12 marca 2014

Sztukmistrz Stefan Ossowiecki

Dlaczego z kapelusza wyciąga się króliki, a nie np. szczeniaki? Sekretem popularności królika jest fakt, iż jest to zwierzak dość układny i co by nie mówić głupawy. Kot czy kura, zamknięte w podwójnym dnie kapelusza mogą wierzgać. Królik natomiast z pokorą akceptuje swój króliczy los. Jeśli opanowaliście już sztuczkę z królikiem macie dwa wyjścia, Po pierwsze, możecie jeździć po szkołach, spraszać znudzone dzieciaki i kasować 2 zł od biletu. Jest też opcja o wiele bardziej intratna. Należy okrzyknąć się króliko-magiem. Przygotować rzewne historyjki jak to od dziecka króliki spontanicznie materializowały się w waszej obecności. Dorobić do tego teorię, o komunikacji z wymiarem beta-królik, gdzie ustawione w kolejce futrzaki czekają na teleportacje do nasze świata. Najważniejsze aby iść przy tym w zaparte, że nie jest to żadna sztuczka, a rzeczywista materializacja będąca wynikiem naszych nadprzyrodzonych mocy. Niestety, królik w kapeluszu bardzo mocno kojarzy się ze pospolitym iluzjonistą. Może być ciężko przekonać ludzi, że to nie sztuczką jaką znają, a prawdziwe zjawisko króliko-paranormalne. Sprawa miałaby się znacznie lepiej, gdyby nasze oszustwo było mniej wyświechtane. Dokładnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia przed wojną. Istniał wówczas nieźle rozwinięty, acz mało jeszcze znany dział prestidigitatorstwa zwany mentalizmem. Były to efektowne sztuczki, które miały przekonać widza, iż iluzjonista czyta w jego myślach. To wystarczyło aby lata 20te i 30te usiane były telepatami, a medium komunikujące się z duchami działało niemal na każdej ulicy. Obecnie (czy jak wolą niektórzy, w drugim dwudziestoleciu międzywojennym) tego typu matactwa prawie całkowicie wyginęły. Przyczynili się do tego telewizyjni iluzjoniści. Praktycznie każdy szanujący się dziś magik, ma w swoim repertuarze czytanie w myślach. Magicy praktycznie nie róbią już żadnych innych sztuczek, a mentalizm jest obecnie absolutnie dominującym działem sztuki iluzji.

Stefan Ossowiecki zadbał, aby jego życie otaczała większa ilość mitów niż faktów. Wciąż czytam, że zdolności Ossowieckiego potwierdził sam Marszałek Piłsudski. Pomijając brak jakichkolwiek kompetencji Piłsudskiego w wyjaśnianiu iluzji scenicznej, prawda jest jeszcze smutniejsza. Z zachowanych opisów spotkań tych panów wynika, że to bardziej Ossowiecki testował Piłsudskiego, niż na odwrót. Piłsudski był najwyraźniej przekonany iż posiada nadnaturalne moce parapsychiczne, w czym Ossowiecki stale go utwierdzał. Powszechnie sądzi się, że Ossowiecki był nadzwyczajnym przedwojennym jasnowidzem. Przepowiadanie przyszłości to jednak margines działalności Ossowieckiego. Zresztą zupełnie się pod tym względem nie wyróżniał. Był raczej średniej jakości wróżbitą, nawet jak na standardy swojej epoki. Kiedy tylko miał opisać zbrodnię, zawsze widział drzewa, lasy, łąkę i drogę (skąd my to znamy?). Prawdziwą domeną Stefana Ossowieckiego która zapewniła mu sławę, było czytanie w myślach. Dokładnie, było to odczytywanie rysunków lub zdań z zapieczętowanych kopert. Aż do kresu swych dni Ossowiecki uchodził więc za telepate. Z czasem, na taką "telepatie z kartki" upowszechnił się termin kryptoskopia. Dziś, cały ten dział nazywa się ogólnym terminem remote viewing (widzenie zdalne). Być może zastanawiacie się, czy wiem w jaki sposób Ossowiecki wykonywał swoje sztuczki? I tak i nie. Oczywiście wiem w jaki sposób się je wykonuje, niestety opisy dokonań Ossowieckiego są bezwartościowe. Na ich podstawie nie sposób z całą pewnością powiedzieć, który sposób upodobał sobie Stefan. Bazujemy jedynie na andegdotach samego Ossowieckiego i historyjkach ślepo wierzącej w niego publiczności. Nie zmienia to jednak ogólnego wrażenia, że kiedy tylko uważnie się je czyta, między wierszami widać łatwe do spreparowania oszustwa.

Ludzie eksperymentujący z Ossowieckim skupiali się na zupełnie nieistotnych faktach, natomiast pomijali te absolutnie fundamentalne. Na przykład: wdają się w szczegółowy opis miejsca, do którego udali się aby nanieść rysunek. Opisują, czy ktoś obok nich był, czy zamknęli drzwi etc. Natomiast zupełnie pomijają opis, co dokładnie robił z tą kopertą Ossowiecki. Zwykle piszą tylko tyle, że przez kilkanaście minut trzymał ją za plecami. Yyy, ze co?! Jeśli naprawdę wyglądało to w taki sposób, że na kwadrans tracono z oczu kopertę, to równie dobrze Osssowiecki mógłby wyjść z kopertą do innego pokoju, zamknąć się z nią na pół godziny, a później wrócić i "telepatycznie" odczytać jej zawartość. Nawet jeśli spisujemy swoje tajemnice w sejfie umieszczonym na Marsie, a później dajemy tę kartę iluzjoniście do potrzymania choćby na 3 sekundy, to wszystkie nasze wcześniejsze zabezpieczenia w tym momencie nie mają już znaczenia. Mielenie kartki przez Ossowieckiego wygląda żałośnie przy wyczynach dzisiejszych mentalistów, takich jak Steven Frayne czy Derren Brown. Nawet gdyby Ossowiecki przez te 15 minut zastygł w bezruchu i tylko raz podrapał się po czole - cały eksperyment nie ma już sensu. Jest to gest absolutnie wystarczający, aby poznać wygląd tego, co mamy za plecami. Wiemy, że kiedy Ossowiecki dostawał zapieczętowany obrazek "telepatycznie go skanował", następnie rysował na jego podstawie swój własny, aby na koniec porównać ich zgodność. W opisie doświadczeń brakuje jednak tak podstawowej informacji jak to, kto pierwszy pokazywał swój obrazek, Osowiecki czy klient? Wystarczą 2 sekundy różnicy, aby dyskretnie nanieść na kartkę prosty rysunek - a dodajmy, że Ossowiecki domagał się jedynie prostych rysunków. To, że przynajmniej w pewnych przypadkach nie przenikał umysłu ludzi, a po prostu zaglądał do tych kopert, wiemy pośrednio od niego samego. Niechcący zdradza to w swojej autobiografii opisując spotkanie z Panem Wodzinowskim ("doświadczenie numer 43"). Wodzinowski przyszył kartkę do koperty, tak ze Ossowski nie mógł jej wyciągnąć. Jego "umysł" widział więc tylko tyle, na ile pozwalała odgięta kopertę, a więc jedynie dół obrazka. Czy tak powinna wyglądać telepatia?

Nawet jeśli wyczyny Ossowieckiego nie były specjalnie wyrafinowane, ktoś musiał go tego nauczyć. To co wiemy na pewno, to to, że Ossowiecki pobierał nauki u Worobieja, który "wskazał mu sposób ćwiczenia i rozwijania zdolności". Jak twierdził Ossowiecki, Worobiej nauczył się ich od Indyjskich Świętych Mężów. Jeśli ktoś nie wie kim są owi indyjscy godmeni, to informuje że to rzadkiej próby skurwysyństwo. Pół roku temu za walkę z tą szarlatanerią swoim życiem zapłacił lider indyjskich sceptyków Narendra Dabholkar (na fali oburzenia tym morderstwem w Indiach przyjęto ustawę o zapobieganie i zwalczaniu praktyk magicznych). Wydaje mi się to zbyt romantyczne, zbyt piękne, aby umiejętności Ossowieckiego pochodziło wprost ze wschodu. Myślę, że po prostu pokazał mu to jakiś zaprzyjaźniony magik. Tym bardziej, że takich Ossowieckich mieliśmy wtedy od cholery Nachodzi mnie smutna refleksja, jak w ogóle w 39' mogliśmy przegrać, skoro dysponowaliśmy takim zapleczem? Materializacja przedmiotów (np. bomb), telekineza (zrzucenie ich na wroga) bilokacja (wywiad), jasnowidzenie (kontrwywiad), a to tylko mała garść z tego co przypisywał sobie Ossowiecki. W samej przedwojennej Warszawie działało pewnie z kilkadziesiąt panów i panien, które na swoich seansach spirytystycznych potrafili materializować duchy i różnego rodzaju stwory. Wystarczyło zmaterializować np. tyranozaura w sypialni Hitlera czy innego Putina. Tak własnie czas i życie weryfikuje moce nadludzi.

8 marca 2014

Dżendery: co na to naukowcy i czemu zwykle nie mają racji

Dzień Kobiet to dobry pretekst, aby dokończyć leżącą odłogiem notkę na temat gender. Jest to luźne streszczenio-tłumaczenie artykułu What Science Says and Why It’s Mostly Wrong autorstwa Harriet Hall, oraz jej wystąpienia sprzed kilku dni na konferencji Darwin on the Palouse, pod tym samym tytułem. Sam artykuł jest zlepkiem kilku tekstów z bloga Science-Based Medicine, który Hall prowadzi wraz z paroma chłopakami.
.....................................................

Każdy, kto spojrzy na listę uniwersaliów kulturowych antropologa Donalda Browna, dostrzeże wiele różnic pomiędzy płciami. Uniwersaliów kulturowych - a więc takich cech kultury, dla których nie znamy żadnego wyjątku. Okazuje się, że we wszystkich znanym antropologom kulturach, kobiety opiekują się dziećmi statystycznie częściej niż mężczyźni, mężczyźni natomiast wykazują większe zainteresowanie sferą polityczną, a także są zwykle starsi od swych partnerek. Wszędzie też zaobserwowano podział pracy według płci. Jednak to, że dana cecha uchodzi za uniwersalną, nie mówi nam czy jest wrodzona (określona przez biologię) czy nabyta w procesie wychowania (określona przez kulturę). Ewolucjoniści podsuwają gotowe wyjaśnienia, jak owe różnice płci mogły przyczynić się do przetrwania naszego gatunku. Na przykład, bardzo prawdopodobne jest, że wrodzona skłonność kobiet do opieki nad dziećmi, wynika choćby z ich możliwości karmienia piersią, co zwiększało przeżywalność niemowląt. Zabawnie robi się, kiedy ewolucjoniści próbują wyjaśnić np. preferencje kobiet do koloru różowego. Spekuluje się, że pomagało to kobietom w wypełnianiu ich kobiecych ról - czyli w zbieraniu leśnych owoców (lepsze rozróżnienie dojrzałych, różowo-czerwonych jagód,). Jest to o tyle absurdalne, że jeszcze 100 lat temu, to chłopcom przypisywano zamiłowanie do koloru różowego, dziewczętom zaś do niebieskiego. Tłumaczono to "faktem', iż kolor różowy jest mocniejszy, bardziej zdecydowany, stąd bardziej odpowiada chłopcom. Kolor niebieski jest kolorem bardziej delikatnym, a zatem ładniejszym dla dziewczynek.

W badaniach na płcią kulturową naukowcy chcąc nie chcąc muszą przyjąć założenia, co jest atrybutem męskim a co żeńskim. W niektórych badaniach fantazjowanie o małżeństwie kodowane jest jako kobiece, ale już "pozytywna orientacja w kierunku małżeństwa i rodzicielstwa" kodowana jest jako męskie. Zachowanie takie jak inicjowanie seksu charakteryzuje się jako męskie. Dzisiejsze myślenie, że mężczyźni mają większy popęd seksualny niż kobiety, jest dokładnie odwrotnością idei renesansowej, gdzie to kobietom przypisywano nienasycenie seksualne, zaś mężczyźni uchodzili za tę płeć, którzy lepiej kontrolują swoje pragnienia. W dzisiejszych czasach mężczyzna skrupulatnie dbający o swój wygląd uchodzić może za zniewieściałego. Tymczasem kilka wieków temu, gruby makijaż na męskiej twarzy był oznaką tryskającego testosteronem kobieciarza. Problem z przypisywaniem atrybutów męskich i żeńskim nie omija słynnych eksperymentów z zabawkami - do której zabawki szkrab przypełznie w pierwszej kolejności, do piłki czy do lalki? No właśnie, czy piłka jest aby na pewno zabawką chłopięca? W jednych badaniach przypisuje się ją do kategorii zabawek chłopięcych, w innych do kategorii zabawek neutralnych. Kiedy studenci obserwują niespełna dwuletnie dzieciaki, te same zachowania określają jako męskie, kiedy myślą że dziecko jest płci męskiej, a te same zachowania widzą jako kobiecie, kiedy myślą, iż mają do czynienia z dziewczynkami.

Harriet Hall
Jeśli chodzi o dociekania naukowe w kwestiach płci, jest w istocie znacznie gorzej, niż mogłoby się wydawać. Nie tylko rozróżnienie na zachowania męskie i kobiece przysparza niemałych problemów, ale samo rozróżnienie płci! Nie ma jednego, prostego, wiarygodnego badania, w celu ustalenia, czy dana osoba jest mężczyzną czy kobietą. Dziś wiemy, że płeć, może być niezależna od każdego z jej fizycznych aspektów: chromosomów (obecność Y, najlepiej w wariancie XY), narządów rozrodczych, hormonów, czy genów (gen SRY). Stopniowo stało się jasne, że nasza płciowość jest wielowymiarowym spektrum osadzonym na kilku osiach - biologicznych, społecznych i psychologicznych. Problematyczne są także same osie, ponieważ nauka nie wykazała niezbicie, które cechy są zdeterminowane biologicznie. Nawet 100% "chromosomalny", "genetyczny", mężczyzna, będzie dla nas kobietą, jeśli jego pierwszo- i drugo-rzędowe cechy płciowe wskazywać będą na kobietę. Kategoryczne przypisanie kogoś do danej płci jest proste jedynie dla laika - z naukowego punktu widzenia jest to piekielne skomplikowane. Różnice płci wyrażają się w średnich, średnia zaś jest bez znaczenia dla jednostki.

Czy zatem odrzucić prosty podział na rzecz określania się na wielowymiarowej macierzy? Próbować opisać się jako 73% mężczyzna, 21% kobieta i 6% innych? Oczywiście, że nie! Klasyfikacja binarna jest wystarczająca dla ogromnej większości przypadków. Jest przy tym bardzo użyteczna i praktyczna. Istnieją realne różnice pomiędzy płciami, które są bardzo ważne np. w medycynie. Istnieją różnice między płciami w częstości występowania wielu zaburzeń psychologicznych i medycznych. Wiemy, że mężczyźni i kobiety mają różne reakcje na niektóre leki. W medycynie, informacja czy pacjent jest mężczyzną czy kobietą jest niezwykle ważne dla poprawnej diagnostyki i leczenia. Nie możemy wykluczyć różnic w predyspozycjach niemowląt płci męskiej i żeńskiej. Jednocześnie nie możemy tego stwierdzić. Jedynym sposobem na przetestowanie tych twierdzeń, jest wychowywanie dzieci w oderwaniu od wszelkich wpływów kulturowych, co jest niemożliwe. Mózg kobiety i mężczyzny różni się, choćby dlatego, że ten pierwszy jest o 8-10% mniejszy. Nie do końca jednak rozumiemy jak przejawia się to w różnicach płciowych. Choć w trakcie neuroobrazowania jesteśmy w stanie zmierzyć różnice w przepływie krwi lub metabolizmie glukozy, wciąż nie potrafimy tego dobrze zinterpretować. W tym momencie możemy śmiało powiedzieć, że mózgi kobiet i mężczyzn różnią się, ale tak naprawdę nie możemy określić jak się to przejawia. W poszukiwaniu naukowej prawdy możemy postawić hipotezę, że najpewniej  istnieją wrodzone różnice pomiędzy płciami. Niestety nadal musimy ich szukać, miejmy nadzieję, uzbrojeni w lepsze narzędzia i lepsze metody niż te stosowane dotychczas.

7 marca 2014

Wszyscy jesteśmy Chrystusami

Kim byłby Jezus gdyby żył w naszych czasach? Księdzem niesłusznie oskarżonym o pedofilię i zamordowanym przez współwięźniów? Może nosiłby rozpromienioną uśmiechem twarz niewinnego dziecka? A może byłby kroplą rosy, która niczym anioł....dobra, wystarczy. Oczywiście wiemy kim byłby Jezusem. Kilkadziesiąt biografii osób, które ostatnimi czasu uważały się za mesjasza, daje dość jasny profil dzisiejszego Jezusa. Podobnie jak wielu współczesnych mesjaszy zapewne miałby tysiące wiernych (i miliony dolarów na koncie). Wielkie pieniądze to chyba najczęstsza jezusowa cecha. Taki Jezus to m.in Filipińczyk Apollo Quiboloy, Portorykańczyk Jose Luis Miranda, a także Ariffin Mohammed, Sun Myung Moon czy Francuz Claude Vorilhon. Obstawiałbym raczej kogoś takiego, niż biednego kaznodzieje chodzącego od wioski do wioski. Tym bardziej, ze takich wędrujących Jezusów znalazłem tylko dwóch - Brazylijskiego astrologa Alvaro Theissa i Amerykanina Franciska Hermana Pencovica. Jeśli chodzi o najbardziej chodliwe przesłanie, od dwóch tysięcy lat panuje w tym fachu konsensus. Warto postawić na zbliżający się sąd ostateczny. Na apokalipsie swoje jezusostwo zbudował znany w Polsce syberyjski mesjasz Siergiej Torop. Mający w latach 90tych około 80 tys wiernych Jusmalos, wieszczył koniec świata na 10 listopada 1993. W podobny sposób "rozczarował" swoich wiernych Koreańczyk Sahng-hong Ahn w 1988. W 2012 jako datę końca nie wstrzelił się Australijski Chrystus Alan John Miller. Sporo z mesjaszy potrafi uzdrawiać. Są to jednak usługi dość wątpliwej jakości. Japończyk Hogen Fukunaga kasował 900 dolarów za samo obmacanie stóp. A miał co macać! W szczycie swojej popularności posiadał w Japonii 30 tysięcy wyznawców. Ostatnim elementem przynależnym Jezusom jest ich antysystemowość. Takich Chrystusów jest kilku, wśród nich wyróżniają się zwolennicy teorii spiskowych i wyznawcy Nowego Porządku Świata. Przykładem takiego proroka jest jezus-transwestyta David Shayler.

Jak widać w byciu Jezusem nie obejdzie się bez białych ciuchów

Pewne przejawy jezusowości, mają już nawet swoją nazwę: zespół Gastauta-Geschwinda. Jest to bardzo rzadka przypadłość cechująca się skrajnym podejściem do seksualności, potrzebą posiadania grona uczniów, ponadprzeciętnym zainteresowaniem religią i moralnością, a także hipergrafią (kompulsywną potrzebę ciągłego pisania). Szacuje się, że Ryuho Okawa mógł napisać około 500 książek, zaś Samael Chirk Weor ponad 60 - w tym jedną, w której wyznaczył datę swojego zmartwychwstania na rok 1978. Co najmniej dwie persony uważające się za mesjaszy, oskarżono w ostatnich latach o pedofilie. Jest to charyzmatyczny kaznodzieja Brian David Mitchell oraz guru Kościoła Sprawiedliwości Bożej Wayne Bent. Jeśli chodzi o nasze polskie podwórko, żaden z Jezusów nie osiągnął wymaganego minimum, aby znaleźć się na światowych listach. Do głowy przychodzą mi jednak dwie postacie. Andrzej S i sekta Gryfian. Nieliczne grono wiernych, ale bardzo aktywne w internecie. Kilka lat temu rozmawiałem z niektórymi z nich. Niestety należeli do ludzi bardziej niebezpiecznych niż zabawnych. Drugi polski Jezus to oczywiście Romuald Statkiewicz, celebryta youtuba. W tym ostatnim wypadku nie spodziewałbym się wielkich sukcesów. Chrześcijanom pozostaje nadzieja, że Jezus z Nazaretu zasadniczo różnił się od dzisiejszych mesjaszy. Być może świadkowie sprzed dwóch tysiącleci relacjonowali wydarzenia rzetelniej, niż wyznawcy opisywanych tu postaci. Istnieje oczywiście możliwość, że wierni starożytnego Jezusa byli bystrzejsi od tych, którzy wierzą w cuda czynione rzekomo przez dzisiejszych szarlatanów. Może starożytni rybacy byli bardziej racjonalni i nie uwierzyliby w przebierańców - w przeciwieństwie do ich teraźniejszych odpowiedników, którzy łapią się na każdą tanią sztuczkę. Tego sobie i chrześcijanom życzę.

1 marca 2014

Krzysiek tropi Mariusza, a dookoła kosmici

W czasach kiedy ulicami płyną wartkie potoki dewiantów wylewające się z więzień, jakoś łatwiej przyznać się do własnych zboczeń. Pewnie myślicie, że szyję ubrania z ludzkiej skóry, a później tańcuję w nich przed lustrem? Niestety jest znacznie gorzej. Jedynie jakaś niezdrowa, homoerotyczna obsesja jest w stanie wytłumaczyć moje uporczywe zainteresowanie telewizyjnym jasnowidzem Krzysztofem J. Tym samym, który z jeno sobie znaną precyzją potrafi zawęzić poszukiwania zaginionych osób do planety Ziemia. Pan Krzysztof podłapał nową fuchę. Został dyżurnym ekspertem prasy brukowej. Ta pyta go o zdanie w gorących tematach, kiedy nie ma nowych newsów, a motłoch wciąż żąda nowych faktów. Jednocześnie postanowił wydrążyć sieć rozległych jaskiń pod dnem swoich nietrafnych przepowiedni. Kiedy na widok pasących się nieopodal dzieci Mariusz T dopiero przełykał w swoim lochu ślinkę, Pan Krzysztof już wyrokował o przyszłości pedofila. "Będzie zabijał!". Mariusz T jeszcze nie naostrzył swoich wampirzych zębów, a Krzysiek wiedział już nie tylko, że zabije, ale nawet kto padnie jego łupem! Miała być to starsza kobieta. Pamiętacie, jak Krzysiek skarżył rzecznika Policji? Poczuł się niedoceniony, kiedy policjant śmiał zwrócić mu uwagę, iż ciągłe podpowiedzi "ciało znajduje się blisko drzew" są mało konkretne. Przezorni rodzice zamykają okna w pokojach swoich pociech, aby Mariusz T nie wleciał do nich na swoich nietoperzowych skrzydłach, tymczasem Krzysiek dzięki swoim paranormalnym zdolnościom wie, gdzie skrywa się pedofil! Jak myślicie? Gdzie może się skrywać? Tak! Brawo! W małej miejscowości koło lasu! Trzeba przyznać, fajnie być takim jasnowidzem. Człowiek może tylko siedzieć, mówi coś o drzewach i odznaczać petentów. Las, rów, krzaki, następny. Las, polna droga, wysokie ogrodzenie, następny. Las, ziemia, woda, (dwutlenek węgla, taka sytuacja), następny...

Krąg z kalifornijskiej farmy w Chualar
Drugim, przeterminowany o kilka tygodni tematem, jest sprawa kręgu zbożowego z Chualar. Otóż pod koniec grudnia, na farmie Scota Anthoniego pojawił się wydeptany w zbożu symbol. Eksperci zabrali się do analizy. Ze znaku biła energia, niepołamane kłosy, ble ble, wiadomo - autentyk. O ile ufo-specjaliści dość szybko odczytali zaszyfrowaną w kręgu zbożowym liczbę 192, sam przekazał wywołał głębsze spory. Wskazywano na pierwiastek Iryd, protokół internetowy, a nawet na zbliżającą się do ziemi kometę ISON. Prawda jak zwykle okazała się okrutna. Wielkie koncerny opłacają już nie tylko naukowców i podlizujących się im blogerów. Okazuje się, że na garnuszku wielkich firm są nawet kosmici! W styczniu podczas targów elektronicznych w Las Vegas wyszło na jaw, że tajemniczy zbożowy znak to Tegra K1, najnowszy procesor graficzny firmy Nvidia. Nie wiadomo tylko czym zapłacono kosmitom za ten bezczelny marketing. Ofiarowano im do pocięcia krowę? Czy może listę mało produktywnych pracowników Nvidi, których kosmici mogą teraz porwać do swych niecnych eksperymentów? Po takim blamażu sprawa wydawałaby się zamknięta, ale oczywiście ufo-specjaliści się nie poddają. To w końcu niemożliwe aby człowiek mógł wygnieść w zbożu taki rysunek! Upchnięcie na kilku centymetrach kilkunastu miliardów tranzystorów? Łatwizna! Udeptanie zboża w kształt takiego układu, to dopiero wyzwanie! Może za kilkaset lat ludzkość rozwinie się na tyle, iż będzie potrafiła tak wydeptać zboże. Jak na razie jest to w zasięgu jedynie cywilizacji pozaziemskich.