18 kwietnia 2013

Wielkostopologia

Jakiś czas temu Rafał Marszałek opisał na swoim blogu historię Melby Ketchum, badaczki Wielkiej Stopy. Melba jest którąś tam z kolei osobą, twierdzącą, iż jest w posiadaniu DNA Sasquatcha i jak jej podobni szaleńcy najpewniej święcie w to wierzy. Jako, że żadne czasopismo naukowe nie chciało przedrukować jej rewelacji, Melba postanowiła założyć swoje własne czasopismo (w innej wersji, kupić już istniejące), gdzie będzie mogła dawać upust swoim intelektualnym zboczeniom, pod szyldem poważnej prasy naukowej. Myślę, że warto przy tej okazji zastanowić się skąd u ludzi z tytułem naukowym potrzeba podążania taką futrzaną ścieżką kariery. Pomijając romantyczną wiarę w Sasquatcha słynnej brytyjskiej antropolożki Jane Goodall, są biolodzy, którzy znaczną cześć swojej kariery poświęcili Wielkiej Stopie. Należałoby przypomnieć choćby książkę Big Foot Prints, ekscentrycznego antropologa Grovera Krantza. w której na poważnie rozpatruje historie Jacko, dziecka Wielkiej Stopy, będącej mistyfikacją jeden z gazet. Za dowód istnienia Sasquatcha uznaje też filmy Ivana Marxa, człowieka który gdziekolwiek się nie udał i kiedy tylko miał kamerę, zawsze natrafiał na biegnące koło drogi Sasquatche. Krantz szokował zarówno mainstreamowych naukowców jak i kryptozoologów. Zasłynął zdaniem, że kiedy tylko ktoś zobaczy Sasquatcha powinien go zabić i odciąć największy kawał ciała, jaki zdoła unieść, najlepiej głowę, a gdyby ta była za wielka, odrąbać żuchwę. 

Skąd ta obsesja, aby bzdurom o Sasquatchu nadawać naukową otoczkę? Do tej pory za DNA Sasquatcha robiły głównie futra łosia i niedźwiedzia. W ostatnim czasie największe nadzieje wiązano z próbkami z Gór Błękitnych, które okazały się syntetycznym, sztucznym włosiem. Fragmenty sierści zebrane w 2005 w Kanadzie, którymi podniecali się kryptozoolodzy, okazały się futrem bizona. To, co skompromitowało środowisko kryptozoologów najbardziej, miało miejsce w roku 2008. Dwóch badaczy, Matthew Whitton i Rick Dyer ogłosiło odnalezienie ciała Wielkiej Stopy. Wybuchło spore zamieszanie, a sprawą zajął się Discovery Channel. Dowody zostały przedstawione na konferencji prasowej, transmitowanej przez telewizje kablowe w systemie pay per view. Owym dowodem okazało się zdjęcie wystającego z bagażnika kostiumu Sasquatcha, zaś próbka DNA pochodziła od oposa. Jeszcze przed rozpoczęciem konferencji, o sprawie bardzo krytycznie wypowiedział się Jeffrey Meldrum, antropolog z Uniwersytetu Idaho. Raziła go m.in. nienaukowa forma informowania o odkryciu. Meldrum, szef Bigfoot Field Reserchers Organization, jest obecnie jednym z nielicznych badaczy Wielkiej Stopy, posiadającym do tego formalne wykształcenie. Opinie, co do jego osoby są podzielone, nie mniej na pewno drzemie w nim doza krytycyzmu. Rok temu Meldrum wrócił z Rosji, gdzie został zaproszony przez badaczy syberyjskiego Yeti. Orzekł, że to, co tam widział, przypomina bardziej kampanię reklamową obwodu kemerowskiego, niż jakiekolwiek badania.

Należałoby dodać, że nie wszystko, co wychodzi spod pióra niedowiarków, prezentuje wyższy poziom niż teorie apologetów Sasquatcha. Trzy lata temu światło dzienne ujrzała książka Joshu Buhsa The Life and Times of a Legend, gdzie za amerykańskimi opowieściami o Sasquatchu stać miała "symultaniczna metafora siebie i innego". Miłośników wyjaśnień kulturowych zainteresować powinna hipoteza Hughowa Trotti, którą oparł na lekturze książki Daniel Boone The Life and Legend of an American Pioneer. Jak się okazuje, istnieje spore podobieństwo pomiędzy pierwszymi opowieściami o Wielkiej Stopie, a niezwykle popularnymi w XIX i XVIII wiecznej Ameryce "powieściami podróżniczymi". czyli takimi o mocno fantastycznym zabarwieniu. John Burns, który jako pierwszy napisał o Wielkiej Stopie, mógł splagiatować ją z opowiadań Jonathana Swifta. To zresztą Burns ukuł termin Sasquatch, który jest zlepkiem słów oznaczających dzikiego człowieka w indiańskim języku salisz, nie mniej zlepkiem stworzonym przez Burnsa. Dodajmy do tego, że XIX-wieczne Sasquatche... były ludźmi. Przypominały hipisów i żyły we wioskach. Sasquatche miały co prawda długie włosy, ale nie miały żadnego futra, były ludźmi. Legenda o Sasquatchu została zapomniana na dziesięciolecia i wróciła dopiero 1957. Wówczas to jeden z kanadyjskich radnych, w ramach zabaw mających uczcić 100-lecie Kolumbii Brytyjskiej, wymyślił polowanie na mitycznego dzikiego człowieka. Wszystko działo się w humorystycznej konwencji, w której kobiety poprzebierane w stroje XIX-wiecznych dziewcząt miały robić za przynętę dla dzikiej bestii. O ironio, po jakimś czasie, zaczęli pojawiać się ludzi, którzy naprawdę widzieli Sasquatcha. Wśród nich takie indywidua jak Albert Ostman, który twierdził, że kilkadziesiąt lat wcześniej był zakładnikiem klanu Wielkich Stóp. Dziś trudno znaleźć jedno, dominujące wyobrażenie Sasquatcha. Są doniesienia, w których Sasquatch jest krwiożerczą małpą, w innych rysuje na ziemi tajemnicze znaki, w jeszcze innych chodzi w obdartych spodniach. Modnym staje się wyjaśnienie paranormalne, gdzie Wielka Stopa jest postacią astralną. Czymkolwiek jest Sasquatch, prawie na pewno nie istnieje.