9 marca 2010

Jak bardzo jesteś w stanie zdziczeć?

Pamiętam uczucie wielkiego odkrycia, kiedy w zapomnianej przez Boga bibliotece, natrafiłem na zakurzoną przedwojenną broszurkę niejakiego Romana Stopy, na temat dzikich dzieci. Temat wydawał mi się fascynujący, śmiałem nawet poruszać ten argument w dyskusjach z innymi. Dziś nie jestem tego aż tak pewien. Moje namiętne przekonanie co do istnienia tego zjawiska przerodziło się nie tyle w niewiarę, co w dozę wątpliwości. Jest to jeden z tych przypadków, kiedy coś wydaje się bezsprzecznie istnieć, o czym słyszymy w mediach i uczymy się z historii, jednak kiedy tylko bliżej przysunąć do tego oko nagle znika. W ostatnich latach kilku badaczy mierzyło się z tym tematem, mozolnie zbierając i weryfikując te przypadki, m.in Serge Aroles autor "The Enigma of wolf-children", psycholog Douglas Candland "Feral children and clever animals", czy historyk Adriana Benzaquen i jej "Encounters with wild children" - po czym najczęściej stawali się sceptykami. Zatem jak to jest z tymi dzieciakami wychowywanymi przez zwierzaki?

Dzikość ma tu kilka wymiarów i przez to kilka stopni prawdopodobieństwa. Faktem są dzieci żyjące w karygodnym zaniedbaniu, jak przypadek sześcioletniej Marty M, przetrzymywanej w skrzyni bez kontaktu z ludźmi, głośna sprawa z 2003. Nie ma wątpliwości, iż od pewnego wieku dziecko może przez pewien czas przeżyć samotnie w dżungli. Takim przykładem pochodzącym z naszego kraju była żydowska dziewczynka o imieniu Tzila, który uciekając z getta w Równe (dzisiejsza zachodnia Ukraina) przez 6 tygodni żyła w lesie chowając się przed ludźmi. Z dystansem podchodziłbym do przekazów, iż po odnalezieniu była porośnięta mchem, wydaje się jednak możliwe aby kilkuletnie dziecko mogło przeżyć z tego co odnajdzie w lesie. Zupełnie inną bajką są dzieci wychowywane przez zwierzęta, z podkreśleniem pod słowem wychowane. Nie przez nie tolerowane, nie żywiące się resztkami które zostawiają, a wychowane. Teoria ta opiera się na znanym w przyrodzie zjawisku, w którym samica po utracie młodych wciąż odczuwa silną potrzebę realizacji swego instynktu macierzyńskiego. Obserwowano przypadki, kiedy samica myszy opiekowała się kłaczkiem futra czy kawałkiem tkaniny jakby było jej własnym potomstwem. Czy jednak pies wychowywany przez kangura zacznie skakać na dwóch łapach, a kociak wychowywany przez sukę szczekać, a niestety tak wyglądałaby ta analogia jeśli chodzi o historie dzieci wychowane przez zwierzęta? Z punktu widzenia etologii brzydko tu pachnie. Sama taka idea byłaby realizacją człowieka jako tabula rasy, modeliny przybierającej dowolne formy, moim zdaniem już obalonej przez kognitywistykę i neuropsychologię.

Wiele z historii o dzikich dzieciach, było nawet nie tyle ubarwione, co okazywało się zwyczajnym oszustwem. Dziki chłopiec z Burundi nigdy nie żył z małpami, lecz był chory na autyzm, podobnie jak Lucas mający być wychowankiem pawianów, w rzeczywistości upośledzony chłopiec, któremu mentalność epoki widzącej chore, czarne dziecko przypisało małpich rodziców. Mamy tu historie które nigdy nie wyrosły choćby centymetr poza zwykłą dziecięcą wyobraźnie, jak słynna Misha, która w czasie II Wojny Światowej miała przemierzać Europę wraz ze stadem wilków. Jeszcze inne dzikie dzieci są jak Wielkie Stopy - wszyscy je widzieli, a nikt nie potrafi udowodnić że istnieją - jak dzika dziewczynka z Kansas. Bardzo wiele opowieści o dzikich dzieciach wydają się niewiarygodne, za sprawą opisów które, o ironio, miały dowodzić iż są naprawdę dziećmi wychowywanymi przez zwierzęta. Pochodzący z Fidżi Sujit Kumar, który w latach 70-tych swoje dzieciństwo spędził w kurniku, według przekazów zachowywać się miał jak kura - nosił ręce złożone jak skrzydła, dziobał, drapał w ziemi w poszukiwaniu robaków i spal siedząc na grzędzie. Słynna Amala i Kamala, według ich wybawiciela Josepha Singha, który miał wyszarpać je wilkom z ich nory, posiadały nieludzki, wilczy węch, a także podobnie jak wilki widziały w ciemnościach! Taka charakterystyka jest po prostu niemożliwa, choćby wychowało nas stado najlepiej pedagogicznie usposobionych nietoperzy, nie nauczymy się echolokacji, czy czegokolwiek innego co jest poza naszym biologicznym zasięgiem.

Opowieści w których zwierzęta wychowywały dzieci, jako mity czy jako fajny sensacyjny materiał, wydają się istnieć od zawsze. Przez wieki moda na to jakie zwierzaki będą nas wychowywać ewoluowała. Dziś na pierwszym miejscu plasują się zwierzęta domowe jak psy i koty, jednak w historii tego zjawiska można zaobserwować fale opiekuńczych małp, kilkuwiekową dominacje wilków, a także mniej popularna acz notowane zwierzęta jak krowy, owce, gazele, czy leopardy. We wczesnych odmianach tego typu historii popularne były niedźwiedzie, czym pochwalić się może także Polska. W XVII wieku nasz dziki kraj z dumą donosił o kilku niedźwiedzich chłopcach, nie mniej było ich co najwyżej dwóch, a najprawdopodobniej tylko jeden. Został znaleziony w lasach w okolicach Grodna, po czym został przewieziony na dwór króla Kazimierza do Warszawy, gdzie został ochrzczony pod imieniem Józef. Nie umiał mówić, a jedynie wydawał pomruki podobne do niedźwiedzia. Resztę swego żywota Józef spędził na dworze Piotra Adama Opalińskiego, gdzie przydzielono go do prostych prac fizycznych. Poza brzmiącymi nonsensownie opowiastkami, jak to ukradkiem wymykał się do lasu gdzie dotrzymywał towarzystwa niedźwiedziom, nie ma tak naprawdę żadnych dowodów, że miał coś z nimi wspólnego. Współczesny interes medialny na dzikich dzieciach wciąż kwitnie, choć historie o niemowlakach w zwierzęcych rodzinach powoli odchodzą w zapomnienie. Opowieści są mniej efektowne, lecz jest ich więcej, między 2001 a 2009 naliczyłem ich 32, a więc tyle ile było ich od tej pierwszej daty, aż do początku lat 60-tych. Najsłynniejszym takim przykładem ostatnich lat, który wnosi coś do wątpliwości odnośnie wymiaru w jakim zwierzęta wychowują dzieci, jest Ukrainka Oxana Malaya. Po kilku sekundach z google możemy zobaczyć jak wychowana w budzie z psem Oxana biega na czworakach i szczeka. Jak sama twierdzi wycie do księżyca i drapanie się tylną nogą za uchem sprawia jej przyjemność. Zachowanie te, nazwane w latach 90-tych syndromem Mowgliego, nie figuruje jeszcze w najnowszym wykazie DSM-IV-TR, sporządzanym przez Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Wciąż nie wiele na ten temat wiadomo, sprawa dzikich dzieci jest wciąż otwarta, ważne aby wiedzieć, iż nic nie jest tu jeszcze rozstrzygnięte.

8 komentarzy:

  1. „zy jednak pies wychowywany przez kangura zacznie skakać na dwóch łapach, a kociak wychowywany przez sukę szczekać, a niestety tak wyglądałaby ta analogia jeśli chodzi o historie dzieci wychowane przez zwierzęta?”

    Oj, jest zasadnicza różnica: zwierzęta większość zachowań nabywają instynktownie; człowiek jednak większość poprzez naśladowanie. Nie mogę się zgodzić z szermowaniem tabula rasą (tabulą rasą?) — rzeczywistość nie jest czarno-biała. Może nie rasa, ale na pewno w znacznym stopniu tabula.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zgadzam się jedynie z twoim błyskotliwym zakończeniem :) Historie o tym, że chłopiec wychowany w kurniku nabył kurze odruchu stoi w sprzeczności z całością materiału antropologicznego jaki znamy. Ludzkość z racji różnorodności środowiska ma ekstremalnie różne wzorce i czy Aborygeni skaczą jak kangury, a Eskimosi drepczą jak pingwiny? Tysiące, dziesiątki tysięcy społeczeństwa, setka Amazońskich plemion nie utrzymująca kontaktów ze światem zewnętrznym - i gdzie ludzie chodzą na "czterech łapach" - nigdzie. Gdyby wynikało to z wychowania, a nie z instynktu, nie wierze aby nie znalazła się choć jedna społeczność preferującą "bardziej przyziemny" tryb poruszania się. Wystarczy popatrzeć na środek ciężkości konia aby przekonać się, że nie będzie chodzić na dwóch nogach. Wystarczy porównać budowę stopy i dłoni, aby rozpoznać którą z nich się chodzi. Jeśli chodzi o mityczność tabuli, polecam tomisko "Tabula rasa" Pinkera (tak wiem, beznadziejny sposób odpowiedzi, ale odrobinę lepszy niż "tak jest, bo mówią tak amerykańscy naukowcy"). Zauważasz że nie twierdzę że dzikie dzieci to jedynie literacka fikcja, wręcz przeciwnie, podkreślam że nic nie jest tu czarno-białe.

    OdpowiedzUsuń
  3. O "dzikich" dzieciach nie powiem, bo nie wiem o nich kompletnie nic (właściwie wielkie NIC :)), ale o psie, który żyje w małej wiosce w Grecji chętnie. Ma tam za towarzystwo ludzi, koty i kury. I codziennie rano szczeka na pobudkę, ale jego szczekanie bardziej brzmi jak kogucie kukuryku, niż jak "hau hau", czy "wow, wow". Taka mimikra dźwiękowa, która wg. mnie świadczy o tym, że i psy uczą się przez naśladownictwo. Co prawda aparat głosowy nie pozwala mu więc piać profesjonalnie (hihihi), ale umożliwia imitować odgłosy słyszane od szczenięcia o tej samej porze.

    Od razu wyjaśniam, byłam tam trzy tygodnie na wakacjach, kilka lat temu, sprawdzałam, widziałam na własne oczy, to naprawdę był pies, który wydawał z siebie niemal kogucie pienia.

    I jak to pogodzić z jakąkolwiek teorią?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja mam psa w domu, wychowanego przez ludzi i jego szczekanie nie przypomina ludzkiej mowy. Mam też wielu znajomych którzy mają psy trzymane od szczeniaczka i owe psy także nie próbują wydawać ludzkich dźwięków. Zdarzają się jednak psy szczekające dość osobliwie, więc może temu się to własnie przytrafiło. Należałoby tu udowodnić, że dziwne szczekanie jest wynikiem życia z kurami, mieć większą probe, może jakąś grupę kontrolną.

    OdpowiedzUsuń
  5. "Taka charakterystyka jest po prostu niemożliwa, choćby wychowało nas stado najlepiej pedagogicznie usposobionych nietoperzy, nie nauczymy się echolokacji, czy czegokolwiek innego co jest poza naszym biologicznym zasięgiem."

    Rozumiem, że tekst nie jest naukowy, ale i tak byłbym daleki od stawiania tak mocnych negatywnych tez - nie dysponuję rzetelnym źródłem, ale słyszałem o dziecku, które będąc niewidome, było zdolne rozpoznawać kształty przedmiotów bez dotykania ich - prawdopodobnie wykształciło w sobie coś w rodzaju echolokacji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz racje. Istnieją osoby niewidome które potrafią w ten sposób poruszać się w terenie. Widziałem to kiedy pisałem ten tekst, ale myślałem, że to ściema. To jednak prawda. Człowiek może wyuczyć u siebie taką zdolność, w USA są nawet szkoły dla osób niewidomych uczące tej zdolności.

      Usuń
    2. Aczkolwiek trzeba przyznać że "dzikie dziecko" od nietoperzy bi się tego nie nauczyło - nietoperze stosują do tego piski nie słyszalne dla ucha.

      Usuń
  6. Cóż, napiszę krótkie zdanie, w którym zawarty również będzie komentarz do tego tekstu - pewien niewidomy chłopak "widzi" dzięki echolokacji ;).
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń