20 lutego 2012

AIDS alternatywy

Ci, którzy krytykują medycynę alternatywną znają do obrzydzenia argument, iż czepiają się czegoś, co w gruncie rzeczy jest nieszkodliwe. Jak szkodliwe może być otwarcie się na coś więcej niż zestarzała medycyna oparta na danych naukowych? Niektórzy po prostu lubią leczyć grypę malinami. Niestety ludziom zdarzają się i poważniejsze dolegliwości niż katar. W naszym biednym społeczeństwie, nierzadko dopiero kiedy dopadnie na coś groźniejszego, jesteśmy gotowi skorzystać z ceniących się specjalistów medycyny alternatywnej. Dopiero kiedy u ojca rozpoznano stwardnienie rozsiane, rodzina zaciska pasa, aby opłacić pana od magicznych kryształów. W Polsce niekonwencjonalne terapie leczenia AIDS nie są na szczęście zbyt popularne. Nawet jeśli stosuje się u nas podejrzane terapie naturalne, mamy równoległy dostęp do terapii konwencjonalnych na bazie leków antyretrowirusowych (ARV). To już chyba taki znak czasów. W Bangalore, jednym z centrum Indyjskiej nauki, tuż obok instytucji naukowych stoją kliniki leczące AIDS przy pomocy medycyny ajurwedy i jogi. W hinduskiej medycynie siddha przyczynę AIDS upatruje się w niewłaściwej diecie oraz nadmiarze seksu, powodującym niedobór prany. W Indiach każdego roku na AIDS umiera ponad 200 tys. osób.

W Indiach i Ugandzie AIDS leczy się krowim moczem
Bezrefleksyjne chłonięcie sensacyjnych newsów bez pytania o dowody, to układanie drewna pod własny stos. W latach 80tych rosyjska propaganda rozpowszechniała informacje, iż AIDS to kapitalistyczny twór z amerykańskich laboratoriów. Chorobę stworzono, aby wytępić czarną ludność, w co zresztą do dziś wierzy 15% czarnych obywateli USA. Macki KGB rozpowiadały jak amerykańscy naukowcy pod pretekstem szczepień na cholerę z premedytacją zarażają ludność Konga. Amerykanie mieli też na Czarnym Lądzie nasączać wirusem prezerwatywy. Dzieło zniszczenia radzieckich służb kontynuują na terytorium samych Stanów Alan Cantwell i Leonard Horowitz. Oni również uważają, że AIDS to broń biologiczna USA do eliminacji niewygodnych elementów społecznych. Cytaty z Horowitza znalazły się w bojkocie wszelkich szczepień, wydanej przez Nation of Islam. Na książki Horowitza powoływał się kontrowersyjny pastor Obamy, Jeremiah Wright. Tak naprawdę możemy sobie wierzyć, że AIDS pochodzi z kosmosu (jak ulubiony astronom kreacjonistów Fred Hoyle), dopóki tylko nie leczymy ludzi księżycowym pyłem. Alternatywne metody leczenia tej choroby są o wiele bardziej niebezpieczne niż pseudonaukowe teorie jej powstania - acz obie te głupoty są ze sobą powiązane. Prezydent Thabo Mbeki, który wierzył, iż AIDS to twór białych przeciwko czarnym sukcesywnie odmawiał przyjęcia przez RPA leków ARV. Chorym zalecał łykanie witamin, zaś rządząca przez 9 lat minister zdrowia Manto Tshabalala-Msimang ponad leki ARV preferowała czosnek i sok z cytryny. Koszty posiadania przez Mbeki "alternatywnych informacji na temat AIDS" szacuje się na ponad 300 tys. dodatkowych zgonów i 35 tys. zakażonych HIV niemowląt. W RPA około 30% mężczyzn wciąż wierzy, że seks z dziewicą leczy AIDS. Pomysł na takie poradzenie sobie z tą chorobą utwierdza tamtejsza medycyn ludowa. Tylko w Zimbabwe z tego powodu gwałconych jest od kilkuset do kilku tysięcy dzieciaków rocznie.

Aby rozpropagować swoje głupoty warto zrobić o nich stylizowany na dokument film. Tak powstały arcydzieła pokroju Zeitgeist, czy 911 in Plane Site. Tematykę debilizmów o AIDS reprezentują mało u nas znane, kanadyjski film House of Numbers, oraz The Other Side of AIDS Robina Scovilla. W obu gwiazdą jest Christine Maggiore założycielka organizacji Alive & Well AIDS Alternatives, kwestionującej związki HIV z AIDS. Według Maggiore AIDS to skutek niedożywienia, stresu i zażywania narkotyków. Chorobę najlepiej zwalczać ziołami, homeopatią, lewatywą i akupunkturą. W tle ideologii tradycyjnie przewijają się koncerny farmakologiczne, które w ramach polityki pazerności same zarażają nas AIDS. Maggiore, będąc nosicielką HIV, nie przyjmowała w trakcie ciąży leków ARV (zapobiegającym przeniesieniu się wirusa z matki na dziecko). Jej organizacja namawiała do tego także inne kobiety. Trzy lata później, kiedy dziecko miało już symptomy zaawansowanego stadium AIDS, diagnozujący ją specjaliści z jej własnej organizacji utwierdzali ją w przekonaniu, iż dziewczyna jest całkowicie zdrowa. Dziewczynka trafiła do szpitala Valley Presbyterian w Los Angeles dopiero kiedy przestała oddychać, zaś szpitalny koroner za jednoznaczną przyczynę zgonu uznał powikłania związane z AIDS. Na tą wieść, matka przygotowała własną ekspertyzę, autorstwa swego druha po fachu, weterynarza Mohammeda Al-Bayati (autora książki HIV Does Not Cause AIDS). Al-Bayati uznał, iż to podanie antybiotyków doprowadziło do śmierci dziecka. Sama Christine Maggiore zmarła w grudniu 2008, zaś towarzyszące jej symptomy także wskazują na AIDS (choć autopsji nigdy nie przeprowadzono). Jej przyjaciel i kompan Michael Ellner za oficjalną przyczynę śmierci podał stres w wyniku nagonki medialnej.

17 lutego 2012

Rozmowy o apokalipisie wciąż w Toku

Tak, obejrzałem poniedziałkowe "Rozmowy w Toku". Z opóźnieniem, ale obejrzałem. Nie chciałem być gorszy od milionów Polaków, którzy oglądają to na co dzień. Wyborny dobór gości. "Eryk, lat 19. Nigdy nie miał dziewczyny, liczy, że to się zmieni, jeśli przeżyje tegoroczny koniec świata". Przenikliwe pytania prowadzącej i ekspercka publiczność. Niestety potwierdziła się moja smutna obserwacja, która jest dla mnie największą tragedią środowiska New Age - są tam niezwykle atrakcyjne kobiety. Już pani breatharianka mi się podobała. Zaś partnerka jednego z szaleńców rozmawiającego z kryształowa czaszką... niech to szlag. Kiedyś wydawało mi się, że zwyciężają te idee, za które ktoś jest w stanie oddać życie. Wygrywają niestety też te, które reprezentują ładniejsze kobiety. Jeśli chodzi o sam program, nie bardzo jest co komentować. Może poza jednym zdaniem. Pan od czaszki zaskoczył Ewę Drzyzgę oświadczeniem, że o apokalipsie wie m.in. ze strony NASA. NASA miało informować o niej w czerwcu 2011. Chodzi o przemówienie Charlesa Boldena. Są to luźne refleksje po rokrocznych ćwiczeniach bezpieczeństwa, w których Bolden zachęca, aby takie procedury istniały nie tylko na poziomie państwa, ale i amerykańskiej rodziny. Aby to, co trenują pracownicy NASA przekuć w poprawę bezpieczeństwa życia codziennego. Tak właśnie wygląda przyznanie się NASA do apokalipsy roku 2012. Najbardziej zabawna jest interpretacja słów Boldena: we are the only agency that's responsible for the safety and well being of not only people here on Earth but off this planet. Cytując Nową Atlantydę: "Jest to nawiązanie do personelu poza naszą planetą. Dlaczego Bolden nie powiedział, że chodzi o załogę ISS? Czy NASA posiada personel w jeszcze innych miejscach Układu Słonecznego? Czy było to wskazanie, że istnieje jakiś tajny program kosmiczny, o którym nie mamy pojęcia?"

O 2012 zostało powiedziane już chyba wszystko. Szczególnie, że zagłada wyśmiana była także przez ludzi zwykle nie parających się wyśmiewaniem pseudonaukowych hipotez. Jeśli coś tak marnego jak Rozmowy w Toku kpią sobie z tej daty, raczej nie spodziewam się w grudniu paniki. O 2012 usłyszałem po raz pierwszy jakieś 15 lat temu. TVP2 puszczała wówczas w niedzielne przedpołudnia przeróżne dokumenty. Pamiętam m.in. 10 odcinkowy cykl o 10 upadłych cywilizacjach. Kiedy w odcinku o Majach usłyszałem o końcu świata, na starym obiciu stolika, na którym stał telewizor wydrapałem "Majowie 21 XII 2012". Był to czas bez internetu, przynajmniej ja go nie miałem. Jeśli usłyszałem coś ciekawego w telewizji, zapisywałem to póki pamiętałem na ceracie stolika. Ze wszystkiego, co było wypisane na tej półce, pamiętam tylko tych Majów i słowo "ichtiostega". Z wiedzą o roku 2012 w polskim środowisku New Age zetknąłem się po raz pierwszy w czasie dyskusji o Terencie McKennaie, gdzieś w połowie zeszłej dekady. McKenna to kolorowa  postać. Twórca dziwnych teorii o jeszcze dziwniejszych nazwach: machine elfs, zero timewave, stoned ape, quantized modular hierarchy itp. O jego sfalsyfikowanych już pomysłach na 2012 nikt nie wspomina, a ludzie którzy kilka lat temu tak bronili teorii pięciu cykli McKenna, też nie mogą sobie tego jakoś przypomnieć. 

21 grudnia 2012 będzie pierwszą powszechnie znaną data końca świata, po końcu świata z roku 1999. Według Nostradamusa 12 lipca o godz 9:42 nadejść miał "Król Grozy". Zazdroszczę rodzicom, którym urodziło się wówczas dziecko. Jak pokazuje historia, w 2013 roku czeka nas zapewne mnóstwo pokłosi końca świata z roku 2012. W dziejach końców świata widać takie apokaliptyczne okresy, kiedy echa niespełnionej przepowiedni generowały kolejne daty. Tak było na przykład w latach 20-30 XVI wieku oraz początek wieku XX. Tak mi się przynajmniej wydaje, jako że w tej materii niczego nie można być pewnym. Historycy do dziś spierają się, czy w roku 1000 panowało przekonanie o końcu czasów. Czy rzeczywiście w całej Europie czuć było atmosferę trwogi i pożogi, czy był to rok jak każdy inny? Czy na przełomie X i XI wieku przeciętny Europejczyk w ogóle wiedział jaki jest rok? Aha, nie napisałem jak Ewa Drzyzga przekonała siebie, gości i widzów, że jednak uda nam się przeżyć 2012. Zaprosiła naukowców? Prawie. Prawie, bo dokładnie to zaprosiła wróżkę - wróżkę Orianę. Czarodziejka postawiła wszystkim horoskop i okazało się, że w 2013 wszyscy mają się względnie cało i zdrowo. Uff, mogę w końcu zeżreć wszystkie zapasy z piwnicy.