27 kwietnia 2014

Cała prawda o (dziecięcych) bajkach

Jednym z najstraszniejszych momentów mojego dzieciństwie, było wysłuchiwanie bajek Hansa Christiana Andersena. Na szczęście niewiele z nich pamiętam. Kojarzę okładkę - były na niej łabędzie. Pamiętam również, że główna bohaterka szyła ubrania z pokrzyw zerwanych na cmentarzu. Tak! Właśnie takich bajek uświadczyłem od swoich rodziców! Nie wiem czy nie powinienem ich za to zaskarżyć. Obecnie jako (wciąż jeszcze) dwudziestoparolatek nadal boję się łabędzi, bo ich złowieszcze dzioby podświadomie przywołują mi obrazy cmentarza. Szukając odpowiedzi na pytanie czy padłem ofiarą maltretowania, natrafiłem na książkę You Might Be a Zombie. Publikacja ma kilku autorów, nas interesuje dwóch, Michael Swaim i Stuart Layt. Swaim napisał w niej błyskotliwy rozdział o animowanych postaciach ze zwichrowanym dzieciństwem. Jeśli byliście niekochani i zaniedbywani przez rodziców, to wiedzcie że, w kreskówkowym świecie z grubsza 80 procent wszystkich dzieci to szwendające się bez celu sieroty. Gdzie są rodzice siostrzeńców Kaczora Donalda? Według oryginalnego komiksu rodzice Hyzia, Dyzia i Zyzia wciąż żyją, a jakoś niespecjalnie interesują się losami swoich dzieci. Upośledzony, mający problemy z agresją wujek, był jak widać wystarczającym pretekstem do porzucenia małych kaczorków. Jeszcze gorzej trafiły Wojownicze Żólwie Ninja. Ze wszystkich możliwych miejsc na Ziemi, trafiły do wielkiego zmutowanego szczura, który nakłaniał je do bicia i przetrzymywał w kanałach niczym Josef Fritzl.

Jeszcze ciekawszej analizy dokonuje Stuart Layt. Jak się okazuje, dzisiejsze wersje "Czerwonego Kapturka" i "Królewny Śnieżki", mają niewiele wspólnego ze swoimi średniowiecznymi pierwowzorami. W XX wieku większość bajek (może poza "Jasiem i Małgosią") pozbawiono brutalnych scen i ociosano z szokujących wątków. Tymczasem oryginalne fabuły tych wszystkich "Królowych Śniegu" i "Kopciuszków" to pełne zboczeń rzeźnie! "Czerwony Kapturek" jakiego kojarzymy, inspirowany jest na edycji Le Petit Chaperon Rouge z roku 1697. Historia wygląda bardzo podobnie, z tym, że ta z 1697... kończy się w momencie w którym wilk wszystkich zżera. Nie ma w niej bohaterskiego leśniczego ani dobrego zakończenia. Mimo to, jest to jedna z najbardziej lajtowych wersji Kapturka jakich znamy. Mamy łóżko, dziewczynkę i złego potwora, jak myślicie czego tu brakuje? W większości średniowiecznych wersji tej historii, takich jak XIV wieczna włoska baśń "Fałszywa babcia", mamy zarówno seks jak i kanibalizm. Zwykle wilk nie zjada babci, a podaje ją kapturkowi do kolacji, Mała szamie własną babcie i kończy w łóżku z wilkiem. Jeszcze większą ilość wątków kanibalistycznych znajdziemy w "Królewnie Śnieżce". Zła królowa, zazdrosna o urodę Śnieżki, postanawia ją zabić. W dzisiejszych wersjach od biedy usłyszymy, iż jako dowód morderstwa pragnie zobaczyć serce Śnieżki. Jeszcze niedawno, chciała owe serce także zjeść. W wersji braci Grimm z 1812, chce zjeść nie tylko serce, ale także jej wątrobę, płuca i jelita. Dodajmy, że u braci Grimm Śnieżka ma zaledwie 7 lat. Książę, którego pocałunek ratuje Śnieżkę, ma zatem dość oryginalne preferencje.

Niektóre z bajek tak ocenzurowano, że straciły sens. Taką bajką, w której nie wiadomo o co chodzi, jest "Śpiąca Królewna": księżniczka po ukłuci się wrzecionem w palec zapada w sen, z którego budzi ją pocałunek przystojnego księcia. Na pierwszy rzut oka widać, że ktoś mocno majstrował w fabule. Wątki wybitnie się nie kleją. Dlaczego pocałunek miałby odczynić magiczne ukłucie? Wszystko wyjaśnia się w najwcześniejszej wersji "Śpiącej Królewny" pióra Giambattisty Basilea. Książę, który przybywa do królewny bynajmniej nie zadowala się pocałunkiem. Frywolnie sobie z nią poczyna, do tego stopnia, że ta rodzi mu dzieci. Wszystko to bez budzenia się! Głodny niemowlak, chce dobrać się do cycuszków mamusi przez pomyłkę ssie jej palec. Ten sam palec, którym ukłuła się w felerne wrzeciono. Malec wysysa zły czar, księżniczka budzi się i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Wśród bajek spisanych przez Basilea, mamy także pierwszą wersje Kopciuszka. Poza motywem księcia szukającego swej wybranki po pantoflu, nic nie jest w tej bajce takie jakie znamy. Wersja Kopciuszka jaką wszyscy mamy w pamięci, pochodzi od Charlesa Perrault. Wariant braci Grimm nie znalazł sobie tylu entuzjastów. Być może dlatego, że jest na każdym kroku straszliwie brutalny. Na przykład, kiedy złe siostry chcą dostosować swoje stopy do rozmiaru pantofla obcinają sobie palce i pięty! Po wszystkim, kiedy książę rozpoznaje już Kopciuszka, ptaki wydziobują siostrom oczy! Koszule z pokrzyw Andersena nie wyglądają przy tym tak najgorzej.

19 kwietnia 2014

Chmura, która ukradła Jezusa

Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu (...) (Dzieje Apostolskie 1, 9-10)
W taki weekend jak ten, chyba tylko ostatnia, zawszona szuja, może nie kontemplować zmartwychwstania i czepiać się pojedynczych słówek. Czując się zatem wywołanym do tablicy przypominam, że Nowy Testament nie jest zgodny, co do tego kiedy Jezus zrobił użytek z chmury i skąd powędrował na niej do nieba. Według Dziejów Apostolskich dokonał tego 40 dni po swoim zmartwychwstaniu. Ewangelia wg św. Łukasza nie wspomina o 40 dniach. U Łukasza Jezus wniebowstąpił w ten sam dzień, w którym ocucił się w grobie, a więc jutro. Według Łukasza wniebowstąpienie miało miejsce w Betanii. Według Dziejów Apostolskiej 1,5 km dalej, na Górze Oliwnej. Pytanie zasadnicze: czy do tego przedsięwzięcia w ogóle potrzebna jest góra? Czy wniebowstąpienie w piwnicy byłoby większym wyzwaniem? Czy Jezus nie przebiłby się przez strop? Czy szczyt góry zapewnia lepszy start? Nie licząc chińskiego kosmodromu, ziemskie rakiety posyłane są z terenów nizinnych (Bajkonur, Kourou, Przylądek Canaveral). Tym, którzy planują umrzeć, zmartwychwstać i poszybować do nieba podpowiadam zatem - góry w tym nie pomagają. Nie mniej, trochę otwartej przestrzeni nie zaszkodzi. W tym miejscu na scenę wkracza nasza chmura. W starożytności wniebowstąpienie na chmurze było zaskakująco powszechne. Wniebowstąpienie przy pomocy chmury było tym samym co dziś pochowanie na Wawelu. Jeśli było się kimś naprawdę ważnym, wypadało posłużyć się chmurą. Chmura zabierała wszystkich co ważniejszych (mitycznych) celebrytów, począwszy od założyciela Rzymu Romulusa, po Mojżesza.

W dalszej części fascynującej opowieści o wniebowstąpieniu czytamy, że świadkowie tego cudu udali się następnie do Jerozolimy, gdzie w jednym z domów przebywało liczne grono apostołów, a także "Maryją, Matką Jezusa, i bracia Jego" (Dzieje Apostolskie 1, 14). Wyklęta teolożka Uta Heinemann (wcześniej koleżanka Josepha Ratzingera), w swojej książce Putting away childish things pyta wprost: "Czy matka nie chciała być przy ostatnich chwilach swojego syna? Czy nie chciała pożegnać Go machając mu ręką?" Matka Boska nie patrzyła, a może powinna. W końcu według katolików i ona została żywcem wessana do nieba. Problematyczne jest tu słowo "żywcem". Istnieje na ten temat kilka legend, przy czym najpopularniejsze są dwie. Pierwsza opowiada o tym, jak po trzech dniach od śmierci Maryi św Jan natknął się na otwarty i pusty grób (coś wam to przypomina?). W drugiej wersji, do wniebowstąpienia doszło w jej domu, w Efezie. Nie było tam jednak chmury, co potwierdzałoby naszą roboczą hipotezę, iż chmura operuje jedynie na otwartej przestrzeni. 

Chmura nie była raczej wielkim odkurzaczem. Obstawiałbym bliżej pierzastego cumulusa, niż trąby powietrznej. Gdyby chmura miała formę zasysającą, Jezus nie musiałby wybijać się w górę. A wiemy że to zrobił, bo aż odcisnął się w skale. Ślad po prawej stopie wciąż można oglądać w Świątyni Wniebowstąpienia na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Prawy odcisk odłupano przed wiekami i przeniesiono do meczetu Al-Aksa. Coś mi się wydaje, ze bracia muzułmanie podwędzili tę wyraźniejszą stopę, bo to co zostało jest, delikatnie mówiąc, słabe. Długo się w to wpatrywałem, ale za nic niej jestem w stanie zobaczyć stopy. Na upartego jestem w stanie doszukać się tropów dinozaura, ale ludzkiej stopy nie widzę. Wątek chmury nie jest taki głupi. To znaczy jest głupi, ale nie aż tak. Aniołowie, którzy pojawili się tuż po wniebowstąpieniu twierdzili: "Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba". Oznaczałoby to, że jeśli w Wielkanocny poranek dostrzeżecie faceta lecącego na chmurze, radze czym prędzej zrezygnować ze swojego bezbożnictwa.

10 kwietnia 2014

Aladynie! Uciekaj!

Nieregularnie miesiączkujesz, masz czkawkę, śnią ci się sowy, swędzi cię pomiędzy udami, byłaś nieposłuszna wobec męża, tańczyłaś lub słuchałaś muzyki? Ty piekielna nałożnico! Jesteś opętana przez dżina! O ile oswoiliśmy się z opętanymi przez diabła - wtedy, jak wiadomo, wykręcamy głowę o 360 stopni i mówimy po aramejsku - o tyle dżiny brzmią wciąż egzotycznie. Tymczasem wydaje się, że opętanych przez dżiny jest w krajach islamskich więcej niż opętanych przez diabła w krajach zachodu. Walka z dżinami jest jednym z priorytetów nowych władz Czeczeni. O 5 lat w Grozny działa Centrum Medycyny Islamskiej, założone przez osobistego lekarza prezydenta Czeczeni Ramzana Kadyrowa. Opętane (dżin, podobnie jak diabeł, czyha głównie na kobiety) mają do dyspozycji 15 imamów-egzorcystów. Dyżurujący duchowni mają pełne ręce roboty. W ciągu pierwszych 2 lat przyjęli 60 tys wiernych! Do częstych przypadłości należy zakochanie się dżina w mężatce, którą zazdrosny dżin namawia do opuszczenia swojego męża. Wtedy wkracza imam i paroma wersetami z Koranu załatwia sprawę. Islamskie egzorcyzmy są częścią większej całości, znanej jako medycyna proroka (tudzież prorocza). Jest to "medycyna" oparta na zaleceniach Koranu, gdzie groźne choroby leczy się solą, oliwą i miodem. Ze względu na cenę, pierwszym krokiem w walce z dżinem nie jest imam, a rożnego rodzaju roślinki. W Indonezji egzorcysta to wydatek około 12 dolarów, zaś mieszanka ziół chodzi już po 5 dolców. Na fali popularność prezydenta USA Baracka Obamy, który dzieciństwo spędził w Indonezji, jedna z bardziej chodliwych mikstur nosi nazwę Obaham.

J-nn znaczy coś niewidzialnego, ukrytego przed światem. Oczywiście w hadisach znajdziemy parę wyjątków. "Jeśli słyszysz szczekanie psów lub ryk osła w nocy, szukaj schronienia w Boga przed złem, bo one już widzą, to czego ty jeszcze nie widzisz". Najciekawszym źródłem wiedzy o dżinach są strony internetowe ludzi na tyle ciemnych, by wierzyć w klątwy i czary, a zarazem na tyle nowoczesnych by używać internetu. Islam-today twierdzi na przykład, że kobieta może "nabawić się klątwy"... depilując brwi. Wymienione w pierwszym zdaniu tej notki przesłanki pochodzą ze strony islamicexorcism.com. Znajdziemy na niej szereg bezcennych porad tyczących się walki z dżinami, w tym wskazówki jak odróżnić prawdziwego muzułmańskiego egzorcystę od udającego egzorcystę czarownika. Otóż czarownik.... pyta o imię twojej matki i używa cytryn. Szukając materiałów o dżinach doświadczamy prawa Poe w najczystszej postaci. Prawo Nathana Poe mówi, że ekstremalne formy fundamentalizmu są nieodróżnialne od parodii tegoż fundamentalizmu. Kiedy oglądam na youtube wywiad z dżinem, doprawdy trudno powiedzieć, czy mamy do czynienia z żartem i kpiną, czy z poważną produkcją osób, które w to wierzą. Kolejne filmy pokazują, że niestety z tym drugim.

Konsekwencje wiary w małe duszki, czmychające na dźwięk religijnych zaklęć, są zarówno zabawne jak i przerażające. W 2010 w Pakistanie chory na padaczkę mężczyzna przypłacił ten zabobon życiem, po tym jak miejscowy łowca czarownic, próbował przepędzić z niego chorobę przy pomocy metalowych prętów. Miesiąc temu zamordowano w Pakistanie nastolatkę, której dżin nie chciał opuścić, mimo zmuszania dziewczyny do picia wody z kilogramami soli. Dżiny które przybyły do nas w walizach imigrantów, także w Europie dają o sobie znać. Trzy lata temu Brytyjka zasztyletowała swoją własną córkę, próbując trafić mieszkającego w wątrobie dżina. Dwa lata temu w Belgi ruszył proces o zamordowanie młodej muzułmanki. Jej mąż, wraz z kumplami z Maroka, poddawał ją kilkutygodniowym egzorcyzmom (czytaj torturom). Pomimo rytmicznego bicia kijem w takt wersetów Koranu, zły duch najwyraźniej nie opuszczał kobiety, gdyż ta wciąż nie zachodziła w ciąże. Pogotowie, które wezwano do niereagującej już kobiety, odnalazło w jej płucach wodę, podobnie jak u kobiet zamęczonych w Pakistanie. Trzy tygodnie temu, w trakcie islamskich egzorcyzmów, swojego 3 letniego syna utopił Marcell Washington, mieszkaniec stanu Nowy Jork.

5 kwietnia 2014

Po co duchom prześcieradła?

Zaintrygowany tematem anielskich piór, sobotni poranek spędziłem na oglądaniu zdjęć naszych pierzastych przyjaciół. Przy okazji obejrzałem milion zdjęć duchów i mam w związku z tym dwie refleksje. Po pierwsze: jeśli ktoś poświęca jedyny wolny dzień na poszukiwanie relikwii piór po kościelnych zadupiach, to dowód, że czas skończyć z jedzeniem wyłącznie przeterminowanego żarcia (sąsiad pracuje w hurtowni mrożonek). Po drugie: przed wojną na prawie wszystkich fotkach duchy mają na sobie prześcieradła. Obecnie na zdjęciach jakoś tam pretendujących do miana autentycznych, praktycznie nigdzie nie uświadczymy tak przebranego ducha. Tony Cornell, który w ramach eksperymentów spacerował w białym prześcieradle po ulicach Londyny uskarżał się, że białe prześcieradło przestało kojarzyć się z "prawdziwym" duchem. Dwa lat temu przejrzałem 200 opisów duchów straszących po nocach Polaków - wśród nich nie było ani jednego ducha w prześcieradle. Wydaje się, że aby wyjaśnić dlaczego duchy zrzuciły z siebie prześcieradła, wpierw należy zrozumieć po co je na siebie założyły.

Okazuje się, iż w średniowieczu duchy wyobrażono sobie tak samo jak obecnie. Były to lekko rozmazane, niewyraźne, ewentualnie lekko jaśniejące postacie, niewyróżniające się ubiorem. Zmiany nadeszły wraz z rozwojem teatru. W jaki sposób pokazać w przedstawieniu ducha, aby oglądający to wszystko widz wiedział, że na scenę wkroczył duch? Przyjęto konwencje, iż duchy reprezentować będą postacie w strojach z poprzednich epok. Kiedy na scenę wkraczali aktorzy w oldschoolowych ciuchach, widzowie od razu rozpoznawali w nich duchy. Echa tej zabawy widać w jednym z najbardziej nasyconym duchami dziele literatury polskiej - Weselu Stanisława Wyspiańskiego. Przełom przyniósł wiek XIX. Duch pod postacią aktora ubranego w średniowieczną zbroje przestał być użyteczny. Ronald Finucane w swojej książce A Cultural History of Ghosts pisze, że przedstawienia z udziałem duchów stały się przedmiotem żartów. Średniowieczny rynsztunek tak hałasował, że w czasie spektaklu słychać było jak aktor grający ducha przesuwa się za sceną. Kiedy teatr stal się przedsięwzięciem masowym nie bez znaczenia okazały się czynniki finansowe. Stroje z dawnych epok były cholernie drogie, zarówno te oryginalne jak i szyte na zamówienie. Postrzępione, białe prześcieradło okazało się strzałem w dziesiątkę. Był to niedrogi łach, który wyglądał staro, a jednocześnie swoim kolorem nawiązywał do jasnej poświaty ducha. Pomimo przeskanowania kilku książek (m.in Encyclopedia of Ghosts and Spirits Rosemary Guiley), pod kątem angielskiego słowa "prześcieradło", nie udało mi się ustalić, kto po raz pierwszy zastosował myk z prześcieradłem. Najpewniej rzecz miała się w latach 70tych XIX wieku. W ciągu kilkudziesięciu lat widzowie tak oswoili się z prześcieradłem, że w latach 30tych XX wieku, praktycznie wszystkie duchy wywoływane przez polskie media (w tych duchy takich sław jak Franek Kluski) były poubierane w prześcieradła.


Istnieje kilka alternatywnych, gorszych i lepszych teorii odnośnie prześcieradeł duchów. Do tych gorszych zaliczyć można tezę, iż to Walt Disney wymyślił prześcieradłowego ducha. Jeden z lepszych pomysłów, godny sprawdzenia. głosi iż prześcieradło wywodzi się z tradycji przykrywania zmarłych białym płótnem. Zatem ponownie słowo "prześcieradło", tym razem Encyclopedia of Death and the Human Experience. Owijanie zmarłych w białe prześcieradło jest ludową tradycją w Bośni. Białe płótna znane jako pokrov szyje się tam specjalnie na okazje pogrzebu. Białe prześcieradła u zmarłych spotykamy także w Bahaizmie. Wszystkie te przykłady mają się jednak nijak do kultury anglosaskiej, a to przecież tam narodził się prześcieradłowy duch. Co ciekawe, mamy też wątek polski. Według The Encyclopedia Of Vampires najbliższą wizerunkowo postacią do zwiewnego, prześcieradłowego ducha jest polska upierzyca. Upierzyca jest kobiecą wersją upiera (nie mylić z upiorem). Wyłazi w nocy z trumny gdzie owinięta jest jasnym całunem, upierzyca jest lekka, z łatwością unosi się w powietrzu - stąd jej nazwa nawiązująca do pierza i piór. Wracając jednak do tematu. Duchy straciły prześcieradło zapewne w ten sam sposób, w jak je zyskały - rękoma przemysłu rozrywkowego. Przykrywanie duchów prześcieradłem stało się w epoce filmowej równie bezzasadne co niegdyś duch chodzący w rycerskiej zbroi. Technika filmowa umożliwiła pokazanie ducha jako półprzezroczystej mgły przechodzącej przez ściany, przez co prześcieradło stało się zupełnie zbędne. Do tego co płynęło z ekranu telewizory, szybko dostosowała się ludzka wyobraźnia. Nasze duchy straciły prześcieradła i obecnie ludzie widują je dokładnie tak, jak wymyślili je scenarzyści z Hollywood.

Pytanie. Czy zamieszanie z prześcieradłem jest jakimkolwiek argumentem przeciwko istnieniu duchów? Wydaje się, że tak. W jaki sposób udowodnić, że serial Star Trek nie ukazuje prawdziwych wydarzeń? Jak dowieść, że nie kręcono go na prawdziwym statku Gwiezdnej Floty, a w studiu filmowym? Wystarczy spojrzeć na mostek dowodzenia. W pierwszej serii, na międzygwiezdnym statku kosmicznym widzimy monochromatyczne telewizory. W odcinkach nadawanych w latach 80tych kapitan spogląda na kolory monitor CRT. W obecnie kręconych Star Trekach kapitan ma do dyspozycji dotykowy panel. Widzimy zatem, jak ziemski rozwój naukowo-techniczny wpływa na coś nie z tego świata. Zjawiska ponoć nadprzyrodzone okazują się tworami naszej kultury, od której są bezpośrednio zależne. Wygląd statków kosmitów zmienia się wraz z rozwojem lotnictwa. Tak jakby kosmici zmienili swoje statki, aby sprostać naszym oczekiwaniom. Rany stygmatyków przesuwają się z dłoni na nadgarstki, po tym jak modną staje się teoria o takim przebiegu ukrzyżowania. Nawiedzające nas duchy zmieniają swój wygląd pod wpływem filmów i seriali. Patrząc pod kątem autentyczności tych zjawisk nie wygląda to najlepiej.

1 kwietnia 2014

Czy leci z nami pilot?

Jeszcze niespenetrowanym w Polsce wątkiem, luźno powiązanym z katastrofą Smoleńską, jest postać Grigori Grabowoja. Grabowoj, jak sam twierdzi, odpowiadał za bezpieczeństwo lotów prezydenta Putina oraz innych prezydentów Wspólnoty Niepodległych Państw. Ba, kontrolował stan techniczny Międzynarodowej Stacji Kosmicznej kiedy przebywali w niej Rosjanie. Jako człowiek na tak ważnym stanowisku był prawdziwym celebrytą. Panoszył się w rosyjskiej telewizji i udzielał ekskluzywnych wywiadów dla Echa Moskwy. Ci, którzy wyobrażają sobie Grabowoja jako urobionego w smarze chłopinę mogą się srogo rozczarować. Stereotyp rosyjskiego mechanika - w kufajce, z kluczem w jednej ręce i butelką wódki w drugiej - tym razem się nie sprawdzi. Otóż Grabowoj nadzorował samoloty telepatycznie! Nasamprzód zapomniałem chyba napisać, że Grabowoj to przykład człowieka który ma kompletnego zajoba. Poza telekinetycznym nadzorem ruchu lotniczego zasłynął ofertą wskrzeszenia 150 dzieciaków, które zginęły w Biesłanie, żądając po 1,3 tys dolarów za każdego malca. W czasie katastrofy Smoleńskiej Grabowoj odsiadywał akurat wyrok za malwersacje. Co ciekawe, trzy tygodnie po katastrofie Putin ułaskawił Grabowoja. Przypadek? Nie wydaje mi się. No dobra, przypadek - ale jak to brzmi!


Jedną z ciekawszych rzeczy jaką przeczytałem o Smoleńsku, jest napisana 20 lat temu książka Davida Beaty The Naked Pilot. Są to zapiski rozmów z roztrzaskanych kokpitów samolotów, z komentarzami Pana Davida. Jeśli ktoś wciąż łudzi się, iż w Smoleńsku wydarzyło się coś nieprawdopodobnego, po tej lekturze przestanie mieć wątpliwości. Beaty, psycholog i pilot, opisuje dziesiątki katastrof Smoleńskich, łudząco podobnych do naszej narodowej tragedii. Mylenie wartości QFE (wysokość względna, nad lotniskiem), z wartością QNH (wysokość bezwzględna, nad poziomem morza) to jeden z najczęstszych błędów popełnianych przez załogi samolotów. Piloci notoryczne ignorują alarmy systemów bezpieczeństwa. Dla przykładu, rok 1983, Boeing 747 lecący z Paryża do Madrytu przygotowuje się do lądowania. Przez 10 sekund pilot nie reaguje na rozlegające się w kabinie komendy "pull up! pull up!" ("w górę chłopie! w górę!"). Po 15 sekundach błagań komputera znudzony kapitan odpowiada "OK, OK". Pięć sekund później samolot zahacza o wzgórze, ginie 181 z 192 osób na pokładzie. Jeszcze inny przykład. Katastrofa samolotu Dan Air na Teneryfie. System GPWS, krzyczy do pilota "pull up! pull up!". Pilot odpowiada "shut up!", a następnie przekrzykuje się z komputerem aż do momentu katastrofy, w której ginie 148 osób. Dodajmy, że to i tak nie najgłupsze rzeczy jakie robią piloci. W 1989 w amazońskiej dżungli rozbił się samolot, po tym jak w trakcie lotu kapitan zamiast kontrolować kierunek lotu oglądał mecz Brazylia Chile. W 1973 jeden z silników samolotu DC-10 eksplodował (zabijając jednego z pasażerów), po tym jak mechanik z kapitanem z nudów bawili się ciągiem silników. Książka Beatiego nie jest jednak paszkwilem na pilotów. Jest to próba odmitologizowania pilotów jako nieomylnych herosów. Tymczasem są to ludzie popełniający błędy równie często jak my. Głównym powodem wypadków lotniczych jest dobra wola, aby nie zawieść pasażerów, aby się nie spóźnić, aby dowieźć ładunek we wcześnie ustalone miejsce. W 1966 Boeing 707 rozpadł się w powietrzu nad góra Fudż, po serii manewrów, które miały zapewnić pasażerom piękny widok zza okna. Taką samą przyczynę miała katastrofa w okolicach lodowca Mount Gilbert, oraz zderzenie DC-7 z samolotem Constellation nad Wielkim Kanionem Kolorado.

Jedyną katastrofą lotniczą jaką sprokurowałem, był stworzony przeze mnie wielometrowy latawiec, którego licha konstrukcja nie ostała się podmuchom wiatru. Może i nie znam się na lataniu, ale na manipulowanie ludźmi jestem wyczulony niczym świnia na trufle. Trudno wyobrazić sobie katastrofę bardziej typową niż ta w Smoleńsku. Wystarczy spojrzeć w statystykę. Około 8% wypadków przytrafia się w momencie startu, 3,8% przy lądowaniu i 25,7% w końcowej fazie podejścia do lądowania. Choć samoloty to urządzenia "pilotoodporne" i same potrafią skorygować drobne błędy załogi, większa ilości problemów może okazać się śmiertelnie niebezpieczna. Jeśli samolot ląduje przy nieodpowiedniej pogodzie, z nieodpowiednim naprowadzaniem, do tego z błędami po stronie pilota, to nawet komputer może sobie z tym nie poradzić. Piloci DC-8 w czasie lądowania w Orlando, byli tak zaabsorbowani wypatrywaniem innych samolotów na pasie, iż nie zwrócili uwagi na syrenę alarmującą o niewypuszczonym podwoziu. W 1978 w USA jeden z samolotów spadł 10 km przed lotniskiem, tylko dlatego, iż załoga tak przejęła się zablokowanym podwoziem, że nie zauważyła kończącego się paliwa. W 1972 lecąca nad Florydą załoga, była tak zajęta problemem z wysunięciem podwozia (jak się później okazało przepaloną żarówką), że kiedy kapitan próbował każdej kombinacji przełączników i bezpieczników, samolot spadł i rozbił się na moczarach w Everglades. W przypadku Smoleńska nawet późniejsze przerzucanie się odpowiedzialnością za wypadek, to najzwyklejsza klasyka katastrof lotniczych. W 1980 po katastrofie Boeinga 727 w górach Pica de Chinguel, w wydanym przez Hiszpanów raporcie winę ponosił kapitan statku. Brytyjczycy uzupełnili więc raport o uchybienia kontrolera lotu. Kiedy jambo jet linii Pan American zderzył się z jumbo jetem linii KLM w tych samych górach, to z kolei Holendrzy podważyli hiszpański raport, pisząc swoją własną wersje. Przyczyny katastrof lotniczych są przerażająco banalne. W naturze ludzkiej najwyraźniej siedzi jednak jakaś mała wesz, która woli słuchać o tym, że to kosmici porwali malezyjski samolot (dla złota, lub w innej wersji, dla bezcennej chińskiej technologii), niż nudnych, prozaicznych wyjaśnień.