15 maja 2014

Prawdośrodkizm: czy jest aż tak źle?

Natknąłem się na dwa teksty, skądinąd poczytnych autorów, na temat tak zwanej "pseudosymetrii autorytetu naukowego" i nie jestem pewien, czy się z nimi w pełni zgadzam. Pojęcie te wprowadził antropolog mediów Christopher Toumey, choć oczywiście samo zjawisko istniało przed pojawieniem się tego uczonego terminu. Czym jest i jak wygląda w praktyce to cholerstwo? Wyobraźmy sobie telewizyjną debatę na temat bezpieczeństwa. Dyskusja dotyczy spadku przestępczości w Nowym Jorku w ostatnich 20 latach. Jest to przykład miasta nie mający chyba precedensu, gdzie przestępczość w ciągu dwóch dekad spadła o jakieś 90%. Jeden z siedzących w studiu ekspertów uważa, że to zasługą poczynań policji. Drugi ekspert kategorycznie się z tym nie zgadza. Krzyczy - to spadek bezrobocia i walka z ubóstwem poprawiły bezpieczeństwo nowojorczyków! Mniej więcej tak wygląda większość telewizyjnych sporów. Rozsądek podpowiada nam, że najpewniej w obu opiniach kryje się trochę racji i tak naprawdę wszystkie te czynniki odegrały swoją rolę. Odczuwamy naturalny opór przed obraniem skrajnego stanowiska w temacie, w którym nie mamy wyrobionego zdania. Choć w codziennym życiu strategia ta przynosi spore korzyści, to w sporze opartym na dowodach nie ma racji bytu. Prawie wszyscy eksperci zajmujący się bezpieczeństwem przyznają, że działania policji odegrały kluczowa rolę w walce z nowojorskim bezprawiem, czego nie można powiedzieć o czynnikach ekonomicznych. Tym razem, prawda nie leżała po środku.

Wykradzione stąd
Czy w takim razie uznane teorie naukowe powinny ścierać się na oczach widzów z pseudointelektualną paplaniną? W konsekwencji może to wywołać iluzje, iż te dwa poglądy są równorzędne, zaś fałszywe może być już samo odczucie istnienia jakiegokolwiek sporu w temacie, w którym od lat panuje utarty konsensus. Moim zdaniem odpowiedź brzmi: tak. Sam to zresztą praktykuję, ścierając się z historiami o wiarygodności bajek z mchu i paproci. Szczerze mówiąc, gdybym w którymś z ogólnopolskich mediów miał przeprowadzić debatę na temat zmysłu magnetycznego zwierząt, do dyskusji zaprosiłbym naukowców spierających się nad samym jego istnieniem, mimo iż wiem, że proporcje problemu oddałaby raczej debata, czy zmysł magnetorecepcji znajduje się w górnej części dzioba czy w siatkówce oka. Obawiam się jednak, że sprokurowanie tak specjalistycznej dysputy w praim-taimie byłoby moim ostatnim wejściem na antenę. Natomiast to, do czego w istocie można się doczepić, to dziennikarska obsesja nie ujawniania własnej opinii i nie stawania po żadnej ze stron. Może zasada ta sprawdza się w dyskusjach typu "czy Marta powinna zerwać ze swoim chłopakiem, po tym jak upił się na wigilii". Nie mniej w polemice bazującej na faktach i twardych danych, powściągliwość w wyrażaniu własnych sądów wygląda kuriozalnie. Czy kiedy do studia zawita człowiek twierdzący, że jest polną myszą, to prowadząca program i wtedy zakończy go konkluzją "może nie do końca, ale coś w tym może być"?

W tematach w których brak nam wiedzy asekuracyjnie nie optujemy za skrajnościami. Istnieje zatem pokusa naświetlenia problemu w ten sposób, aby nasze zdanie znalazło się gdzieś pośrodku. Jeśli uda nam się przedstawić problem tak, że to nasz pogląd będzie tym umiarkowanym, zasada prawdośrodkizmu wepchnie ludzi w nasze brudne łapska. Stosują to wszyscy, świadomie bądź nieświadomie. Dla przykładu zobaczmy jak robi to dziennikarz Edwin Bendyk w przypadku GMO. Według Bendyka, rozprawiając na temat organizmów modyfikowanych genetycznie należy przekreślić dwa skrajnie, fundamentalne stanowiska. No i słusznie, zatem przekreślamy. Po jednej stronie entuzjastycznie nastawieni naukowcy, po przeciwnej ludzi przychodzący na manifestacje z doszytymi ogonami szczura.. Przekreślamy, ciach! Zostaje pogląd, że w sumie z GMO to nic nie wiadomo, a jak nie wiadomo to jednak NIE. Pytanie, dlaczego po jednej stronie odjęliśmy bioinżynierów, a po drugiej oszołomów przebranych za mutantów? Czy po tamtej stronie nie należało odjąć adekwatny poziom oszołomstwa, powiedzmy osoby zakochane w GMO i przebrane za gigantyczne pomidory? Dość łatwo jest przesunąć i rozszerzyć skale, tak aby nasz pogląd znalazł się pośrodku. Tym sposobem każdy, nawet radykalny pogląd, da się przedstawić jako umiarkowany. Tak powstał między innymi polski "kompromis aborcyjny". Po jednej stronie przyłożono średnio restrykcyjne prawo europejskie, a po drugiej nie znany w cywilizowanym świecie zakaz czegokolwiek od momentu kiedy pan plemnik spotka komórkę jajową. W tenże sposób, to co nazwano rozwiązaniem kompromisowym, jest w istocie jedną z najbardziej opresyjnych ustaw na północnej półkuli. Najdziwniejszy objaw prawdośrodkizmu jaki pamiętam miał miejsce w dyskusji nad ludzkimi czaszkami, jakich debile doszukują się na zdjęciach z powierzchni Marsa. Po tym jak zwróciłem uwagę jednemu z takich tropicieli kości, że to po prostu kamienie, ten stwierdził że zgodnie z logiką, jeśli ja mówię, że to kamień, a on, że to czaszka - to szanse, że to ludzka czaszką wynoszą 50:50.

16 komentarzy:

  1. Haha, czyli jeśli ja ogłoszę, że jesteś małpoludem, to szansa, że to prawda wyniesie 0.5. Genialne. Czekaj, zaraz pogadam z żoną, to Twoje szanse na ocalenie człowieczeństwa zmaleją do 0.33.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rewelacja Panie Michale jak zawsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podpisuję się pod przedmówczynią/przedmówcą.

      Rozumiem Panie Michale, że chciał Pan przyjąć prawdośrokizmiczną postawę wobec linkowanych w pierwszym zdaniu autorów. Wyszło nieźle.

      Usuń
    2. "Nieźle" to też jakiś prawdośrodkizmem. Takie ani dobrze, ani źle :)

      Usuń
  3. Mam wątpliwości co do twierdzenia kłopot w debatach tkwi w powściągliwości prowadzących do stawiania finałowego twierdzenia. Kłopot w tym że prowadzący zachowują się bardziej jak słuchacze niż ci którzy mają panować nad debatą. W rezultacie w studiu robi się chaos. W moim odczuciu prowadzący powinien bezlitośnie wytykać błędy logiczno-językowe, sofizmaty i metody erystyczne. Innymi słowy sam powinien być bardzo świadomy sposobów nieuczciwej dyskusji i z pełną stanowczością egzekwować swoje prawo do wyłączenia mikrofonu gościowi który się zagalopował.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się takie spojrzenie na rolę osób prowadzących publiczną debatę, ale niestety mamy niewielu dziennikarzy, którzy sami są wystarczająco wykształceni/świadomi/przygotowani do jej pełnienia. No i w rezultacie słyszy się w mediach takie bzdury nieraz, że głowa mała.

      Usuń
    2. Czy Gembarowskiego nie odsunięto kiedyś od prowadzenia programu, po tym jak zbyt dociekliwie odpytywał jednego z polityków? :) Nie wiem, być może to widzowie nie chcą aby prowadzący stawali po którejś ze stron. Za to Jest coś jeszcze gorszego - zachwycanie się swoim gościem i lizanie mu tyłka - obecne w mediach o skonkretyzowanych światopoglądach. Kiedyś słyszałem jak prowadzący audycje pytał Zygmunta Solorza, jak on robi, że jest takim wspaniałym człowiekiem :)

      Usuń
    3. Twierdzi że sam się odsunął: https://www.youtube.com/watch?v=MKgLbNkC_-o
      Acz na dzisiejsze standardy to jego zachowanie w tym wywiadzie:
      https://www.youtube.com/watch?v=uOD8h-aTgeo
      wydaje mi się dość grzeczne, chociaż to ewidentnie Krzaklewski wygrał dzięki opanowaniu i spokojowi.
      W tym kontekście metoda stawiania naprzeciwko siebie oponentów jest całkiem sensowna, wygodna i bezpieczna. Jak się przestaje mieć nad nimi kontrolę to prowadzącemu wystarczy się zamknąć, odsunąć i pozwolić żeby zagryzali się nawzajem, samemu mając czyste konto.
      Widz generalnie pewnie by wolał żeby prowadzący miał jego - widza opinie i po jego stronie się opowiadał.
      Są przesłanki za tym żeby prowadzący wyrażał opinie jak i za tym żeby jej nie wyrażał, w moim odczuciu są z grubsza równoważne. Prowadzący sprawujący piecze nad erystyką ma do dyspozycji narzędzia jako tako obiektywne bo nie skupione na sprawdzaniu kto mówi prawdziwą prawdę a kto łże kłamiąc podstępnie.
      Z lizaniem tyłków się nie spotykam za często na szczęście ale też może to wynikać z tego że unikam tv.

      Usuń
  4. Po zapoznaniu się z treścią wpisu szanownego autora, pobredzę trochę:

    Z kim i gdzie by ta prawda sobie nie leżała, tkwi w tych durnych debatach tajemnica mała, nie chodzi w nich o PRAWDĘ, ktoś ma wątpliwości?, OGLĄDALNOŚĆ przysporzy z dochodu radości. Stąd taki do półgłówków mrug oka i gest: - może nie do końca, ale coś w tym jest!

    OdpowiedzUsuń
  5. jak zwykle dobry tekst

    OdpowiedzUsuń
  6. co do Nowego Yorku to niektórzy łączą spadek przestępczości w latach 90. z zalegalizowaniem aborcji na początku lat 70.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm... doza zaskoczenia z tej wieści nie mała, skąd wiedzieli "co" skrobać, że w NY to działa? Mawiał Korwin, aborcja? Nie daje wyników! Jak poznać, których trzeba skrobać skurczybyków?

      Usuń
    2. Dyskutowaliśmy już o tym kiedyś na blogu, rzecz znana jako hipoteza Donohue-Levitta. Nie chodziło w niej o NY ale o USA, gdzie aborcja została odgórnie zalegalizowana chyba w 73'. W NY dopuszczał aborcje już wcześniej, zaś spadek przestępczości w NY był o wiele dłuższy i głębszy niż średnia dla USA

      Usuń
  7. Inni zaś z wprowadzeniem benzyny bezołowiowej. Tylko że wtedy przestępczość powinna spaść tak samo na wszystkich dotkniętych obszarach. A zdaje się w Nowym Yorku spadła bardziej.

    OdpowiedzUsuń
  8. Innym wariantem prawdopodośrodkowizmu jest "niewykluczyzm" częsty w streszczeniach informacji z różnych źródeł. Chodzi o to aby nie podawać informacji jako pewnych, jako asekuracja w kwestiach kontrowersyjnych. "Pojawiły się opinie że ostatnia katastrofa A 320 w Alpach to zamach terrorystyczny, wprawdzie wszyscy poważni eksperci to wykluczają i wskazują na inne przyczyny ale... nie można tego wykluczyć"; "początkowo pojawiła się wersja że kierowca naumyślnie wjechał w grupę pieszych, wedle ustaleń policji pękła mu opona, ale nie można wykluczyć że..."

    OdpowiedzUsuń