7 września 2014

Dziennikarskie leczenie niedźwiedziem

Wytworny, niedzielny obiad zjadłem dziś przy audycji Stefana Bratkowskiego. Przypomnę: Stefan Bratkowski, rocznik 1934, tuza polskiego dziennikarstwa i mentor tegoż środowiska. Nie wiem czy to kościelne dzwony, czy psujący się mrożonki które żarłem, ale w czasie audycji doznałem objawienia. Zrozumiałem po co właściwie jest emerytura. Otóż w czasach prehistorycznych każdy jaskiniowiec po zabiciu tysiąca pterodaktyli, mógł powiesić swoją maczugę na kołku. Wszyscy poklepywali takiego jaskiniowca po plecach nazywając go "pterodaktylowym niszczycielem" ale on i tak wiedział, że w polowaniach już tylko przeszkadzał, że więcej pterodaktyli płoszył niż łapał. Niektórzy intelektualiści ignorują tą świętą pterodaktylową zasadę i niestety pan Bratkowski się do nich zalicza. Jego audycje to w dużej mierze newsy z Trybuny Ludu połączone z dowcipami o Radiu Erewań. Nie brakuje oczywiście anegdot. "Śmieszne" anegdoty starych ludzi to odpowiednik "śmiesznych" filmików z youtube, przy czym oglądanie tych drugich jest ponoć obciachem, zaś opowiadanie tych pierwszych to oznaka refleksji. Choć Bratkowski zrezygnował z umysłowych aktualizacji, nie zrezygnował z postrzegania siebie jako koszyka ze świeżymi owocami, którymi dokarmia mózgi swoich słuchaczy. Ja, choć jestem od niego trzy razy młodszy, czuje się w obowiązku czytać słownik miejskiego slangu, aby podtrzymać szacunek ludzi ulicy. Nie obce są mi takie sformułowania jak "trolić na wąsa", "szturchać wiewiórę"... zresztą nieważne. Wracając do tematu. Nie czepiałbym się pana Stefana gdyby nie to, że w wyżej wspomnianej audycji występuje jako popularyzator nauki. Trudno byłoby znaleźć bardziej naiwny i fałszywy obraz nauki, niż ten wyłaniający się z programu Bratkowskiego. No dobra, już taki znalazłem - audycje Roberta Bernatowicza - ale dalej byłoby już ciężko znaleźć coś gorszego.

Jak rysuje się przyszłość naukowo-techniczna według kolejnych dziadków, którzy nie potrafią przed wejściem na antenę wyłączyć telefonu? Czy stojąc obydwiema nogami jeszcze w kineskopowo-lampowym świecie w ogóle da się o tym rozmawiać? Ano da się, Wystarczy poszperać w rocznikach Młodego Technika, pozbierać gorące nowinki techniczne sprzed 50 lat, głównie myśli rodzimej (pan Stefan najbardziej szanuje naukowców o otwartych umysłach, czyli naszych ulubionych). Następnie należy przez godzinę zrzędzić nad tym, czemu nikt ich nie realizuje! Zdrowy rozsądek podpowiada, że Bratkowski mógłby to przed programem łatwo sprawdzić. Wtedy nie byłoby jednak programu! Niestety żenada się tutaj nie kończy. Otóż pan Stefan poniekąd wybadał gdzie leży problem. To korporacyjne szumowiny, które chowają po szufladach najlepsze pomysły, pomysły tak dobre, że żadne inne pomysł nie byłyby już potrzebne. Choćby miały nic nie sprzedać i upaść, to nigdy nie wyciągną ich z szuflady bo... no właśnie, w tym momencie zwykle gubię się idąc tym tokiem myślenia. To samo koncerny farmaceutyczne. Lek na raka jest już dawno gotowy. Opasłe świnie nie chcą go dać byśmy zanadto nie wydobrzeli, bo wtedy nie zarobią. Nie ważne czy że ich dzieci umrą na raka, że oni sami na niego umrą, nie dadzą i już. Logicznie, prawda? Najlepszy swój pomysł Bratkowski zostawił jednak na koniec! Będzie to leczenie przy pomocy niedźwiedzich jaskiń!

Jak mówi redaktor, "nie wie kto to odkrył, kiedy i gdzie (takie sformułowanie samo w sobie trąci zajebistością), ale ponoć ranny niedźwiedź czmycha do tej jaskini, w której jest najczystsze powietrze". Dlaczego zatem do jasnej ciasnej - snuje dalej Bratkowski - polskie szpitale nie zaczną działać w celu wprowadzenia tych badań w życie! I ma na myśli szpitale dla ludzi a nie miśków! W studiu obecni byli Bogdan Miś i Piotr Cieśliński (Science Editor z Wyborczej), ale nikt specjalnie nie protestował, Zamiast zrobić Bratkowskiemu ice bucket challenge i obudzić go z tego pseudonaukowego amoku, panowie raczej potakiwali ze zrozumieniem. Jeśli takie niedźwiedzie pomysły są w ogóle warte rozważenie, mam jeszcze kilka. Skoro wiewiórki z większą kitą znoszą do dziupli więcej orzechów, czy minister finansów nie mógłby doczepić sobie rudego ogona? No co mu szkodzi? Jeśli według badań więcej borsuków ginie na drogach powiatowych niż wojewódzkich, powinno się wprowadzić zakaz poruszania się ludzi po tych pierwszych! Oczekuje także, że zostanę zaproszony do radia gdzie będę mógł opowiedzieć o mojej evidence-based policy i świetnych pomysłach na naprawę kraju. W końcu spełniam najwyższe standardy dziennikarstwa wytyczone przez Stefana Bratkowskiego! 

12 komentarzy:

  1. Dzień dobry, cykliczny lurker się wynurza.

    Omawiany przypadek wygląda na endemiczny wariant tej przypadłości: http://www.smbc-comics.com/index.php?id=2556#comic

    OdpowiedzUsuń
  2. W ogóle jak słyszę argument 'bo korporacje' to mi się coś przewraca w żołądku. Jest to najprostszy i z jakiegoś powodu kompletnie odporny na argumenty (ostatnio odbyłem taką dyskusję nt. odnawialnych źródeł energii) sposób wytłumaczenia czemu świat nie odpowiada naszym utopijnym wizjom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A nie wydaje Ci się, że świat nie odpowiada również ich wizjom, utopijnym i nie zarówno?

      Usuń
  3. Argument z korporacjami pada akurat na bardzo podatny grunt. Jest nieco przykładów bardzo nieetycznego postępowania korpów narażających ludzkie życie w imię zysku (najlepszy przykład: preparowanie składu papierosów tak, aby skuteczniej uzależniały).

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobry felieton, tak trzymać

    OdpowiedzUsuń
  5. niech to szlag...spożywam śniadanie i mało się nie udławiłem wkusnym chlebem przez Ciebie! OMC miałbyś mnie na sumieniu (oklauzulowanym bądź nie). Już widzę ten nowy projekt Min Zdrowia i dotacje NFZu na "czynności śledcze" związane z tropieniem rannych misiaczków i ich leczniczych gawr...nie mogę znowu mną trzęsie

    OdpowiedzUsuń
  6. o, ageism, taki fajny, wow…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ageism to masz pod linkiem w pierwszym komciu

      Usuń
  7. Kolejni dziadkowie, którzy nie potrafią przed wejściem na antenę wyłączyć telefonu.
    Czytam tak sobie powyższe i myślę (sic!), że umieć wyłączyć telefon - o moment już mniejsza - to jednak nie wszystko. No ale bo ja wiem? Może czasy teraz takie, i trendy, żeby, jak kto ma rację i pterodaktyle w locie zabija wzrokiem, to go o imponderabilia nie szarpać i na kołku pozwalać mu powiesić wszystko co chce (zanim jeszcze maczugę, bo tę dopiero za kilka dekad)?

    OdpowiedzUsuń
  8. No tak, trudno się dziwić Autorowi, iż dziwi się nieco, że redaktor Miś nie protestował - wszak jest - redaktor, nie Autor - dwa lata młodszy (rocznik 1936).
    I nie wykluczam, że potrafi wyłączyć komórkę przed wejściem do studia. Chociaż to może nie być związane z wiekiem. Tak czy tak, proponuję hasło: "dziadek, a jeszcze coś może". Oraz życzę wielu dalszych interesujących obserwacji & cyberpublikacji z dziedziny gerontologii i pokrewnych - nie od dzisiaj wszak wiadomo, że tempus fugit i młodość - ta, panie tego, rzeźbiarka, co wykuwa żywot cały - przemija nader szybko i za chwilę ktoś napisze o Autorze, że ramol.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem wiekowego dyrektora, który miał ambicje udziału w rozwoju naukowo-technicznym i z perspektywy tego doświadczenia stwierdzam, że problem jest, choć oczywiście jest złożony.
      Bo z jednej strony to był 'łebski gość' i chciałbym zachować na starość tyle sił fizycznych i intelektualnych, co on.
      Z drugiej strony, były rzeczy, których nie łapał. I, co najgorsze, nie miał poczucia, że na którymś zakręcie rozwoju technologii się zgubił, nie rozumiejąc rzeczy oczywistych dla ludzi od siebie młodszych. I to było smutne, zwłaszcza, że miałem poczucie, iż nie mam gwarancji, że sam tego kiedyś uniknę.

      Usuń
  9. Najwyraźniej mam obsesja na punkcie mylenia "wyłączenia telefonu" z "wyłączeniem ekranu" przez starych ramoli, bo kiedyś poświęciłem temu prawie połowę notki:

    http://czajniczek-pana-russella.blogspot.com/2014/05/starowiedza.html

    Tak by była jasność, drażni mnie to tylko w bardzo konkretnych sytuacjach. Wtedy była to nieumiejętność obsługi telefonu wśród ludzi, którzy w tejże audycji narzekali na niedostosowanie młodych ludzi do realiów współczesnego świata. Tym razem nieumiejętność wyłączenia telefonu zbiegła się z prowadzeniem audycji o rozwoju naukowo-techniczym, gdzie osoby nie obsługujące komórki występowały w roli ekspertów a nie zwykłych prowadzących. Jest w tym coś żenującego i zarazem smutnego, nie próbujcie tego bronić.

    OdpowiedzUsuń