22 sierpnia 2009

Wiara niedowiarków


Postmodernistyczne przekonanie o względności prawdy w połączeniu z typową dziś kulturą klikania po kanałach, w której okres skupienia na jednym temacie mierzy się w krótkich nowojorskich minutach, stawia nas wobec oszałamiającej mnogości rzekomo prawdziwych informacji serwowanych łatwo strawnymi porcjami w przyciągającym naszą uwagę opakowaniu. To musi być prawdziwe - bo widziałem to w telewizji, w kinie, w Internecie. Strefa mroku, Po tamtej stronie, Nie do wiary, Szósty Zmysł, Duch, 11 września: Niewygodne fakty, Zeitgeist Tajemnice, magia, mity i monstra. Okultyzm i zjawiska nadprzyrodzone. Teorie spiskowe i kabały. Twarz na Marsie i kosmici lądujący na Ziemi. Wielka Stopa i potwór z Loch Ness. Parapsychologia i poznanie pozazmysłowe. UFO i ET. JFK, RFK i MLK - zbrodnicze spiski kryjące się za literami alfabetu. Odmienne stany świadomości i regresje hipnotyczne. Teleobserwacja i wędrówki astralne. Tabliczki do seansów spirytystycznych i talie tarota. Astrologia i czytanie z ręki. Akupunktura i chiropraktyka. Stłumione i fałszywe wspomnienia. Rozmowy ze zmarłymi i wsłuchiwanie się w wewnętrzne dziecko. Wszystko to tworzy niemożliwy do rozwikłania konglomerat wiedzy i hipotez, rzeczywistości i urojeń, narracji opartej na faktach i fantastyki naukowej.

Ostatni numer "Świata Nauki" przynosi ze sobą okazały jubileusz, 100 felieton Michaela Shermera, głównej postaci czasopisma Skeptic. Na tą okazje Shermer spłodził prawdziwe sceptyczne credo, w którym poza świetnie brzmiącymi, już ukradzionymi przeze mnie sentencjami, porusza kilka interesujących kwestii. Większość z nich rozchodzi się na temat hipotezy zerowej, bynajmniej nie kolejnej szalonej hipotezy dźgającej w oczy sceptyków. Hipoteza zerowa to odgórne doklejanie dla każdej nowej teorii łatki "fałszywa", aż do momentu udowodnienia przez jej pomysłodawców jej prawdziwości. Hipoteza zerowa rozwiązuje spór wzajemnego obrzucania się ciężarem dostarczenia dowodów przez sceptyków i paraentuzjastów. Wyniesiona z nauk przyrodniczych, jest dość wygodna ale przede wszystkim niezbędna tropicielom bzdur. Narzuca jednak pewną właściwość wysnuwanym teorią - możliwość ich sfalsyfikowania, do tego stopnia, iż teoria za którą nie stoją metody jej falsyfikacji, nie jest dziś uznawana za teorię naukową. Los ten dotyka słynną już teorie strun, mimo to, węsząc jej przyszły sukces, wielu fizyków wciąż poświęca jej swój cenny czas. Znany ze swych antyreligijnych zapatrywań, noblista Steven Weinberg, uważa że jest tak matematycznie majestatyczna i piękna, że nawet jeśli jest błędna, nie możliwe aby absolutnie nic z niej nie pozostało. Ściśle powiązaną z hipotezą zerową, jest idea dowodu negatywnego - dowodu wynikającego nie z wiedzy, a jedynie z czyjejś niewiedzy. Np. to że nauka nie wypracowała jeszcze jednej koncepcji tłumaczącej techniczny proces budowy piramid, jest dla niektórych równoznaczne z tym, że wybudowali je kosmici. Entuzjaści dowodów negatywnych, mogą żerować nie tylko na niezdecydowaniu i niejednomyślności nauki, ale również na dzisiejszej ślepocie jej metod w odniesieniu do niektórych zjawisk. W krążącej po youtube dyskusji Tomasza Terlikowskiego z Piotrem Szwajcerem na temat "Boga urojonego", pytanie o początek wszechświata i spodziewany brak odpowiedzi, wyraźne cieszyPana Tomasza. Tak jakby niewiedza odnośnie przyczyn Wielkiego Wybuchu, organelli bakterii i autorstwa piosenki "Black Betty", jakkolwiek dowodziła istnienia Boga. Shermer kończy swój artykuł powątpiewaniem w tzw "wierzących sceptyków" - ludzi którzy z zaciekłością tępią pseudonaukową szarlatanerie, jednak z taryfą ulgową dla Boga. Postawa popularna szczególnie w Polsce, gdzie wciąż kwitną Nie Obejmujące Się Magisteria i inne dziwaczne uzasadnienia przymykania oka na religie. Widzieliśmy to na przykładzie niedawnego listu otwartego w obronie rozumu, gdzie nadnaturalne umiejętności księży w opisie zawodów, uszły płazem sygnatariuszom listu, a dostało się jedynie wróżkom. Wielką prace na tym polu odwalił kolega z zaprzyjaźnionego bloga, który w kilku dyskusją w internecie, także z autorami projekty, bezapelacyjnie udowodnił im ich wybiorczość. Wracając do tematu, zachęcam do sierpniowego numeru ŚN, a na zakończenie jeszcze jeden passus z Shermera. Chciałem wprowadzić go na stałe do opisu bloga, jednak okazał się nieregulaminowo za długi.

Pokażcie mi ciało Wielkiej Stopy. Pokażcie mi archeologiczne znalezisko pochodzące z Atlantydy. Pokażcie mi tabliczkę literującą słowa podczas seansu spirytystycznego, którego uczestnicy mieli starannie zawiązane oczy. Pokażcie mi czterowiersz Nostradamusa, który wieszczył II wojnę światową lub zamach z 11 września przed, a nie po fakcie. Pokażcie mi, że środki stosowane w medynie alternatywnej leczą lepiej niż placebo. Pokażcie mi kosmitę lub zaprowadźcie do jego macierzystego statku. Pokażcie mi Inteligentnego Architekta. Pokażcie mi Boga. Pokażcie, a uwierzę.

16 sierpnia 2009

Pokusa wiary

Jak już może niektórzy zauważyli, polska "ateosfera" poniosła niemałą stratę, w poniedziałek, 10 sierpnia do Pana odszedł nasz kolega, autor Olaboga, Paweł Piasecki. Czytałem jego ostatni wpis i nie wierzyłem - stając się w tym momencie podwójnie niewierzącym - próbując przy tym zapamiętać, aby omijać Miłosza szerokim łukiem Już na poważnie, myślę że nie tylko mnie zaskoczyła deklaracja Pawła o "skruszeniu" jego ateizmu. Jego świetny blog zawsze charakteryzowała piękna literackość i bardzo emocjonalne i osobiste wpisy. Cokolwiek by nie mówić o tej przemianie, bez wątpienia zrobił to z klasą i wielką pokorą. Niestety dla niego ale stety dla jego czytelników, nie sądzę aby po tak głębokim obcowaniu z ateizmem jego mózg zaznał kiedyś chrześcijańskiego spokoju, zatem już tylko czekamy na jego rychły powrót.

Interesujące są powody dla których Paweł opuścił mroki ateizmu. Wiem o nich tyle ile sam lakonicznie napisał, z tego co jednak widzę, nie odbiegają od innych tego typu przypadków. Konflikt między wiedzą (że czegoś nie ma) a wiarą (że jednak jest) rozwikłać można na gruncie emocjonalnym. Prawdziwy bezsens życia nie wygląda najlepiej przy możliwościach wpływu na rzeczy na które wpływu mieć nie można i obietnicy sprawiedliwości, której nigdy na co dzień nie doświadczamy. Nie łatwo trwać w perspektywie znikąd donikąd, kiedy religia kusi nadaniem wyższego sensu. Jeśli nic dobrego nie czeka nas poza tu i teraz, może warto spędzić dany nam czas w kojącej ducha nadziei, przyćmić w sobie jej złudność i tak ofiarować sobie trochę szczęście? Potwierdziły to badania Instytutu Gallupa, w których głęboko wierzący" dwukrotnie częściej oceniały się jako osoby szczęśliwe. Międzynarodowe badania przeprowadzone w 16 krajach dowiodły natomiast, że dzieje się to praktycznie niezależnie od wyznawanej religii.

Istnieje spore grona ateistów, także wśród moich przyjaciół, które zazdrości tym którzy potrafią prawdziwie wierzyć. Trochę ironicznie nazywają tą sytuacje brakiem łaski - jeśli wiara jest łaską niektórym Bóg jej pożałował. Jednak jak mawiał chyba jeszcze wierzący Obirek, ateizm jest także łaską. Wiara jest łaską poznania Boga, zaś ateizm poznania natury ludzkiej. Ateizm jest też pewnym rodzajem doświadczenia mistycznego, zwanego niemym nawoływaniem Boga, pierwotnie przywoływanym w kontekście biblijnej niewoli w Egipcie czy holokaustu. Kiedy pomimo swych wysiłków nie potrafimy usłyszeć Boga, próba naszego doświadczenia jego obecności niejako ratuje nas od ognia piekielnego. Przynajmniej na dziś, możemy nie wierzyć i mieć jeszcze szanse na katolickie niebo. Pamiętajmy że wiara nie daje niczego za darmo. Bóg ofiarowuje ale i wymaga, pociesze ale i wiele zabrania. Wiele z tych nakazów są "moralnie naturalne", inne już mniej oczywiste. Osobiście przeraża mnie zahipnotyzowany tłum wstający i siadający, klęczący i znów wstający. Pogłos w kościelnych murach powtarzania wciąż tych samych fraz i strach przed zmienieniem choćby słowa w którejś z popularnych modlitw. Niewiara pozwala nie oglądać się wciąż "na górę", przynosi duchową samotność jednak za cenę wolności. Co prawda nasz interlokutor jest równie rozmowny jak piłka z która dyskutuje Tom Hanks w "Cast Away", mogę jednak zrozumieć że komuś to odpowiada.

Wszystko to oczywiście kwestia wyboru każdego z nas, jednak mówiąc za siebie, wiara bez racjonalnych dla niej przesłanek (a takie według mnie nie istnieją), nie jest najlepszym rozwiązaniem. Zmarnować i tak już marne życie, to już prawdziwa tragedia. Tym bardziej że istniej wiele pokus zesłania na siebie błogiego szczęścia, z których w imię czegoś potrafimy jednak zrezygnować, a ofiara ta napełnia nas dumą. W jednym z odcinków Simpsonów, głowa rodziny, zarazem człowiek nie słynący z inteligenci, Homer, znajduje w swoim nosie kredkę. Okazało się że pastelowa kredka od dzieciństwa uciskał mu mózg, z czego wynikały wszystkie jego umysłowe niedomagania. Po jej wyciągnięciu jego IQ gwałtownie rośnie, jednak życie przestaje go cieszyć. Zaczyna dostrzegać głupotę i prostactwo popularnych komedii, ciągłe napominanie o rozwagę innych nie zjednuje mu nowych przyjaciół. Dochodząc do wniosku, iż nie poznając świata jakim jest naprawdę czuł się szczęśliwszy, ostatecznie upycha sobie kredkę w jej stare miejsce. Niestety w poza-animowanym życiu, nie mamy takich możliwości. Musimy dźwigać życie bez kredki, a już na pewno i nie udawać że jest w naszym nosie, kiedy jej tam nie ma.

12 sierpnia 2009

Jak Jodkowski kreacjonizmu bronił

Świętej pamięci Leszek Kołakowski, niegdyś udowodniał, jak przystało na wielkiego filozofa - w metodologicznie poprawny sposób - ze jeśli nie ma uniwersalnego, wszechmogącego Boga na którym można by się oprzeć i do którego można by się odwołać, niczego nie możemy być pewni. Znaczy się, jeśli nic nie stoi za chrześcijańskim wyobrażeniem boga, nie mogę być pewny ze jestem teraz na Ziemi a nie na Księżycu. Moje prymitywne spłycenie tych dociekań pokazuje jak krocząc intelektualną ścieżką, zboczyć można na manowce absurdu Historia zna wiele takich ślepych uliczek, również czołowych postaci nauki. Aleksiej Leonow, który jako pierwszy człowiek spacerował w otwartej przestrzeni kosmicznej, po latach opowiadał, iż kiedy był poza statkiem gonili go kosmici. Edgar Mitchell, uczestnik misji Apollo 14, próbował z Księżyca telepatycznie "połączyć" się z Ziemią, a dziś bajdurzy o kosmitach z Roswell. Natomiast gwiazdą zbliżającego się Dolnośląskiego Festiwalu Nauki, Mirosław Hermaszewski, niegdyś jedyny polski kosmonauta*, to dziś orędownik ufologii i węszyciel międzynarodowego spisku. Te zapomniane fakciki nie budzą dziś zainteresowania. Problem infiltracji naszej cywilizacji przez obcych nie wydaje się problemem czysto światopoglądowym, stąd nie rozpala w nas takich emocji. Inaczej ma się to z konfrontacją nauki i wiary, a mówiąc ściślej unaukowienia tej drugiej lub zdogmatyzowania tej pierwszej.

Postać profesora Kazimierza Jodkowskiego stanowi dla mnie zagadkę. Kiedyś wraz z Grzegorzem Pacewiczem na blogu "niedowiary" broniłem Jodkowkiego przed nazwaniem go kreacjonistą, wskazując go jedynie jako autora prac o kreacjonizmie. Muszę przyznać że przynajmniej ja zostałem wtenczas przekonany, choć profesor jeszcze miesiąc temu stanowczo oburzał się za nazwanie go przez "Fakty i Mity" kreacjonistą. Do legendy przeszedł fragment, ponoć pracy habilitacyjnej Jodkowskiego, gdzie w ewolucjonizmie dopatrzył się przyczyn "przestępczości, terroryzmu, ruchu wyzwolenia kobit i dzieci, edukacji seksualnej. inżynierii genetycznej, hard rocka i inflacji w ekonomii". Czytałem albo chociaż trzymałem w rękach chyba wszystkie książki pióra Jodkowskiego i muszę powiedzieć, że nigdy nie widziałem w nich czegoś podobnego. Tak czy owak Jodkowski uważany jest za kreacjonistę, chyba jedynego naukowego przedstawiciela tego gatunku w Polsce.

Prawdziwie racjonalny blog nie może obejść się bez tematu kreacjonizmu, jednak chyba na złość nic na tym poletku się u nas nie dzieje. Pretekstem jest zatem tekst Jodkowskiego "Dlaczego kreacjonizm jest pseudonauką?", i jego domyślna odpowiedź: "...bo przecież nie powinien". W tekstach profesora zdarzały się smaczki, kiedy pod przypisem o dowodach przeczących ewolucji, znajdowały się publikacje Michaela Cremo. Tekst otwierający bramy nauki przed kreacjonizmem wygląda na solidny a sama argumentacja rozchodzi się o kilka tez. Wszyscy zgodzimy się, iż nawet najpiękniejsza teoria naukowa, która nie będzie predykcyjna - nie będzie przewidywać potwierdzających ją faktów, jest niewiele warta. Czy kreacjonizm przewidział jakieś fakty? Zielonogórski profesor twierdzi że tak, np. "junk DNA", tzw "śmieciowe DNA". Nie mogę sobie jakoś przypomnieć, aby tysiąclecia (by tyle liczy sobie kreacjonizm) "biologów stworzenia", upłynęło im na dyskusjach o funkcjach i dysfunkcjach DNA. Niezapisana księga kreacjonistycznych odkryć, jest widocznie dostępna jedynie dla wybranych. Według Jodkowskiego kreacjonizm podlega falsyfikacji. Jak każdą porządną teorie naukową, kreacjonizm można obalić poprzez zderzenie go z empirią. Teorie młodoziemców, a zatem większa cześć dzisiejszego kreacjonizmu, można zweryfikować poprzez dowiedzenie iż Ziemia liczy sobie więcej niż kilka tysięcy lat. Jeśli jednak jest tak dobrze, to czemu jest tak źle? Jeśli tak łatwo obalić jest najbardziej prymitywny kreacjonizm, jak to się stało że istnieje a nawet ma się coraz lepiej? Nie można obalić teorii która przekłada biblijne słowa ponad fakty. Chrześcijańscy kreacjoniści mają wiekuistego asa, trickera który stwarza świat na zawołanie ze wsteczną datą produkcji. Bóg który 6 tysięcy lat temu sfałszował swoje dzieło markujący dawne dzieje Ziemi to chwyt tani, jednak popularny. Uniemożliwia on sensowną dyskusje, a już na pewno falsyfikacje.

Wszystkie te naciągnięcia mają dowieść, iż nie ma czysto racjonalnych przesłanek aby wykluczenia kreacjonizmu z wielkiej rodziny nauk. Prawdziwe powody leżeć mają w filozofii uprawiania nauki i hołdowaniu naturalizmowi metodologicznemu. Wyjaśnianie bazujące jedynie na przyczynach naturalnych, bez odwołań do elementów nadprzyrodzonych może brzmieć jak zarzut, jednak dla mnie, z oczywistych powodów, stanowić może jedynie słodką pochwałę. Sukcesy nauki to sukcesy nauki bez duchów, zaś postęp zdaje się być odwrotnie proporcjonalny to ilości magicznych zaklęć. Nawet przełykając zakusy zrównujące kreacjonizm z ewolucjonizmem, piękna karta naturalizmu i tak uczyni go lepszym i bardziej wartościowym.

* przypominam o Jamesie Pawelczyku, naszym astronaucie który nie przyjął się jakoś w Polsce, mimo że nie byle jakie kompendium wiedzy, czyli angielska wikipedia :) pisze o nim jako "the first astronaut of full-blooded Polish descent to go into space".

5 sierpnia 2009

Przystanek do nieba

Stare marketingowe porzekadło głosi, iż reklama jest dźwignią handlu, zaś jeszcze starsze dopowiada, że nic nie jest cenniejsze od duszy. Naczelny egzorcysta Nowego Yorku, ksiądz James Le Bar uważa handel ludzkimi duszami za coś jak najbardziej realnego. Jak opowiada, dusze sprzedaje się diabłu który przychodzi pod postacią młodzieńca, kiedy powiemy coś w stylu "...eh sprzedałbym za to duszę". Cyrograf podpisujemy własną krwią, a po tłustych 7 latach, sruu - prosto do piekła. Można oczywiście wierzyć w taki sposób zdobywania duszyczek, nie mniej są metody prostsze i skuteczniejsze. Jeno kilka namiotów, uśmiech i przyrzeczenie rychłego rozwiązania wszystkich naszych problemów. Łatwy kąsek w postaci najsłabszych owieczek, wszystko przyprawione praniem mózgu i danie w postaci naszego niewolnika, który dla nas, tzn dla Boga, zrobi wszystko, gotowe.

Strefy wpływów, a więc tradycyjne żerowiska na których pasą się religie są ściśle podzielone i dość mocno okopane. Zapuszczanie się na "nie swoim" nie jest tu mile widziane. W monoreligijnej Polsce nadmierne epatowanie swoim innowierstwem kończy się zawsze tak samo, co jednak poradzić jeśli nasz bóg domaga się nowych wiernych? W tym roku po raz siódmy oglądałem, jak ten dysonans rozwiązuje Towarzystwo Świadomości Kryszny. Aby wystawić na Przystanku Woodstock godną Kryszny reprezentacje, skrzyknąć muszą chyba wszystkie swoje siły w regionie. Inaczej nie wyobrażam sobie jak tych raptem kilkuset wyznawców z naszego kraju, byłoby w stanie zorganizować coś tak wielkiego, szczególnie w kwestii finansowej. Przejście się przez ich kilkanaście większych i mniejszych namiotów to prawdziwe wyzwanie dla zdroworozsądkowej powagi. Prosto z namiotu poświęconego reinkarnacji, wpadamy w stojący naprzeciwko namiot horoskopów, prowadzony jak przystało na XXI wiek, przez egzotycznego astrologa z laptopem. W moim ulubionym namiocie "pytań i odpowiedzi", w którym pytania zadaje sobie, od kiedy tylko pamiętam, ten sam szczupły pan, dowiedziałem się, że dowodem istnienia duszy jest niezmienność naszego charakteru przy postępujących zmianach naszego ciała. "Ciało nasze starzeje się, jednak my zostajemy tacy sami, ponieważ prawdziwe "my" nie leży w naszych fizycznych ciałach". Oto sławetna mądrość dalekiego wschodu.

Przystanek Woodstock wydaje się rajem dla duchowych headhunterów. Tysiące poszukujących swojej tożsamości dzieciaków, chętna do pijackiej polemiki młodzież i flirtujące z new ageowym sacrum, podstarzałe dzieci kwiaty - szwedzki stół religijnych agitatorów. Niezbywalnym elementem "Przystanku", (nawet kiedy oficjalnie zakazano mu udziału) jest "Przystanek Jezus", usytuowany chyba w jedynym miejscu obok którego nie sposób nie przejść - między główną sceną a prysznicami. O ile "krysznowcy" traktowani są jak zdziwaczały i niepoważny folklor, czarni kowboje to już rasowi wędrowni kaznodzieje, sondujący co się da. Księża obecni są nawet we wiosce kryszny. W tym roku wchodzących do "krysznowcow" witał napis (trochę z pamięci, więc może przekręcam):

Jeśli jesteś chrześcijaninem pamiętaj: „Niech nie znajdzie się u ciebie taki, który przeprowadza swego syna czy swoją córkę przez ogień, ani wróżbita, ani wieszczbiarz, ani guślarz, ani czarodziej, ani zaklinacz, ani wywoływacz duchów, ani znachor, ani wzywający zmarłych; gdyż obrzydliwością dla Pana jest każdy, kto to czyni" (5 Mojż. 18)

Przyznam się, że w pierwszej chwili nie zrozumiałem o co w tym chodzi. Myślałem że to zwolennicy "hare kryszny" wywiesili go, aby księża nie wchodzili na ich festyn, w błyskotliwy sposób cytując Biblie, stawiając przy tym siebie w roli plugawiącego robactwa. Jak się okazało nie była to żadna ironia, a transparent prawdziwych katolików z "Przystanka Jezus". Rywalizacja dwóch religijnych konkurentów o laur prymitywizmu i matactwa, jak co roku zakończył się remisem. Co prawda skala malowanych hindusów powala w porównaniu ze skromnym białym krzyżem i objazdowym kinem, nasi chłopcy jak zawsze nadrobili ambicją i wszechobecnością godną ich Szefa. Panowie w habitach zagadujący zza płotu to niestety stały widok rockowych koncertów. Jak widać niestraszna nawet satanistyczna uczta, jeśli szwęda się gdzieś jaszcze wolna duszyczka.