26 grudnia 2008

Tematy okołoświątecznie

W te święta, jak rokrocznie, dostałem życzenia od zaprzyjaźnionego katechety, skądinąd bardzo życzliwego człowieka, który być może za punkt honoru obrał sobie przywrócenie mnie do łaski bożej. Kiedy piejemy nad sekularyzacją i zeświecczeniem świąt, wskazujemy najczęściej na komercjalizacje i zakupomanie. Ja zwracam uwagę na niepozorny aspekt - świąteczne życzenia - zresztą to coś, co odróżniają powszednie spotkanie w gronie rodzinnym, od wzniosłej atmosfery wigilii. Sugerowałem nawet Gośce, mającej napisać krótki projekt na temat rodziny, aby zbadała rodzinne imprezy nie poprzez wywiady, ankiety i statystyki, ale poprzez urodzinowe kartki z życzeniami. W takich detalach, w ich formie i treści, odbija się dziś istota tych imprez, życzenia odzwierciedlają nasze oczekiwania i nasz stosunek do takich rodzinnych spotkań. Wracając do tematu, życzenia wspomnianego znajomego, to jedyny religijny akcent jaki dotarł do mnie w postaci życzeń, w ciągu ostatnich kilku lat.

"Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten Syn, który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach. On o tyle stał się wyższym od aniołów, o ile odziedziczył wyższe od nich imię".
Bez wstydu przyznaję się, że mój zateizowany umysł ma coraz większe problemy z rozszyfrowaniem takich życzeń i dopasowaniem ich do atmosfery Bożego Narodzenia. To czemu duchowy aspekt pojawia się w życzeniach tak rzadko, może mieć oczywiście wieloraką przyczynę. Być może moi znajomi nie są wyśrodkowanym, statystycznym wycinkiem naszego społeczeństwa, być może ten element ciągle się w nas tli ale ogólny klimat jest niesprzyjający dla epatowania biblijnymi cytatami. Jest w tym coś niedobrego, jeśli jedynymi alternatywami jakie rysuje się przed nami, jest podniecanie się promocją bananów w hipermarkecie, albo pogrążenie się w religijnym wymiarze Bożego Narodzenia - nawet jeśli mamy tu do czynienia z tym najmniej drażniącym elementem religijności. W zasadzie wszystkie znane mi antykomercyjne, przedświąteczne akcje, wychodzą spod skrzydeł organizacji religijnych, a przypomnę tylko, że ateistyczny materializm (tzw. materializm metafizyczny) jest czymś diametralnie innym, niż potoczne znaczenie materializmu - kultu zakupów, pieniądza i nieprzydatnych do niczego dóbr. Pisałem to ja, człowiek który nigdy nie kupił prezentu na święta (jak już coś, robiłem własnoręcznie).

Druga rzecz o której chciałem napomknąć, wyszła w trakcie wigilijnego telefonu przyjaciółki z zagranicy. Zwierzała mi się z seansu i lektury apokaliptycznych wieści, jakie to rzekomo zawarte są w trzeciej tajemnicy fatimskiej. Nie chce rozwlekać się nad takimi prymitywnymi metodami straszenia ludzi. Straszenie dzieci piekłem i końcem świata budzi we mnie jedynie zażenowanie. Mi również, będąc dzieckiem, śnił się koniec świata, dwie litery na niebie "P" i "N" do których wciągani byli ludzie. Groźby i szantaże zostawię na boku jednak parę słów o Fatimie. O hipokryzji objawień jako takich, pisał Carl Sagan, objawienia fatimskie nie stanowią tu wyjątku. Nie bardzo wiadomo, które elementy zawarte ze wszystkich trzech tajemnicach wypełniły się. Wszystkie są bardzo ogólne i wieloznaczne, a wzmianki o I i II Wojnie Światowej, zamachu na papieża i upadku komunizmu, są jedynie późniejszymi interpretacjami objawień. Jak wszystko to bywało naciągane, dowiemy się spoglądając na treść oryginalnych pierwszych objawień:

Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca Świętego. (za opoka.org)
Słowa te są powszechnie odbierane jako zapowiedz II Wojny Światowej i taką ich interpretacje możemy znaleźć przy każdej okazji wspomnień fatimskich wydarzeń. Tymczasem: jaka wojna rozpoczęła się za panowania Piusa XI, jakie "nieznane światło" jaki "wielki znak" zapowiedział II Wojnę? O prześladowaniach Ojca Świętego w czasie wojny nie wspomną, bo to już sprawa sporna. Jasność i sprawdzalność tych przepowiedni nie różni się od rzetelności horoskopu. Jest to oczywiście kwestia wiary i jeśli tylko ktoś uważa te słowa za prawdę, ma do tego prawo. Są i jednak słowa Matki Bożej z którymi się nie godzę i które dla mojej miernej ludzkiej moralności, są niegodne majestaty matki Jezusa. Jeśli zabraniała ona dzieciom pić w czasie upałów i zalecała krępować się sznurem aby spotęgować odkupicielskie cierpienie, wzbudza to moje oburzenie. Kiedy jednak aniołowie zakazali Franciszkowi i Hiacyncie jeść w czasie epidemii grypy, instruując dzieci do całodniowych modlitw głową w dół, to takie polecenia wzbudzają już moją odrazę. Kaleczenie się i osłabianie organizmu doprowadziło ostatecznie do śmierci obojga dzieciaków, przy czym bezpośrednią przyczyną była wielka epidemia grypy z roku 1918. Mam nadzieje, że aniołowie byli usatysfakcjonowani. Z najstarszą Łucją, postąpiono tak jak postępowano w takich okolicznościach od wieków. Kiedy "zrobiła swoje", kiedy jej wizje wykorzystano już w intratnych celach, wciąż obcująca z duchami Łucja zaczęła być niewygodna dla instytucji kościoła. Wciąż utrzymująca kontakt z Matką Boską Łucja, zaczęła poniekąd przerażać samych kościelnych hierarchów, których nie interesowało już co Matka Boska ma dopowiedzenia na temat ujawnienia trzeciej tajemnicy. Na Łucje nałożono nie tylko całkowity zakaz wypowiadania się publicznie. Do absolutnego minimum ograniczono jej kontakt nawet z własną rodziną, bez pisemnego pozwolenia Watykanu nikt nie mógł zbliżyć się do Łucji. Izolacja jej aż do śmierci stanowi dziś jedną z największych kontrowersje jeśli chodzi o postępowanie kościoła w sprawie fatimskiej. Na cóż, zapewne taka jest cena świętości, wiedzieć kiedy zamilknąć.

20 grudnia 2008

Denver, czy aby ostatni dinozaur?

Większość z nas co dzień styka się z dość licznym gronem osób, bezrefleksyjnie czerpiących swoją wiedzę z głupawych amerykańskikich filmów. Istnieje też grupa ludzi, jak się okazuje prominentów naszego biednego kraju, których poglądy przypominają ponure żarty słabej amerykańskiej tandety dla niepiśmiennego widza. Takim przykładem jest Maciej Giertych , który wraz z klasyką s-f lat 60-tych, "Milion lat przed naszą era", opowiada się za żywotem ludzi, pośród dinozaurów. Nikt nie interesował się wypowiedziami Pana Macieja, kiedy w latach 90-tych kwestionował istnienie syntezy termojąd
rowej wewnątrz gwiazd. Popularności wygadywanym przez siebie bzdurą, zawdzięcza pojawieniu się swego syna w ławach sejmowych. Złoty okres twórczości Macieja, to słynne konferencje o Bazyliszku i smoku cesarza Chin, które miały dowodzić koegzystencje ludzi i dinozaurami. Maciej Giertych wpadł w sidła słowa "smok" pod którym kryje się wiele różnorakich form mitycznych stworzeń, od naszego rodzimego koguto-węża, po hollywodzkie poczwary kilometrowej wielkości, a wystarczyło do licha zainteresować się tematem troszku wcześniej, choćby zajrzeć na sto dr Jerzego Bąbla, polskiego "smokologa".

Upychanie człowieka na grzbiet diplodoka, to w Polsce nie tylko giertyzmy. Ogromną role na polu podobnych nonsensów, odegrał naczelny "archeolog" ruchu Hare Kryszna (a jeśli mnie pamięć nie myli, z wykształcenia agent ubezpieczeniowy) Michael Cremo. Jego tzw "archeologia wedyjska" cofa dzieje człowieka do granic, no właśnie, w zasadzie poza jakiekolwiek granice. 100 Milionów lat, miliard, 2 miliardy lat, nie ma tu żadnej rozsądnej daty wskazującej na początek bytowania ludzi, w kształtach w jakich znamy siebie dzisiaj. Czy człowiek rzeczywiście biegał pośród dinozaurów? Czy naprawdę nasza historia sięga tak odległych lat?

W charakterze jednego z koronnych dowodów, przedstawia się absolutny klasyk kolekcjonerów tajemnic, kamienie z Ica. Kamienie z Ica, podobnie jak opowieść o smoku wawelskim mają przekonać niedowiarków, iż nasza wiedza na temat poczciwych dinozaurów była podejrzanie bogata, jak na wiedzę o dawno wymarłych stworzeniach. Skąd proste społeczności wiedzieć mogły tyle na ich temat? Mariusz Ziółkowski, antropolog, znawca Amerykańskich kultur, w starej ale jarej, liczącej już 30 lat książce "Z powrotem na ziemie", bez skrupułów rozprawia się z tym mitem. Pomimo tego co piszą autorzy maści Danikena czy Charrouxa, kolekcja wielu tysięcy rytowanych kamieni odkrytych w południowym Peru, przedstawiających ludzi walczących z dinozaurami, ma w sobie tyle niesamowitego co film Star Trek. Pośród dowodów na obecność ludzi przez ostatnie dziesiątki milionów lat, wśród artefaktów z Ica, możemy znaleźć takie smaczki, jak ewolucje człowieka wywodzącą nas bezpośrednio od gadzich stworzeń, wraz z formami przejściowymi, pól ludźmi - pół jaszczurami. Czy rzeczywiście świat nauki trwa w spisku nie chcąc przyjąć oczywistych dowodów? Cała zabawa z kamieniami z Ica, rozpoczęła się w roku 1952, kiedy francuski archeolog Henri Reichlen zaproponował kupno zdobionych kamieni. Dzięki dokładnym namiarom na miejsce wykopania kamieni, odnalazł on cmentarzysko kultury Paracas. Dawni mieszkańcy doliny rzeki Ica, chowali swoich bliskich, ofiarowując im na ostatnią drogę, poza żywnością czy ceramika, ozdoby z rzeźbionych otoczaków z pobliskiej rzeki. Kamienie zdobiły raczej mało sensacyjne motywy, figury geometryczne czy schematyczne rysunki ludzi i zwierząt, nic czym można było zachęcić bogatych turystów. Każdy kto zdaje sobie sprawę po ile "chodzą" zabytki z tamtego regionu, zrozumie iż gra była warta świeczki. Moja złodziejska natura daje o sobie znać widząc cennik, kilkuset tysięcy zloty za Olemecką maskę, czy kilkunastu tysięcy za figurkę Majów. Osnuta tajemnicą starożytność, świetnie się sprzedaje, a sprzedaje się tym lepiej, ile owej tajemnicy więcej. Proceder fałszowania kamieni z Ica wystartował na szeroką skale. Fałszowaniem parali się rzemieślnicy z okolic Ocucaje, ale i Szkoła Sztuk Pięknych w Limie. Sama technika rytu wydawała się dowolna, od metalowego dłuta po wiertarkę dentystyczną, przestrzegano jednak zachowania ogólne zasady kompozycji i stylu z Paracas. Dla biegłego archeologa czy traseologa nigdy nie było tu wątpliwości, przy odrobinie chęci nawet laik potrafiłby rozpoznać fałszerstwa. Dinozaurowe kamienie nie zawierały ciemno rdzawej powłoczki, co oznaczała że zostały niedawno wyciągnięte z rzeki, a nie z grobów. Nawet jeśli rytowano kamienie pochodzące z ziemi, charakterystyczna powłoczka tlenowa, nie występowała na właśnie wykonanych żłobieniach - w przeciwieństwie do oryginałów, gdzie równomiernie pokrywała cała powierzchnie. Otoczaki z przedstawieniami kambryjskich stworzeń postarzano tłuszczem i woskiem, jednak te schodziły po zetknięciu z rozpuszczalnikiem. Oczywiście, metod oceny autentyczności tych kamienie istnieje wiele więcej, po szczegółów zapraszam do lektury całego teksty Ziółkowskiego. Ja jedynie mogę zaufać mądrzejszym, w tej dziedzinie, od siebie.

6 grudnia 2008

Na prędko dwie rzeczy...

...pierwsza to oczywiście Mikołaj. I jemu dostało się w walce ateistów z teistami. Sympatycznego brodacza wysłał na front Richard Dawkins, na łamach "Boga urojonego" twierdząc, że wiara w świat dziecięcych postaci pokroju Wróżki Zębuszki, jest na równym poziomie z wiarą w Boga. Na zaskakującą popularność książki Dawkinsa, zareagowano w naszym kraju tłumaczeniem Alistera McGratha, wydaniem zasadniczo tej samej książki (jedna zawiera się w drugiej), pod dwoma tytułami, w dwóch różnych wydawnictwach (Dawkins chwalił się, iż w stosunku do "Boga urojonego", liczba książkowych polemik jego katolickich adwersarzy, przekroczyła już 20). Alister McGrath w "Bóg nie jest urojeniem" oraz "Bogu Dawkinsa" podejmuje i ten wątek wiary w Mikołaja. Czy rzeczywiście wiara w odwiedzającego jednego wieczoru wszystkie dzieci Mikołaja i wiara w Boga są równie naiwna? McGrath odpowiada mniej więcej tak (cytat z pamięci): W świętego Mikołaja wierzą wyłącznie dzieci - nie spotkałem osoby dorosłej, która pełna powagi twierdziłaby, że Mikołaj rzeczywiście istnieje. Jeśli chodzi o Boga, mamy natomiast świadectwa wielu osób, które pomimo braku Boga w okresie dziecięcym, nawróciły się na progu dorosłości. Kto ma zatem racje? Moim skromnym zdaniem leży ona pośrodku. Bezsprzecznie wiara w świętego Mikołaja i wiara w Boga to wiary funkcjonujące w innym stopniu, na innym podłożu, powstałe w innych celach i dla osiągnięcia różnych zadań. Jednak Mikołaj widzący wszystkie złe i dobre uczynki dzieci, oraz Bóg, widzący wszystkie nasze złe i dobre strony, są tworami równie nieprawdopodobnymi.

Druga rzecz to nowy program telewizji Polsat, "Strefa tajemnic". Mamy za sobą pierwszy odcinek, zatem pora na krótką recenzje. Prowadzący to oczywiście nie kto inny jak Maciej Trojanowski, znany z TVN-owskiego hity "Nie do wiary". Pan Maciej, jak zawsze stylizowany na naukowca, z zawieszonymi na nosie okularami, na swój powrót wybrał modny temat, proroctw roku 2012. Pierwsze zdanie po latach telewizyjnej posuchy wypowiedziane w programie:

Przeżyliśmy rok 2000 i zapowiadanego końca świata nie była (zapowiadanego nie raz przez Trojanowskiego, pozwolę sobie dodać). Z radością odrzuciliśmy tą koszmarną myśl do lamusa, a jednak proroctwa Majów, Azteków, Egipcjan, proroctwa chrześcijańskie, proroctwa współczesnych wizjonerów, wszystkie zawierają podobny do siebie scenariusz. Koniec świata ma nastąpić już wkrótce, na początku XXI wieku.

Jeśli chodzi o proroctwa chrześcijańskie, Maciej Trojanowski ma zapewne na myśli Giorgio Bongiovanniego - pamiętam jak przeprowadzał z nim wywiad, jeszcze na antenie "Nie do wiary". Bongiovanni jest włoskim stygmatykiem lansującym tezę powrotnego przyjścia... kosmitów. Daty tego zdarzenia, które rzekomo posiadł za sprawą swoich wizja i rozmów z Matką Boską, zmieniał wielokrotnie - szczególnie jeśli się już przedawniały Ostatnio przełożył ją na 2012. Nie rozszyfrowałem jednak tajemniczych proroctw Azteków i Egipcjan odnośnie roku 2012. Pomimo tego, że badacze zjawisk paranormalnych zwykli wymieniać Azteków w jednym ciągu z cywilizacją Majów, to stosunek tych pierwszych do tych drugich, ma się jak stosunek Wikingów do starożytnych Greków. Oczywiście, w dalszej części programu nie dowiedzieliśmy się nic na temat azteckich proroctw i jestem przekonany, że one nie istnieją. Bezkarnie dodaje się do takich wyliczanek co się da, w końcu kto to sprawdzi Cały zaś program został oparty na wypowiedziach Patricka Geryla, zdaniem którego 12 grudnia 2012 nastąpić ma zmiana magnetycznych biegunów Ziemi. Geryl zapowiada na tą chwile wylanie się wody z oceanów i inne katastrofy. Ziemia doświadczyła już tysięcy zmian biegunów. Żadne oceany się nie wylały, a idea zmiany biegunów za sprawą pstryknięcia palcem, w jeden dzień, jest już idiotyzmem. Wiemy, że taki proces jest na tyle nieregularny, iż jest nie do przewidzenia, zaś samo wygaśnięcie biegunów i pojawienie się ich na nowo, trwa tysiąclecia. W ostatnich 150 latach, ziemskie pole magnetyczne zmniejszyło o 10%, a zmiany te są spowodowane m.in ruchem magmy we wnętrzu Ziemi. Jest to niezwykle powolny i żmudny proces. Magnetyczny biegun północny porusza się z prędkością od 10 do 40 kilometrów... rocznie i jest czymś nieprawdopodobnym aby dokonał przebiegunowania w ciągu najbliższych 4 lat! Zatem nie tylko prowadzący i tematyka, ale niestety i poziom programu "Nie do wiary", zostały zachowane. Dla odmiany polecić mogę, może również nie intelektualny Mount Everest, ale przynajmniej na jako takim poziomie, Derren Brown - Mesjasz. Zamieszczony wczoraj na youtube, niespełna godzinny dokument wraz z polskimi napisami, ukazuje ludzkie naiwności odnośnie zjawisk New Age. Brown przy pomocy iluzjonistycznych sztuczek, wciela się w 5 różnych postaci: telepaty, władającego energią dłoni kaznodzieja, wynalazcy skrzyni nagrywającej sny, uprowadzone przez ufo, oraz medium. Momentami wygląda to naprawdę imponująco. Mówiący otwarcie o swoich manipulacjach Brown, nie ujawnia jednak sposobów którymi zwodzi badających go ekspertów (z jednym tylko wyjątkiem - medium). Tym przyjemniej, ponieważ cały filmowy seans potraktować możemy niczym występ magika. Magika z przesłaniem.

1 grudnia 2008

Narodziny na 101 sposobów

Na świecie istnieje około 90 tysięcy religii, w tym około 30 tysięcy odmian chrześcijaństwa, powstających w tempie dwóch religii dziennie. Ten potężny zbiór religii parachrześcijańskich, odmian judaizmu i islamu, bazuje w mniej więcej na tym samym Bogu stworzycielu. Czy to w Biblii czy w Koranie, obraz stworzenia wygląda podobnie. Jednym z argumentów na istnienie Boga ma być tzw dowód kosmologiczny, który wskazuje na konieczność istnienia tej Postaci, aby mógł powstać świat. Obie księgi lansują tu jedynego boga jako koniecznego sprawce istnienia czegokolwiek. Jeśli nie Bóg to co - powiadają. Dowód kosmologiczny możemy atakować wielorako. W przeciwieństwie do tego czym od dziecka nas karmiono, ani Jahwe ani Allah, ani jakikolwiek pokrewny im Bóg, nie ma tu monopolu. Nie widzę argumentu dlaczego biblijne stworzenia miałoby wieść prymat nad historiami innych religii. Są mity kreacji starsze, piękniejsze, bardziej odpowiadające znanym nam dziś dowodom. Czemu z góry mamy je odrzucać? Opowieść z Księgi Rodzajów jest równie prawdopodobna jak jakakolwiek inna mitologia, tłumacząca nasze powstanie. Jeśli dopuszczamy do naszej głowy podobne fantazje, a nuż warto poznać i inne bajki na ten temat. Każdy religijny monopolista dba aby jego wyznawcy nie poznali innych odmian mitu stworzenia. Na dowód, ile relacji rodem z innych kultur zna nasz rodak? Jak się trafi to może skubnął coś z greckiej mitologii, może, jeśli uważał na lekcji polskiego.

Na dowód tego, iż lansowana przez nas opowieść o narodzinach świata niespecjalnie odbiega poziomem od najprymitywniejszych kultur, zarówno w nich jak i w naszej, występuje te samo stworzonko - wąż. W historii wyznawanej przez chrześcijan nie nadał on Ziemi specjalnie przyjemnego charakteru, jednak wiele religii w samym swoim stworzycielu widzi węża - choćby religia Voodoo czy religia Azteków. Są i bardziej osobliwi zwierzakowi demiurgowie, jak kogut u Joruba, czy Pliszka u Ajnów. Świat Ajnów znajdował się na pływającym pstrągu, który jeśli tylko się poruszał, powodował trzęsienia Ziemi. Ptaszkowi zawdzięczamy jednak całą resztę - to pliszka trzepocąc skrzydłami i przegrzebując pazurkami stworzyła to co dziś oglądamy. U ludów Syberii całą tą robotę odwaliła gołębica, zaś u Indian Kanadyjskich przewodził w tym kruk o imieniu Raven. Całe zastępy zwierząt są stworzycielami Ziemi w mitologią Czirokezów. Przesiadujące w przepełnionym niebie zwierzaki, tworzą lądy z kawałka blotka wywleczonego z dna oceanu. Przekładającym florę nad faunę, polecić mogę mitologie Masajów. Bóg ich wykrzesał świat z drzewa, a wraz z nim trzech bogów, odpowiedzialnych kolejno za wypas bydła, rolnictwo i polowanie. Najwyższy Bóg w panteonie Zulusów, o wdzięcznej nazwie Unkulunkulu, narodził się tymczasem z trzciny. Jeśli lubimy obrzydlistwa, zareklamować mogę bardziej niestrawne genezy naszej planety. Opcja zwymiotowania świata, o ile dość obleśna, jest zaskakująco popularna. Ludzie jako wymiociny nie dla wszystkich wydaje się poniżające, szczególnie jeśli wymiotuje sam bóg! Przeszłość taką posiada, zamieszkujący Ugandę, lud Bakuba. Mbombo, biały olbrzym, cierpią na bóle brzucha zwymiotował Słońce, Księżyc i gwiazdy. Kontynuując następnie tą nieprzyjemną czynność, zwymiotował dodatkowo drzewa, zwierzęta i ludzi.

Z innych inszości, przejawiającym się często motywem jest jajo. Zgodnie z taoizmie z jaja wykluwa się Pan Gu, stworzyciel świata - człowiek o niedźwiedziej skórze i dwóch rogach. Z jaja kosmicznej gęsi narodził się egipski Ra stworzyciel świata. Z kosmicznego jaja Hiranyagarbha, wykluł się Pradźapati, stworzyciel ludzi według wyznawców hinduizmu. Jajo kaczki upodobali sobie Lapończycy. Pradawna kaczka unosząca się nad bezkresnym oceanem, szukając suchego miejsca na gniazdo, ląduje ostatecznie na statku. Ten jednak przewraca się, w konsekwencji czego jajo pęka. Z powstałych tak skorup rodzi się niebo i ziemia, zaś z żółtka powstaje Słońce. Legitymizowany przez chrześcijaństwo motyw stworzenia, to w dużej mierze babiloński epos enuma elisz. Zapewne to stąd Żydzi podprowadzili idee stworzenie za sprawą mocy samych słów potężnej praistoty, nawet kolejność powstałych po sobie elementów świata, jest identyczna jak u Mezopotańczyków.

Jeśli przekonał kogoś dowód kosmologiczny i dla istnienia świata potrzebuje boskiej interwencji, polecam przepiękne legendy będące dziedzictwem Indian Lakota i Nawaho. Opowieść o wietrze stworzonym przez mgłę świateł, już za sprawą swojej poetyki, zasługuje na większy splendor niż tradycja islamsko-judeo-chrześcijańska. Są jednak i mity bardziej odpowiadające naszej dzisiejszej wiedzy na temat początków. Mniej infantylny, a przy tym zgodne ze współczesnymi zapatrywaniami opis zawdzięczamy Orlokom, żyjący na Sachalinie. Wyznają oni zaskakująco prawdziwy przekaz narodzin naszej planety. Ich szamańska religia opowiada o początkach Ziemi, jako nieprzyjaznej krainie, Ziemi jedynie płynnej magmy bez śladów życia. Dopiero zastygła lawa, daje początki skałom na których wyrasta nasz świat. W owej opowieści pojawia się co prawda pierwszy człowiek, eliminujący po kolei inne "słońca", tak aby w ostatecznym rozrachunku zostawić nam jedno, jednak sam motyw początków jest imponujący (Nie mogłem oprzeć się pokusie, nie skomentowania tego faktu mini-komiksem po prawej. Wykradłem go z większej całości którą gorąco polecam). Za wszechświatem istniejącym od zawsze optuje indyjski dżinizm i japoński szintoizm, cześć z wielu religii Aborygenów, oraz w pewnym sensie Mormoni. Budda natomiast nauczał, że pytanie o początki świata jest poza zasięgiem wiedzy człowieka. Pytanie te rodzi jedynie niedosyt wiedzy, przez co buddyzm w ogóle nie zajmuje się tą kwestią.

Świat na licencji creative commons

Nie mający zahamowań humanista, jest niczym dobrej klasy łasica, która zawsze prześlizgnie się przez każdą dziurę i wywęszy każdy temat. Nawet rzeczy będące arcydomeną umysłu ścisłego, takie jak oprogramowanie, z czasem padają łupem atechnicznie myślących teoretyków. Mimo, że to informatycy, tworzą, rozwijają i to głównie oni używają wolnego i otwartego oprogramowania, wydaje mi się, że jedyna sensowna rzecz na ten temat, wychodzi jednak spod pióra humanistów. Obserwacja portali promujących otwarte rozwiązaniu pokazuje, że tajniki konsoli i jej poleceń oraz refleksje nad zastaną i przyszłą kondycją najszerzej rozumianego open source, ewidentnie nie idą ze sobą w parze. Jeśli chodzi o wolne projekty, najważniejszą postacią w Polsce nie jest żaden informatyk, ale Jarosław Lipszyc, skądinąd poeta. Jak na razie to przed nim rysują się największe dokonania w popularyzacji wolnych idei (pół anonimowo, acz publicznie deklaruje się, że 1% mojego podatku trafi na "wolne podręczniki). We Wrocławiu, taką postacią mogłaby być Małgorzata Burnecka, wykładająca wolną kulturę w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Dziś mogę się przyznać, że byłem autorem jednej z recenzji filmu o Linusie Torvaldsie, oddanej na zaliczenie przedmiotu. Trochę czasu minęło, personalia studenta nie ujawniam, liczę że nikt mnie za to po sądach ścigać nie będzie.

Systemy operacyjne czy programy stanowią jedynie czubek góry lodowej. Problem zacznie się kiedy monopolem prawnym zostaną objęte po kolei wszystkie udogodnienia, jakimi dane nam będzie cieszyć się w przyszłości. Historia nauki wskazuje nie tylko to, co było niezbędne do zaistnienia jakiejś innowacji, ale z perspektywy czasu, także to czego nieobecność umożliwiła rozpropagowanie się danego wynalazku. Gdyby nie kreatywność której wszystko dziś zawdzięczamy, siedzielibyśmy teraz przed jaskinią grzebiąc patykiem w ognisku. Gdyby jednak paleolityczne społeczności posługiwały się naszymi standardami rozumienia własności intelektualnej, nawet ten nieszczęsny patyk nie wszystkim byłby dany. Trudno wyrokować jak prawo autorskiego do błahego pogrzebacza przyhamowałyby nasz rozwój. Kij z patykiem! Czy potrafimy wyobrazić sobie konsekwencje egzekwowanego patentu na druk, Bi Shenga skarżącego Jana Gutenberga? To stanowiłoby już ogromny impas dla kultury i cywilizacji. Regres jaki musielibyśmy doświadczyć wydaje się trudny do pomyślenia. Nie sposób doliczyć się które części kinematografu braci Lumiere są ich autorstwa, a przy których wykorzystali pomysłowość innych wynalazców. Przykładów tych możemy mnożyć, historia postępu pokazuje, że nasza wiedza istnieje dzięki akumulacji, dzięki przyswajaniu i rozwijaniu wcześniejszych pomysłów. Nawet w momencie rewolucji naukowej, rewolucja ta bazuje na wcześniejszej wiedzy, bez której by się nie obeszła. Wyłączność na pomysły uniemożliwiłyby postęp. Jak kuszące i perspektywiczne jest dopracowywanie czyjegoś dorobku, w prześmiewczy sposób unaocznił nam Lawrence Lessig, w swojej słynnej książce - wielkie koncerny, filmowe i muzyczne, które tak walczą dziś z "piractwem", powstały właśnie dzięki naginaniu praw patentowych i przymykaniu oka na prawa do cudzej własności.

Właśnie stoimy na progu takiego absurdu, kiedy prawo zaczyna dotyczyć najbardziej podstawowej czynności człowieka - jedzenia. Bynajmniej nie są to oscypki, o które przepychaliśmy się ze Słowakami, ale coś, co do tej pory wydawało się naszym niezbywalnym prawem. Patentem obejmowana jest otaczająca nas natura. Największy dar jaki ofiarowała nam genetyka może zostać zaprzepaszczony. Potencjał owoców zawierających w sobie szczepionki na dręczące nas choroby, owady walczące z naszymi odwiecznymi szkodnikami, warzywa rosnące na suchych terenach dotkniętych głodem, na obszarach gdzie nic innego rosnąć nie może. Wszystko to stoi pod znakiem zapytania, ponieważ realia naszego świata, wraz z jego prawniczymi fanaberiami, dosięgły Postęp przez duże P. Nieporozumieniem jest kakofonia głosów ostrzegająca nas o zgubach żywności genetycznie modyfikowanej (GMO), która nas potruje, zadławi nasze ptaki i zgładzi wszystko inne. Prawdziwy problem GMO ulatnia się gdzieś w natłoku podobnych insynuacji. Problemem są patenty jakie obowiązują na gatunki genetycznie modyfikowane. Legendy obrosły wokół działań Monsanto, największego producenta GMO na świecie, przy których znane powszechnie działania Microsoftu to dziecinne igraszki. Z powodu tego, iż rośliny spod znaku GMO nie należą do rolnika który je uprawiają, a do firm które je stworzyły, nawet najprostsze czynności jakie rolnicy mogli uczynić ze swoim dorobkiem pracy, dziś stają się zakazane. Przekładając to na analogie z oprogramowaniem, nabywca komercyjnych program nie ma prawa aby je kopiować, a następnie czerpać z tego korzyści. Z GMO mamy problem, ponieważ rośliny są produktami samokopiującymi się, ich zasadniczym, aby nie powiedzieć, że jedynym celem, jest właśnie nieustanne powielanie się. Strzegąc kolejnych kopi , a zarazem ślepo kopiując wzorce wypracowane przez świat rozrywki, doprowadzono do stanu, w którym ziarno pochodzące z kupionych przez rolnika roślin, nie jest bynajmniej jego własnością! Mało tego, rolnik prawnie odpowiada za przypadkowe zasianie się takiej rośliny. W przeciwieństwie do rynku komputerowego, kopia organizmu GMO może powstać bez naszego udziału, tymczasem odpowiedzialność jest adekwatna, rodem z wcześniejszych praw patentowych. Paradoks polega na tym, iż farmer kupujący ziarno na zasiew pszenicy GMO, musi odprzedać wyprodukowane przez siebie zboże, ponieważ prawnie nie należy ono do niego, aby następnie te samo zboże odkupić w miejscu gdzie je sprzedał! Albo podobne prawa rozlecą się na cztery wiatry, albo czeka nas w przyszłości coś naprawdę niepokojącego. Naprawdę nie chodzi o to czy będziemy używać Ubuntu czy Windowsa. Ważne aby zasiać w nas idee dzielenia się i myślenia ponad prawnymi ograniczeniami, gdyż to obronić nas przed problemami przyszłości, być może o wiele poważniejszymi niż systemy operacyjne. Jeśli oswoimy się z myślą i damy sobie wmówić, że ludzki pomyślunek obowiązuje kodeks karny, to już teraz mamy nie lada problem.