. Truizm? No cóż, chciałbym aby był to truizm, nie jestem jednak co do tego takim optymistą. Wydaje mi się - nie wiem, może się mylę - że większość ludzi upatruje genezę gwałtu w "złym wychowaniu", w patologiach społecznych, w środowisku kryminogennym. Wbrew twardym policyjnej statystyce wciąż widzimy gwałciciela jako degenerata, od którego czuć gwałtem na kilometr. Na początku lat 80-tych na modzie zyskała feministyczna teoria gwałtu Susan Brownmiller. W tekście "kobiety były większe i silniejsze to pewnie one by częściej gwałciły" trochę tym pobrzmiewa. Według Brownmiller gwałt był właśnie takim procesem zastraszania słabszych przez silniejszych. Osobiście najbardziej przekonują mnie ewolucyjne wyjaśnienia gwałtu, które zmuszają mnie do smutnej refleksji, iż ja także jestem potencjalnym gwałcicielem. Nie ma na ten temat jakiejś specjalnej wiedzy, ale od kilku lat nie ukrywam na blogu, że takie socjobiologiczne zapatrywania są mi najbliższe. Jestem przekonany, że nie różnię się tu w klimacie myślenia z Pinkerem. Jednak jeśli ktoś ma jakieś argumenty, to z chęcią wysłucham. Jestem na etapie, na którym nie trudno będzie mnie przeciągnąć na inną stronę.

      Usuń
    4. Też lubię wyjaśnienia ewolucyjne, niestety nadal tak niewiele wiemy o naszej ewolucji, że większość tych wyjaśnień jest siłą rzeczy niewiele warta, nawet jeśli są zabawne. A problem z Pinkerem i innymi popularnymi autorami ze stajni Brockmana jest chyba taki, że ma być fajnie i ciekawie, co skłania choćby do uproszczeń i tworzenia kontrowersji. Mnie to nie przeszkadza, ale biorę poprawkę.

      Podłożem gwałtu jest na pewno silny popęd seksualny (dlatego kastracja pomaga). Oczywiście można połączyć przyjemne z pożytecznym i przy okazji pokazać kto rządzi, ale przecież równie skutecznie można zastraszać słabszych bez ich gwałcenia. Biorąc pod uwagę, że gwałt to tylko seks plus przemoc, prostym i dostatecznym wyjaśnieniem naturalnej skłonności do gwałcenia byłoby połączenie popędu seksualnego, niewątpliwie promowanego ewolucyjnie, człowiek jest bardzo seksualnym ssakiem, z równie naturalną skłonnością do używania przemocy, też promowaną ewolucyjnie. Tyle wystarczy. I nie podważa to sensowności tego co piszesz.

      Usuń
    5. Co to jest "naturalna seksualność"? Analizując zjawiska społeczne (typu gwałt), nie da się oddzielić wpływu natury od wpływu kultury (nie mówiąc o ogniwach pośrednich przekazu danych) - niezależnie od tego, jak bardzo nie próbowaliby nam tego wcisnąć niektórzy ewolucjoniści, bożkowie współczesnego racjonalizmu. Nie dziwi specjalnie, że ultradarwinistom marzy się kompletna hegemonia nauk ścisłych zdominowanych przez paradygmat ewolucyjny i możliwość formułowania "obiektywnej prawdy" o "ludzkiej naturze", bo to daje im prestiż i wpływ na umysły - ale przecież oni uprawiają bullshido. Pomiędzy rzeczywistą awangardą naukową w dziedzinie ewolucji (jak choćby książka zrecenzowana przystępnie tu: http://www.guardian.co.uk/books/2005/jul/23/featuresreviews.guardianreview8) a popnauką Dawkinsa czy Pinkera (ale także chyba wiodącym nurtem psychologii ewolucyjnej) zieje przepaść jakościowa.

      Problem z wyjaśnieniami czysto ewolucyjnymi, które lekceważą nakładkę kulturową i stwarzają pozory determinizmu, jest chociażby taki, że siła fizyczna wcale nie musi decydować o tym, kto jest stroną silniejszą (mówiąc precyzyjniej albo bardziej socjologicznie, stroną mającą przewagę władzy) w danej sytuacji. Tylko w bardzo specyficznych kontekstach społecznych typu ring bokserski albo dwóch golasów na bezludnej wyspie siła w znacznej mierze przekłada się na status, ale i tu znaczenie ma technika, szybkość reakcji itp. Problemy można mnożyć: jak obliczyć siłę fizyczną danego organizmu (wszystko zależy od tego, które mięśnie są uruchomione)? albo jak przeskoczyć kulturowo uwarunkowane, a nawet subiektywne szacowanie siły drugiej strony interakcji w momencie, gdy dwoje przeciwników staje naprzeciw siebie? Nie ma tu nic obiektywnego i czysto biologicznego - to gra polegająca na wymianie informacji i mediacja kulturowa odgrywa ogromną rolę w ich przekazie.

      Zgoda, gwałt to jest seks osiągany przemocą, chociaż przemoc należy tu rozumieć szerzej niż przymus fizyczny (np. szantaż). Motywacje do seksu mogą być jednak różne - tu znów rozpowszechniony redukcjonistyczny ewolucjonizm sprowadza seks do reprodukcji i przeszkadza w dostrzeżeniu, że seks służy różnym celom i jest zajęciem analogicznym do innych (http://jacobinmag.com/2012/05/sex-as-work-and-sex-work/), zatem może też służyć "pokazaniu kto rządzi". Podobnie przywołanie "naturalnej skłonności" nie wnosi wiele do zrozumienia mechanizmów przemocy. Warto zastanowić się, w jakich okolicznościach przemoc fizyczna (albo inna) jest preferowaną strategią i dlaczego. Przemoc fizyczna zresztą jest tylko wymuszeniem zgody na to, co strona stosująca przemoc chce zrobić (specyficznym rodzajem perswazji) - dlatego sama w sobie niewiele wyjaśnia. Przemoc może służyć utrwaleniu dominacji (najczęściej tak zresztą jest, bo to najłatwiejsza do wykonania przemoc), może dopiero ustalać hierarchię, może też podważać dotychczasowy układ sił - i w każdym z tych przypadków nie da się zignorować kontekstu. W przypadku gwałtu ten kontekst został dość dobrze rozpracowany w analizach inspirowanych feminizmem. Z analiz tych wynika dość jasno, że mamy do czynienia z przemocą pierwszego typu (czyli najbardziej spodziewaną), dlatego że nierówność statusu istnieje już wcześniej, jest systemowa. Mój przedmówca ma rację, że "równie skutecznie można zastraszać słabszych bez ich gwałcenia" (męska dominacja nad kobietami istotnie przyjmuje różne inne formy, np. ośmieszanie kobiecych wypowiedzi jako niekompetentnych) - ale w sytuacji, gdy nierówność na płaszczyźnie płciowej bazuje na relacjach seksualnych (tak jak stosunki pracy są podłożem dla nierówności klasowej), ten sposób egzekwowania dominacji jest preferowany (można powiedzieć, że ewolucyjnie, jeśli uwzględnimy za Jablonką i Lamb wymiar kulturowy ewolucji).

      Wiktor

      Usuń
    6. Nie zarzucałbym komuś opierania się o "paradygmat ewolucyjny" (który jest teorią ścisłe naukową) a zarazem pisaniu w duchy postmodernistyczno-relatywistycznym (który to jest mało naukowy, by nie powiedzieć antynaukowy). Jeśli źle odczytałem to przepraszam. Okoliczności i powody o których Wiktorze piszesz są warte uwzględnienia, jednak sednem problemu są tu proporcje, tzn po czyjej stronie leży w tym momencie pałeczka, bardziej po stronie natury czy kultury. Myślę, że trudno byłoby znaleźć zjawisko, gdzie kultura (w sensie normatywnym) ustępuje pola naturze bardziej niż w przypadku gwałtu. Zauważ, że nawet tekst do którego linkujesz, który pokazuje różne przykłady tego kiedy seks żyje w oderwaniu od popędu, w większości dotyczą tylko jednej strony - kobiety. W dyskusji na temat gwałtów jest to argument chybiony. Jeśli dobrze pamiętam policyjną statystykę w Polsce za gwałt siedzą w więzieniu 4 kobiety, słownie cztery, w 38 milionowym państwie. Zatem to, że u kobiet seks ma nierzadko kulturową, pozaseksualną genezę (z czym się chyba wszyscy zgadzamy), nie znaczy że przyczyną gwałcenia kobiet przez mężczyzn nie jest męski popęd seksualny. W przypadku facetów, za sprawą fizjologii nie da się oddzielić seksu w którym mężczyzna jest strona aktywną (np. gwałt), od podniecenia seksualnego - w czym się mam nadzieje zgadzamy - dyskutować można natomiast o wywołujących je bodźcach. Piszesz, "siła fizyczna wcale nie musi decydować o tym, kto jest stroną silniejszą" i ok. Problem, że według danych 99% (a dokładnie 99,75%!) to płeć silniejsza fizycznie inicjuje gwałt. Jeśli potrzebujesz wymiernych parametrów na określenie "silniejsza" myśli, że nie tylko ja mogę ci na to odpowiedzieć. Mógłbym Wiktorze przyjąć nawet twoją argumentacje, ale poprzyj ją danymi. Pośrednie dane do twojej koncepcji da się wyczytać w profilach gwałcicieli, w okolicznościach gwałtu i ich przebiegu. Jeśli spojrzysz do nich, zapewniam cie zmienisz zdanie. Twierdzisz, że istnieją już takie analizy ("analizy inspirowane feminizmem"), to bardzo chętnie je przeczytam. Chyba, że są słowo "analizy" nie znaczy tu wnioskowanie oparte na liczbach, a tylko przedstawienie swojej opinii opartej na innej opinii. Mam nadzieje, że się mylę.

      Usuń
  2. Trick z palcami u nóg bezcenny.

    Na obrazku ten pan? http://www.youtube.com/watch?v=jR-5Q_kEZHo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie już orygunalny Pai Mei wyglądał jak parodia :)

      Usuń
  3. chyba nie bez przyczyny jedną z lepszych -w sensie użytkowym - sztuk walki jest Kravmaga - mało widowiskowa, ale nakierowana na szybkie rozbrojenie / zniechęcenie / pokonanie a nawet uszkodzenie przeciwnika. W prawdziwym życiu - jak w wojnie - długotrwałe starcie rzadko przynosi dodatkowe korzyści...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo Kravmaga nie jest stricte sztuką walki (z całym dobrodziejstwem inwentarza w postaci czarów, chi itd.) ale systemem walki. Bazuje na naturalnych odruchach człowieka i zamiast tajemniczej mitologii wykorzystuje doświadczenia wielu osób.

      Usuń
  4. Nie rozumiem, rozprawiasz się z bulishido a akceptujesz Pinkera i jego socjowoodu, o rozprawie z Zasadą Batemana, na której wisi połowa argumentacji Pinkera czy Dawkinsa patrz tu:http://icb.oxfordjournals.org/content/45/5/821.full

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mógłbyś to w kilku zdaniach streścić? Kojarzę co to jest zasada Batemana i jeżeli to to o czym myśle, to nie mogę sobie wyobrazić, jak mogłoby to położyć Pinkera i Dawkinsa

      Usuń
    2. Zuleyma Tang Martinez pokazuje jak bardzo teza o anisogami jest naciągana, pokazuje błędy w doświadczeniu Batemana i to, że Dawkins w "Samolubnym genie" dość jednostronnie to interpretuje. Generalnie pokazuje, że wizja aktywnych proiskuitycznych samców i pasywnych samic to mit, bez większego poparcia w materiale empirycznym. Jak rozwalimy anisogamie i mit wielkiego jaja i inwestycji rodzicielskich to wiele rzeczy się wali. Martinez jest biolożką i feministką, czepia się z punktu widzenia biolożki.

      Usuń
    3. @ fronesis - w rzeczy samej, słynne doświadczenie Batemana podobno nie działa tak jak sobie życzył: Promiscuous Males And Choosy Females? Challenging A Classic Experiment

      Tylko co z tego wynika? Zupełnie nic, przynajmniej jeśli o seksualność człowieka chodzi. Bo tu męski promiskuityzm jest dobrze udokumentowany. A zwierzątka są przecież różne. Uchatki próbują nawet gwałcić pingwiny. A modliszki wolą gwałcić zasadę Batemana.

      Usuń
  5. Na czym polega ta sztuczka z przewracaniem, tak chętnie wykorzystywana także przez różnych telewizyjnych kaznodziejów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak działa siła sugestii, więc mechanizm tego zjawiska ociera się o stereotypowo rozumianą hipnozę. Przedstawiciel tej części społeczeństwa, która jest silnie podatna na sugestię, będzie w stanie uwierzyć, że z sugestywnie poruszanej dłoni wychodzi jakaś niewidzialna energia, która go pcha. W rzeczywistości sam, nieświadomie, dzięki wzmożonym ruchom ideomotorycznym traci równowagę i się przewraca.

      Sugestia jest wzmacniania, jeśli ta część społeczeństwa, która jest tylko przeciętnie podatna na sugestię, zobaczy takiego "mistrza" w akcji. Uwierzą, że ma on jakąś moc i sami potem będą podlegać ruchom ideomotorycznym. Działa tu reguła dowodu społecznego.

      Co ciekawe, "mistrzowie" ci prawdopodobnie w większości sami wierzą we własną moc, co tylko wzmacnia sugestię, gdyż są oni dzięki temu pewni siebie. Pewna siebie postawa sprzyja większej podatności na sugestię.

      Jak jednak widać, pewna część społeczeństwa jest na sugestię niepodatna, m.in. ci panowie z MMA.

      Usuń
    2. Jest wiele powodów, m.in presja. Na sali jest kilkaset osób które oczekują, że zrobisz tak a nie inaczej. Przed tobą jest mistrz lub kaznodzieja, którego lubisz i szanujesz, a on też chciałby byś się przewrócił. Na koniec ty sam chcesz uczestniczyć w czymś niezwykłym, doświadczyć czegoś niecodziennego - więc lecisz w dół.

      Usuń
  6. http://www.youtube.com/watch?v=6O9BaNbx49g ;]

    OdpowiedzUsuń
  7. Temat sztuk walki jest ciekawy. Sceptycy ostrzegają przed jasnowidzami, wróżbitami, homeopatami itd. Ale nigdy nie widziałem ostrzeżenia przed sztukami walki. Przecież to ta sama półka. Serwowanie oderwanych od rzeczywistości bzdur za pieniądze. Robienie wody z mózgu młodym ludziom.
    Jeden z czytelników stwierdza, że kravmaga jest lepsza i w domyśle prawdziwsza od innych sztuk walki. Otóż nie ma prawdziwej sztuki walki, wszystkie są wymysłem. Fakty są takie, że człowiek nigdy nie rozstawał się z bronią i pomysł na walkę gołymi rękami jest absurdem. Sztuki walki są przedmiotem wiary, to mit.
    Panie Michale, co Pan myśli o takim poglądzie na temat sztuki walki?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie całkiem ta sama. Można poprawić siłę, szybkość, wytrzymałość także kości, a nawet refleks. A przede wszystkim nabrać odruchów.
      Ale tak czy siak, zwykle w ulicznej potyczce decyduje to co w MMA, czyli kto kogo zadusi w parterze.

      Usuń
    2. Nowoczesne sztuki, np. kravmaga to nie uczenie przez pięć lat jak składać pięść. Rekruta należy tanio i szybko przeszkolić.

      Usuń
    3. O ile znam literaturę szukającą wszędzie dziury w całym, a myślę że znam ją całkiem dobrze, nie przypominam sobie jakiejś sensownej krytyki ogólnie pojętych sztuk walki jako takich. Z drugiej strony, nigdy w to głębiej nie wnikałem. Dobrze byłoby zacząć od takich stron jak Bad Martial Arts

      Usuń
  8. Najlepszą samoobroną jest szybki bieg na 800 metrów, dłużej oprychy raczej gonić nie będą. Wielce Czcigodny autor bloga mógłby też wziąć na warsztat jogę, bo jej wspaniałym działaniu kadzi się narodowi już od dawna.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nigdy nie trenowałem żadnych sztuk walki, z problemem zetknąłem się jako kulturoznawca w trakcie swoich studiów nad kulturami azjatyckimi. I na tej podstawie twierdzę, że u źródeł wszystkich krytykowanych tutaj ‘sztuk’ leżą autentyczne, praktyczne umiejętności walki z bronią i bez broni, z uzbrojonym lub nieuzbrojonym przeciwnikiem. Umiejętności te z czasem zostały ujęte w pewne schematy i systemy, służące przede wszystkim ułatwieniu ich nauczenia się. Stąd wzięło się chińskie wu shu (po naszemu kung fu), japońskie judo, ji-jutsu czy aikido, pochodzące z Okinawy karate, czy też ich koreańskie odpowiedniki. Były i są one w dalszym ciągu skuteczne na tyle, na ile pozwalają na to umiejętności konkretnego zawodnika. Zresztą duża część systemów samoobrony z przytaczaną tutaj kravmagą wykorzystują doświadczenia tych tradycyjnych dalekowschodnich stylów walki.
    Na ich podstawie rozwinęły się natomiast trzy nieco odmienne zjawiska kulturowe: style walki jako systemy religijno-filozoficzne, sporty walki i style kinowe. Nie chce tutaj zajmować zbyt wiele miejsca, jeśli Gospodarz zgodzi się abym poświęcił im więcej uwagi, wtedy je szerzej scharakteryzuję, podsumuję je tylko w jednym zdaniu. W żadnym z tych trzech przypadków celem treningu nie jest zdobycie praktycznych umiejętności walki. A to właśnie one są lepiej znane w Europie, gdzie zmiksowane przez popkulturę, podlane sosem mistyczno-magicznym i zauroczeniem wschodnią egzotyką dają to wszystko, z czego się Gospodarz słusznie natrząsa.
    Pozdrawiam
    Krakus

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krakus, jeżeli możesz, to opublikuj charakterystykę. Jestem zainteresowany. Ale komentarze to kiepskie miejsce na długi tekst. Lepiej umieść tutaj link, który zaprowadzi do tekstu na zewnętrznym serwisie hostującym pliki.

      Jeszcze nie zapoznałem się dokładnie z proponowaną przez pana Michała stroną, więc idę poczytać. Zostawiam znaleziony dzisiaj materiał od niezawodnego duetu: Penn and Teller: Bullshit! Martial Arts. Całkiem zabawne: http://www.youtube.com/watch?v=wcbe3Ao0ThU

      Usuń
    2. Gospodarz nie tylko się zgadza ale i gorąco nakłania. W szczególności jeśli znasz jakieś dane, które potwierdziłyby iż są one skuteczne. Skuteczne w sensie dające przewagę w walce z ulicznym rzezimieszkiem o podobnej posturze. "Na oko" style preferowane w walkach MMA nie stawiają wysoko kung fu, czy czegoś podobnego.

      Usuń
    3. Nie, nie znam tego typu badań, więc nie mogę ich zacytować. Nie potrafię też sobie wyobrazić, jak miałyby one przebiegać aby zachować pełną obiektywność wyników. Wiem natomiast, że żołnierze Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej uczeni są wushu, żołnierze koreańscy teakwondo, a w japońskich Siłach Samoobrony trenuje się (bodajże) karate. Gdyby ich celem był zdrowy ruch na świeżym powietrzu równie dobrze mogliby się zajmować ogrodnictwem. Oczywiście sytuacja, w której chuderlawy nastolatek potykający się o własne nogi po miesiącu szorowania podłogi bez trudu pokonuje starszego, silniejszego i co najważniejsze, bardziej doświadczonego przeciwnika zdarza się tylko w filmach. Sam trening, czy będą to tzw. ‘tradycyjne sztuki walki’ czy sporty walki zwiększa natomiast szanse na skuteczną obronę, o ile zaatakowany będzie potrafił przenieść ukształtowane w warunkach sali treningowej umiejętności w realne starcie, w którym nie ma sędziego ani gongu a przeciwnik autentycznie chce zrobić krzywdę. Podobnie zresztą jest z umiejętnościami nabywanymi w trakcie kursów samoobrony. Przed kilkunastu laty brałem udział w pokazie samoobrony prowadzonym przez policyjnego instruktora. Przekazywaną przez niego filozofię radzenia sobie z napastnikiem można wyrazić następująco: jeżeli widzisz, że nie jesteś wstanie uniknąć konfrontacji, wykorzystaj pierwszą nadarzającą się okazję aby z całej siły kopnąć go w jądra i nie czekając aż się podniesie uciekaj w bezpieczne miejsce, skąd wezwiesz pomoc (najlepiej policję:)). Czy jest to skuteczne? W wielu wypadkach pewnie tak, o ile zaatakowany będzie potrafił kopnąć napastnika. A tego jak kopać można się nauczyć zarówno w dojo, jak i na kursie samoobrony. Być może nawet w dojo skuteczniej. Nie wiem, nigdy w życiu nikogo nie kopnąłem w jądra.
      Krakus

      Usuń
  10. Odrębnym, choć genetycznie związanym z ‘tradycyjnymi sztukami walki’ zjawiskiem są wywodzące się z treningu walki systemy ćwiczeń fizycznych, będących częścią poglądów filozoficzno-religijnych. Tak jest np. w chińskim buddyzmie Chan (do tego nurtu buddyzmu należał słynny klasztor Shaolin). Skupienie nad prawidłowym wykonaniem odpowiednich ruchów w odpowiedniej kolejności pozwalało mnichom osiągnąć odpowiedni stanu umysłu, z jednej strony wolnego od emocji, z drugiej pozbawionego intelektualnego analizowania swoich działań. Wytłumaczę to na przykładzie japońskiego łucznictwa Zen (kontynuacji chińskiego buddyzmu Chan). Wydawałoby się, że celem łucznictwa jest opanowanie umiejętności trafiania w cel wystrzeloną z łuku strzałą. W łucznictwie Zen celem jest osiągnięcie tożsamości pomiędzy łucznikiem i celem przy zachowaniu ich odrębności, natomiast celność nie ma większego znaczenia. Tym samym trening łuczniczy przygotowuje adepta Zen do osiągnięcia tego, co Agnieszka Kozyra określa ‘absolutnie sprzeczną tożsamością’ czyli takim stanem umysłu, w którym medytujący staje się tożsamy z obiektem poznania zachowując jednocześnie świadomość swojego ‘ja’. Jednocześnie jest sobą i obiektem swojego poznania (nie, ja też tego nie rozumiem, ale to przecież Zen). Tak samo w buddyzmie Chan koncentracja nad treningiem fizycznym była traktowana jako przygotowanie do medytacji a nie nauki walki. W trakcie medytacji mnich dążył do osiągnięcia takiego samego stanu umysłu, jaki osiągał w trakcie wielokrotnego powtarzania form.
    Nieco innym zjawiskiem kulturowym są systemy odwołujące się do wszechobecnej energii życiowej nazywanej ‘qi’ (lub ‘ki’, w Korei ‘chi’, w Japonii ‘chi’, ‘ji’ lub ‘ju’). Oszczędzę wam tutaj szerszego wyjaśnienia, odeśle chociażby do tego, co na temat tego wieloznacznego pojęcia napisał chociażby Benjamin Schwartz, w ,Starożytnej myśli chińskiej’. Istotne jest szeroko na Dalekim Wschodzie rozpowszechnione przekonanie, że ćwicząc ‘sztuki walki’ rozwijamy także ową ‘qi’, co ma zbawienny wpływ na nasze zdrowie. Na tej koncepcji opiera się wywodząca się z taoizmu filozofia chińskiego Tai Chi. Owe powtarzane powolnie i z wielkim skupieniem ruchy, to nic innego jak formy wushu pozbawione pierwotnego bojowego charakteru.
    Na tym muszę skończyć, bo pies bardzo domaga się spaceru. Jeśli dotąd nie ma sprzeciwów, dokończę jutro.
    Pozdrawiam
    Krakus

    OdpowiedzUsuń