14 stycznia 2012

Jak szybko przeczytasz ten tekst?

Rekordziście zajęłoby to dwie sekundy. Nie tytuł, ale cały poniższy tekst w dwie sekundy! Dość frustrujące. Mi zdarza się nie doczytać ostatniego słowa w napisach pod filmem. Dla porównania Howard Berg - czyta z prędkością kartkowanych stron, zaś Trisha Paytas... też szybko czyta. No dobra, ten ostatni link może nie jest najlepszym przykładem. Przyznaje się, że w młodości eksperymentowałem z technikami szybkiego czytania, był to jednak za duży wiatr na moją wełnę. Wydaje mi się, że ostatnio czytam wręcz coraz wolniej. Czasami po ważniejszych akapitach muszę odłożyć książkę na bok, bo kiedy zastanawiam się nad tym, co właśnie przeczytałem w trakcie czytania, przestaję rozumieć dalszy tekst. Tymczasem setki kursów obiecują nam nadludzkie umiejętności. Śmiem wątpić, że można czytać tak szybko jak Trisha Paytas Howard Berg.

Ostrości z jaką widzimy oraz ruch źrenicy po tekście. Na podstawie grafik z wiki (1, 2)

Co dokładnie dzieje się w chwili czytania tego postu? Nasz wzrok wędruje po tekście, robiąc sobie przystanki na grupach liter. Ostry jest dla nas jedynie mały wycinek naszego pola widzenia. Oko porusza się jednak na tyle szybko, iż wydaje się, że obszar ostrego widzenia jest o wiele szerszy. Tymczasem "na ostro" oko łapie od 3 do maksymalnie 7 liter, standardowo przyjmuje się 4-5. Owy przystanek, znany jako fiksacja, trwa około 225ms, a więc 1/4 sekundy. Następnie nasza źrenica robi przeskok o 7-10 liter, zwanym ruchem migotania (saccades), który trwa nie mniej niż 150 ms. Po kilku takich przeskokach, nasz mózg zaczyna się dławić. Oczy zalewają go większą ilością informacji niż jest w stanie przetworzyć. Aby "nadrobić materiał" mózg co chwilę potrzebuje około 250 ms przestoju w czytaniu. Jeśli pożałujemy mózgowi tej pauzy, przestaniemy rozumieć, co czytamy. Po dwóch sekundach przeczytaliśmy kilka krótkich zdań. Zaraz, miał być cały post! Ekspert od fizjologii czytania Anne Cunningham wyliczyła, iż przebieg powyższego procesu ogranicza nas maksymalnie do 300 słów na minutę. Jest to 80 razy wolniej niż przypisuje sobie rekordzista świata, wspominany już Howard Berg. Nie bądźmy jednak wybredni, w końcu nie zawsze musimy kontemplować każde słowo. Jeden z największych badaczy na polu szybkiego czytania Ronald Carver wziął pod lupę mistrzów tych praktyk. Okazało się, że przy zrozumieniu tekstu w granicach 75%, nikt nie potrafił przekroczyć 600 słów na minutę. W swojej książce "The causes of high and low reading achievement" Carver uzależnia prędkość czytania od celu i techniki. Jeśli chodzi o czytanie z zapamiętywaniem, jest to 140 słów na minutę. Uczenie się wymusza na nas ograniczenie się do 200 słów na minutę, zaś czytanie ze zrozumieniem, do 300. Wrzuceniem wyższego biegu jest pobieżne czytanie tekstu oraz wyłapywanie jedynie najważniejszych informacji. Dla skimmingu jest to około 450, zaś dla scannigu 600 słów na minutę.

Jak przystało na szarlatanerię, kursy szybkiego czytania obiecują nam umiejętności, które nie istnieją. Poza rozwinięciem widzenia peryferyjnego, nasze czytanie obywać ma się bez fonetyzacji, a dokładnie fonetyzacji wewnętrznej. Pierwszym udokumentowanym przypadkiem fonetyzacji wewnętrznej był żyjący w IV wieku Ambroży z Mediolanu. Fonetyzacja wewnętrzna to dokładnie to, co w tej chwili robisz - zamiast czytać tekst na głos robisz to w myślach. Do końca średniowiecza fonetyzacja wewnętrzna była niezwykłą umiejętnością. Dla instruktorów szybkiego czytania to mało. Wypowiadanie czytanego tekstu w myślach ma rzekomo spowalniać cały proces i stanowić barierę dla czytania tysięcy słów na minutę. Próby pozbycia się fonetyzacji przynoszą jednak odwrotne skutki niż powinny - utrudniają zrozumienie i zapamiętywanie tekstu, zaś całkowite wyeliminowanie fonetyzacji wydaje się niemożliwe. Brak rozumienia tego, co czytamy nie jest jednak problemem. Kursy szybkiego czytania zadowalają się zrozumieniem tekstu na poziomie 50 %. Z bajki o czerwonym kapturku wiedzielibyśmy zatem, że była tam jakaś dziewczynka, nie pamiętamy jednak czy akcja działa się w lesie czy w mieście. Wiemy, że w chatce ktoś się z kimś zamienił, ale nie jesteśmy pewni czy wilk z babcią czy babcia z wilkiem. Oto 50% zrozumienia. Dla w miarę ogólnego tekstu, da się osiągnąć 50%, nawet go nie czytając. Zatem przy odrobinie szczęścia każdy może dowieść, że czyta 1000, 20 000 lub 50 000 słów na minutę.

10 stycznia 2012

A ja ci NDE udowodnię!

Nie łatwo jest przebić mityczne rozważania scholastyków, "ilu aniołów zmieściłoby się na łebku od szpilki", ale staram się. Niech zaświadczą o tym moje obliczenia wyporności Nieba. Kalkulacje opałem na fragmencie Ap 21, 12-17, gdzie Biblia zdradza wymiary Nowego Jeruzalem. Założywszy standard przestrzeni życiowej dostępnej niewolnikom w czasie podróży z Afryki do Ameryki Północnej, nie zmieści się w nim więcej niż 6 trylionów ludzi. Dość optymistycznie, nie mniej czy wiemy ile procent osób mijanych na ulicy trafi do nieba? I na to jest sposób. Wśród nas są osoby, które w czasie śmierci klinicznej przechadzały się już pośmiertnymi drogami, a następnie zostały zawrócone przez wredny defibrylator. Najbardziej wiarygodne statystyki są w posiadaniu International Association for Near Death Studies. "Piekielne" doświadczenie to od 8% do 30% przypadków NDE, przy czym największe badania wskazują na 17% i 18%. Mam przy tym złą nowinę dla ludzi, którzy postanowili żyć uczciwie - szatan bierze po równo. Trudno doszukać się jakiś korelacji pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym dokąd trafimy po śmierci. Na to czy śmierć kliniczna będzie doświadczeniem anielskim czy diabolicznym wpływa natomiast obecność fizycznego bólu w trakcie NDE.

NDE jest formą opowieści z krypty i to z najświeższej możliwej krypty - noszy lekarskich. Pół roku temu pomstowałem nad zdaniem z polskiej Wiki, które widzę tam zresztą do dziś: "w odróżnieniu od typowych halucynacji, doświadczenia śmierci są spójne i podobne u wszystkich ludzi, niezależnie od wyznawanej religii czy światopoglądu". To oczywiście nonsens. W czasie śmierci klinicznej hindusi spotykają bóstwa hinduskie, Indianie indiańskie, a dzieci - kreskówkowe potwory. Swój tekst zakończyłem wzmianką o tzw. "dowodach". Są to opowiastki ludzi, którzy w czasie NDE rzekomo unosili się nad swoim ciałem i widzieli, co działo się dookoła nich. Entuzjaści NDE cytując te historie twierdzą, że nieprzytomni pacjenci nie mogli posiąść tej wiedzy bez wycieczki poza własne ciało. Trudno jest kwestionować takie "dowody", mowa tu w końcu o anegdotach, których okoliczności i szczegóły są już poza naszym zasięgiem. Albo wierzymy w opowiadane po latach historie, albo upieramy się na stanowisku, że warunki nie mogły być tak "sterylne" jak się je opisuje. Przypadki NDE bada się niestety po fakcie, nikt na masową skale nie monitorował umierających pod kątem NDE.

OOBE (Out Of Body Experience)
Tak było do tej pory. Teoretycznie lada dzień ogłoszone zostaną wstępne wyniki projektu AWARE (AWAreness during REsuscitation - Świadomość podczas Reanimacji). Pomysłodawcą przedsięwzięcia jest Sam Parnia. Pomysł wydaje się prosty - na oddziałach kardiologicznych pod sufitem podwieszono tablice. Jedyny sposób ich odczytania to uniesienie się wysoko nad podłogę.  Jeśli NDE to nie halucynacja, a mogąca widzieć i zapamiętywać dusza, pacjenci, którzy opuścili swoje ziemskie ciało powinni wiedzieć, co widniało na owych testowych tablicach. Po półtorarocznej fazie pilotażowej w UK, we wrześniu 2008 roku ogłoszono rozpoczęcie szeroko zakrojonych badań w szpitalach w Europie i Ameryce Północnej. Wielkość próby wymusza charakter samego zjawiska. Nie wszyscy pacjenci oddziałów kardiologicznych doświadczają śmierci klinicznej. Niektórzy wychodzą ze szpitala bez szwanku, innym nie dane będzie nic już opowiedzieć. Z osób odratowanych, którzy powrócili do świata żywych, tylko 10-20% doświadcza NDE. W 2001 podczas badań w 10 holenderskich szpitalach, historiami pokroju NDE mogło pochwalić się 18% osób, które przeżyło zatrzymanie akcji serca. Z tych, którzy mieli NDE, zaledwie 20% osób legitymizuje się OOBE - a więc tylko 20% widziało szpitalną salę. Niestety, u jednych unoszenie się polega na zawiśnięciu parę centymetrów nad własnym ciałem, u innych na wystrzeleniu w niebo, tudzież unoszeniu się nad rogiem sali, ale niekoniecznie tym, gdzie podwieszono tablicę. Szacuje się, że kilkutysięczna próba da jedynie kilkanaście możliwości spojrzenia na tablicę przez "ulatujące dusze".

Wyników jak dotąd nie ogłoszono, są jednak przecieki. Przecieki to może za dużo powiedziane. O wyniku może świadczyć fakt, że parapsychologiczna frakcja dość mocno krytykuje badanie, zaś sceptycy podejrzanie zacierają ręce. Sam Parnia w udzielonym w 2010 wywiadzie oświadczył, że z dostępnych na tą chwilę danych wynika, iż NDE to złudzenie. Nie ma jednak co triumfalnie podnosić rąk do góry, mnie także metoda badania nie zachwyca. Jak rozumiem osoby twierdzące, iż odczytały tablice nie są wcześniej informowane, co się na nich znajduje. Jeśli tak, jest to fatalny błąd, nawiasem mówiąc popełniany wielokrotnie w czasie nieudolnych prób demaskowania paraoszustów. Co jeśli badany na tablicy, na której widniał napis cat odczyta cut - zgadł w połowie, czy mylił sie? Jeśli ma to mieć jakiś sens, jedynym prawidłowym sposobem jest danie wyboru prawidłowej odpowiedzi z tłumu nieprawdziwych. Do tych celów stworzono nielubiane przez sceptyków i rzadko przez nich używane karty Zenery. Nie wiem co tam wymyślił Parnia, mam nadzieję, że nie skończy się to jakimś metodologicznym blamażem. Jeśli wynik badań będzie współgrać z racjonalną retoryką, pewnie usłyszymy o tym jedynie w tak popularnych miejscach jak ten blog. Jeśli choćby minimalnie potwierdzi jakieś parapsychologiczne twierdzenia, zapewne napiszą o nim wszystkie onety, interie i gazety.pl - a wtedy pamiętajcie, u kogo usłyszeliście o tym po raz pierwszy :)

1 stycznia 2012

Apiterapia - pani pszczoła w natarciu

Medycyną alternatywną, która ostro dobija się do wrót "potwierdzone działanie" jest apiterapia - leczenie produktami pszczelimi. Jeśli największym alternatywnym kaszanom przypisuje się lecznicze działanie na połowę znanych chorób, proszę sobie wyobrazić, ile musi leczyć coś, co pretenduje już do medycyny głównego nurtu. Otóż pszczele mazidła leczą wszystko! Wszystkie przypadłości jakie znam, plus kilka takich chorób, o których istnieniu nie wiedziałem. Pszczołowa medycyna jest tak wyczesana, że leczy nie tylko choroby istniejące, ale i te nieistniejące. Na stronce dr Jacka Roika, (który poza miodem leczy też tartymi buraczkami ze słoika) dowiedzieć się można, iż wosk pszczeli eliminuje promieniowanie elektromagnetyczne wytwarzane przez urządzenia elektryczne. W kraju, który miód i barcie ukochał, nie uświadczymy krytycznych komentarzy. Owe nieskończone listy dolegliwości jakie załatwić może za nas pszczoła są najpewniej zwykłym bublem. Nawet jeśli apiterapia jest czymś obiecującym, zanim lekarz na szpitalnym obchodzie zacznie nas maziać miodem, wszystko to trzeba jeszcze udowodnić. Naturaliści najchętniej już dziś weszliby do apteki, wypieprzyli wszystko z pólek i szuflad, a na środku postawili wielgachny ul. Apiterapeutykom przypisuje się brak skutków ubocznych i lepszą przyswajalność niż "zwykłych leków". W końcu pszczołowe bajery są naturalne, nie jakaś tam chemia. 

Wciskanie kitu dosłownie i w przenośni
Jeśli chodzi o pszczeli asortyment, wszystko co dotknie lub na co popatrzy pszczoła, uważane jest w Polsce za zdrowe: miód, pszczeli kit, pyłek kwiatowy, pszczele larwy, mleczko pszczele, naklejka z pszczołą, jad pszczeli, pszczeli wosk, a nawet powietrze ulowe. Najpopularniejszy jest oczywiście miód, a najpopularniejszą dolegliwością, na którą się go podaje jest przeziębienie. Każda mama Jasia i Krzysia wie, że najlepszy jest wtedy czosnek i miód. Nie ma żadnych przekonywujących dowodów klinicznych na to, że czosnek pomaga przy przeziębieniu. Odrobinkę, ale tylko odrobinkę lepiej jest z miodem. Jak na lekarstwo mamy porządnie zaślepionych badań. Te pojedyncze, którymi dysponujemy dają pewną nadzieję - miód najpewniej pomaga na kaszel. Co jednak z jego najbardziej legendarną cechą, a więc działaniem antybakteryjnym? Zastosowanie miodu przy gojeniu ran badano kilka lat temu w Polsce. Tak, tak jeszcze się u nas coś bada. Badanie przeprowadzono na świniach, które zawczasu poparzono. Badanie dało wynik umiarkowanie pozytywny. Nie wiemy jednak czy miód zawiera jakieś swoje antybakteryjne związki czy to po prostu zawarte w nim cukry (fruktoza, glukoza maltozy i sacharoza) odpowiedzialne są za te antybakteryjne własności. Starcie magicznego pszczelego miodu z miodem sztucznym (cukier wraz z barwnikiem i aromatem) pozostaje nierozstrzygnięte. Jedni dowodzą że prawdziwy miód bije sztuczny na głowę, inni, że miód sztuczny leczy równie skutecznie jak naturalny. Jeśli chodzi o działania większego kalibru, to również kwestia wyboru komu ufać. Jeśli wierzyć badaniom Uniwersystetu w Zagrzebiu, produkty pszczele mogą być pomocne w leczeniu raka. W tym samym czasie, ale dokładnie przeciwną opinie wyraziło American Cancer Society, które orzekło, że pszczele dary nie są skuteczne w zapobieganiu i leczeniu raka.

Zabiegiem bardziej popularnym niż gdzie indziej, jest w Polsce leczenie pszczelim jadem. Znana ludowa metoda rozpropagowana dzięki pracom Philipa Terca w XIX wieku. Czemu to akurat jad pszczoły ma leczyć, a nie np. jad pająka, szerszenia, mrówki, osy czy innego owada? Jeśli pszczoła daje coś tak  zdrowego ja miód, najpewniej jej jad też musi leczyć. Matka ewolucja wystryknęła pszczoły na dudka, dając im toksyny, które zamiast odstraszać wszystkich dookoła, leczą. Przynajmniej tak twierdzą zwolennicy apitoksynoterapii. Jeśli chodzi o leczenie pszczelim jadem reumatyzmu, badania takie prowadzą prawie wyłącznie Chińczycy. Ich wyniki są jednoznacznie pozytywne. Podchodziłbym do nich ostrożnie, wiele z nich publikowanych jest w przeglądach tradycyjnej medycyny chińskiej, a w badaniach pszczeli jad podawany jest przy okazji akupunktury. Niemniej nie wszystkie wyniki da się w ten sposób zdyskredytować, nie przekreślałbym zatem jakiegoś pozytywnego działania. Równie niewyraźne są wyniki zastosowania pszczelego jadu w przypadku stwardnienia rozsianego. Ostatnie kilka lat przyniosły wyniki, w których jad pszczeli pomaga, nie działa lub szkodzi w leczeniu stwardnienia rozsianego. Pytanie czy warto. Mówimy w końcu o niebezpiecznej substancji, wywołującej silne reakcje alergiczne, a z nimi uszkodzenia nerek, wątroby i mięśnia sercowego. Większość z nas nie mieszka przecież w środku puszczy i nie jest skazana tylko na to, co znajdziemy w lesie, co wiewiórce wyleci z łapy. Gdybym jutro stał się borowym dziadem, z braku laku pewnie zainteresowałbym się taką metodą leczenia. Wszystko to jednak w trybie hipotetycznym. Nie musimy na własną rękę eksperymentować z jadem pszczoły, kobry czy skorpiona. Z tej lawiny niepewności warto zapamiętać, że nie wiemy czy apiterapia działa. Na razie wiemy tylko tyle, że działać może.