23 listopada 2008

Diabeł na rozpracowaniu

Za namową przyjaciela udałem się na teologiczną konferencje dotyczącą magii i jej pokrewnych dziedzin. Plan spotkania wypełnioniono wszystkimi medialnymi i chodliwymi tematami, tym razem w poważnej, akademickiej i naukowej otoczce. Upatrzyliśmy sobie dzień drugi wykładów (fragment na konferencyjnym plakacie, w tle dziecko prowadzone przez diabelską łapę wydobywającą się z piekielnych płomieni) z występem księdza egzorcysty jako gwiazdy poranka. Swego czasu pisałem już o egzorcyzmach, także tym razem jadąc na spotkanie, miałem już w zamyśle parę słów komentarza na bloga. Wcześniej gruntownie się przygotowałem, tak gruntownie jak tylko można się gruntownie przygotować nie odchodząc od komputera. Przewidywałem motywy najbardziej efektownych emanacji diabła. Zakładki przeglądarki zapełniłem zatem objaśnieniami sztuczek unoszenia się nad łóżkiem, od prostych trików jakie możemy wykonać bez żadnych przygotowań, po podniebny spacer między budynkami Crissa Angela i rozszyfrowanie fruwającego nad widownią Dawida Copperfielda. Niepotrzebnie. W wystąpieniu w ogóle nie poruszono tego tematu, a skupiono się na duchowym wymiarze tego zabiegu. Niepocieszona widownia nie usłyszała nawet w prost, czy takie nadnaturalne sytuacji mają kiedykolwiek miejsce. Jeśli jak mówi ks. Jagiełło, charczy i warczy jedynie 1% egzorcyzmowanych, możemy domyślać się, raz na jaki czas towarzyszą im wymienione wcześniej efekty specjalne. Zakładając, że prawdziwym fiksacją na tle religijnym nie towarzyszy świadome podrasowanie swoich wystąpień, unoszenie się łóżka nad podłogą będzie efektem matactw albo samego markującego opętanie, albo zabiegiem jego bliskich. Zastanawiam się czy kryterium unoszenia się opętanych nie byłoby najlepszym dowodem ich pseudo-dolegliwości. Obawiam się, że jest dokładnie odwrotnie, paranormalne zjawiska są dowodem, ale faktycznej obecności diabła.

Być może winę za mój piątkowy zawód ponoszę ja sam. Na swoje oczekiwania należało nanieść poprawkę w postaci audytorium tego spotkania, w którym osoby świeckie stanowiły mniejszość. Ludzie Ci nie potrzebują, tak jak ja, jakiś dowodów, na podważenie których już się szykowałem. Jeśli poświęcają swoje życie na walkę ze spersonifikowanym złem, nie trzeba przekonywać ich że ono istnieje. Przedstawianie statystyk, danych, wyników badań, przynajmniej na odcinku któremu się przysługiwałem, wydawało się w ogóle nieistotne. W czasie wykładu Jadwigi Zięby na temat magii nie padło ani jedno nazwisko badacza tematu niebędącego księdzem. Na próżno było w nim szukać podziału magii Jamesa Frazera, czy słynnej teorii magii Azande Evansa-Pritcharda. Na pytanie o relacje magii i nauki, nie usłyszeliśmy o bricolagu Lévi-Straussa, a o encyklice "fides et ratio", która de facto nic na ten temat nie mówi. Nie jestem w tym temacie wielkim ekspertem, ale wcale nim być nie muszę, ponieważ nie występuje z nim na konferencjach. Całkowite pomijanie dorobku nauki i zamykanie się jedynie w kręgu nauk kościoła, nie wróżą tu optymistycznie duchownym, czerpiącym z tych nauk. Kościół mógłby mieć w postaci nauki wielkiego sprzymierzeńca, tymczasem marginalizuje jej dorobek, tysiące badań i publikacji, które przecież wielokrotnie przewyższają tu dokonania katolickich instytucji. Także walka z zabobonem mogłaby stać się zaczątkiem do dialogu z ateizmem, punktem stycznym których tak nam brakuje. Ateizm, co prawda inną argumentacją i inną retoryką, nie mniej również wskazuje na te niebezpieczne zjawisko. O czym jednak mówimy, jeśli kościół katolicki prowadzi tu krucjatę z przesądem przez jednoczesne jego utwierdzenie. Jak się dowiedziałem, najprymitywniejszym przesądom przypisuje się rzeczywiste działanie. Horoskop, tarot, czarne koty i ludowe gusła, nie są złe za sprawą otumaniającego, skretyniałego charakteru, ale dlatego że działają(!), że mogą wpłynąć na nasze życie, wywołać w nim rzeczywiste skutki. Niestety, na głoszenie postulatu faktycznego działania splunięcia przez ramie, zgody być nie może. Dopóki utwierdza się ludzi w takich bzdurach, nie mamy o czym rozmawiać. Społeczeństwo należy ostrzec przez zgubnym skutkiem przesądów, jednak niekoniecznie poprzez wplątanie w to wszystko diabła. Smutną konkluzją jest to, że być może działający w dobrej wierze Kościół, w rzeczy samej przyczynia się do rozpropagowania złej wiary z którą walczy.

22 listopada 2008

Przepis na czajniczka

Na poważnie zastanawiałem się nad wstawieniem po lewej stronie bloga działu, "rekomendują mnie:". Przez parę lat nasłuchałem się co myślą o mnie zakochani w Nikola Tesli, kreacjoniści i uzdrawiacze. Niestety do tej pory nie zbierałem tych chwalebnych wypowiedzi. Moim ostatnim nabytkiem jest wypowiedz Pani Marii Sobolewskiej z "Gabinetu Astropsychologii" określająca mnie jako "dziecko, które wpadło w racjonalistyczno-ateistyczne oszołomienie neofity". Mniej więcej wszystkie brzmiały w ten sam deseń, co bynajmniej nie przyjmuje jako przywarę, wręcz przeciwnie. Do tej notki natchnął mnie obfity komentarz Pani Sobolewskiej zostawiony pod tekstem "klika czarodziejów", traktującym o niemożności rzetelnych badań zjawisk paranormalnych przez sceptyków.

Wciąż wierze, iż każdy sceptyk ma w swoich korzeniach naiwny okres, przyjmowania każdego sensacyjnego faktu, bezrefleksyjnie etykietowanego jako prawdę. Jako dziecko posiadałem w swoich zbiorach stertę poszarpanych gazet, a w nich doniesienia z tajemniczego, niezbadanego świata. Pamiętam malusieńką książkę "ABC Tajemnic", w której pod każdą literką serwowano króciutki tekst pobudzający dziecięcą wyobraźnie. Przykładowo, pod literką "E" widniały słynne Elfy z Cottingley, bezspornie dowiedzione oszustwo. Oczywiście autor książki nie pofatygował się o choć słowo sprostowania, iż sprawa ta została wyjaśniona - i teraz pytania, czy brak wzmianki o fałszerstwie zdjęć elfów było celowe czy wynikało z niewiedzy autora. Obie możliwości są kompromitujące, jednak pokazują, że czytanie i pisanie o zjawiskach paranormalnych, a zainteresowanie nimi, to w rzeczywistości dwie różne rzeczy.

Fizyk, Janusz Gil, napisał kiedyś, iż każdy wierzący w UFO, straci tą wiarę jeśli tylko mocniej zagłębi się w ten temat. Najszersza drogą do sceptycyzmu wiedzie przez naszą dociekliwość i nienasycony głód informacji odnośnie zjawiskami paranormalnymi. Zagłębianie się w szeroko pojętą para-sferę, jeśli tylko nie zatracimy gdzieś zdrowego rozsądku, prowadzi nas wprost do wojującego sceptycyzmu. Jeśli ktoś rozumie istotę tym wszystkich dziwów, jego krytyczne stanowisko jest tu jedynie wypadową posiadanej o nich wiedzy. Nie jest to też wielki masochizm. Przez takie internetowe obcowanie możemy poznać sporo sympatycznych, a przede wszystkim (pomimo kuriozów w jakie wierzą), inteligentnych ludzi, od których sposób dowiedzieć się wiele na temat źródeł wiary w te niedorzeczności. Jak na amatora, wydaje mi się, że przyzwoicie się na tym znam, zatem sceptycyzm nie wynika z ignorancji, wręcz przeciwnie. Tylko sceptyk w rzeczywiście interesuje się tymi zjawiskami, tylko on sprawdza postacie autorów, istnienie opisywanych miejsc, inne możliwości wyjaśnienia. To oczywiście wciąż za mało aby z całą pewnością wyrokować o tych zjawiskach. Już nie pamiętam kogo to zdanie, ale zgadzam się z nim, że ideałem sceptyka, byłby człowiek o wykształceniu psychologicznym, antropologicznym, fizycznym, statystycznym, medycznym, będąc jednocześnie biegłym iluzjonistą. Wydaje się niemożliwością aby zebrać te cechy ww jednej osobie, zatem jeśli nie ma wokół nas wszystkich ekspertów z podanych dziedzin, należy być powściągliwym w okrzykach, "dowód! a jednak istnieje! Ateizm jest tu tylko naturalną konsekwencją tak pojmowanego sceptycyzmu. Jest to podejście ze świadomością różnić jakie dzielą sferę zjawisk paranormalnych i religię, jednak bez taryfy ulgowej dla tej drugie.

12 listopada 2008

Michael Shermer i debilizm matematyczny

Nasamprzód prostuje, iż chodzi o Michaela Shermera i mój debilizm matematyczny. Moje osiągnięcia z królowej nauk mam takie, że nie mam ich wcale, a moje oceny na jednym z półroczu szkoły średniej wyglądały dokładnie "111". Jeśli ktoś o (anty)umiejętnościach pokroju tych moich, zabiera się za rozwiązywanie matematycznych łamigłówek, musiało się wydarzyć naprawdę coś niecodziennego.

Michaela Shermera jest chyba najbardziej niedocenianym w naszym kraju, światowej sławy popularyzatorem nauki. Założyciel Skeptic Society, organizacji liczącej już kilkadziesiąt tysięcy członków (kiedy powstanie u nas projektu z podobnym rozmachem?), nie doczekał się w Polsce ani jednego wydania, choćby jednej, z kilkunastu książek jakie napisał. W Polsce, gdzie wydaje się takie farmazony jak "Na krawędzi prawdy" Dominika Myrcika, Pana z którym nie tak dawno miałem przyjemność rozmawiać, kiedy już na wstępie tego dzieła dowiadujemy się, iż wszyscy mężczyźni są co noc gwałceni przez kosmitów. Choć książki Shermera najwidoczniej nie potrafią pokonać naszej rodzimej twórczości, pozostają nam jego felietony, przedrukowywane przez Świat Nauki z Scientific American. Właśnie stamtąd pochodzi przedstawiany tu problem. Dwa ostatnie felietony, listopadowy i październikowy, poświęcone zostały niuansom rachunku prawdopodobieństwa. Oto krótki fragment:
Wyobraźmy sobie, że bierzemy udział w klasycznym teleturnieju "Idź na całość ". Przed nami troje drzwi. Za jednymi jest nowiutki samochód, za pozostałymi - kozy. Wybieramy drzwi numer jeden. Prowadzący program, który wie, co znajduje się za każdymi drzwiami, pokazuje nam, że za drzwiami z numerem dwa stoi koza, po czym pyta, czy nadal trwamy przy swoim wyborze, czy też może chcielibyśmy go zmienić? Zdrowy rozsądek podpowiada nam, że prawdopodobieństwo wygranej wynosi teraz pól na pół, więc zasadniczo nie ma to znaczenia, prawda? Otóż, nieprawda. Początkowo nasza szansa wygranej była jak 1:3, ale teraz, gdy prowadzący wskazał nam jedne z dwojga prowadzących do przegranej drzwi, mamy 2/3 szans na wygraną, jeśli wybierzemy drzwi numer trzy! Zaraz wyjaśnię dlaczego. Są trzy możliwe konfiguracje: (1) auto, koza, koza; (2) koza, auto, koza; (3) koza, koza, auto. W pierwszym przypadku zmiana pierwotnej decyzji wiedzie do przegranej, ale w drugim i trzecim daje wygraną. Przy tego rodzaju antyintuicyjnych paradoksach ludzie zaczynają mieć problemy z racjonalnym myśleniem, nie wyłączając matematyków i statystyków publicznie zarzucających ignorancję Marilyn vos Savant, która w 1990 roku opisała ten intrygujący przypadek w swoim felietonie w magazynie Parade.
Że jak do jasnej ciasnej? Jak (podkreślony tekst) wybranie ewentualnej konfiguracji numer 2 może doprowadzić nas do wygranej, jeśli pod bramką numer trzy kryje się przecież koza? Przetrząsłem internet wzdłuż i wrzesz i rozumiem już o co rozchodzi się w tym skrócie myślowym - co nie zmienia faktu, że dla tak zdebilałego umysłu jak mój, nie jest to nazbyt czytelnie sformowane. Dość szczegółowo wyjaśnia to angielska Wikipedia (o dziwo również na kozach i samochodzie), zaś krótkie tłumaczenie, wraz z innymi ciekawymi paradoksami, znajdziemy na stronie Instytutu Podstaw Informatyki PAN. Te zadziwiające równanie, znane nauce od ponad stu lat, nazywamy dziś paradoksem Monty Halla (prowadzącego oryginalną, amerykańską wersję "Idź na całość"), okazuje się w istocie zachodzić - pytanie tylko dlaczego do licha uczestnicy polsatowskiego hitu tak niechętnie zmieniali bramki i czemu tak trudno to wszystko pojąć?

Przejdźmy od razu do sytuacji z odkrytą już bramką numer dwa pod którą siedziała przycupnięta koza. Zostawmy także sytuacje w której uparcie uwzięliśmy się na bramkę numer jeden i załóżmy, że krył się pod nią samochód. Zastanówmy się co dokładnie zrobił Zygmunt Chajzer, pokazując nam jedną z kozich bramek, chcąc podwyższyć napięcie. Prawdopodobieństwo wygranej, jeśli zostaliśmy przy bramce numer jeden wynosi 33%. Zauważmy jednak, iż Pan Zygmunt z góry nie planował odkryć wybraną przez nas bramkę, aby przedłużyć ceremonie finałową, odkryć musiał pustą ale nie naszą. Z powodu tego, że nie jest to 33% w których wygraliśmy, kiedy samochód krył się pod bramką numer jeden, pod jedynką kryje się tu koza, a jeśli pod dwójką Chajzer odkrył nam także kozę, samochód znajdować się może tylko pod bramką numer trzy (rysunek poniżej) - stąd właśnie 66% szansa wygranej bo jej obraniu, stąd właśnie owe 2/3!


Dlaczego zrozumienie tego przypadku przychodzi nam z takim trudem? Pomimo tego, że odrobiłem zadanie domowe szykując się do napisania tej notki, kiedy przyszło co do czego, miałem lekkie problemy z wytłumaczeniem tego swoimi słowami. Dlaczego nawet matematyczne umysły mają tu nie lada problem? Bramkę numer jeden wybraliśmy, mając do wyboru trzy bramki. Po odjęciu bramki z kozą, stoi przed nami już zupełnie inna sytuacja, natomiast nas upartych przy pierwszej bramce, tyczy się wciąż sytuacja z 33% prawdopodobieństwem. Niechęć w zmienieniu wcześniej wytypowanej bramki jest nie wykorzystaniem nowych warunków wyboru. Umysł człowieka nie potrafi rozciągnąć tego wyboru, nie potrafi połączyć ze sobą tych dwóch sytuacji. Jako ludzie mamy biologiczną skłonność do rozpatrywania tego co teraz, gdyż właśnie takie myślenie, planowanie na podstawie tego jak jest obecnie, zapewniło nam ewolucyjny sukces. To właśnie wyciąganie wniosków z teraz, najbardziej aktualnej sytuacji, w przypadku paradoksu Monty Halla sprowadza nas na manowce. Jak pisze Shermer, powołując się na badania Stephena Pinkera, to co nasza psychika czuje jako "teraz" trwa zaledwie 3 sekundy. Jeśli dobrze pamiętam z psychologii, nasza pamięć podręczna mieści jedynie 7 elementów. Jeśli przechodząc z pokoju do pokoju w celu wykonania konkretnej czynności, zbyt intensywnie zaabsorbujemy się myśleniem, jeśli dotrze do nas zbyt wiele bodźców, nie będziemy pamiętali po co do niego przyszliśmy. Nasz bufor zostanie przepełniony. Informacja o celu wyprawy, będzie stopniowa przesuwana, aż wypadnie poza tą magiczną siódemkę. Uczestnicy "Idź na całość" nie zmieniali bramki z powodu braków w swojej inteligencji, nie zmieniali jej bo byli po prostu ludźmi.

9 listopada 2008

Kalendarz stworzenia

Najprawdopodobniej nasza planeta nie doczeka się nigdy urodzinowego tortu. Może tak jak kobietę, nie należy pytać ją o wiek, nie mniej wiek ten znamy. Powiem tylko, że na okulary miałaby 4,6 miliarda procent zniżki. Nie mniej nie znamy konkretnego dnia, godziny o której można by powiedzieć, "i o to powstała Ziemia". Na (nie)szczęście ludzką wyobraźnie nie krępuje umiar i rozsądek. Przemożne potrzeba wskazania końca i początku wszystkiego, nawet wtedy, kiedy ten początek ewidentnie nie występuje jest skrzywieniem najprawdopodobniej wyniesionym z wycinka świata który obserwujemy, gdzie rzeczywiście rzeczy wydają się mieć swój początek i koniec. Niemożność myślenia o rzeczy istniejącej a nie mającej swego początku, doprowadza nas do obsesji ustalenia narodzin, czy to wszechświata (który bynajmniej nie musiał mieć początku) czy to człowieka (w tym wypadku podwójnych narodzin, człowieka jako gatunku i człowieka jak jednostki, w łonie matki). Chyba największych "specjalistów" mieliśmy jednak od ustalania wieku Ziemi.

Jeden z pierwszych chrześcijańskich ekspertów, to żyjący w VIII wieku islandzki mnich Beda. Zapewne po dniach namysłu, doszedł on do wniosku, iż Ziemia (a zatem i wszechświat który powstał parę dni wcześniej) Bóg stworzyć musiał na wiosnę. Miało to nastąpić ze względów rolniczych, dla Adama, aby nie nudził się i miał co z sobą robić, kiedy nie było jeszcze Ewy. Idee tą popierano szeroko jeszcze w XIII wieku. Inni na czas stworzenia wybierali wrzesień, sugerując się wzmiankami o wodzie z Księgi Rodzajów. Najsłynniejszym dokumentem z Ministerstwa Głupich Dat, jest 9 rano, 23 października, 4004 przed Chrystusem, autorstwa wicekanclerza Uniwersytetu Cambridge Johna Lightfoota. Rok zapożyczył od arcybiskupa Uchera, przy rachubach posiłkującego się Biblią, zaś szczegółowa data to po prostu dzień i godzina rozpoczęcia wówczas roku akademickiego w Cambridge.

Pierwsza próbę naukowego ustalenia wieku Ziemi zawdzięczamy osobie Georgesa Leclerca de Bufona. Wyszedł On, z dla nas trudnego do zaakceptowania założenia, powstania Ziemi jako efektu impastu komety ze Słońcem. Wyrzucona w ten sposób materia, miała stać się zaczątkiem naszej jak i innych planet Układu Słonecznego. Licząc czas potrzebny do ostygnięcia rozgrzanej kuli do temperatury dzisiejszej Ziemi, wykalkulował on wiek ziemi na 74 tysiący lat. W swoich obliczeniach posunął się jednak dalej, wyliczając nawet czas do ostygnięcia Ziemi do temperatury uniemożliwiającej (z powodu chłodu) jakiekolwiek życie. Według Leclerca de Bufona, zostać nam miało jakieś 93 tysięcy lat.

Od wieku XIX mamy do czynienia z dwoma szkołami liczenia wieku naszej planety, uniformitarystami i katastrofistami. Uniformitarysci, tacy jak Karol Darwin, uważali iż zjawiska geologiczne dają się wytłumaczyć wyłącznie za pomocą praw fizyki. Przy tym poglądzie nie istniała potrzeba odwoływania się do katastrof w rodzaju biblijnego potopu, jak czynili to katastrofiści. Uniformitaliści szacowali ten wiek na kilkaset milionów lat, zaś ich przeciwnicy, wśród których najznamienitszą role odegrał słynny Lord Kelvin (autor pracy, o wszystkoznaczącym tytule "Krótkie rozprawienie się z uniformitaryzmem w geologii”), twierdzili iż jest wielokrotnie mniejszy, najwyżej kilkanaście, kilkadziesiąt milionów lat. Co ciekawe, patrząc z naukowego punktu widzenia tamtej epoki, racja nie stała po stronie uniformitarystow, gdyż patrząc na zasób ówczesnej wiedzy, to katastrofzm wydawała się poglądem bardziej nasyconym faktami. Dziś oczywiście wiemy, iż Ziemia jest o wiele starsza niż w najśmielszych przypuszczeniach sądzić mogli uniformataryści, jednak mając na wzgląd wiedza jaką dysponowano na przełomie XIX i XX wieku, to wyliczenia Kalvina były wyliczeniami poprawnymi. Kalvin nie wiedział jednak o istnieniu promieniowania, przy którym jego wyliczenia czasu ostygnięcia Ziemi biorą w łeb, ponieważ Ziemia rozgrzewana jest od środka w skutek rozpadu pierwiastków promieniotwórczych. Debatę to wspaniale opisał Andrzej Wróblewski w starej ale jarej książce, "Prawda i mity w fizyce".

Ostatnie lata przyniosły nam regres i ucieczkę, z wydawałoby się, pewnego i solidnego naukowego gruntu. Za sprawą religii przebijają się głosy cofające nas wprost do średniowiecza. Im argumenty głupsze, tym popularniejsze, zanikło gdzieś poczucie wstydu i zażenowania przed głoszeniem podobnych bzdur, aby przypomnieć w tym miejscu choćby Janusza Korwin-Mikke i jego "świat stworzony wczoraj". Na arenę wkracza najbardziej prymitywny kreacjonizm, bynajmniej nie tylko od strony chrześcijańskiej (głównie protestanckiej), ale również od strony islamu czy hinduizmu. Im nasza wiedza solidniejsza, tym upór i pewność co do prawdziwości głoszonych przez duchownych bzdur większa. Obawiam się, że nawet mnich Beda przecierałby oczy ze zdumienia, patrząc na współczesne pomysły dopasowania świata do religii.

6 listopada 2008

Dzieje jednej notki.

Dzięki telekompromitacji która przez 2 tygodnie nie potrafiła naprawić mi internetu, uciekł mi jakże piękny temat Wszystkich Świętych. Cykliczna impreza odwiedzania miejsc biodegradacji naszych bliskich, miała być sposobnością do refleksji nad ułomnością chrześcijaństwa - te bazujące na zachłanności księży, same w sobie wydają mi się równie ułomne. Odnośnie świąt okołolistopadowych podzielam zdanie Michaela Onfreya, że chrześcijaństwo afirmuje śmierci i cierpienie, a stałe przypominanie o naszym końcu ma być czymś, na co warto poświęcić swoje życie. Znamiennym jest, iż nie ma w liturgicznym kalendarzu święta poświęconego żywym. Niestety, chryzantemą nie wypełnimy braku po utraconych rodzicach czy dzieciach, należało cieszyć się nimi za życia... niekoniecznie wlokąc ich 1 listopada na cmentarz. Jak mawiał Steven Pinker, "Kult przodków musi być ideą sympatyczną dla tych, którzy niebawem mają zostać przodkami". Niemniej ta dziwna hierarchia wartości, ceniące wyżej śmierć niż życie, nie będzie myślą przewodnią tej notki - termin ewidentnie nieaktualny.

Jako że marne życie człowieka bez internetu, zająłem się odkurzaniem starych książek. Po pięciu latach powróciłem do "Mitologii Celtów" Jerzego Gąsowskiego, przeczytanej niegdyś na zajęcia - albo mi się wydaje że przeczytanej, może tylko wypożyczonej, nie ważne. Zainteresowała mnie postać św. Patryka, uosabiającego szereg druidzkich cech, począwszy od jego irlandzkich szlaków pokrywających się z drogami mitycznych bogów, po laskę ożywiającą zmarłych. I wtedy przyszła mi myśl jeszcze bardziej bluźniercza, kij w oko druidzkiemu Patrykowi, jeśli pod nosem mam maga w postaci samego Jezusa! Idea Chrystusa jako maga, teurga i taumaturga, nie jest w naszym kraju specjalnie rozpropagowana. O takim odczytaniu tej postaci nie wiedział Pastuszka ani żaden z jego komentatorów biorących udział w dyskusji, odkrycia przed miesiącem w Aleksandrii starożytnego naczynia opatrzonego napisem "Od Chrystusa Maga". W Polsce tezę tą lansuje religioznawca Jacek Sieradzan, ale to co znalazłem w jego "Jezus Magus" to już myślą najbardziej sensacyjną. W poszukiwaniu interesującego motywu, grzechem byłoby nie oskubać dodatku "Jezus nie umarł na krzyżu".

W Nowym Testamencie można znaleźć wiele świadectw wskazujących na to że Jezus nie umarł na krzyżu i że jego błagalne modlitwy o ocalenie przed śmiercią zostały wysłuchane. Słowa Ewangelii Jana (19.28-30) mają potwierdzać teorię, według której Jezus był pewien, że nie umrze na krzyżu. Idea ta pojawia się również w Koranie gdzie autor - mając na myśli Jezusa stwierdza, że "ani Go nie zabili, ani Go nie ukrzyżowali", zaś sam Mahomet dodaje, że Jezus wraz z matką "znalazł schronienie na wzgórzu spokojnym" (…) Zdaniem zwolenników tej tezy życie Jezusa uratował zawiązany przez jego przyjaciół spisek. Wydaje się mało prawdopodobne aby po wypiciu pobudzającego octu (Mt 27.48) Jezus natychmiast umarł. Bardziej prawdopodobne jest, iż zgodnie ze zwyczajem i tradycją epoki, skazańcowi podano rodzaj narkotycznego wywaru, kadzidła zmieszanego z winem, w celu złagodzenia cierpienia. Po jego wypiciu Jezus "oddał ducha" i został uznany za zmarłego, co niektórzy interpretują jako zapadnięcie w letarg. Gdyby był konający nie mógłby wydać z siebie przedśmiertnego okrzyku "wykonało się". Osoba oddelegowana do tego aby stwierdzić zgon nie mogłaby tego nie zauważyć, tudzież świadomie zataiła prawdę. Znamienne jest, że setnik nadzorujący żołnierzy krzyżujących Jezusa, sam wydaje się jego zwolennikiem, nazywając Chrystusa "Synem Bożym". Być może to właśnie setnik, nie tyle przebił, ile raczej dźgnął (gr. enyksen) Jezusa włócznią, wskutek czego z ciała wypłynęła "krew i woda" (J 19.34). Wynika z tego, że Jezus wtedy jeszcze żył. Z jego ciała nie mógł wypłynąć płyn surowiczy, tworzący się podczas rozkładu krwi, ponieważ ma to miejsce dopiero w sześć godzin po śmierci. W rzeczy samej Marek nie mówi, że Jezus umarł, tylko że "oddał ducha" (…) Zdziwienie, że Jezus mógł umrzeć tak szybko, już po trzech godzinach, wyraził Piłat, nie zwracając nawet uwagi, że poproszono go o wydanie ciała (soma) a nie zwłok (ptoma). Po zdjęciu z krzyża ciała Jezusa nie umyto, lecz spowito w swego rodzaju ogromny plaster opatrunkowy, które tworzyło płótno z dodatkiem prawie 33 kg mirry i aloesu (J 19.39), środków leczniczych, dezynfekujących i przyśpieszających gojenie ran. Nie było to typowe postępowanie z ciałem zmarłego, ponieważ zwłoki, zgodnie z żydowskim obyczajem, namaszczano samym tylko olejkiem i wrzucano do dołu zasypywanego ziemią.
Sieradzan, przez całą książkę niezwykle chłodny i neutralny, w cytowanym dodatku daje upust emocjom, zrywa z poprawnością, wkraczając na tak przeze mnie wyczekiwaną drogę bluźnierstw. Bez pardonu atakuje On Kościół, nazywając go instytucją do „walki z kondomami i spiralami”. Lichość dogmatu o śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa, pomimo dwuznacznej relacji jaką reprezentują sobą starożytne dokumenty, dostrzega również w przekazach o zmartwychwstaniu.

Ponieważ każdy z ewangelistów podaje inną wersje związanej z opuszczeniem przez Jezusa grobu. Według Ewangelii Jana i Marka (gwoli ścisłości, najstarsza wersja Ewangelii Marka nie wspomina o zmartwychwstaniu. Znajdujący się w niej obecnie rozdział 16 jest powszechnie uważany za późniejszy dodatek) Chrystus ukazał się wpierw Marii Magdalenie, według Ewangelii Mateusza Marii Magdalenie i drugiej Marii z Galilei, natomiast według Łukasza, dwóm uczniom na drodze do Emaus. Wszystkich przelicytował Paweł, który choć nie znał osobiście Jezusa, to jednak zapewniał, że ukazał się on "więcej niż pięciuset braciom naraz" (1Kor 15.6). Interesujące dla takiej perspektywy odczytania tej historii jest gnostycka Ewangelia Piotra, która wspomina o tym jak "widziano trzech mężów wychodzących z grobu, dwu podtrzymywało jednego"!
Problem naszego Jezusa, to również dylemat jego dalszych losów. Kłopotu tego nie mają oczywiście osoby wierzące w jego śmierć i zmartwychwstanie. Teorii losów Jezusa który nie dostąpił wniebowstąpienia jest co nie miara, od Indii po Francję, nie są to jednak hipotezy cierpiące na nadmiar dowodów. Pomimo, że zalatuje to Danem Brownem, i filmami Petera Josepha z racji porządku dopisze słowa Sieradzana i w tej kwestii:

Żyjący w III wieku Hierokles Sossianaus, gubernator rzymski, powołując się na Laktancjusza wspominał, iż "Chrystus został przez Żydów zmuszony do ucieczki, po czym zgromadził 900-osobową bandę". Byli to najprawdopodobniej członkowie esseńskiej wspólnoty z Damaszku. Istnieje również, rozpropagowana także wśród dzisiejszych chrześcijan, legenda o tym jak Piotr spotkał Jezusa w Rzymie. O tym, iż mogło nie być to objawienie a rzeczywiste spotkanie, świadczy świadectwo Swetoniusza, który wspomniał że cesarz Klaudiusz "Żydów wypędził (w roku 50) z Rzymu za to, że bezustannie wichrzyli, podżegani przez jakiegoś Chrestosa".
Oczywistym argumentem na obalenie cudownej historii śmierci i zmartwychwstania Jezusa, jest to, że jest ona niemożliwa. Nie można biologiczne umrzeć i zmartwychwstać. Można zapaść w stan zewnętrznych objawów śmierci i z niego to się przebudzić, nie ma tu jednak mowy o fizycznej śmierci, a zatem i o zmartwychwstaniu. Osoby przebudzone ze śmierci klinicznej, w rzeczywistości nigdy nie umarły, o czym świadczy chociażby pracujący w tym staniu mózg, magazynujący ich wspomnienia z którymi powracają do świadomości. Jak powiedział jeden z Ojców Kościoła, Tertulian, zmartwychwstanie "jest pewne ponieważ jest niemożliwe". No cóż, zasada "pewne bo niemożliwe" na stopie religijnej wciąż ma się całkiem solidnie.