26 października 2008

W pajęczynie niedorzeczności

Blisko rok upłynął od kiedy pokusiłem się o tłumaczenie listy najdziwniejszych teorii spiskowych ze strony Swallowing the Camel. Nie doceniłem w tym naszej rodzimej myśli paranoidalnej. Wydawało się niemożliwością, iż zbiór najgłupszych rzeczy w jakie tylko mogą wierzyć ludzie, przebije umysł jednego tylko człowieka. O istnieniu Jana Pająka, doktora Politechniki Wrocławskiej wie chyba każdy co lepiej zorientowany w światełku badaczy zjawisk paranormalnych. Jeśli z czyjejś naiwności śmieje się Robert Bernatowicz, spiritus movens nie słynącej przecież z krytycznego sceptycyzmu Fundacji Nautilus, nie wróży to nic dobrego. Oto mój subiektywny top ten, pomysłów jakimi okrasza nas geniusz dr Jana Pająka.

Miejsce 5. Przy użyciu DNA pochodzącego z kosmosu gatunku ptaka (!) pozaziemscy przybysze zainfekowali nas słynnym wirusem H5N1, odpowiedzialnym za ludzką odmianę choroby ptasiej grypy. "Z tego co wiemy o UFOnautach - pisze doktor - przesłanki dosyć wyraźnie demaskują że "ptasia grypa" to nie przypadek, a ich szatański wytwór wdrażany na Ziemi według inteligentnego i dobrze przemyślanego planu mordowania ludzi". Jako remedium na tą chorobę autor zaleca, jedzenie jabłka po każdym posiłku, nalewkę z bursztynu i akupunkturę. Należałoby nadmienić, iż Pająk snuje podejrzenia także co do innych chorób, jakoby również pochodzenia pozaziemskie, m. in. Ospy i SARS.

Miejsce 4. Jan Pająk nie ogranicza się jedynie do budowy hipotez na temat wszędobylskich obcych. Zbiera również dowody na potwierdzenie swoich dywagacji. Możemy wyobrazić sobie jakoś takich dowodów spoglądając już na same teorie które miałyby potwierdzać, a to i tak nic w porównaniu z "faktami" którymi posiłkuje się doktor. Zbawienne w tej materii okazały się prześwietlone zdjęcia, nawiasem mówiąc dla Pająka taki fotograficzny efekt w ogóle nie istnieje, a podwójne i rozmyte obrazy wyjaśnia stanem telekinetycznego migotania. O dziwo, najbardziej absurdalna teoria tłumacząca podwójne naświetlenie fotografii wydaje się dla doktora tą najbardziej prawdopodobną. W bardzo krótkich odcinkach czasu, na co dzień ukryci pod postacią naszych sąsiadów (!), ufonauci ujawniają swoje prawdziwe oblicze, co zarejestrować może aparat fotograficzny.


Wielce znaczące jest zdjęcie po prawej, ukazujące kosmitę podszywającego się pod naukowca, co dowodzić ma kawałek urządzonka widoczny na tle jego głowy. Naukowcy są najbardziej znienawidzoną przez Jana Pająka grupą. Tak mocno wyszydzany autor, wciela swoich przeciwników w najczarniejsze w jego oczach postacie, ufonautów. "Wielu z nas czytając artykuł wyśmiewający i mieszający z błotem badania UFO, wcale sobie z tego nie zdaje sprawy, że faktycznie artykuł ten czy wypowiedź pochodzą od UFOnauty a nie od człowieka." W czasie swoich długich studiów tematu, Pan Pająk sporządził nawet rysopis postaci pod którymi funkcjonują obcy: fryzura podobna do popularnego jeżyka, gruszkowaty kształt głowy, u mężczyzn nierzadko broda i długi zwężający się nos.

Miejsce 3. Obciążanie zamachami z 11 września bogu ducha winnych ludzi, nie jest ani nowe ani oryginalne. Janowi Pająkowi zawdzięczamy novum w postaci swoich ulubionych ufonautów, pomysłodawców i wykonawców, jak to nazywa, "wyparowania WTC". Wszystkie znaki na niebie i ziemi przemawiające za samolotami wbijającym się w nowojorskie gmachy, nie stoją tu bynajmniej na przeszkodzie. Oznaczać to może jedynie, iż "alternatywni świadkowie" zostali zamordowani przez kosmitów. To jednak nie koniec. Także zamachy w Londyńskim metrze wydają się mieć jasnego mocodawce. "W spowolnionym czasie (podkreślę, "w spowolnionym czasie"!) spotkali się z niewidzialnymi dla ludzi wehikułami UFO które przybyły do nich aby im udzielić pomocy technicznej. Z UFO przenieśli na pociąg wymaganą ilość materiału wybuchowego i zainicjowali detonacje". Adekwatna relacje doktor rysuje opisując zamachy w Madrycie. UFO Miało zestrzelić prom Columbia, a w zasadzie być inicjatorem prawie każdej znaczącej informacji jaka dociera do nas z mediów.

Miejsce 2. Wydawać by się mogło że istnieć muszą katastrofy nie wywoływane przez obcych, powstałe od tak, siłami przyrody. Jak zaznacza doktor Pająk, to jedynie złudzenie. Tsunami z roku 2004, huragan Katrina, trzęsienia ziemi - dla ufonautów nie ma rzeczy niemożliwych. Dla przykładu, jeden z najważniejszych argumentów na "ufoniczność" straszliwego tsunami z nad Oceanu Indyjskiego, rozchodzi się o datę tej katastrofy, 26 grudnia, a jak pisze doktor, dwudziesty szósty to ulubiony dzień obcych. Piszę to nie bez kozery... zważywszy na dzisiejszą datę. Z rozszyfrowaniem huraganu Katrina sprawa wydaje się jeszcze prostsza. Dowody na jej sterowność przez obcych wydaja się przytłaczające. Katrina inteligentnie zmieniał swoje trajektoria. Zachowywał się więc tak, aby dokonać możliwie największego zniszczenia poprzez zablokowanie ujścia rzeki Mississippi. Równie inteligentnie churagan (pisownia oryginalna z blogu Jana Pająka) zmieniał swoją intensywność i ciśnienie. Przykładowo, na krótko przed zaatakowaniem wybrzeża, w celu uspokojenia ludzi i zmniejszania liczby ewakuowanych, zmniejsza swoją intensywność aby tuż przed atakiem ją jednak zwiększyć. To zaś dokumentuje, że był on inteligentnie kontrolowany".

Miejsce 1. Może kogoś zdziwi moje miejsce pierwsze, jednak o ile wcześniejsze pozycje napawają mnie naprzemiennie rozbawieniem i przerażeniem, ta teoria jest moim zdaniem wzruszająca. Są to zdjęcia pojazdów kosmicznych którymi przemieszczają się po naszym niebie obcy. Pochodzą one ze strony Pana Jana.


Zwykłem oglądać zamazane światła, niewyraźne plamy, rozmyte przed obiektywem lecące ptaki - we wszystkich tych obiektach dopatrywano się UFO. Jednak w tym wypadku mamy do czynienia z najzwyklejszymi chmurami, czarno na białym, czy biało na niebieskim widać, że są to chmury! Wedle słów doktora, latające spodki mają być wyposażone w maszyny do produkcji pary wodnej (!), która dokładnie zakrywa ich powierzchnie. Nie potrafię zrozumieć dlaczego pojazdy obcych nie chowają się w chmurach nie odpowiadających dokładnie ich kształtom, bo cóż to za przebranie zdradzające ich dokładny wygląd? Jak dowód na tą osobliwą teorie, Pająk przytaczane dwa fakty: ucieczkę prezydenta Bush'a do schronu na widok chmury w roku 2005 (!) oraz opowieść turystów zwiedzających park narodowy, którym po ujrzeniu chmury-ufo, całą powrotną podróż psuł się samochód (!)

14 października 2008

On, Ona i On

Zgubiłem się w tych boskich imionach. Precyzuje się z takim pietyzmem, że aż człowiek boi się coś przekręcić. A nuż modląc się do Kuk, zbyt słabo zaakcentuje ostatnią głoskę i wszystko pójdzie do Ku. Jest w końcu różnica między mrocznym egipskim bogiem wód, a hawajskim bożkiem opiekunem przodków, Kuk mogłaby się pogniewać. Wszystko to przypomina traktowanie Boga niczym głupawego psa, któremu cza jasno i wyraźnie i tylko tak jak się wabi, bo inaczej ni w ząb nie zrozumie. Można narzekać, że w takim nawale łatwo o pomyłkę, w samym hinduizmie mamy około 330 milionów bogów, jednak trudności zaczyna się dopiero, kiedy te nazwy się zmienia. Nawet Bogowie nie uciekną przed modą na pozorne zmiany, w której z prostacka Idei uczyniono wzniosłą Orange, a nasz stary poczciwy Jahwe okazał się Adonaiem. Skąd ta zmiana i czy są jeszcze inne powody poza tymi oficjalnymi, na zastąpienie imienia Jahwe przez Adonaia?

W Biblii wyróżniamy dwa główne nurty nazewnictwa Boga. Nasamprzód Bóg posługuje się imieniem Elohim (w skrócie El), począwszy od Mojżesza przechodząc na bardziej skomplikowany "Jestem tym, który zawsze będzie", Jahwe. Na szczęście nie jesteśmy pozostawieni mglistej i tajemniczej Biblii, obie postacie znane są archeologii i historii. Dzięki wykopaliskom i badaniom starożytnych przekazów wiemy o nich całkiem sporo. Dla tych którzy uważają że nauka nie może badać Boga - ewidentny przykład że jednak może. Co wiemy o Elu wychodząc poza Pismo Święte i kopiąć głęboko w ziemi? El był największym bogiem kananejskim. W Księdze Rodzaju król Jerozolimy Melichizedek składa ofiarę Elowi, co opatrzono komentarzem "wyniósł chleb i wino, a był on kapłanem Boga Najwyższego" (Rdz 14.18). Wyobrażano go jako postać siedzącą z rogami byka, symbolizującymi siłę. Widziano w nim starego Pana czasu, Pana dobroczynnego i miłosiernego. El pomimo iż był ojcem bogów i ludzi, trzymał się z dala od spraw doczesnych, chodź uosabiał wszechmoc, nie ingerował on w codzienność. Interweniował sporadycznie, szukając żony dla swojego syna Kareta, czy uśmiercając swojego wnuka Akhata. W tym samym panteonie rezydował Jahwe, o którym religioznawca Jacek Sieradzan pisze:

Historycznie biorąc, Jahwe to jedno z wielu semickich bóstw natury. Pierwotnie imię to było związane z idiomem wskazującym na bóstwo pogody, a jego objawienie nierzadko kojarzono z burzą i błyskawicą. Na podstawie rozmaitych fragmentów w przeszłości uważano Jahwe, za lokalne bóstwo góry Synaj o charaktrze wulkanicznym( Wj 19.18), bóstwo przyrody które miota piorunami (Ps 77.18), przemawiającego za pomocą grzmotów (Wj 3.1-2) władcę deszczu (Rdz 7.11; Iz 24.18; Hi 38.25).
Dziś trudno odtworzyć pierowtny związek Ela z Jahwe. Zdaniem Franka Crossa Jahwe był kultowym imieniem El, w opinii Josepha Campbella ("Bohater o tysiącu twarzy") z czasem Jahwe - bóg burzy i El - bóg słońca stopili się w jedne, zaś polski badacz Witold Tyloch uważał że Jahwe był synem Ela. Teorii jest sporo, natomiast bezspornie wiemy , iż Jahwe miał żonę! W pewnym okresie rozwoju swojego wizerunku, jego towarzyszką życia była krwiożercza bogini Anat, z którą tworzył boską parę Anat-Jahu. W "Słowniku mitów świata" Arthura Cotterelli, pod pojęciem Anat kryje się taki oto opis:
Bogini matka, najbardziej energiczna z bogów kananejskich. Mimo, że nazywano ją "Panną", "Dziewicą", była boginią agresywną, przedstawiana jako brodząca we krwi zabitych przez nią ludzi. Pod imieniem Aszirat małżonka Boga El, jako Astarte "Królowa niebios", wyznawana przez Hebrajczyków. W Piśmie Świętym Jahwe powiada prorokowi Jeremiaszowi: "Synowie zbierają drewno, ojcowie rozpalają ogień, a kobiety ugniatają ciasto, by robić pieczywo dla >>królowej niebios<< " (Jr 7.18). W Mizpah odnaleziono jej świątynie wybudowaną jednocześnie i tuż obok świątyni Jahwe, natomiast gminy żydowskie w Górnym Egipcie jeszcze w V wieku p.n.e. uważały ją za boską małżonkę.
Jak widać, machlojstwo imionami nie ułatwiają w rozjaśnieniu całej sytuacji. Wszystko to nie jest bynajmniej jednoznaczne, warto jednak zasygnalizować, że problem taki w ogóle istnieje. Dla chętnych wyrobienia sobie własnego opinii w temacie, zachęcam do lektury dyskusji "katolickiej strony konfliktu" w postaci Jana Lewandowskiego (Czy w Biblii są jakieś pozostałości politeizmu?) z ateistycznym światopoglądem Mariusza Agnosiewicza (Przemilczana historia Jehowy).

8 października 2008

U źródeł masowej niewiary

Modnym ostatnio rozważaniem stały się dociekania nad konsekwencją dla polskiego katolicyzmu, postępującej dookoła nas laicyzacji. Zatracanie przez społeczeństwa Europy poczucia więzi z religią, różni się zasadniczo od ateistycznych coming out'ów. Źródła tych drugi znamy i są mniej więcej takie jak źródła manifestacji czarnych w Stanach Zjednoczonych w latach 60-tych, czy dzisiejszych parad gejowskich - grupa czująca się represjonowaną zaczyna afiszować się ze swoim "problemem", chcąc pokazać sobie i innym, iż nie jest w nim osamotniona. Trudniej wyjaśnić masowe odwracanie się od Boga. Jako najważniejszą przyczynę takiego porzucania wiary, powtarza się nieodmiennie głupi argument materialnego dostatku jakim obrośliśmy. Według tej hipotezy ipody i tostery stanowią bezpośredni impuls do naszych religijnych wątpliwości, a nożem wbijanym w kościelną frekwencje jest diabelska triada PlayStation-komputer-telewizor. Być może serwowane telewidzom "tańce gwiazd", w odmianach każdej powierzchni na jakiej tylko da się tańczyć, wywiewają cześć wiernych z katedralnych naw, trudno jednak tak skretyniały program "winić" za szerzenie się ateizmu. Wydaje się nieprawdopodobne aby niedzielne wizyty w hipermarkecie, dekompletujące wiernych na mszy świętej, zastępowały w nas potrzebę duchowości. Pomimo tego co się wielu wydaje, chodzenie do kościoła nie równa się podtrzymywaniu wiary w Boga. Cytując najbardziej znaną myśl księdza Józefa Tischnera: "jeszcze nie widziałem nikogo, kto stracił wiarę, czytając Marksa, za to widziałem wielu, którzy stracili ją przez kontakt ze swoim proboszczem".

Bezpośrednim powodem dla którego poruszam ten temat, jest raport opublikowany przez "Laboratorium Więzi", na temat zagrożeń jakie czyhają na polski kościół. Autorzy podkreślają w nim naukowość metod jakimi się posługują, jednak za Adamem Szostkiewiczem nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż są to jedynie refleksje kilkunastu osób, a nie "science" jakiego mieliśmy doświadczyć (jest jeszcze opcją, iż raport który Szostkiewicz krytykował w Tygodniku Powszechnym nie jest tym samym raportem który czytałem, a który podesłałem w linku). Badania socjologów Laboratorium, o ile interesujące, posiadają jednak szkopuł obciążenia katolickim światopoglądem podmiotu badającego, czyli samych badaczy. Nie odpowiadają one na pytanie o bezpośrednią przyczynę zaniku wiary, ale jak na ten zanik powinien reagować Kościół aby nie tracić wiernych. Socjologia nie zostawia nas jednak w tym temacie samym sobie, nie skazuje nas na głos jedynie katolickich badaczy tego zjawiska. Jeden z największych socjologów religii, Peter Berger, poświęca równo pól "Świętego baldachimu" na rozpoznania podłoża tego procesu. Jak każda inna taka teoria i ta nie jest wolna od błędów, na chłopski rozum jesteśmy wstanie podać wiele przykładów nieprzystających do wytyczonych tu reguł, tezy te są jednak na tyle oryginalne, iż może warto dowiedzieć się jakie przyczyny laicyzacji i sekularyzacji widzi się na świecie.

Jak sądzi Berger, laickie jądro posiadają do pewnego stopnia same religie, coraz radykalniej transcendentne. Widzimy to protestantyzmie, który zerwał z ideą świętych mężów i świętych sakramentów, powątpiewa w sens modlitwy za zmarłych i niezwykłość postaci Maryi. Jedyną pępowinę łączącą człowieka z niebem, którą u protestantów jest sam Bóg, łatwiej jest jednak odciąć niż wiele kanałów którymi posługują się katolicy. Odejście od sacrum zniechęca wiernych, w dobie rządów mediów i reklamy, wszystko musi dostosować się do ich wymogów aby bezpowrotnie nie zaniknąć, nawet ludzka wiara. Instytucje religijne stają się agencjami rynkowymi, a tradycje religijne - artykułami konsumpcyjnymi. To co kiedyś należało do natchnionych proroków dziś należy do wykutych w siermiężnych seminariach księży. Wszystkie te argumenty wynikają i wskazują na ten najważniejszy, którego ze świecą szukać wśród katolickich analiz - jest nim racjonalizowanie się społeczeństwa. O ile mam wątpliwości, czy wiek XX zasłużył na miano "wieku sceptycyzmu", bez wątpienia jeśli ktoś tylko chciał, mógł być w nim sceptykiem pełną gębą jak nigdy wcześniej. Coraz większa racjonalność rzeszy osób nie wynika jednak z lektury popularnonaukowych książek, a z wykształcenia które wymaga od nas rynek pracy, nasz sceptycyzm jest poniekąd przypadkiem, skutkiem ubocznym dzisiejszego świata. Jeśli to całość rzeczywistość z która obcujemy machluje przy naszym zdroworozsądkowym światopoglądzie, jeśli to właśnie tu tkwi przyczyna kryzysu wiarygodności religii, może i rzeczywiście toster z ipodem są tymi cichymi bohaterami.