29 maja 2014

Pan Diabeł proszony na plan

Ogłupiony niebanalną kampanią reklamową, skusiłem się na horror Matta Olpina "Diabelskie nasienie". Wśród słów jakimi określiłbym film, wyraz 'niebanalny" jest ostatnim jaki przychodzi mi do głowy. Choć w słowniku są przecież takie słowa jak "kangur", "frezarka" czy "barometryczny", to i tak słowo "niebanalny' zostawiłbym na koniec. Chyba jedyną zaletą tej produkcji jest to, że jej autor nie upiera się, iż film ma coś wspólnego z prawdą. Kiedy kręcono "Egzorcyzmy Emily Rose" wmawiano widzom, iż jest to ekranizacja przypadku Anneliese Michel. Fajne historie szybko się wyczerpały, ale potrzeba dodania elementu uwiarygodniającego w postaci nazwiska pozostała. Stąd "Egzorcyzmy Gail Bowers", "Egzorcyzmy Dorothy Mills", czy "Opętanie Amy Evans" O ironio, najsłynniejsze egzorcyzmy w historii, będące przykładem dla tysięcy opętanych jeszcze do niedawna były sprawą anonimową. Od początku, a więc od 1973 wiedzieliśmy, że film "Egzorcysta" oparty jest na historii trzynastoletniego chłopca, znanego w literaturze jako "R". Film "Egzorcysta" jest podkoloryzowaną wersją noweli Williama Blatty z 1971, sama zaś nowela podkoloryzowaną wersją pewnie też podkoloryzowanych dzienników egzorcystów z 1949. Sam sposób w jaki ustalono, że "R" to były pracownik NASA Ronald Edwin Hunkeler, jest już interesujący. Udało się to dzięki dziennikarzom obywatelskim i internautom, którzy na podstawie skąpych danych z oficjalnych dokumentów, wyśledzili wpierw miejscowość a następnie dom w którym dokonano egzorcyzmów. Niektórzy blogerzy wzięli sobie za punkt honoru zrobienie zdjęcia Hunkelerowi. Ten jednak nie ułatwia im życia. Ostatni trop to grzywna jaką Hunkeler zapłacił w sądzie kilka lat temu. Jeśli żyje ma 78 lat.

Znajdź 10 różnic
To co na początek wypadałoby znać, to "fenomeny" jakie wystąpiły w czasie egzorcyzmów Hunkelera. Wbrew temu co pokazano na filmie, chłopak nie obracał głową o 360 stopni i nie mówił po łacinie (ewentualnie powtarzał tylko zasłyszane w czasie egzorcyzmów łacińskie zwroty). Ba, nawet nie zmieniał głosu na ochrypły ani nie miał nadludzkiej siły. Z relacji egzorcystów wiemy natomiast, że łóżko chłopca poruszało się, a na jego ciele pojawiały się dziwne napisy. Gdyby nie ustalenie personaliów chłopca, bylibyśmy zdani jedynie na relacje egzorcystów. Dziś wiemy o tej sprawie znacznie więcej. Wiemy jaki stosunek do tych wydarzeń mieli jego rodzice, jego sąsiedzi i przyjaciele z dzieciństwa. Okazało się, że Ronald Hunkeler był obrzydliwie rozpieszczonym, wrednym bachorem, który specjalizował się w straszenie dzieci oraz oszukiwaniu swojej matki. Gdyby duchowni poprzedzili egzorcyzmy wywiadem środowiskowym, myślę, że daliby by sobie spokój. Dowiedzieliby się, że nie tylko on, ale wszyscy chłopcy w okolicy potrafili poruszać owym nieszczęsnym sprężynowym łóżkiem na kółkach. Do wymownej sytuacji doszło w szkole, kiedy obrażony Hunkeler zaczął trząść ławką w opętańczym spazmie. Nauczycielka wyrzuciła go z klasy a nadąsany chłopak wrócił do domu. Publiczne upokorzenie okazało się skuteczniejszą bronią w walce z diabłem niż wszystkie nocne modlitwy, wzywania Chrystusa, komunie, zaklęcia i rytuały egzorcystów. Skala nadnaturalnych zjawisk musiało mocno odbiegać od tego co oglądamy na filmie zważywszy, że ojciec chłopca do końca twierdził, że mały symuluje, próbując zwrócić na siebie uwagę i manipulować matką.

Rany w postaci napisów na ciele Ronalda mogą stanowić tajemnice jedynie dla człowieka głębokiej wiary. Skąd rany u chłopca, który wcześniej barykaduje się w pokoju i wychodzi z niego pokryty diabelskimi słowami? Oczywiście to nie chłopak ale sam szatan przesuwał meble pod drzwi. Chłopak był dla egzorcystów poza podejrzeniem - nawet kiedy przyłapano go, jak wydrapuje sobie paznokciem na piersi słowo "piekło". Sama treść napisów była dość nietypowa. Były to pewnego rodzaju polecenia, co należy zrobić aby pomóc chłopcu, co mu dać, gdzie go zabrać. Na ciele pojawiały się wręcz nazwy konkretnych miast, jak Saint Louis. Zabawną historia jest, jak nasz bohater szedł rano do szkoły. Po marudzeniach, że nie chce i po stanowczych słowach matki że musi, Ronald rozpiął koszule i na swoim ciele wskazał matce napis "no school". Cała opowieść ma dwa zakończenia, do wyboru. W jednej, w chłopca wchodzi sam Michał Archanioł, który oświadcza zebranym, że koniec tego dobrego i przepędza szatana. W drugiej wersji chłopak ma wizje ubranego w białe szaty mężczyzny, który z płonącym mieczem ściga diabła. Smaczku dodaje fakt, że jedyny ksiądz biorący udział w egzorcyzmach, który wypowiadał się o nich publicznie ks. Walter Halloran, pod koniec życia sam zaczął w nie wątpić. Jak twierdził, nie jest w stanie ani potwierdzić ani wykluczyć, że R był naprawdę opętany. Trochę za późno księże Halloran. Machina już ruszyła i zbiera żniwo. A ponoć w 73' dystrybutor filmu nie chciał zgodzić się na tytuł "Egzorcysta" twierdząc, ze widzowie nie będą wiedzieli co on oznacza. Jak widać wiele się od tej pory zmieniło.

23 maja 2014

Gdyby kobiety rzeczywiście okazały się głupsze, czy wolno byłoby o tym rozmawiać?

Wciąż nie rozumiem co uratowało najnowszy tom "Zakazanej Psychologii' przed publicznym, przykładnym spaleniem. Przecież jej lubieżny autor Tomasz Witkowski, śmie w niej przywoływać metaanalizę Bruca Rinda? Badania Rinda wywołały pod koniec lat 90tych takie zamieszanie, że sprawą zajął się Kongres Stanów Zjednoczonych, który jednogłośnie je potępił. Ich grzech polegał na twierdzeniu, iż po przeanalizowaniu 52 badań nie znaleziono dowodów, na trwale negatywne skutki molestowania seksualnego dzieci. Wynik okazał się wysoce niestosowny, w końcu wszyscy wiemy, że molestowania prowadzą do traumy, a molestowani po 20 latach wciąż budzą się w środku nocy oblani potem. Czy wolno mówić takie rzeczy, nawet jeśli potwierdzają je badania empiryczne? Biedny Witkowski najwyraźniej zdaje sobie sprawy z tego jaka jest odpowiedz. Mniej więcej na każdej stronie podkreśla, że nie jest pedofilem, ani nawet nie użyczał swoich dzieci sąsiadom, on tylko przytacza dane. Wyobraźmy sobie, że Abp Michalik zamiast twierdzić, iż to dzieci lgną i szukają miłości (co jest raczej nieprawdą), powiedział wprost, że ponad 90% molestowanych dzieci, nie widziała w samym akcie, w momencie w którym był popełniany, czegoś przerażającego czy strasznego (co jest akurat prawdą). Za drugie stwierdzenie nie przepraszałby arcybiskup, ale chyba sam papież. Wspominam o tym w kontekście ostatnich wypowiedzi Janusza Korwin-Mikke. JKM chodzi po Polsatach i innych TVNach krzycząc, że mężczyźni górują inteligencją nad kobietami. Niespecjalnie interesuje mnie kto ma ten 1 IQ więcej, natomiast zastanawia mnie, czy w ogóle można o tym w Polsce rozmawiać? Czy gdyby kobiety okazały się mniej inteligentne, wolno byłoby o tym dyskutować? Z tego co widzę, chyba nie.

Nie gram w drużynie JKM, ani żadnego innego polityka, przynajmniej lubię tak o sobie myśleć. Interesuje mnie co mówi empiria i dane, warto grać w drużynie nauki, bo to pewny zwycięzca, któremu wszyscy zawdzięczają wszystko. Pan Janusz potrafi skompromitować każdą idee. Nawet twierdzenie 2+2 JKM potrafiłby obudować takimi argumentami, że normalny człowiek zacząłby się zastanawiać, czy to nie przypadkiem 5, a nawet jak 4, to czy z pobudek moralnych, nie wypadałoby optować za 5. Tak czy owak Korwin ma racje, twierdząc iż wiele badań wskazuje na wyższy poziom IQ mężczyzn. Wydaje się, że w ramach odpowiedzi. należałoby wykazać statystyczną nieistotność tych wyników; pokazać ich niuanse; wskazać na badania, które pokazują brak różnić, a nawet przewagę kobiet; czy nawet podważyć sam sens takich badań. Każdy z tych podpunktów jest banalny do zrealizowania, tymczasem jaka jest odpowiedź? Manifesty, listy oburzonych i petycje domagające się odebrania głosu JKM. Najwyraźniej jestem jakiś dziwny, bo potrafię wyobrazić sobie naprawdę fajną dyskusje, np. o tym czemu jest tak mało kobiet w rankingach szachowych. Chciałem powiedzieć, że ostatnio jest tam nie tylko mało kobiet, ale w ogóle mało ludzi. By nie wyglądało to tak fatalnie, sporządzono dla tych nieludzkich arcymistrzów osobne rankingi. Obecnie turnieje silników szachowych stoją na poziome niedostępnym dla ludzi i jeśli chcesz obejrzeć partyjkę najlepszych, to niestety będą to dwa komputery. "Klasyczne", ludzkie turnieje szachowe (które JKM przytacza), to w pewnym sensie takie paraolimpiady (którymi JKM gardzi).

W Polsce brakuje czegoś pokroju Foundation for Individual Rights in Education, a więc instytucji walczącej z cenzurą poprawności politycznej w dyskusji akademickiej. Prawnicy FIRE interweniują w momentach, kiedy dochodzi do próby powstrzymania badań lub ograniczenia wolności słowa, ze względu na interes określonej grupy. Nie oszczędzają przy tym nikogo. Nie ważne czy wierzysz w Boga, jesteś homoseksualistą, rdzennym mieszkańcem Ameryki lub masz czarny kolor skóry - nie masz prawa nikogo kneblować. Oczywiście inicjatorzy takich akcji nie kwestionują mało sympatycznych rzeczy jakie dotykały i dotykają niektóre mniejszości. Jednocześnie nikt nie może być wyłączony spod krytyki, tylko dlatego, że jest Żydem, bo jest otyły lub rudy. Z założenia zatem brak wolności w dyskursie naukowym, jest w dłuższej perspektywie o wiele groźniejszy, niż ewentualne paszkwile jakie mogą na tym wypłynąć. Grup, które mają prawo czuć się sponiewierane jest tak dużo, że w zasadzie każdy należy do którejś z nich. Jak w praktyce wygląda takie blokowanie wszystkich przez wszystkich, widać w naszym pięknym kraju. Nasza państwo aby przypadkiem nikogo nie skrzywdzić, postanowiła dyskryminować wszystkich bez wyjątku. A nie może krytykować B, bo obrazi uczucia religijne B; B nie może skrytykować ułomności C, bo C był więźniem politycznym; nie można krytykować także A, bo ten z kolei siedział w KL Auschwitz. Dzięki czemu dochodzi do kuriozalnych sytuacji, z pozoru niemożliwych do jednoczonego zaistnienia, gdzie np. dyskryminowani czują się u nas zarówno wierzący jak i ateiści.

20 maja 2014

Starowiedza

Jeśli komuś się nudzi tudzież pracuje na komputerze, a nie chce siedzieć w ciszy - polecam debatę na temat świadomości. Stara ale jara produkcja, jeszcze z czasów istnienia atvnu. Wśród zgrai fizyków, biologów i neurologów jest też prawdziwy rodzynek, profesor wielu katolickich uczelni Mieczysław Gogacz. Wypowiedzi Pana Mieczysława są niczym podróż wehikułem czasu wprost do średniowiecza. Każdy argument profesora Gogacza zaczyna się i kończy ną św. Tomaszu. Współczesne koncepcje naukowe, jeśli nie mają zaczepienia u Arystotelesa, nie robią na profesorze żadnego wrażenia. Ktoś, kto nie studiował czegoś z humanistyczno-społecznej działki może pomyśleć, że ma tu do czynienia z niechlubnym wyjątkiem. Nic podobnego. Niepowołanie się na Maksa Webera jest w pewnych kręgach większym faux pas niż wytarcie sobie nosa w rękaw. Jeśli ktoś cytuje wypowiedzi Webera sprzed 100 lat to i tak nie najgorzej. Bywa, że wśród referentów częściej słychać Platona niż to, co o człowieku mają do powiedzenia kognitywiści. Czasami przywoływanie tych drugich jest wręcz niemile widziane. Bezpieczniej jest zacytować klasyka, którego wiedza o świecie była mniejsza niż dzisiejszego gimbusa, niż silić się na jakieś dane zebrane gdzieś za oceanem, w szemranych instytutach. Być może problem starowiedzy, a więc nieaktualnej, przestarzałej wiedzy, jest większy, niż często omawiane tu pseudonaukowe duperele.

W środowisku fizyków, kiedy chce się kogoś obrazić, mówi się o nim arystotelik. Arystetelik to typ (lub typiara), który nie nadąża i wciąż widzi fizykę, taką jaką była, powiedzmy 20 lat temu. Kiedy przedstawiciele miękkich nauk cytują tzw. autorytety sprzed 200, 300 lat, niespecjalnie to kogokolwiek dziwi. Po co się męczyć i analizować Big Data, skoro wszystko o społeczeństwie powiedział już Rousseau w XVIII wieku. Oczywiście nie znaczy to, że humaniści wyhodowali u siebie gniazdo żmij, a wszędzie indziej trwa festiwal nieustannie świeżej wiedzy. Jeśli ktoś nie czyta zagranicznej literatury, czasopism, to starowiedza może tańcować w jego mózgu nie mniej energicznie niż w głowie Gogacza. Starowiedza w naukach medycznych może być wręcz niebezpieczna. Lekarz nie znający angielskiego, jest dla mnie równie podejrzany, co ten leczący miodem, cebulą i syropem z pokrzywy.

Pamiętam dyskusje radiową, w której uczestniczył jeden z najbardziej znanych polskich socjologów. Na początku programy gospodyni poprosiła zebranych gości o wyłączenie telefonów. Wszyscy jeszcze raz upewnili się, że wyłączyli swoje komórki i rozpoczęli dyskusje. Jednym z wątków rozmowy było biadolenie nad głupotą młodzieży. Jak to zginie we współczesnym świecie jeśli nie uzbroi się w bezcenną wiedze i nie zacznie czytać Żeromskiego, tak jak robiło to pokolenie dyskutantów. Mniej więcej w odstępach 5-minutowych każdemu z zebranych zadzwonił telefon, przy czym wyróżnił się socjolog. Jemu telefon zadzwonił ze trzy razy, przy czym za każdy razem pan profesor był przekonany, że teraz to już go na pewno wyłączył. W takich okolicznościach lubię wyobrażać sobie hipotetyczną scenę, dziejącą się gdzieś na rubieżach Polski. Ostatni kowal we wsi, żali się swojemu sąsiadowi zdunowi: "Boguś. Mój syn to debil. Krowy nie zapalikuje bo się boi, konia nie podkuje, wideł do gnoju wykuć nie umie! Ten chłopak zginie w życiu, mowie ci. Tylko siedzi przy tej piekielnej maszynie liczącej, stuka swoimi małymi palcami, którymi by nawet miecha w kuźni nie utrzymał i pisze te swoje programy. Tragedia, mówi ci! Co za głąb!"

19 maja 2014

Ciemna strona cheerleaderstwa

Chyba bardziej niż lemingi przypominamy łykające wszystko na swej drodze stado pelikanów. Fruniemy z rozdziawionymi dziobami, do których wpadają wszystkie bajdurzenia i nonsensy. Niestety nie wszystkie zostaną przez ptaszysko łatwo wydalone, choć większość bzdur które łyka pelikan na szczęście nie wywołuje u niego rozwolnienia. Np. co jakiś czas media bredzą o kolejnym mężczyźnie w ciąży* (*nie licząc tych będących wcześniej kobietami, którzy zmieniając płeć postanowili nie rozstawać się ze swymi kobiecymi zabawkami, typu macica). Jeden z takich brzemiennych panów, niejaki Lee Mingwei znalazł się nawet na okładce Timesa (wszystko okazało się artystyczną prowokacją). Istnieją jednak o wiele bardziej niestrawne idiotyzmy. W tym specjalizują się ludzie, którzy za swój cel obrali walkę ze szczepionkami. Powiedzmy sobie otwarcie, to nie jest łatwa walka. Osoby te łapią się w desperacji każdego newsa, nieważne jak debilny by nie był. O ile społeczeństwo porównałem do pelikanów, to ludzi atakujących szczepienia przyrównałbym do dzikich warchlaków, radośnie pokwikujących na widok kartofli w paśniku. Szczęśliwie merdają swymi małymi ogonkami, nie bacząc na myśliwską ambonę tuż nad paśnikiem. Ceną za te ziemniaczki, moje kochane świniaki, może być wasze życie. Wiele takich radosnych pochrumkiwań w środowisku antyszczepionkowców wywołał przypadek Desiree Jennings, cheerleaderki ze stanu Wirginia. U dwudziestopięciolatki wystąpił efekt poszczepienny w postaci dystonii - bezwarunkowych ruchów i skurczy dłoni, ramion, tułowia, twarzy, w zasadzie wszystkich części ciała. Straszne? Nie bardzo. Ten przypadek jest tak żenujący, że można tylko zakryć oczy racicami ze wstydu. Do rzeczy. Zacznijmy od krótkiego filmiku:


"Kwi, kwi", wykrzyczeli antyszczepionkowcy. "Widzicie do czego prowadzą szczepienia, zakazać tego świństwa, chrum, chrum!" Niestety sprawa Jennings od początku brzydko pachniała. Dlaczego takie objawy nie wystąpiły u nikogo innego na świecie? Co więcej, przyjrzenie się nagraniom ujawniło, że objawy byłej cheerleaderki nie mają żadnego sensu. Wyglądało tak, jakby na każdy nagraniu dolegało jej coś innego. Neurolodzy mieli problem nie tylko z diagnozą dystonii, ale też jakiegokolwiek innego zaburzenia ruchu. Głos zabrała amerykańska Fundacja Badań nad Dystonią, której eksperci jednogłośnie stwierdzili, iż to co oglądamy w reportażach o Jennings nie jest dystonią. Okazało się, że żaden neurolog nigdy nie zdiagnozował u niej dystonii. Zrobił to jej prywatny fizjoterapeuta. Zapomniałem też wspomnieć o małym szczególe. Otóż wszelkie objawy ustępowały kiedy dziewczyna zaczynała... iść do tyłu. Choroba całkowicie znikała kiedy Jennimgs zaczynała chodzić do tyłu lub biec do przodu. Kiedy zamiast biec przodem tylko szła, choroba znów powracała. Pamiętam reportaż o naszej bohaterce w TVP Info. Adnotacja o tym dziwnym zjawisku została podana bez jednego zająknięcia. Jakby to było coś normalnego, że choroba znika kiedy człowiek chodzi do tyłu i powraca, kiedy zaczyna iść do przodu. Aktorstwo Jennings było zarówno śmieszne jak i przerażające.


Oddelegowane do badania niepożądanych odczynów poszczepiennych służby uznały przypadek Jennings za "psychogenny". Nasza bohaterka nie przyjęła tego z dobrą miną. Diagnoza, jakoby nasza choroba miała źródło jedynie w naszej głowie, nie jest tym, co chcą usłyszeć pacjenci - szczególnie jeśli za sprawą tej choroby trafili na pierwsze strony gazet. Jennings jeszcze mocniej przytuliła się do środowiska antyszczepiokowców, te zaś postanowiło wyleczyć ją z tej strasznej choroby. Na urojone choroby najlepiej działają urojone lekarstwa. Cheerleaderką zajął się sztab tzw 'lekarzy medycyny alternatywnej" z niejakim Rashidem Buttarem na czele. Buttar leczył ją jakimiś kropelkami, ale głównie chodził po mediach, gdzie sprzedawał rzewne historie, jak to pierwszy raz ujrzał umierającą Jennings. Jak się domyślacie, postanowił bohatersko wyszarpać ją ze szponów śmierci przy pomocy swoich magicznych terapii, zaklęć i całej gammy pseudomedycznych pierdół. Możecie wypuścić powietrze - udało się! Albo mieliśmy do czynienia z pierwszym przypadkiem w dziejach ludzkości, aby jakieś szarlatańskie metody wyleczyły dystonie. Dodajmy, chyba najdziwniejszą dystonie w historii medycyny. Albo.... albo Desiree Jennings znudziło się chodzenie do sklepu tyłem.

15 maja 2014

Prawdośrodkizm: czy jest aż tak źle?

Natknąłem się na dwa teksty, skądinąd poczytnych autorów, na temat tak zwanej "pseudosymetrii autorytetu naukowego" i nie jestem pewien, czy się z nimi w pełni zgadzam. Pojęcie te wprowadził antropolog mediów Christopher Toumey, choć oczywiście samo zjawisko istniało przed pojawieniem się tego uczonego terminu. Czym jest i jak wygląda w praktyce to cholerstwo? Wyobraźmy sobie telewizyjną debatę na temat bezpieczeństwa. Dyskusja dotyczy spadku przestępczości w Nowym Jorku w ostatnich 20 latach. Jest to przykład miasta nie mający chyba precedensu, gdzie przestępczość w ciągu dwóch dekad spadła o jakieś 90%. Jeden z siedzących w studiu ekspertów uważa, że to zasługą poczynań policji. Drugi ekspert kategorycznie się z tym nie zgadza. Krzyczy - to spadek bezrobocia i walka z ubóstwem poprawiły bezpieczeństwo nowojorczyków! Mniej więcej tak wygląda większość telewizyjnych sporów. Rozsądek podpowiada nam, że najpewniej w obu opiniach kryje się trochę racji i tak naprawdę wszystkie te czynniki odegrały swoją rolę. Odczuwamy naturalny opór przed obraniem skrajnego stanowiska w temacie, w którym nie mamy wyrobionego zdania. Choć w codziennym życiu strategia ta przynosi spore korzyści, to w sporze opartym na dowodach nie ma racji bytu. Prawie wszyscy eksperci zajmujący się bezpieczeństwem przyznają, że działania policji odegrały kluczowa rolę w walce z nowojorskim bezprawiem, czego nie można powiedzieć o czynnikach ekonomicznych. Tym razem, prawda nie leżała po środku.

Wykradzione stąd
Czy w takim razie uznane teorie naukowe powinny ścierać się na oczach widzów z pseudointelektualną paplaniną? W konsekwencji może to wywołać iluzje, iż te dwa poglądy są równorzędne, zaś fałszywe może być już samo odczucie istnienia jakiegokolwiek sporu w temacie, w którym od lat panuje utarty konsensus. Moim zdaniem odpowiedź brzmi: tak. Sam to zresztą praktykuję, ścierając się z historiami o wiarygodności bajek z mchu i paproci. Szczerze mówiąc, gdybym w którymś z ogólnopolskich mediów miał przeprowadzić debatę na temat zmysłu magnetycznego zwierząt, do dyskusji zaprosiłbym naukowców spierających się nad samym jego istnieniem, mimo iż wiem, że proporcje problemu oddałaby raczej debata, czy zmysł magnetorecepcji znajduje się w górnej części dzioba czy w siatkówce oka. Obawiam się jednak, że sprokurowanie tak specjalistycznej dysputy w praim-taimie byłoby moim ostatnim wejściem na antenę. Natomiast to, do czego w istocie można się doczepić, to dziennikarska obsesja nie ujawniania własnej opinii i nie stawania po żadnej ze stron. Może zasada ta sprawdza się w dyskusjach typu "czy Marta powinna zerwać ze swoim chłopakiem, po tym jak upił się na wigilii". Nie mniej w polemice bazującej na faktach i twardych danych, powściągliwość w wyrażaniu własnych sądów wygląda kuriozalnie. Czy kiedy do studia zawita człowiek twierdzący, że jest polną myszą, to prowadząca program i wtedy zakończy go konkluzją "może nie do końca, ale coś w tym może być"?

W tematach w których brak nam wiedzy asekuracyjnie nie optujemy za skrajnościami. Istnieje zatem pokusa naświetlenia problemu w ten sposób, aby nasze zdanie znalazło się gdzieś pośrodku. Jeśli uda nam się przedstawić problem tak, że to nasz pogląd będzie tym umiarkowanym, zasada prawdośrodkizmu wepchnie ludzi w nasze brudne łapska. Stosują to wszyscy, świadomie bądź nieświadomie. Dla przykładu zobaczmy jak robi to dziennikarz Edwin Bendyk w przypadku GMO. Według Bendyka, rozprawiając na temat organizmów modyfikowanych genetycznie należy przekreślić dwa skrajnie, fundamentalne stanowiska. No i słusznie, zatem przekreślamy. Po jednej stronie entuzjastycznie nastawieni naukowcy, po przeciwnej ludzi przychodzący na manifestacje z doszytymi ogonami szczura.. Przekreślamy, ciach! Zostaje pogląd, że w sumie z GMO to nic nie wiadomo, a jak nie wiadomo to jednak NIE. Pytanie, dlaczego po jednej stronie odjęliśmy bioinżynierów, a po drugiej oszołomów przebranych za mutantów? Czy po tamtej stronie nie należało odjąć adekwatny poziom oszołomstwa, powiedzmy osoby zakochane w GMO i przebrane za gigantyczne pomidory? Dość łatwo jest przesunąć i rozszerzyć skale, tak aby nasz pogląd znalazł się pośrodku. Tym sposobem każdy, nawet radykalny pogląd, da się przedstawić jako umiarkowany. Tak powstał między innymi polski "kompromis aborcyjny". Po jednej stronie przyłożono średnio restrykcyjne prawo europejskie, a po drugiej nie znany w cywilizowanym świecie zakaz czegokolwiek od momentu kiedy pan plemnik spotka komórkę jajową. W tenże sposób, to co nazwano rozwiązaniem kompromisowym, jest w istocie jedną z najbardziej opresyjnych ustaw na północnej półkuli. Najdziwniejszy objaw prawdośrodkizmu jaki pamiętam miał miejsce w dyskusji nad ludzkimi czaszkami, jakich debile doszukują się na zdjęciach z powierzchni Marsa. Po tym jak zwróciłem uwagę jednemu z takich tropicieli kości, że to po prostu kamienie, ten stwierdził że zgodnie z logiką, jeśli ja mówię, że to kamień, a on, że to czaszka - to szanse, że to ludzka czaszką wynoszą 50:50.

6 maja 2014

Polityku, ostrożnie z tymi danymi

Co począć, jeśli potrzeba chwili wymaga, aby motłoch chwycił za widły i pochodnie? Otóż należy omamić hołotę jakąś szczytną ideą, pod którą nie wypada się nie podpisać. Oczywiście nie wszystkie hasła są tak samo skuteczne. "Walczmy o większy plon zbóż ozimych z hektara!" Postulat niby słuszny, ale bez rewolucyjnego potencjału, nie porywa. Gdyby przeliczać nośność postulatów, na ilość znoszonych do palenia opon, najpewniej wygrałaby jakaś mglista idea, z którą każdy się zgadza, ale nikt nie rozumie jej tak samo. W filmie Braveheart William Wallace nie krzyczy do swoich rodaków "walczmy z analfabetyzmem", tudzież "domagajmy się 40g białka na osobę dziennie". Nie, on krzyczy wolność, to jest idea, która porywa masy! Ciężko mi to przyznać, bo mimo wszystko czuje się wolnościowcem, ale osoby, które ostatnio opatuliły się sztandarami wolność, do koryfeuszy intelektu raczej nie należą. Ich twarze są tak mało sympatyczne, że mówienie o wolności, wyzwala u mnie chyba większy niepokój niż entuzjazm. Wolność to niestety dość łatwy frazes, który nie sposób zmierzyć, czyniąc wolność obietnicą w zasadzie nie dającą się rozliczyć. Oczywiście, do mierzenia abstrakcyjnych idei najlepiej nadają się niewidzialne miarki.













Jeśli poszukać, do dyspozycji mamy prawdziwy gejzer różnych "wskaźników wolności". Mierzą one głównie nadzieje i lęki ich autorów. Ich wyniki bywają mocno rozbieżne z odczuciami najbardziej zainteresowanych. Na przykład, według Drug Freedom Index, jesteśmy jednym z bardziej liberalnych krajów na świecie jeśli chodzi o dostęp do narkotyków. Zaleliśmy 44 miejsce na 247 państw (każdy stan USA liczyli osobno). Ile warte są takie rankingi pokazuje jeden z bardziej znanych i szanowanych - wskaźnik wolności prasy. Do dyspozycji mamy dwa: Press Freedom Index oraz Freedom of the Press. Zgodnie z zabiegiem nazywanym, od mitycznego sporu Eulera z Diderotem, terroryzmem matematycznym, ich metodologia to pukiel skomplikowanych wzorów. Jest to stary, sprawdzony sposób. Wystarczy posłużyć się dowolną formułą matematyczną, niekoniecznie dbając o jej związek z jakimkolwiek ludzkim działaniem. Następnie w razie siejących wątpliwości pytań należy powtarzać, że tak wyszło nam ze wzoru. Nie ważne, że to my wymyślamy sobie wartości do podstawienia, ważne aby zachować pozory poważnej nauki, a ta zawsze ma jakieś wzory. Jak można sie domyślić, według obu rankingów wolność prasy w Holandii i Szwecji jest większa niż w Rosji i Chinach. Wzory działają! Gorzej kiedy teren jest mniej oczywisty. Prześledźmy jak radziła sobie w tym zestawieniu Polska w latach 2003-2014. Według Press Freedom Index w 2003 było u nas średnio. W latach 2005-2007 przeszliśmy dodatkowo małe załamanie wolności prasy i oscylowaliśmy około 60 miejsca na świecie. Od tego kryzysu prężnie wspinamy się w rankingu i obecnie zajmujemy 19 miejsce na świecie, chyba najlepsze w swojej historii. Teraz spójrzmy na Freedom of the Press. Według tego rankingu z wolnością prasy było u nas najlepiej w... 2002 roku. Od tego czasu, non stop w dól. Z roku na rok jesteśmy coraz gorsi. WTF? Co mówi o wiarygodności tych wskaźników to, że dwie najpoważniejsze instytucje, patrząc na to samo przez blisko 15 lat i dysponując tymi samymi danymi, dochodzą do absolutnie przeciwstawnych wniosków?

W trwającej kampanii jedna z partii uczyniła nawet swoim leitmotivem jeden z rankingów, a dokładnie fragment Index of Economic Freedom. Przekaz Jarosława Gowina jest zawsze ten sam, powtarza go w każdym wywiadzie, (wczoraj powtórzył go w radio): "Na 180 państw świata, pod kątem tego jaką cześć PKB pochłaniają wydatki publiczne i administracja, Polska jest 145." Kurcze pióro - myślę sobie - tak to my nigdy nie dogonimy Zachodu. Ustawiłem sobie kraje od najmniejszych do największych wydatków rządowych i rzeczywiście, Polska na miejscu 145 spośród 180. Jako obywatel nie oczekuje pierwszej dziesiątki, ale na Boga, nie 145 miejsce! Jako prosty, wiejski chłopak muszę asekurować swój lichy mózg, postanowiłem zatem upewnić się, czy aby bogate kraje z zasady nie wydają tu więcej niż te biedne. Z ciekawości spojrzałem kto przewodzi stawce. W pierwszej  dziesiątce mamy tak atrakcyjne kraje jak Sudan, Madagaskar i Bangladesz. Miejsce trzecie zajmuje najbiedniejszy kraj świata - pogrążona w wojnie domowej Republika Środkowoafrykańska. W czołówce mamy kilka rajów podatkowych i parę państw z Ameryki Południowej, nie mniej cała zestawienie wygląda jak ranking brudu i ubóstwa. Pierwszy kraj z Europy pojawia się dopiero na 65 miejscu i jest to Albania. Ostatnie, rzekomo niechlubne miejsce zajmuje natomiast... Dania. Na przedostatnim miejscu jest.... Francja. Na przed przedostatnim widnieje Finlandia, a na przed przed przedostatnim Belgia. Mam do tego 2 puenty: 1) mam nadzieje, że w następnych latach będziemy spadać w tej tabelce na łeb na szyje 2) politycy mogliby czasem przyjrzeć się temu, co tak namiętnie cytują.