26 października 2014

Polsat batoży spasionego dzieciaka

Pod koniec tygodnia nasi posłowie wreszcie zmierzyli się z godnym siebie rywalem. Pokrzyżowali plany grubego dzieciaka, który jeździł na zwolnieniach z w-f. Od dziś wieprz będzie biegał bez względu na rozmiar mokrej plamy pod pachami. W czwartek posłowie prawie jednogłośnie zagłosowali za eksterminacją ze szkół tzw "niezdrowego jedzenia", czyli tego "z wysoką zawartością cukru". Majstrowanie w szkolnym automacie z batonami nie jest oryginalnym pomysłem na walkę z otyłością. Z kilku dostępnych metaanliz (m.in tej, tej lub tej) wiemy, że bez kompleksowych, szeroko zakrojonych działań, sama rewolucja w szkolnym sklepiku przynosi co najwyżej umiarkowane (acz mierzalne) efekty. W Polsce taniej i łatwiej wyrwać wieprzowi ciastko z ręki niż wybudować mu basen czy naprawić szkolny prysznic. W tym miejscu uspokajam znaną z reklam, cukrolubną bakterie, która mieszka na zębach wieprza. Zakaz ma dotyczyć jedynie produktów powstałych ludzką ręką, do których dodano powyżej 10g cukru na 100g produktu. Wieprzu może więc wpierdalać buraki cukrowe, kroić je na plastry i jeść na taczki, ale łyka coli się nie uświadczy. Obowiązuje zasada naturalne - dobre, przetworzone - złe. Tymczasem nawet pospolita brzoskwinia, jabłko czy gruszka nie schodzą poniżej 10g cukru w 100g, nie mówiąc już o takich owocach jak banan czy winogron. Przyszłość szkół rysuje się w odcieniach świeżej zieleni.


W sprawie zakazu nie mam zdania. Zakaz może pomóc, pewnie nie zaszkodzi, wieprz musi radzić sobie sam. Prawdziwą gwiazdą notki jest telewizja Polsat. Program "TAK czy NIE" podjął nasz wypasiony temat  i wytłumaczył co i jak. Jak ma się to do innych odcinków tego magazynu, w których dyskutowano o masowym niedożywieniu naszych dzieci? To w końcu należy do szkół żarcie przywozić, czy zabierać? Tego się nie dowiedziałem. Zgodnie z zasadą pluralizmu w studiu zasiedli gości mających równie mało do powiedzenie - korpulentny pan i zgrabna pani. Pani w ciągu 20 minut powiedziała jedno merytoryczne zdanie (to i tak o jedno więcej niż pan), w którym najpewniej pomyliła cukrzyce typu 2 z cukrzycą wtórną. Sama dyskusja była do bani, ale krótka zajawka będąca wprowadzeniem do dyskusji to polsatowski majstersztyk. Można się z niej dowiedzieć, że "odsetek nastolatków z nadwagą jest w Polsce najwyższy na świecie". Nie jesteśmy nawet w czołówce. Nie, od razu po bandzie - "najwięcej na świecie". Chodząc po mieście mijam czasem podstawówki i gimnazja  i nie widziałem by tłuszcz wylewał się z nich drzwiami i oknam. Kiedy słyszymy, że w Polsce jest czegoś najwięcej na świecie, (a nie chodzi o ilość pomników JPII), to prawie zawsze ktoś mija się z prawdą. Tak było i tym razem. Na ekranie pojawiły się nawet konkretne liczby, ale nie odnoszą się one do otyłości, ale do nadwagi. Dzieci otyłych, w zależności od grupy wiekowej jest u nas od 4% do 1%, co wyglądałoby słabo. Oczywiście 29% i 28% z nadwagą to cholernie dużo, zatem nie omieszkałem wklikać się na strony WHO do których kieruje mnie Polsat. Liczby podawane przez Światową Organizacje Zdrowia są dwa razy mniejsze niż te polsatowskiego, a wynik podawany jest zawsze z rozróżnieniem na płeć dziecka. Chyba nie ma innej możliwości jak to, że ludzie pracujący w Polsacie te liczby DODAJĄ. Jeśli 19% chłopców i 14% dziewcząt ma nadwagę, to według polsatu ma ją 33% uczniów! Materiał kończy wypowiedz kobiety, mającej na oko 20 kg nadwagi, o swoim młodym podopiecznym mającym na oko 5 kg niedowagi, o tym jak to teraz dzieci się źle odżywiają. Wszystko te bzdury udało się zmieścić Polsatowi w trwającej 60 sekund przebitce. Szacun. Aż mam ochotę kupić sobie prawdziwą antenę (zamiast kawałka powyginanego druta, który zmontowałem na czas mundialu) i zacząć oglądać ich informacje - to musi być ciekawe przeżycie. By nie było, że tylko narzekam nie mając żadnych pomysłów w zamian. W ramach błyskotliwego zakończenia, mam poradę dla wszystkich wieprzy walczących z nadwagą: gruby, odłóż do cholery ten baton, bo nie zaruchasz.

11 września 2014

Gdzie żyją zwierzęta, które nigdzie nie żyją

Dwa lata temu przynudzałem na "Środowych spotkaniach z przyrodą" organizowanych w Muzeum Przyrodniczym we Wrocławiu. Opowiadałem o kryptozoologi, czyli tym wszystkim co leży pomiędzy potworem z Loch Ness a Yeti. Koronnym slajdem prezentacji miała być mapka wszystkich tych stworzeń. Po godzinie naniosłem może z 1/5 więc z resztą dałem sobie spokój. Mapkę postanowiłem dokończyć dwa dni później i wrzucić na bloga. No i skończyłem... wczoraj. Dwa dni, dwa lata, co za różnica. To co widzicie poniżej to zawartość list of cryptids. To nie jedyna taka lista, ale na pewno najszybsza do przerobienia. Około setki opisanych kryptyd ma encyklopedia Colemana i Clarka (Cryptozoology A to Z), zaś około tysiąca podręcznik Eberharta (A Guide to Cryptozoology).

Aby powiększyć mapkę należy w nią kliknąć

Kryptozologia jest wyjątkowo rozmemłana nawet jak na standardy nibynauk. Nie wiemy co jest a co nie jest kryptyda. Jak coś już jest to znowu nie wiemy ile tego mamy. Niektórzy "badacze" tworzą rozległe klasyfikacje gatunków węża morskiego, wyróżniając węże z wąsami, węże z garbem, węże z łapami, itp. Na listach kryptyd wciąż notuje się globstery, czyli częściowo pożarte i wymiętolone kawałki wielorybów. Identyfikacja wyrzuconych na brzeg fragmentów, zwykle w zaawansowanym stadium rozkładu, przysparza problemów nawet fachowcom, a stąd już tylko krok od doniesień o morskim potworze. Do naciąganych sensacji nalezą hellhoundy - upiorne psy. Można je sprokurować z niczego. Jeśli jakiś bezpański pies wydał wam się dziwny, jeśli przekonaliście do tego swoich znajomych, a pies gdzieś zniknął - wystarczy mały artykulik w gminnej gazetce i mamy nową kryptydę. Od lat największymi nabijaczami list mitycznych i zagadkowych stworzeń są zwierzęta fantomowe. Są nimi obserwacje zwierząt poza swoim naturalnym środowiskiem. W Polsce są to obserwacje pum i jaguarów, ale zdarzały się relacje z wizyt wielorybów w górnym biegu Wisły. Np. w Europie mieliśmy do czynienia z wieloma doniesieniami o... kangurach.

Nie sposób ustalić dokładnej liczby kryptyd, ale nie jest to też potrzebne, aby wybadać ogólny trend. Już po wprowadzeniu połowy ze stworów, na mapie zarysował się wyraźny kierunek. Niestety, ale wygląda to tak, jakby kryptydy wędrowały w torbach brytyjskich emigrantów. Sama Wielka Brytania jest dosłownie usiana potworami, a przecież nie jest to dziewiczy kraj pełen bezludnych odstępów. Bardzo dużo dokładają Amerykanie, trochę Australijczycy i Nowozelandczycy. Zwykliśmy sądzić, że siedliskiem bajecznych zwierząt są trudno dostępne obszary. Tymczasem w amerykańskich i brytyjskich miastach żyje więcej mitycznych stworów niż na obszarze całej puszczy amazońskiej. Patrząc na mapę trudno nie dostrzec, że kultura anglosaska generuje blisko 90% czyhających na nas potworów. Dowodzi to tezie, że kryptydy sa dziećmi kultury a nie dzikiej przyrody. Gdyby kryptydy rzeczywiście istniały nasza kulura nie miałaby na nie wpływu, jak nie ma wpływu na prawdziwe zwierzak. Rosyjskie sarny nie piją wódki, niemieckie wiewiórki nie mają większego porządku w swoich dziuplach, a żyjące w Watykanie dorosłe szpaki nie gwałcą młodych szpaków. Tymczasem jedynie w ojczyźnie pokemonów kryptydy potrafią zmieniać się w ludzi.


Przy okazji szarpnąłem się na konfrontacje z jeszcze jednym mitem. W powszechnym wyobrażeniu wiedza o istnieniu kryptyd przekazywana jest z pokolenia na pokolenie. Jeszcze z czasów, kiedy kryptydy nie były pojedynczymi sztukami, a stadnymi potworami o które potykaliśmy się na każdym kroku. Ma się to nijak do rzeczywistości w której blisko połowa ze wszystkich stworów, pojawia się  dopiero w XX wieku. Są też takie, o których usłyszeliśmy dopiero w XXI wieku (m.in potwór z Montauk, ludzie-małpy z Delhi czy etiopska Wucharia ). Zaledwie 26% stworzeń liczy sobie więcej niż 200 lat. W dodatku jest to naciągane 26%, ponieważ jakiekolwiek wzmianki o "starej legendzie", "dawnych podaniach" lub "miejscowym folklorze" rejestrowałem jako "starsze niż dziewiętnastowieczne". Poza tym, w przypadku tak starych opowieści zwykle brak ciągłości w wizerunku potwora - ten sam gatunek mitycznej kreatura, jest czymś innym w zeznaniach świadków dziś i 100 lat temu. W XIX wieku Wielka Stopa nie była pokryta futrem, miała dlugie włosy, a osobnicy tego gatunku żyli w tworzonych przez siebie drewnianych wioskach. Obecnie jest ogromną, dziką małpą i w ogóle nie przypomina dawnego sasquatcha.

7 września 2014

Dziennikarskie leczenie niedźwiedziem

Wytworny, niedzielny obiad zjadłem dziś przy audycji Stefana Bratkowskiego. Przypomnę: Stefan Bratkowski, rocznik 1934, tuza polskiego dziennikarstwa i mentor tegoż środowiska. W czasie audycji doznałem objawienia. Zrozumiałem po co właściwie jest emerytura. Otóż w czasach prehistorycznych każdy jaskiniowiec po zabiciu tysiąca pterodaktyli, mógł powiesić swoją maczugę na kołku. Wszyscy poklepywali takiego jaskiniowca po plecach nazywając go "pterodaktylowym niszczycielem" ale on i tak wiedział, że w polowaniach już tylko przeszkadzał, że więcej pterodaktyli płoszył niż łapał. Niektórzy intelektualiści ignorują tę świętą pterodaktylową zasadę i niestety pan Bratkowski się do nich zalicza. Jego audycje to w dużej mierze newsy z Trybuny Ludu połączone z dowcipami o Radiu Erewań. Nie brakuje oczywiście anegdot. "Śmieszne" anegdoty starych ludzi to odpowiednik "śmiesznych" filmików z youtube, przy czym oglądanie tych drugich jest ponoć obciachem, zaś opowiadanie tych pierwszych oznaką refleksji. Choć Bratkowski zrezygnował z umysłowych aktualizacji, nie zrezygnował z postrzegania siebie jako koszyka ze świeżymi owocami, którymi dokarmia mózgi swoich słuchaczy. Ja, choć jestem od niego trzy razy młodszy, czuje się w obowiązku czytać słownik miejskiego slangu, aby podtrzymać szacunek ludzi ulicy. Nie obce są mi takie sformułowania jak "trolić na wąsa", "szturchać wiewiórę"... zresztą nieważne. Wracając do tematu. Nie czepiałbym się pana Stefana gdyby nie to, że w wyżej wspomnianej audycji występuje jako popularyzator nauki. Trudno byłoby znaleźć bardziej naiwny i fałszywy obraz nauki, niż ten wyłaniający się z programu Bratkowskiego. No dobra, już taki znalazłem - audycje Roberta Bernatowicza - ale dalej byłoby już ciężko znaleźć coś gorszego.

Jak rysuje się przyszłość naukowo-techniczna według dziadków, którzy nie potrafią przed wejściem na antenę wyłączyć telefonu? Czy stojąc obydwiema nogami jeszcze w kineskopowo-lampowym świecie w ogóle da się o tym rozmawiać? Ano da się, Wystarczy poszperać w rocznikach Młodego Technika, pozbierać gorące nowinki techniczne sprzed 50 lat, głównie myśli rodzimej (pan Stefan najbardziej szanuje naukowców o otwartych umysłach, czyli naszych ulubionych). Następnie należy przez godzinę zrzędzić nad tym, czemu nikt ich nie realizuje! Zdrowy rozsądek podpowiada, że Bratkowski mógłby to przed programem łatwo sprawdzić. Wtedy nie byłoby jednak programu! Niestety żenada się tutaj nie kończy. Otóż pan Stefan poniekąd wybadał gdzie leży problem. To korporacyjne szumowiny, które chowają po szufladach najlepsze pomysły, pomysły tak dobre, że żadne inne pomysł nie byłyby już potrzebne. Choćby miały nic nie sprzedać i upaść, to nigdy nie wyciągną ich z szuflady bo. To samo koncerny farmaceutyczne. Lek na raka jest już dawno gotowy. Opasłe świnie nie chcą go dać byśmy zanadto nie wydobrzeli, bo wtedy nie zarobią. Nie ważne czy że ich dzieci umrą na raka, że oni sami na niego umrą, nie dadzą i już.  Najlepszy swój pomysł Bratkowski zostawił jednak na koniec! Będzie to leczenie przy pomocy niedźwiedzich jaskiń!

Jak mówi redaktor, "nie wie kto to odkrył, kiedy i gdzie, ale ponoć ranny niedźwiedź czmycha do tej jaskini, w której jest najczystsze powietrze". Dlaczego zatem do jasnej ciasnej - snuje dalej Bratkowski - polskie szpitale nie zaczną działać w celu wprowadzenia tych badań w życie! I ma na myśli szpitale dla ludzi a nie miśków! W studiu obecni byli Bogdan Miś i Piotr Cieśliński (Science Editor z Wyborczej), ale nikt specjalnie nie protestował, Zamiast zrobić Bratkowskiemu ice bucket challenge i obudzić go z tego pseudonaukowego amoku, panowie raczej potakiwali ze zrozumieniem. Jeśli takie niedźwiedzie pomysły są w ogóle warte rozważenie, mam jeszcze kilka. Skoro wiewiórki z większą kitą znoszą do dziupli więcej orzechów, czy minister finansów nie mógłby doczepić sobie rudego ogona? No co mu szkodzi? Jeśli według badań więcej borsuków ginie na drogach powiatowych niż wojewódzkich, powinno się wprowadzić zakaz poruszania się ludzi po tych pierwszych! Oczekuje także, że zostanę zaproszony do radia gdzie będę mógł opowiedzieć o mojej evidence-based policy i świetnych pomysłach na naprawę kraju. W końcu spełniam najwyższe standardy dziennikarstwa wytyczone przez Stefana Bratkowskiego! 

20 sierpnia 2014

Konserwanty Władimira

Nie mają szczęścia rosyjskie śliwki i ogórki, oj nie mają. I nie mam tu na myśli przeznaczenia każdej rosyjskiej rośliny, czyli przerobienia na wódkę, tudzież przy wódce pożarcia. Większym nieszczęściem jest to, że ich ojczyzna już od kilkudziesięciu lat próbuje zdystansować się do myśli Zachodu - nawet w tych dziedzinach, w którym nie ma żadnych działających alternatyw. Wszystko na zasadzie: "Czy w Teksasie podlewa się kapustę wodą? W takim razie ty Sasza od dziś podlewasz benzyną!". Jeśli chodzi o biologię, od lat 40. w ZSRR obowiązywała jedynie słuszna teoria kumpla Stalina Trofima Łysenki, będąca odpowiedzią na kapitalistyczno-indywidualistyczną teorię ewolucji. W 1948 genetykę uznano za "burżuazyjną pseudonaukę". Genetyków zwolniono z pracy (niektórych skazano), a prowadzone dotychczas badania przerwano. W sukurs łysenkizmowi przyszły równie dobre pomysły biologii kolektywistycznej, takie jak miczurinizm i teorie Lepieszyńskiej. Rosyjskie rolnictwo stało się przedmiotem żarów całego bloku wschodniego. W Rosji zboża miały rosłnąć niczym słupy telegraficzne - równie gęsto co one. Nieufność do zachodnich pomysłów ewoluowała, ale nigdy nie zanikła. W maju tego roku, zastępca przewodniczącego komisji rolnictwa Dumy zaproponował, aby produkowanie, sprzedawanie i transportowanie organizmów zmodyfikowanych genetycznie na terenie Federacji traktować jako akt terrorystyczny!






Aby zracjonalizować brak zachodnich produktów na rosyjskich stołach, masy karmią się popularnymi także u nas mitami. Rosyjska żywność ma być zdrowa i naturalna - w przeciwieństwie do tej pochodzącej z toksycznych od nawozów pól zachodu. Stosowane w Europie dodatki do żywności jawią się niczym broń chemiczna! W przykładowej retoryce Giennadija Oniszczenki (szefa Służby Ochrony Praw Konsumentów) i Władimira Żyrinowskiego mamy absolutnie wszystkie budzące przerażenie nazwy, takie jak antybiotyki, konserwanty, pestycydy i hormony. Taka narracja przypomina szydzącego z ludzi lumpa. Takiego, który szczyci się pokrywającym go naturalnym łojem i moczem. "Phi, głupi bogaci ludzie! Przesadnie sterylni i naperfumowani chemią, nie to co ja!". Chyba nigdzie indziej głupota nie jest tak wielką cnotą, a ignorancja takim powodem do samozadowolenia, jak w temacie dodatków do żywności. Niektórzy z nas najwidoczniej żyją w alternatywnym świecie gdzie główną przyczyną hospitalizacji jest spulchniacz do pieczywa, a na połowie aktów zgonów widnieje czerwona pieczątka "zatrucie barwnikiem spożywczym". Niestety wiemy jak wyglądał świat bez mrożenia żywności, bez higieny, bez konserwantów i pasteryzacji. Na początku XX wieku choroby przenoszone drogą pokarmową stanowiły realne zagrożenie życia, a przeciętny Europejczyk rozpoczynał dzień od krwistej biegunki. Jeszcze w latach 40. za sprawą szybko psującego się mięsa, ponad 15% Amerykanów chorowało na włośnice! Najwidoczniej zapomnieliśmy o tej nie tak odległej przeszłości. Dziś mało kto wie, że modny napis "bez konserwantów!" jest niejako tożsamy z "produkt z szybciej rozwijającą się pleśnią!

31 lipca 2014

Leczyć się i umierać z Allegro

Najwyraźniej zamieniam się w stetryczałego dziada, bo nawet w rzeczach które powinny mnie cieszyć, dostrzegam jedynie ich gorzką stronę. Wyborcza nie przestaje rzucać gromami w pupę pana Marka Haslika, znachora z Nowego Sącza. Niby dobrze, w końcu ktoś natarł uszy temu gałganowi (Boże, już nawet pisze się jak stary dziad). Z drugiej strony dostrzegam pewne zagrożenie w sygnowaniu medycyny alternatywnej takimi postaciami jak Haslik. Haslik jest w swym uzdrowicielstwie obrzydliwie wręcz stereotypowy. Starszy pan przyjmujący gdzieś pokątnie na rubieżach i bredzący coś o Bogu. Wbrew pozorom nie jest to standardowa szarlataneria, a rodzaj muzealnego eksponatu. Ludowy guru udzielający porad swoim wyznawcom, opłacany darami w postaci gęsi i worka ziemniaków to unikat. Już w napisanej 60 lat temu książce Bieńkowskiej "Atom i znachorzy" praktycznie każda uzdrowicielka była staruszką przepędzającą miotłą lekarzy, tak starą że mogła być kochanką Napoleona. Choćby za sprawą przemijającego czasu, takich postaci nie mogło się ostać zbyt wiele. Babcie leczące ziołami i dziady przypisujące sobie boskie moce, to wręcz rarytas! Dzisiejsi uzdrawiacze mają sklepy w centrum i dorzucają paragon do swoich bezwartościowych mikstur. Szarlataneria kwitnie w głowie waszej dietetyczki do której chodzicie i u waszego fizjoterapeuty który was leczy. Pseudomedyczne porady stanowią clou  telewizji śniadaniowej. Znachorstwo praktykują nasze matki, a nawet my sami, trąc jęczmień złotą obrączką. Łatwiej obarczyć winą wiejskiego szamana, niż dostrzec tę smutną prawdę.

Ilustracja uzdrowicieli z książki Bieńkowskiej
Zakrawa na jakiś ponury żart to, że tabloid piętnujący Haslika, chwilę wcześniej drukował kilkuset tysięcy bioenergetyzujących kwadratów. Ilość zarażonych głupotą ludzi przez pana z Nowego Sącza jest niczym, przy tajfunie mambo-jambo jaki wylewa się z kolorowych dzienników. Historia pomyleńca jest oczywiście bardziej medialna, niż tysiące sprzedawców z popularnego serwisu aukcyjnego, wciskający ludziom takie rzeczy, że ziółka Haslika to przy tym medyczna nadzieja XXI wieku. Postępująca znieczulica uodporniła mnie na widok lamp do koloroteriapii, tajemniczych "przyrządów przeciwbólowych" i ajurwedyjskich okularów. Jakoś to przełknąłem. Są jednak rzeczy których nie zdzierżę. Na przykład wciąż reaguję na otręby ryżowe leczące raka. Na mieszankę oleju słonecznikowego z jajkami, cofającą każdy nowotwór po 358 zł. Kto jest gorszy Haslik, czy patafian opychający sok z winogron terminalnie już chorym ludziom, po 255 zł za litr? Każdy może kupić sobie witaminę C po 5 zł, ale kiedy chemioterapia nie pomaga wtedy możesz się zaopatrzyć w taką specjalną witaminę C, która jak zapewnia jej sprzedawca w mig upora się z twoją chorobą. Oczywiście listek takiej witaminy C kosztuje 160 zł. Kiedyś wydawało mi się, że to właśnie tacy sprzedawcy są źródłem dezinformacji i pseudomedycznego zła. Następnie myślałem, że nie są jego źródłem a owocem. Obecnie coraz bardziej przychylam się do zdania, że trzydziestolatek leczący swoją matkę kadzidełkiem i allegrowicz handlujący leczniczym orientalnym gównem to jedna i ta sama osoba. Kat i ofiara w jednym, czyli pełen dramat.

Zważywszy, że blog ten dotyczy rzeczy, które interesują głównie oszołomów, z natury rzeczy przez te 7 lat przewinęło się tu sporo osobliwych intelektualnie postaci. Mimo to, uzdrowicieli z sekciarskim zacięciem policzyłbym na palcach jednej ręki. Szacuje natomiast, że matki małych Jasiów leczących ich sokiem z żurawiny, mogły w tym czasie napisać od 1,2 tys do 1,6 tys komentarzy. Mniej więcej tak rysują się te proporcje. Ludzie którzy swoimi poradami szkodzą innym to nie mityczni szamani o natapirowanych włosach i szaleństwem wypisanym na twarzy. To niestety nasze sąsiadki, nasi koledzy z pracy i uprawiające fitness szefowe. Swoją wiedzę czerpią z sensacyjnie brzmiących tekstów. Próbowali kiedyś przeczytać coś mądrego ale nie zrozumieli, a to co nie doczytali sami sobie dopowiedzieli. Lepiej byłoby dla nich nie wiedzieć niczego, niż wiedzieć to co wyczytali w kolorowych poradnikach. Choć ja w przeciwieństwie do tej zaczadzonej zabobonem populacji wiem, że leki generyczne to nie to samo co geriatryczne, a przegląd systematyczny to nie to nie taki, co wykonuje się systematycznie - mimo to, nigdy nie przyszło mi do głowy aby kogoś samemu leczyć! Okołomedyczne zainteresowania jedynie uświadamiają jak wiele się nie wie i jak wielka różnica dzieli dociekliwego laika od wyuczonego w specjalizacji lekarza. Jeśli twoje lektury zamiast pokory uczą cię jedynie pogardy do mainstreamowej medycyny (czyli tej jedynej działającej), to pora pozbyć się paru zakładek z przeglądarki.

29 lipca 2014

Nie ma dobrego opętania bez gwoździ zwymiotowania

Jak wiemy z reklam, przy odrobinie chęci z żyrafy wyciśnie się trochę owocowych cukierków. Jak wiemy z tego bloga, są ludzie którzy święcie w takie rzeczy wierzą - z naciskiem na święcie. Pogląd, według którego człowiek zdolny jest materializować różne przedmiotów wiąże się niestety z małą niedogodnością, jaką może być goszczeniem w swoim ciele diabła. Gdybym wiedział, że w czasie szatańskich spazmów wypluję, powiedzmy potrzebną mi teraz drylownice, z chęcią zaprzedałbym się jakimś demonom. Niestety od wieków opętani plują tym samym zestawem śmieci, do którego należą pióra, guziki, druty, włosy, nitki itp. Obecnie najpopularniejsze są chyba gwoździe. Licheński egzorcysta ks. Edmund Szaniawski nosi ze sobą nawet wiaderko z wyrzyganym przez opętanych żelastwem Aż prosi się ustawić takich opętanych w Castoramie, gdzie każdy mógłby do nich podejść i nabyć trochę świeżo zmaterializowanych gwoździ. Tymczasem samo pokazywanie gwoździ jest takim dowodem na istnienie diabła, jak owocowe cukierki są dowodem na dojne żyrafy. Ta pogarda do udowadniania czegokolwiek jest znamienna. Ultrasonografia momentu materializacji gwoździa, rentgen, nagrania wideo? Po co? Chamstwu powinien wystarczyć widok śrubek w wiadrze. Egzorcyści zapewniają przy tym, że gwoździe w ustach opętanych nie są wynikiem sztuczek egzorcyzmowanych. Śmiem wątpić w umiejętności księży w rozszyfrowywaniu choćby najprostszej iluzji. Przypomnę choćby przypadek dziesięcioletniej Niemki Althe Ahlers, którą nieomal spalono po tym jak opanowała prostą sztuczkę "wyczarowywania" myszy z chusteczki. Mimo, że dziewczynka pokazała przed sądem, że sztuczka nie ma w sobie prawdziwej magi i opiera się jedynie na zręcznych palcach, duchowni wciąż domagali się poddania dziecka torturom i sądzenia za czary.

Historia dostarcza licznych dowodów na to, że wydalanie przez opętanych tego i owego, nie jest oznaką nadprzyrodzonych mocy. W 1620 roku niezwykłych rzeczy dokonywał niejaki William Perry. Dwunastolatek miał wszystkie objawy opętania. Na dźwięk słów Ewangelii wg św. Jana miotał się tak, że czterech chłopa nie mogło go utrzymać. Wymiotował szmatami, paznokciami, nićmi, wełną, słomą i gwoździami. Oszustwo odkrył dopiero badający go biskup Thomas Morton. Chłopiec nie rozpoznawał fragmentów ewangelii czytanych w innych językach, choć uważano, że diabeł powinien znać wszystkie (co ciekawa, obecnie nie przeprowadza się tego testu). Dzieciak przyznał się, że wszystkie przedmioty które zwracał wcześniej sam ukradkiem wkładał do ust, zaś czarny mocz który oddawał był tylko nićmi nasączonymi atramentem, ukrytymi pod napletkiem. Podobny show w 1696 roku odstawiała jedenastoletnia Christine Shaw. Wiła się w konwulsjach, twierdząc że dręczą ją demony, wymiotując przy tym m.in skorupkami jaj, popiołem, kurzymi piórami, kłębkami włosów, sianem i gwoździami. Mała poszła jednak dalej i z łatwością zidentyfikowała swoich astralnych oprawców. Oskarżyła łącznie 21 osób, w tym polowe swojej rodziny, ojca, babcie, kilku kuzynów. Tym razem obyło się bez wyszukiwania racjonalnych wyjaśnień. Siedmioro oskarżonych została powieszonych i spalonych na stosie. W 1839, w dawnej sypialni małej Shaw, obok jej łóżka odnaleziono ukryty w ścianie otwór, którym najprawdopodobniej przekazywano dziewczynce wypluwane przez nią przedmioty

Wybór do materializacji akurat gwoździ, wydaje się słabym posunięciem ze strony szatana. Niegdyś nie dało się o nich wiele powiedzieć. Identyfikowano je po prostu jako "gwoździe do zabijania okien" albo "gwoździe do zbijania kół u wozu". Dziś badając takie gwoździe moglibyśmy ustalić skąd pochodzą, kiedy je wyprodukowano, z jakich stopów, jaką metodą. Wiele powiedziałoby to o piekielnym przemyśle i preferencjach samego diabła, czy na przykład przestrzega unijnych norm. Najwyraźniej kolekcjonerów tego złomu to nie interesuje, bo jeszcze nie słyszałem aby kościół przekazał je do jakiejkolwiek analizy. Istnieje możliwość, że każdy z gwoździ jest szczegółowo badany i każdy okazuje się pochodzić z pobliskiego sklepu żelaznego, po czym wyniki tych ekspertyz lądują w biskupim koszu na śmieci. Większość z tego, czym wymiotują opętani nie zachowuje się na zbyt długo. Dla przykładu, opętane urszulanki z Aix-en-Provence wymiotowały jedynie gęstą pianą. Przodowała w tym Madeleine de Demandolx, która przy okazji oskarżyła zaprzyjaźnionego księdza Louisa Gaufridi o czary. W czasie procesu naprzemiennie raz to odwoływała zarzuty, twierdząc, że kocha Gaufriediego, raz to szamocząc się i bluźniąc na krucyfiks opowiadała o sabatach jakie urządzał. Dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo, tak czy owak Gaufridiego spalono. Na początku XVII wieku, opętania wśród zakonnic stało się modne, a już szczególnie we Francji. Publiczne egzorcyzmy sióstr przerodziły się w atrakcje turystyczne. Na wyróżnienie zasługiwały zakonnice z francuskiego Loudun. Pozwolę sobie zacytować Nigela Cawthorna (Witch Hunt. History of a Persecution):
Wśród zakonnic z Loudun urządzających pokazy opętań, prawdziwą gwiazdą była młoda siostra Claire. W konwulsjach zadzierała halkę ukazując intymne części ciała bez żadnego wstydu. Znieważając się własnymi rękoma, wykrzykiwała słowa tak nieprzyzwoite, że zawstydzały najbardziej rozpustnych mężczyzn. Sposób w jaki to robiła krępowało bywalców najgorszych burdeli w kraju. Na niektórych robiło to takie wrażenie, że po obejrzeniu jednego z takich pokazów lord Montagu postanowił przejść na katolicyzm. Dla zakonnic przyszły ciężkie czasy, po tym jak klasztor odwiedziła siostrzenica kardynała Richelieu, księżna d'Aguillon. Doniosła wujowi, iż pokazy są oszustwem, ten cofnął im pensje co skutecznie wyleczyło zakonnice, a ich opętania dobiegły końca.

8 lipca 2014

A ty? Na co pozwolisz patrzeć innym?

Myjący się każdego dnia miastowi być może zastanawiają się, po co przed świńskim korytkiem rolnik ustawia utrudniające życie warchlakom kraty? Otóż niektóre świnie dają się ponieść atmosferze wyżerki do tego stopnia, że włażą do pełnego ziemniaków koryta. Kraty mają też chronić inne zwierzaki przed co bardziej szalonymi świniami. Pamiętam z dzieciństwa jak kura zeskoczyła z grzędy między świniaki, czego te nie potraktowały jako przyjaznych, sąsiedzkich odwiedzin i kuraka najzwyczajniej wszamały. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak jak rolnik hoduje świnie, tak państwo hoduje swoich obywateli. W tym wypadku para najbardziej szczwanych knurów w imieniu całego świńskiego stada sama ustawia kraty, by inne świnie nie zadławiły się kartoflem i zbytnio nie rozpanoszyły po chlewiku. Dyskusja sprowadza się wyłącznie do tego gdzie ustawić kraty, nigdy nie rozmawiamy o tym, czy kraty są w ogóle konieczne. Przez kraty rozumiem idee, że samo mówienie, patrzenie lub słuchanie pewnych rzeczy może być dla nas szkodliwe. Tak jakby sama możliwość spojrzenia na to co jest niewłaściwe był już czymś złym. Magiczna moc obrazu, która zamienia nas w to co widzimy. Przerażenie budzą więc parady gejów, jakby samo patrzenie na nich mogło "zarazić" homoseksualizmem. Wbrew temu jak przedstawiają to autorytety moralno-dziennikarskie, o tym co jest szkodliwe nie rozsądzi żadna dyskusja. Najbliższe prawdy odpowiedzi podsuwa jedynie nauka. Sfinansowaliśmy w tych tematach niewiarygodną wręcz ilość badań. Na przykład, zagadnienie przemocy w mediach doczekało się (w zależność kto co liczy) od 3500 (według American Academy of Pediatrics) do kilkuset (według Jonathana Freedmana), badań! Grzechem byłoby z tego nie korzystać.


Wymowną w temacie wolności słowa jest historia badań na temat zależności pomiędzy dostępem do pornografii, a przestępczością na tle seksualnym. Nim zaczęto badać te relacje, a więc jeszcze przed utworzeniem słynnej prezydenckiej komisji ds. nieprzyzwoitości i pornografii (koniec lat 60tych), pokutowały jedynie zdroworozsądkowe założenia. Pornografia powodować miała szereg społecznych dolegliwości, w tym fale przemocy i gwałtów. Pogląd ten upadł w zasadzie od razu, kiedy tylko zaczęto go analizować. Co nie znaczy, że nie obeszło się bez kontrowersji i zażartych sporów. Największy kontratak miał miejsce w latach 80tych, kiedy na moment udało się zrekonstruować obraz młodocianego, rozjuszonego czytelnika świerszczyków, gwałcącego co popadnie. Obecnie mamy do czynienia z rzadką w tego typu sporach stanowczością, że zebrane dotychczas wyniki pozwalają raz na zawsze odrzucić hipotezę, iż dostęp do pornografii przekłada się na wzrost napaści na tle seksualnym. Publikowane w ostatnich latach prace (np. tu, tu i tu) idą nawet dalej, dowodząc że dostępność do pornografii nie tylko nie zwiększa ilości gwałtów, ale wręcz zmniejsza! Wiemy także, że omawiane często w mediach uzależnienie od pornografii po prostu nie istnieje! Takie wnioski nie tylko wymykają się prostej logice, są wręcz dezorientujące, na przykład dla środowisk feministycznych. Owy dualizm pornografii, która z jednej strony uprzedmiotawia i wyzyskuje kobiety, z drugiej wyzwala i kanalizuje agresje seksualną, doprowadził do podziału wśród anglosaskich feministek i wydarzeń znanych z historii jako Feminist Sex Wars lub Porn Wars. Aż prosi się zadać pytanie, czy zatem możliwe jest, aby ścisły (dzięki zbliżającej się nowelizacji niedługo jeszcze ściślejszy) zakaz pornografii z udziałem nieletnich, nie tylko nie chronił dzieci ale wręcz pośrednio je krzywdził? Rozsądek nakazuje mi nie rozważać tego pytania, póki co nie chce aby ten blog zniknął z internetu. Jednocześnie przyznaję się, że tej odpowiedzi nie znam.

W Polsce dyskusje o wolności słowa sprowadza się obecnie do dość nudnej debaty na temat Golgotha Picnic. Tymczasem w związku z wyczerpującą się ropą Norwegia postanowiła uczynić swoim towarem eksportowym muzykę black metalową. Ambasador Norwegii Karsten Klepsvik parę dni temu zorganizował z tej okazji koncert black metalowy, oraz udzielił Wyborczej wywiadu na temat tej muzyki. Jak pięknie. Przypomnę, że w 2004 roku za zorganizowanie koncertu norweskiego zespolu black metalowego Gorgoroth, ludzie usłyszeli w tym kraju wyroki skazujące, a zespól byl przesłuchiwany przez prokuraturę! W czasie koncertu nikogo nie pobito ani nikogo nie okradziono. Pokoncertowy tłum nie przewracał śmietników ani nie dewastował pociągów (jak mają to w zyczaju uczestnicy firmowanych przez władze imprez sportowych). Sama stylistyka, kilka nabitych na pal, sprowadzonych z ubojni owczych głów, była dla organów ścigania wystarczającym pretekstem. Kiedy pobieżnie przeglądam co się o tym wówczas pisało i jak przedstawiały to dzienniki, jakoś nie mogę natrafić na obrońców zespołu Gorgoroth. Najbardziej wyrozumiałe wypowiedzi przypominały tę księdza Bonieckiego: "Jestem przeciwnikiem cenzury, ale jest jakaś granica w propagowaniu zła". Dziś wypadałoby iść za tamtym ciosem i ustalić jaki mrok spowija ambasadora, skoro jest fanem takiej muzyki. Jaki rodzaj wypaczenia kryje się w duszy przeciętnego Norwega, skoro dupuszcza do siebie takowe dzwięki i obrazy. Inaczej oznaczałoby to, że patrzenie na wokalistę liżącego obdarty ze skóry owczy łeb nie przynosi ze sobą kresu cywilizacji. Jeśli to nie jest groźne, to co? Przecież nie po to zainwestowalismy w kraty do chlewika, by je teraz ustawiać gdzieś z boku pod murem.

30 czerwca 2014

Aborcyjna racja nie zna ustępstw

To była jedna z tych fejsbukowych kłótni, w których nie wypada zrobić nic innego jak tylko... pójść po chrupki i zabrać się do czytania. Długa na 180 komci ruchawka słowna miała miejsce na profilu Piotra Cieślińskiego i tyczyła się, a jakże, aborcji. Nie byłoby w tym nic atrakcyjnego, gdyby nie personalia głównych zawodników! Otóż w jednym z narożników stanął reprezentant cywilizacji śmierci, dziennikarz naukowy "Polityki" Marcin Rotkiewicz. Nienawidzi on prasłowiańskich zbóż porastających ziemie naszych ojców, a zamiast bursztynowego świerzopa i dzięcieliny woli GMO i Monsanto! Jak widać chory człowiek, ale dajmy mu szanse. W drugim narożniku, dziennikarz naukowy "Gościa Niedzielnego" Tomasz Rożek. Stanowczy wobec magi homeopatii, uległy wobec mocy święconej wody. Pan Tomasz lubi postraszyć chemią w jedzeniu, zgodnie z teorią: im więcej sylab w nazwie związku chemicznego tym gorzej. Trudno byłoby znaleźć bardziej zantagonizowaną światopoglądowo parę niż Rotkiewicz i Rożek. Rożkowi w ringu spluwaczkę podsuwałby chyba sam Archanioł Gabriel, zaś Rotkiewiczowi sekundowałaba znana z apokalipsy siedmiogłowa bestia. Mówiąc już poważnie, spięcie ludzi szanujących autorytet badań naukowych i z zasady uginających karku pod naporem fakty, w takim temacie jak aborcja to rarytas. Osobiście oczekiwałem fajerwerków. Fajerwerków nie było, ale sam przebieg dyskusji wiele mówi o ludziach, o poglądach i o nas samych.


Aborcja jest dość niewdzięcznym tematem jeśli chodzi o szermierkę faktami, co nie znaczy, że jest z nich całkowicie wyzbyta. Tymczasem w całej dyskusji tylko dwukrotnie pojawiły się odniesienia do mocnych danych. Pierwszym był link wklejany przez pana Tomka. Ukazywał popularność aborcji wśród nastoletnich mam w UK, pomimo refundacji na Wyspach antykoncepcji i prawdziwej (nie prowadzonej przez katechetki) edukacji seksualnej. Strona pro-life molestowała tym linkiem do obrzydzenia, wszystko bez odzewu. A przecież nie mając innych danych, po prostu nie wypadało w tej kwestii nie przyznać racji. Nauka ma jednak to do siebie, że czasem lubi spłatać figla/wyruchać cie (słownictwo do wyboru). Pod koniec dyskusji okazało się, że najlepsze dostępne dane pokazując coś zgoła przeciwnego - liberalna polityka przynosi spadek aborcji, a nie ich wzrost. Konsternacja. Czy udać, że takich badań nie ma, czy wykazać minimum klasy i przyznać w tym względzie racje środowisku pro-choice? Wygrała obowiązujące w debacie zasada, a więc opcja pierwsza. "Tak w ogóle, to nie ma to znaczenia. Zresztą to tylko jakieś korelacje". Głupia sprawa - a taki fajny argument z niego nim się sprzedał wrogom - i co teraz, jak żyć?

Chyba każdy zna te cholerne uczucie, kiedy dociera do nas smutna konstatacja, że to jednak nie do końca tak jak się nam wydawało. U mnie jest to ból natury estetycznej, bo wszystko już pasowało, wszystko tak ładnie wyglądało. A tu nagle jeb, ni z tego, ni z owego pojawiają się fakty pasujące jak różowy mrówkojad do zielonej zmywarki. Pozostaje udać że ich nie ma, albo samemu zburzyć skrzydło misternie zbudowanego przez siebie pałacu. Oczywiście najlepiej w ogóle go nie budować. Paradoksalnie to właśnie niezaangażowanym świat pokazuje się takim jakim jest. W tym wypadku oznacza to niepłakanie po znalezionych w beczkach niemowlakach, nie budzące emocji dwunastolatki zmuszane do rodzenia dzieci, czy beznamiętność w obliczu terminacji urodzonych już dzieci - a na to (na szczęście) nie stać każdego. Jeśli nie potrafimy oswoić się z wyobrażeniem świata, w którym każda kobieta musi rodzić zawsze, i takim kiedy żadna nie musi rodzić nigdy, to być może debatowanie oparte na dowodach nie jest dla nas. Z drugiej strony, obsesyjne przywiązanie do słów "miłosierdzie" i "sumienie", kiedy wnioski płynące z badań miażdżą nam głowę, pokazuje, że taki Rotkiewicz i Rożek to po prostu dobrzy ludzie.

21 czerwca 2014

Fakty i Dowody - dwie najsłabsze drużyny mundialu

Najsampierw chciałbym przeprosić tych bardziej inteligentnych czytelników, którzy nie interesują się rozrywkami plebsu, ale z braku innego miejsca zostało mi strollować własny blog. I to czym? Chamskim futbolowym biadoleniem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że jest to w zasadzie tekst o antykrytycznej stronie mundialu, o mundialu na którym nie wypada przyznać się do własnych intelektualnych ograniczeń. Oczywiście faulowanie rozumu zaczyna się jeszcze przed mundialem. Osobiście nie drażni mnie zwierzęce bukmacherstwo, choć do typowania wyników nie zaciągnięto już chyba tylko bakterii kałowych. Cwany świniak łatwo czyta emocje swego pana, stąd zwierzaki często dokonują akurat takiego wyboru, który cieszy patrzącą na to wszystko gawiedź. Co tu dużo pisać, w odpowiednio dużym chlewiku i przy odpowiedniej liczbie prób, chcąc nie chcąc sporo prosiaków wytypuje zwycięzców wszystkich spotkań. Irytują mnie natomiast różnego rodzaju pseudonaukowe typowania. Z nauką mają tyle wspólnego, że robią je naukowcy, tudzież naukowcy je podpisują. Owe naukowe przewidywania są zwykle równie trafne co wybór rozochoconej świni pędzącej do wiaderka żołędzi z naklejoną flagą. W tym roku hitem okazały się typowania, o przepraszam, obliczenia Stephena Hawkinga.

Prawdziwe batożenie krytycznego widza zaczyna się wraz z dorwaniem się do mikrofonów komentatorów i telewizyjnych ekspertów. Do moich ulubionych zagrań tych panów należy powoływanie się na przepisy gry w piłkę nożną które nie istnieją - np. nietykalność bramkarza w obrębie 5 metrów od bramki. Tacy eksperci lubują się w dyskusjach o przyczynach zjawisk, które (jeszcze) nie miały miejsca. Jaki sens mają debaty dlaczego na mundialu w Brazylii pada tak dużo bramek, skoro nie wiemy ile ich jeszcze padnie i czy na pewno będzie ich więcej niż zwykle? Po co zużywać język na rozmowę o wielkiej ilości kontuzji. skoro nikt ich nie liczy, nie wiemy ile było ich rok temu, nie wiemy ile kontuzji mieliśmy np. w kwietniu. Skoro nikt nie wie ile, to skąd wiemy, że jest ich więcej? Skąd ta powszechna opinia, że sędziowie z Europy mylą się na mundialu rzadziej niż ci z Afryki, skoro nikt nie policzył ile mylą się ci pierwsi, a ile ci drudzy? Zapewniam, że mógłbym tak długo. W świecie piłkarskich ekspertów, choć uprzedzenia i przesądy mieszają się z faktami, to najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza.

Niektóre piłkarskie frazesy powtarza się nawet wtedy, kiedy zostały już negatywnie zweryfikowane. Wyświechtane mądrości o nieumiejących się zaaklimatyzować (gdziekolwiek odbywałyby się mistrzostwa), ledwo żywych po ciężkim sezonie Europejczykach, powtarza się co cztery lata. Co cztery lata słyszymy dokładnie to samo - oczywiście z przerwą na fazę finałową - gdzie okazuje się to nieprawdą. Najwyraźniej nie przynosi to żadnych refleksji, nie stanowi żadnej nauczki. Na tegorocznym mundialu wciąż mówi się o potrzebie wprowadzenia powtórek wideo, z których mogliby korzystać sędziowie. Ironia tej sytuacji polega na tym, że najgłośniej domagają się ich komentatorzy telewizyjni, którzy korzystają z nich od 50 lat i którzy najlepiej powinni wiedzieć, że takie powtórki nierzadko niczego nie rozstrzygają. W meczu Hiszpania - Holandia, komentujący spotkania Dariusz Szpakowski i Grzegorz Mielcarski oglądali powtórkę karnego pięć razy, ciągle widząc "ewidentny faul" - mimo, że po meczu cały świat i niejako sam faulowany Diego Costa uznali, że faulu nie było. Po innym meczu i kilku powtórkach Jerzy Engel widzi "oczywisty spalony" zaś siedzący obok Stefan Szczepłek "absolutny brak spalonego. Jaki jest sens "rozstrzygających powtórek" skoro nadal interpretują je omylni ludzie? Ta potrzeba spekulacji jest tak permanentną częścią piłki nożnej, że jak pokazał mecz Francji z Hondurasem, nawet goal-line nie jest w stanie uciszyć tych sporów. Deliberacji mieliśmy chyba tyle co zwykle. "Co prawda technologia twierdzi że bramka padła, ale czy ja wiem..."

9 czerwca 2014

Jak upchać cztery słonie na jednego żółwia

Jednym z częściej odkłamywanych mitów jest przekonanie, jakoby średniowieczni ludzie wyobrażali sobie Ziemię jako płaską. Obraz ciemnego średniowiecznego płaskoziemcy, który boi się, że spadnie z krawędzi Ziemi, to m.in owoc XIX-wiecznych biografii Krzysztofa Kolumba. Przekonanie, iż ludzie średniowiecza nie wiedzieli o kulistości Ziemi, rozpropagowali orędownicy świeckiego państwa między rokiem 1870 a 1920. Płaska Ziemia działała mocno na wyobraźnie. Płaska Ziemia mówiła: patrz, oto do czego prowadzi zaczytywanie się w świętych księgach! Do dziś wyobrażenie o płaskiej Ziemi to wyznacznik społeczności będących zbiorowiskiem ostrych ułomów (patrz "Konopielka" Edwarda Redlińskiego). Tymczasem każdy kto w średniowieczu otarł się o jakąś edukacje, albo chociaż otarł się o kogoś kto się o nią otarł, wiedział, że Ziemie jest kulą, a nie plackiem. Niektórzy poszli w swoich wizualizacjach głupoty innych znacznie dalej. Za cel obrano ciemnych, a zatem i podejrzanych hindusów. Przy tym w co mieli wierzyć, średniowieczny pastuch obracający siano stawał się tytanem intelektu. Czy to w ogóle możliwe, aby hindusi wyobrażali sobie świat jako dysk, dźwigany przez cztery słonie stojące na żółwiu? I to wszystko w kraju w którym tysiąc lat przed Kopernikiem wiedziano, że Ziemia krąży dookoła Słońca?

Hinduska kosmologia nigdy nie rysowała przed swoimi wiernymi takiej wizji świata. Wyobrażenie Ziemi wspartej na słoniach, pojawia się po raz pierwszy... w Europie. W XVII wieku ksiądz Samuel Purchas opisał hindusów wierzących, że Ziemia ma dziewięć narożników, podtrzymywanych przez siedem słoni stojących na wielkim żółwiu. Skąd Purchas miał takie informacje? Nigdy nie był w Indiach. Informacje zbierał w karczmach wypytując powracających stamtąd żeglarzy. Purchas nie jest postacią specjalnie znaną i najprawdopodobniej historia o słoniach i żółwiu odeszłaby w niepamięć, gdyby nie John Locke i "Rozważania dotyczące rozumu ludzkiego". Napisane w 1670 dzieło wspomina o hindusach widzących świat, jako dysk spoczywający na słoniu, który z kolei stoi na żółwiu. W tej wersji nie ma już siedmiu słoni, jest jeden samotny słoń. O jednym słoniu pisali David Hume i Bertrand Russell. Wersja czterosłoniowa pojawiła się w wieku XIX. Nie wiele brakowało, aby najpopularniejszym dziś wariantem była opcja bezsłoniowa, gdyż na przełomie XIX i XX wieku, w niektórych europejskich opisach hinduskich wierzeń, świat spoczywał bezpośrednio na żółwiu z pominięciem słoni.

Dziś potrafimy nie tylko odtworzyć ewolucje tego mitu. Potrafi też wskazać jego potencjalne źródła. Słoniowo-żółwiowa piramida z Ziemią na szczycie to najpewniej wynik nietrafionych interpretacji alegorycznych wschodnich wierzeń. Jest to europejska parodia różnych składowych hinduizmu, pokracznie sklecona w całość. Wisznu wśród swoich wielu awatarów miał też trochę zwierząt. Wisznu zamieniał się m.in. w dzika, rybę, lwa, a także w żółwia. Był nim żółw imieniem Kurma, który na swym grzbiecie dźwigał mityczną górę Mandara. Najpewniej to Kurma pojawia się w opowieściach Europejczyków jako podstawka dla słoni. Po drugie, nie wiem czy ludzie przypisujący innym płaską ziemię lub jej słoniowe filary, w pewnym sensie nie przeceniają tych ciemnych społeczeństw. Dziś pomimo powszechnej, długoletniej edukacji, internetu i kanałów tematycznych, mało kogo interesują zagadnienia budowy wszechświata. Coś mi się wydaje, że kiedyś było z tym jeszcze gorzej. Ludzi najzwyczajniej w świecie nie obchodzi tak niepraktyczna wiedza. Ta intelektualna gnuśność stanowi barierę dla wszystkiego, zarówno dla prawdy jak i szalonej głupoty.

29 maja 2014

Pan Diabeł proszony na plan

Ogłupiony niebanalną kampanią reklamową, skusiłem się na horror Matta Olpina "Diabelskie nasienie". Wśród słów jakimi określiłbym film, wyraz 'niebanalny" jest ostatnim jaki przychodzi mi do głowy. Choć w słowniku są przecież takie słowa jak "kangur", "frezarka" czy "barometryczny", to i tak słowo "niebanalny' zostawiłbym na koniec. Chyba jedyną zaletą tej produkcji jest to, że jej autor nie upiera się, iż film ma coś wspólnego z prawdą. Kiedy kręcono "Egzorcyzmy Emily Rose" wmawiano widzom, iż jest to ekranizacja przypadku Anneliese Michel. Fajne historie szybko się wyczerpały, ale potrzeba dodania elementu uwiarygodniającego w postaci nazwiska pozostała. Stąd "Egzorcyzmy Gail Bowers", "Egzorcyzmy Dorothy Mills", czy "Opętanie Amy Evans" O ironio, najsłynniejsze egzorcyzmy w historii, będące przykładem dla tysięcy opętanych jeszcze do niedawna były sprawą anonimową. Od początku, a więc od 1973 wiedzieliśmy, że film "Egzorcysta" oparty jest na historii trzynastoletniego chłopca, znanego w literaturze jako "R". Film "Egzorcysta" jest podkoloryzowaną wersją noweli Williama Blatty z 1971, sama zaś nowela podkoloryzowaną wersją pewnie też podkoloryzowanych dzienników egzorcystów z 1949. Sam sposób w jaki ustalono, że "R" to były pracownik NASA Ronald Edwin Hunkeler, jest już interesujący. Udało się to dzięki dziennikarzom obywatelskim i internautom, którzy na podstawie skąpych danych z oficjalnych dokumentów, wyśledzili wpierw miejscowość a następnie dom w którym dokonano egzorcyzmów. Niektórzy blogerzy wzięli sobie za punkt honoru zrobienie zdjęcia Hunkelerowi. Ten jednak nie ułatwia im życia. Ostatni trop to grzywna jaką Hunkeler zapłacił w sądzie kilka lat temu. Jeśli żyje ma 78 lat.

Znajdź 10 różnic
To co na początek wypadałoby znać, to "fenomeny" jakie wystąpiły w czasie egzorcyzmów Hunkelera. Wbrew temu co pokazano na filmie, chłopak nie obracał głową o 360 stopni i nie mówił po łacinie (ewentualnie powtarzał tylko zasłyszane w czasie egzorcyzmów łacińskie zwroty). Ba, nawet nie zmieniał głosu na ochrypły ani nie miał nadludzkiej siły. Z relacji egzorcystów wiemy natomiast, że łóżko chłopca poruszało się, a na jego ciele pojawiały się dziwne napisy. Gdyby nie ustalenie personaliów chłopca, bylibyśmy zdani jedynie na relacje egzorcystów. Dziś wiemy o tej sprawie znacznie więcej. Wiemy jaki stosunek do tych wydarzeń mieli jego rodzice, jego sąsiedzi i przyjaciele z dzieciństwa. Okazało się, że Ronald Hunkeler był obrzydliwie rozpieszczonym, wrednym bachorem, który specjalizował się w straszenie dzieci oraz oszukiwaniu swojej matki. Gdyby duchowni poprzedzili egzorcyzmy wywiadem środowiskowym, myślę, że daliby by sobie spokój. Dowiedzieliby się, że nie tylko on, ale wszyscy chłopcy w okolicy potrafili poruszać owym nieszczęsnym sprężynowym łóżkiem na kółkach. Do wymownej sytuacji doszło w szkole, kiedy obrażony Hunkeler zaczął trząść ławką w opętańczym spazmie. Nauczycielka wyrzuciła go z klasy a nadąsany chłopak wrócił do domu. Publiczne upokorzenie okazało się skuteczniejszą bronią w walce z diabłem niż wszystkie nocne modlitwy, wzywania Chrystusa, komunie, zaklęcia i rytuały egzorcystów. Skala nadnaturalnych zjawisk musiało mocno odbiegać od tego co oglądamy na filmie zważywszy, że ojciec chłopca do końca twierdził, że mały symuluje, próbując zwrócić na siebie uwagę i manipulować matką.

Rany w postaci napisów na ciele Ronalda mogą stanowić tajemnice jedynie dla człowieka głębokiej wiary. Skąd rany u chłopca, który wcześniej barykaduje się w pokoju i wychodzi z niego pokryty diabelskimi słowami? Oczywiście to nie chłopak ale sam szatan przesuwał meble pod drzwi. Chłopak był dla egzorcystów poza podejrzeniem - nawet kiedy przyłapano go, jak wydrapuje sobie paznokciem na piersi słowo "piekło". Sama treść napisów była dość nietypowa. Były to pewnego rodzaju polecenia, co należy zrobić aby pomóc chłopcu, co mu dać, gdzie go zabrać. Na ciele pojawiały się wręcz nazwy konkretnych miast, jak Saint Louis. Zabawną historia jest, jak nasz bohater szedł rano do szkoły. Po marudzeniach, że nie chce i po stanowczych słowach matki że musi, Ronald rozpiął koszule i na swoim ciele wskazał matce napis "no school". Cała opowieść ma dwa zakończenia, do wyboru. W jednej, w chłopca wchodzi sam Michał Archanioł, który oświadcza zebranym, że koniec tego dobrego i przepędza szatana. W drugiej wersji chłopak ma wizje ubranego w białe szaty mężczyzny, który z płonącym mieczem ściga diabła. Smaczku dodaje fakt, że jedyny ksiądz biorący udział w egzorcyzmach, który wypowiadał się o nich publicznie ks. Walter Halloran, pod koniec życia sam zaczął w nie wątpić. Jak twierdził, nie jest w stanie ani potwierdzić ani wykluczyć, że R był naprawdę opętany. Trochę za późno księże Halloran. Machina już ruszyła i zbiera żniwo. A ponoć w 73' dystrybutor filmu nie chciał zgodzić się na tytuł "Egzorcysta" twierdząc, ze widzowie nie będą wiedzieli co on oznacza. Jak widać wiele się od tej pory zmieniło.

23 maja 2014

Gdyby kobiety rzeczywiście okazały się głupsze, czy wolno byłoby o tym rozmawiać?

Wciąż nie rozumiem co uratowało najnowszy tom "Zakazanej Psychologii' przed publicznym, przykładnym spaleniem. Przecież jej lubieżny autor Tomasz Witkowski, śmie w niej przywoływać metaanalizę Bruca Rinda? Badania Rinda wywołały pod koniec lat 90tych takie zamieszanie, że sprawą zajął się Kongres Stanów Zjednoczonych, który jednogłośnie je potępił. Ich grzech polegał na twierdzeniu, iż po przeanalizowaniu 52 badań nie znaleziono dowodów, na trwale negatywne skutki molestowania seksualnego dzieci. Wynik okazał się wysoce niestosowny, w końcu wszyscy wiemy, że molestowania prowadzą do traumy, a molestowani po 20 latach wciąż budzą się w środku nocy oblani potem. Czy wolno mówić takie rzeczy, nawet jeśli potwierdzają je badania empiryczne? Biedny Witkowski najwyraźniej zdaje sobie sprawy z tego jaka jest odpowiedz. Mniej więcej na każdej stronie podkreśla, że nie jest pedofilem, ani nawet nie użyczał swoich dzieci sąsiadom, on tylko przytacza dane. Wyobraźmy sobie, że Abp Michalik zamiast twierdzić, iż to dzieci lgną i szukają miłości (co jest raczej nieprawdą), powiedział wprost, że ponad 90% molestowanych dzieci, nie widziała w samym akcie, w momencie w którym był popełniany, czegoś przerażającego czy strasznego (co jest akurat prawdą). Za drugie stwierdzenie nie przepraszałby arcybiskup, ale chyba sam papież. Wspominam o tym w kontekście ostatnich wypowiedzi Janusza Korwin-Mikke. JKM chodzi po Polsatach i innych TVNach krzycząc, że mężczyźni górują inteligencją nad kobietami. Niespecjalnie interesuje mnie kto ma ten 1 IQ więcej, natomiast zastanawia mnie, czy w ogóle można o tym w Polsce rozmawiać? Czy gdyby kobiety okazały się mniej inteligentne, wolno byłoby o tym dyskutować? Z tego co widzę, chyba nie.

Nie gram w drużynie JKM, ani żadnego innego polityka, przynajmniej lubię tak o sobie myśleć. Interesuje mnie co mówi empiria i dane, warto grać w drużynie nauki, bo to pewny zwycięzca, któremu wszyscy zawdzięczają wszystko. Pan Janusz potrafi skompromitować każdą idee. Nawet twierdzenie 2+2 JKM potrafiłby obudować takimi argumentami, że normalny człowiek zacząłby się zastanawiać, czy to nie przypadkiem 5, a nawet jak 4, to czy z pobudek moralnych, nie wypadałoby optować za 5. Tak czy owak Korwin ma racje, twierdząc iż wiele badań wskazuje na wyższy poziom IQ mężczyzn. Wydaje się, że w ramach odpowiedzi. należałoby wykazać statystyczną nieistotność tych wyników; pokazać ich niuanse; wskazać na badania, które pokazują brak różnić, a nawet przewagę kobiet; czy nawet podważyć sam sens takich badań. Każdy z tych podpunktów jest banalny do zrealizowania, tymczasem jaka jest odpowiedź? Manifesty, listy oburzonych i petycje domagające się odebrania głosu JKM. Najwyraźniej jestem jakiś dziwny, bo potrafię wyobrazić sobie naprawdę fajną dyskusje, np. o tym czemu jest tak mało kobiet w rankingach szachowych. Chciałem powiedzieć, że ostatnio jest tam nie tylko mało kobiet, ale w ogóle mało ludzi. By nie wyglądało to tak fatalnie, sporządzono dla tych nieludzkich arcymistrzów osobne rankingi. Obecnie turnieje silników szachowych stoją na poziome niedostępnym dla ludzi i jeśli chcesz obejrzeć partyjkę najlepszych, to niestety będą to dwa komputery. "Klasyczne", ludzkie turnieje szachowe (które JKM przytacza), to w pewnym sensie takie paraolimpiady (którymi JKM gardzi).

W Polsce brakuje czegoś pokroju Foundation for Individual Rights in Education, a więc instytucji walczącej z cenzurą poprawności politycznej w dyskusji akademickiej. Prawnicy FIRE interweniują w momentach, kiedy dochodzi do próby powstrzymania badań lub ograniczenia wolności słowa, ze względu na interes określonej grupy. Nie oszczędzają przy tym nikogo. Nie ważne czy wierzysz w Boga, jesteś homoseksualistą, rdzennym mieszkańcem Ameryki lub masz czarny kolor skóry - nie masz prawa nikogo kneblować. Oczywiście inicjatorzy takich akcji nie kwestionują mało sympatycznych rzeczy jakie dotykały i dotykają niektóre mniejszości. Jednocześnie nikt nie może być wyłączony spod krytyki, tylko dlatego, że jest Żydem, bo jest otyły lub rudy. Z założenia zatem brak wolności w dyskursie naukowym, jest w dłuższej perspektywie o wiele groźniejszy, niż ewentualne paszkwile jakie mogą na tym wypłynąć. Grup, które mają prawo czuć się sponiewierane jest tak dużo, że w zasadzie każdy należy do którejś z nich. Jak w praktyce wygląda takie blokowanie wszystkich przez wszystkich, widać w naszym pięknym kraju. Nasza państwo aby przypadkiem nikogo nie skrzywdzić, postanowiła dyskryminować wszystkich bez wyjątku. A nie może krytykować B, bo obrazi uczucia religijne B; B nie może skrytykować ułomności C, bo C był więźniem politycznym; nie można krytykować także A, bo ten z kolei siedział w KL Auschwitz. Dzięki czemu dochodzi do kuriozalnych sytuacji, z pozoru niemożliwych do jednoczonego zaistnienia, gdzie np. dyskryminowani czują się u nas zarówno wierzący jak i ateiści.

20 maja 2014

Starowiedza

Jeśli komuś się nudzi tudzież pracuje na komputerze, a nie chce siedzieć w ciszy - polecam debatę na temat świadomości. Stara ale jara produkcja, jeszcze z czasów istnienia atvnu. Wśród zgrai fizyków, biologów i neurologów jest też prawdziwy rodzynek, profesor wielu katolickich uczelni Mieczysław Gogacz. Wypowiedzi Pana Mieczysława są niczym podróż wehikułem czasu wprost do średniowiecza. Każdy argument profesora Gogacza zaczyna się i kończy ną św. Tomaszu. Współczesne koncepcje naukowe, jeśli nie mają zaczepienia u Arystotelesa, nie robią na profesorze żadnego wrażenia. Ktoś, kto nie studiował czegoś z humanistyczno-społecznej działki może pomyśleć, że ma tu do czynienia z niechlubnym wyjątkiem. Nic podobnego. Niepowołanie się na Maksa Webera jest w pewnych kręgach większym faux pas niż wytarcie sobie nosa w rękaw. Jeśli ktoś cytuje wypowiedzi Webera sprzed 100 lat to i tak nie najgorzej. Bywa, że wśród referentów częściej słychać Platona niż to, co o człowieku mają do powiedzenia kognitywiści. Czasami przywoływanie tych drugich jest wręcz niemile widziane. Bezpieczniej jest zacytować klasyka, którego wiedza o świecie była mniejsza niż dzisiejszego gimbusa, niż silić się na jakieś dane zebrane gdzieś za oceanem, w szemranych instytutach. Być może problem starowiedzy, a więc nieaktualnej, przestarzałej wiedzy, jest większy, niż często omawiane tu pseudonaukowe duperele.

W środowisku fizyków, kiedy chce się kogoś obrazić, mówi się o nim arystotelik. Arystetelik to typ (lub typiara), który nie nadąża i wciąż widzi fizykę, taką jaką była, powiedzmy 20 lat temu. Kiedy przedstawiciele miękkich nauk cytują tzw. autorytety sprzed 200, 300 lat, niespecjalnie to kogokolwiek dziwi. Po co się męczyć i analizować Big Data, skoro wszystko o społeczeństwie powiedział już Rousseau w XVIII wieku. Oczywiście nie znaczy to, że humaniści wyhodowali u siebie gniazdo żmij, a wszędzie indziej trwa festiwal nieustannie świeżej wiedzy. Jeśli ktoś nie czyta zagranicznej literatury, czasopism, to starowiedza może tańcować w jego mózgu nie mniej energicznie niż w głowie Gogacza. Starowiedza w naukach medycznych może być wręcz niebezpieczna. Lekarz nie znający angielskiego, jest dla mnie równie podejrzany, co ten leczący miodem, cebulą i syropem z pokrzywy.

Pamiętam dyskusje radiową, w której uczestniczył jeden z najbardziej znanych polskich socjologów. Na początku programy gospodyni poprosiła zebranych gości o wyłączenie telefonów. Wszyscy jeszcze raz upewnili się, że wyłączyli swoje komórki i rozpoczęli dyskusje. Jednym z wątków rozmowy było biadolenie nad głupotą młodzieży. Jak to zginie we współczesnym świecie jeśli nie uzbroi się w bezcenną wiedze i nie zacznie czytać Żeromskiego, tak jak robiło to pokolenie dyskutantów. Mniej więcej w odstępach 5-minutowych każdemu z zebranych zadzwonił telefon, przy czym wyróżnił się socjolog. Jemu telefon zadzwonił ze trzy razy, przy czym za każdy razem pan profesor był przekonany, że teraz to już go na pewno wyłączył. W takich okolicznościach lubię wyobrażać sobie hipotetyczną scenę, dziejącą się gdzieś na rubieżach Polski. Ostatni kowal we wsi, żali się swojemu sąsiadowi zdunowi: "Boguś. Mój syn to debil. Krowy nie zapalikuje bo się boi, konia nie podkuje, wideł do gnoju wykuć nie umie! Ten chłopak zginie w życiu, mowie ci. Tylko siedzi przy tej piekielnej maszynie liczącej, stuka swoimi małymi palcami, którymi by nawet miecha w kuźni nie utrzymał i pisze te swoje programy. Tragedia, mówi ci! Co za głąb!"

19 maja 2014

Ciemna strona cheerleaderstwa

Chyba bardziej niż lemingi przypominamy łykające wszystko na swej drodze stado pelikanów. Fruniemy z rozdziawionymi dziobami, do których wpadają wszystkie bajdurzenia i nonsensy. Niestety nie wszystkie zostaną przez ptaszysko łatwo wydalone, choć większość bzdur które łyka pelikan na szczęście nie wywołuje u niego rozwolnienia. Np. co jakiś czas media bredzą o kolejnym mężczyźnie w ciąży* (*nie licząc tych będących wcześniej kobietami, którzy zmieniając płeć postanowili nie rozstawać się ze swymi kobiecymi zabawkami, typu macica). Jeden z takich brzemiennych panów, niejaki Lee Mingwei znalazł się nawet na okładce Timesa (wszystko okazało się artystyczną prowokacją). Istnieją jednak o wiele bardziej niestrawne idiotyzmy. W tym specjalizują się ludzie, którzy za swój cel obrali walkę ze szczepionkami. Powiedzmy sobie otwarcie, to nie jest łatwa walka. Osoby te łapią się w desperacji każdego newsa, nieważne jak debilny by nie był. O ile społeczeństwo porównałem do pelikanów, to ludzi atakujących szczepienia przyrównałbym do dzikich warchlaków, radośnie pokwikujących na widok kartofli w paśniku. Szczęśliwie merdają swymi małymi ogonkami, nie bacząc na myśliwską ambonę tuż nad paśnikiem. Ceną za te ziemniaczki, moje kochane świniaki, może być wasze życie. Wiele takich radosnych pochrumkiwań w środowisku antyszczepionkowców wywołał przypadek Desiree Jennings, cheerleaderki ze stanu Wirginia. U dwudziestopięciolatki wystąpił efekt poszczepienny w postaci dystonii - bezwarunkowych ruchów i skurczy dłoni, ramion, tułowia, twarzy, w zasadzie wszystkich części ciała. Straszne? Nie bardzo. Ten przypadek jest tak żenujący, że można tylko zakryć oczy racicami ze wstydu. Do rzeczy. Zacznijmy od krótkiego filmiku:


"Kwi, kwi", wykrzyczeli antyszczepionkowcy. "Widzicie do czego prowadzą szczepienia, zakazać tego świństwa, chrum, chrum!" Niestety sprawa Jennings od początku brzydko pachniała. Dlaczego takie objawy nie wystąpiły u nikogo innego na świecie? Co więcej, przyjrzenie się nagraniom ujawniło, że objawy byłej cheerleaderki nie mają żadnego sensu. Wyglądało tak, jakby na każdy nagraniu dolegało jej coś innego. Neurolodzy mieli problem nie tylko z diagnozą dystonii, ale też jakiegokolwiek innego zaburzenia ruchu. Głos zabrała amerykańska Fundacja Badań nad Dystonią, której eksperci jednogłośnie stwierdzili, iż to co oglądamy w reportażach o Jennings nie jest dystonią. Okazało się, że żaden neurolog nigdy nie zdiagnozował u niej dystonii. Zrobił to jej prywatny fizjoterapeuta. Zapomniałem też wspomnieć o małym szczególe. Otóż wszelkie objawy ustępowały kiedy dziewczyna zaczynała... iść do tyłu. Choroba całkowicie znikała kiedy Jennimgs zaczynała chodzić do tyłu lub biec do przodu. Kiedy zamiast biec przodem tylko szła, choroba znów powracała. Pamiętam reportaż o naszej bohaterce w TVP Info. Adnotacja o tym dziwnym zjawisku została podana bez jednego zająknięcia. Jakby to było coś normalnego, że choroba znika kiedy człowiek chodzi do tyłu i powraca, kiedy zaczyna iść do przodu. Aktorstwo Jennings było zarówno śmieszne jak i przerażające.


Oddelegowane do badania niepożądanych odczynów poszczepiennych służby uznały przypadek Jennings za "psychogenny". Nasza bohaterka nie przyjęła tego z dobrą miną. Diagnoza, jakoby nasza choroba miała źródło jedynie w naszej głowie, nie jest tym, co chcą usłyszeć pacjenci - szczególnie jeśli za sprawą tej choroby trafili na pierwsze strony gazet. Jennings jeszcze mocniej przytuliła się do środowiska antyszczepiokowców, te zaś postanowiło wyleczyć ją z tej strasznej choroby. Na urojone choroby najlepiej działają urojone lekarstwa. Cheerleaderką zajął się sztab tzw 'lekarzy medycyny alternatywnej" z niejakim Rashidem Buttarem na czele. Buttar leczył ją jakimiś kropelkami, ale głównie chodził po mediach, gdzie sprzedawał rzewne historie, jak to pierwszy raz ujrzał umierającą Jennings. Jak się domyślacie, postanowił bohatersko wyszarpać ją ze szponów śmierci przy pomocy swoich magicznych terapii, zaklęć i całej gammy pseudomedycznych pierdół. Możecie wypuścić powietrze - udało się! Albo mieliśmy do czynienia z pierwszym przypadkiem w dziejach ludzkości, aby jakieś szarlatańskie metody wyleczyły dystonie. Dodajmy, chyba najdziwniejszą dystonie w historii medycyny. Albo.... albo Desiree Jennings znudziło się chodzenie do sklepu tyłem.

15 maja 2014

Prawdośrodkizm: czy jest aż tak źle?

Natknąłem się na dwa teksty, skądinąd poczytnych autorów, na temat tak zwanej "pseudosymetrii autorytetu naukowego" i nie jestem pewien, czy się z nimi w pełni zgadzam. Pojęcie te wprowadził antropolog mediów Christopher Toumey, choć oczywiście samo zjawisko istniało przed pojawieniem się tego uczonego terminu. Czym jest i jak wygląda w praktyce to cholerstwo? Wyobraźmy sobie telewizyjną debatę na temat bezpieczeństwa. Dyskusja dotyczy spadku przestępczości w Nowym Jorku w ostatnich 20 latach. Jest to przykład miasta nie mający chyba precedensu, gdzie przestępczość w ciągu dwóch dekad spadła o jakieś 90%. Jeden z siedzących w studiu ekspertów uważa, że to zasługą poczynań policji. Drugi ekspert kategorycznie się z tym nie zgadza. Krzyczy - to spadek bezrobocia i walka z ubóstwem poprawiły bezpieczeństwo nowojorczyków! Mniej więcej tak wygląda większość telewizyjnych sporów. Rozsądek podpowiada nam, że najpewniej w obu opiniach kryje się trochę racji i tak naprawdę wszystkie te czynniki odegrały swoją rolę. Odczuwamy naturalny opór przed obraniem skrajnego stanowiska w temacie, w którym nie mamy wyrobionego zdania. Choć w codziennym życiu strategia ta przynosi spore korzyści, to w sporze opartym na dowodach nie ma racji bytu. Prawie wszyscy eksperci zajmujący się bezpieczeństwem przyznają, że działania policji odegrały kluczowa rolę w walce z nowojorskim bezprawiem, czego nie można powiedzieć o czynnikach ekonomicznych. Tym razem, prawda nie leżała po środku.

Wykradzione stąd
Czy w takim razie uznane teorie naukowe powinny ścierać się na oczach widzów z pseudointelektualną paplaniną? W konsekwencji może to wywołać iluzje, iż te dwa poglądy są równorzędne, zaś fałszywe może być już samo odczucie istnienia jakiegokolwiek sporu w temacie, w którym od lat panuje utarty konsensus. Moim zdaniem odpowiedź brzmi: tak. Sam to zresztą praktykuję, ścierając się z historiami o wiarygodności bajek z mchu i paproci. Szczerze mówiąc, gdybym w którymś z ogólnopolskich mediów miał przeprowadzić debatę na temat zmysłu magnetycznego zwierząt, do dyskusji zaprosiłbym naukowców spierających się nad samym jego istnieniem, mimo iż wiem, że proporcje problemu oddałaby raczej debata, czy zmysł magnetorecepcji znajduje się w górnej części dzioba czy w siatkówce oka. Obawiam się jednak, że sprokurowanie tak specjalistycznej dysputy w praim-taimie byłoby moim ostatnim wejściem na antenę. Natomiast to, do czego w istocie można się doczepić, to dziennikarska obsesja nie ujawniania własnej opinii i nie stawania po żadnej ze stron. Może zasada ta sprawdza się w dyskusjach typu "czy Marta powinna zerwać ze swoim chłopakiem, po tym jak upił się na wigilii". Nie mniej w polemice bazującej na faktach i twardych danych, powściągliwość w wyrażaniu własnych sądów wygląda kuriozalnie. Czy kiedy do studia zawita człowiek twierdzący, że jest polną myszą, to prowadząca program i wtedy zakończy go konkluzją "może nie do końca, ale coś w tym może być"?

W tematach w których brak nam wiedzy asekuracyjnie nie optujemy za skrajnościami. Istnieje zatem pokusa naświetlenia problemu w ten sposób, aby nasze zdanie znalazło się gdzieś pośrodku. Jeśli uda nam się przedstawić problem tak, że to nasz pogląd będzie tym umiarkowanym, zasada prawdośrodkizmu wepchnie ludzi w nasze brudne łapska. Stosują to wszyscy, świadomie bądź nieświadomie. Dla przykładu zobaczmy jak robi to dziennikarz Edwin Bendyk w przypadku GMO. Według Bendyka, rozprawiając na temat organizmów modyfikowanych genetycznie należy przekreślić dwa skrajnie, fundamentalne stanowiska. No i słusznie, zatem przekreślamy. Po jednej stronie entuzjastycznie nastawieni naukowcy, po przeciwnej ludzi przychodzący na manifestacje z doszytymi ogonami szczura.. Przekreślamy, ciach! Zostaje pogląd, że w sumie z GMO to nic nie wiadomo, a jak nie wiadomo to jednak NIE. Pytanie, dlaczego po jednej stronie odjęliśmy bioinżynierów, a po drugiej oszołomów przebranych za mutantów? Czy po tamtej stronie nie należało odjąć adekwatny poziom oszołomstwa, powiedzmy osoby zakochane w GMO i przebrane za gigantyczne pomidory? Dość łatwo jest przesunąć i rozszerzyć skale, tak aby nasz pogląd znalazł się pośrodku. Tym sposobem każdy, nawet radykalny pogląd, da się przedstawić jako umiarkowany. Tak powstał między innymi polski "kompromis aborcyjny". Po jednej stronie przyłożono średnio restrykcyjne prawo europejskie, a po drugiej nie znany w cywilizowanym świecie zakaz czegokolwiek od momentu kiedy pan plemnik spotka komórkę jajową. W tenże sposób, to co nazwano rozwiązaniem kompromisowym, jest w istocie jedną z najbardziej opresyjnych ustaw na północnej półkuli. Najdziwniejszy objaw prawdośrodkizmu jaki pamiętam miał miejsce w dyskusji nad ludzkimi czaszkami, jakich debile doszukują się na zdjęciach z powierzchni Marsa. Po tym jak zwróciłem uwagę jednemu z takich tropicieli kości, że to po prostu kamienie, ten stwierdził że zgodnie z logiką, jeśli ja mówię, że to kamień, a on, że to czaszka - to szanse, że to ludzka czaszką wynoszą 50:50.

6 maja 2014

Polityku, ostrożnie z tymi danymi

Co począć, jeśli potrzeba chwili wymaga, aby motłoch chwycił za widły i pochodnie? Otóż należy omamić hołotę jakąś szczytną ideą, pod którą nie wypada się nie podpisać. Oczywiście nie wszystkie hasła są tak samo skuteczne. "Walczmy o większy plon zbóż ozimych z hektara!" Postulat niby słuszny, ale bez rewolucyjnego potencjału, nie porywa. Gdyby przeliczać nośność postulatów, na ilość znoszonych do palenia opon, najpewniej wygrałaby jakaś mglista idea, z którą każdy się zgadza, ale nikt nie rozumie jej tak samo. W filmie Braveheart William Wallace nie krzyczy do swoich rodaków "walczmy z analfabetyzmem", tudzież "domagajmy się 40g białka na osobę dziennie". Nie, on krzyczy wolność, to jest idea, która porywa masy! Ciężko mi to przyznać, bo mimo wszystko czuje się wolnościowcem, ale osoby, które ostatnio opatuliły się sztandarami wolność, do koryfeuszy intelektu raczej nie należą. Ich twarze są tak mało sympatyczne, że mówienie o wolności, wyzwala u mnie chyba większy niepokój niż entuzjazm. Wolność to niestety dość łatwy frazes, który nie sposób zmierzyć, czyniąc wolność obietnicą w zasadzie nie dającą się rozliczyć. Oczywiście, do mierzenia abstrakcyjnych idei najlepiej nadają się niewidzialne miarki.













Jeśli poszukać, do dyspozycji mamy prawdziwy gejzer różnych "wskaźników wolności". Mierzą one głównie nadzieje i lęki ich autorów. Ich wyniki bywają mocno rozbieżne z odczuciami najbardziej zainteresowanych. Na przykład, według Drug Freedom Index, jesteśmy jednym z bardziej liberalnych krajów na świecie jeśli chodzi o dostęp do narkotyków. Zaleliśmy 44 miejsce na 247 państw (każdy stan USA liczyli osobno). Ile warte są takie rankingi pokazuje jeden z bardziej znanych i szanowanych - wskaźnik wolności prasy. Do dyspozycji mamy dwa: Press Freedom Index oraz Freedom of the Press. Zgodnie z zabiegiem nazywanym, od mitycznego sporu Eulera z Diderotem, terroryzmem matematycznym, ich metodologia to pukiel skomplikowanych wzorów. Jest to stary, sprawdzony sposób. Wystarczy posłużyć się dowolną formułą matematyczną, niekoniecznie dbając o jej związek z jakimkolwiek ludzkim działaniem. Następnie w razie siejących wątpliwości pytań należy powtarzać, że tak wyszło nam ze wzoru. Nie ważne, że to my wymyślamy sobie wartości do podstawienia, ważne aby zachować pozory poważnej nauki, a ta zawsze ma jakieś wzory. Jak można sie domyślić, według obu rankingów wolność prasy w Holandii i Szwecji jest większa niż w Rosji i Chinach. Wzory działają! Gorzej kiedy teren jest mniej oczywisty. Prześledźmy jak radziła sobie w tym zestawieniu Polska w latach 2003-2014. Według Press Freedom Index w 2003 było u nas średnio. W latach 2005-2007 przeszliśmy dodatkowo małe załamanie wolności prasy i oscylowaliśmy około 60 miejsca na świecie. Od tego kryzysu prężnie wspinamy się w rankingu i obecnie zajmujemy 19 miejsce na świecie, chyba najlepsze w swojej historii. Teraz spójrzmy na Freedom of the Press. Według tego rankingu z wolnością prasy było u nas najlepiej w... 2002 roku. Od tego czasu, non stop w dól. Z roku na rok jesteśmy coraz gorsi. WTF? Co mówi o wiarygodności tych wskaźników to, że dwie najpoważniejsze instytucje, patrząc na to samo przez blisko 15 lat i dysponując tymi samymi danymi, dochodzą do absolutnie przeciwstawnych wniosków?

W trwającej kampanii jedna z partii uczyniła nawet swoim leitmotivem jeden z rankingów, a dokładnie fragment Index of Economic Freedom. Przekaz Jarosława Gowina jest zawsze ten sam, powtarza go w każdym wywiadzie, (wczoraj powtórzył go w radio): "Na 180 państw świata, pod kątem tego jaką cześć PKB pochłaniają wydatki publiczne i administracja, Polska jest 145." Kurcze pióro - myślę sobie - tak to my nigdy nie dogonimy Zachodu. Ustawiłem sobie kraje od najmniejszych do największych wydatków rządowych i rzeczywiście, Polska na miejscu 145 spośród 180. Jako obywatel nie oczekuje pierwszej dziesiątki, ale na Boga, nie 145 miejsce! Jako prosty, wiejski chłopak muszę asekurować swój lichy mózg, postanowiłem zatem upewnić się, czy aby bogate kraje z zasady nie wydają tu więcej niż te biedne. Z ciekawości spojrzałem kto przewodzi stawce. W pierwszej  dziesiątce mamy tak atrakcyjne kraje jak Sudan, Madagaskar i Bangladesz. Miejsce trzecie zajmuje najbiedniejszy kraj świata - pogrążona w wojnie domowej Republika Środkowoafrykańska. W czołówce mamy kilka rajów podatkowych i parę państw z Ameryki Południowej, nie mniej cała zestawienie wygląda jak ranking brudu i ubóstwa. Pierwszy kraj z Europy pojawia się dopiero na 65 miejscu i jest to Albania. Ostatnie, rzekomo niechlubne miejsce zajmuje natomiast... Dania. Na przedostatnim miejscu jest.... Francja. Na przed przedostatnim widnieje Finlandia, a na przed przed przedostatnim Belgia. Mam do tego 2 puenty: 1) mam nadzieje, że w następnych latach będziemy spadać w tej tabelce na łeb na szyje 2) politycy mogliby czasem przyjrzeć się temu, co tak namiętnie cytują.

27 kwietnia 2014

Cała prawda o (dziecięcych) bajkach

Jednym z najstraszniejszych momentów mojego dzieciństwie, było wysłuchiwanie bajek Hansa Christiana Andersena. Na szczęście niewiele z nich pamiętam. Kojarzę okładkę - były na niej łabędzie. Pamiętam również, że główna bohaterka szyła ubrania z pokrzyw zerwanych na cmentarzu. Tak! Właśnie takich bajek uświadczyłem od swoich rodziców! Nie wiem czy nie powinienem ich za to zaskarżyć. Obecnie jako (wciąż jeszcze) dwudziestoparolatek nadal boję się łabędzi, bo ich złowieszcze dzioby podświadomie przywołują mi obrazy cmentarza. Szukając odpowiedzi na pytanie czy padłem ofiarą maltretowania, natrafiłem na książkę You Might Be a Zombie. Publikacja ma kilku autorów, nas interesuje dwóch, Michael Swaim i Stuart Layt. Swaim napisał w niej błyskotliwy rozdział o animowanych postaciach ze zwichrowanym dzieciństwem. Jeśli byliście niekochani i zaniedbywani przez rodziców, to wiedzcie że, w kreskówkowym świecie z grubsza 80 procent wszystkich dzieci to szwendające się bez celu sieroty. Gdzie są rodzice siostrzeńców Kaczora Donalda? Według oryginalnego komiksu rodzice Hyzia, Dyzia i Zyzia wciąż żyją, a jakoś niespecjalnie interesują się losami swoich dzieci. Upośledzony, mający problemy z agresją wujek, był jak widać wystarczającym pretekstem do porzucenia małych kaczorków. Jeszcze gorzej trafiły Wojownicze Żólwie Ninja. Ze wszystkich możliwych miejsc na Ziemi, trafiły do wielkiego zmutowanego szczura, który nakłaniał je do bicia i przetrzymywał w kanałach niczym Josef Fritzl.

Jeszcze ciekawszej analizy dokonuje Stuart Layt. Jak się okazuje, dzisiejsze wersje "Czerwonego Kapturka" i "Królewny Śnieżki", mają niewiele wspólnego ze swoimi średniowiecznymi pierwowzorami. W XX wieku większość bajek (może poza "Jasiem i Małgosią") pozbawiono brutalnych scen i ociosano z szokujących wątków. Tymczasem oryginalne fabuły tych wszystkich "Królowych Śniegu" i "Kopciuszków" to pełne zboczeń rzeźnie! "Czerwony Kapturek" jakiego kojarzymy, inspirowany jest na edycji Le Petit Chaperon Rouge z roku 1697. Historia wygląda bardzo podobnie, z tym, że ta z 1697... kończy się w momencie w którym wilk wszystkich zżera. Nie ma w niej bohaterskiego leśniczego ani dobrego zakończenia. Mimo to, jest to jedna z najbardziej lajtowych wersji Kapturka jakich znamy. Mamy łóżko, dziewczynkę i złego potwora, jak myślicie czego tu brakuje? W większości średniowiecznych wersji tej historii, takich jak XIV wieczna włoska baśń "Fałszywa babcia", mamy zarówno seks jak i kanibalizm. Zwykle wilk nie zjada babci, a podaje ją kapturkowi do kolacji, Mała szamie własną babcie i kończy w łóżku z wilkiem. Jeszcze większą ilość wątków kanibalistycznych znajdziemy w "Królewnie Śnieżce". Zła królowa, zazdrosna o urodę Śnieżki, postanawia ją zabić. W dzisiejszych wersjach od biedy usłyszymy, iż jako dowód morderstwa pragnie zobaczyć serce Śnieżki. Jeszcze niedawno, chciała owe serce także zjeść. W wersji braci Grimm z 1812, chce zjeść nie tylko serce, ale także jej wątrobę, płuca i jelita. Dodajmy, że u braci Grimm Śnieżka ma zaledwie 7 lat. Książę, którego pocałunek ratuje Śnieżkę, ma zatem dość oryginalne preferencje.

Niektóre z bajek tak ocenzurowano, że straciły sens. Taką bajką, w której nie wiadomo o co chodzi, jest "Śpiąca Królewna": księżniczka po ukłuci się wrzecionem w palec zapada w sen, z którego budzi ją pocałunek przystojnego księcia. Na pierwszy rzut oka widać, że ktoś mocno majstrował w fabule. Wątki wybitnie się nie kleją. Dlaczego pocałunek miałby odczynić magiczne ukłucie? Wszystko wyjaśnia się w najwcześniejszej wersji "Śpiącej Królewny" pióra Giambattisty Basilea. Książę, który przybywa do królewny bynajmniej nie zadowala się pocałunkiem. Frywolnie sobie z nią poczyna, do tego stopnia, że ta rodzi mu dzieci. Wszystko to bez budzenia się! Głodny niemowlak, chce dobrać się do cycuszków mamusi przez pomyłkę ssie jej palec. Ten sam palec, którym ukłuła się w felerne wrzeciono. Malec wysysa zły czar, księżniczka budzi się i wszyscy żyją długo i szczęśliwie. Wśród bajek spisanych przez Basilea, mamy także pierwszą wersje Kopciuszka. Poza motywem księcia szukającego swej wybranki po pantoflu, nic nie jest w tej bajce takie jakie znamy. Wersja Kopciuszka jaką wszyscy mamy w pamięci, pochodzi od Charlesa Perrault. Wariant braci Grimm nie znalazł sobie tylu entuzjastów. Być może dlatego, że jest na każdym kroku straszliwie brutalny. Na przykład, kiedy złe siostry chcą dostosować swoje stopy do rozmiaru pantofla obcinają sobie palce i pięty! Po wszystkim, kiedy książę rozpoznaje już Kopciuszka, ptaki wydziobują siostrom oczy! Koszule z pokrzyw Andersena nie wyglądają przy tym tak najgorzej.

19 kwietnia 2014

Chmura, która ukradła Jezusa

Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu (...) (Dzieje Apostolskie 1, 9-10)
W taki weekend jak ten, chyba tylko ostatnia, zawszona szuja, może nie kontemplować zmartwychwstania i czepiać się pojedynczych słówek. Czując się zatem wywołanym do tablicy przypominam, że Nowy Testament nie jest zgodny, co do tego kiedy Jezus zrobił użytek z chmury i skąd powędrował na niej do nieba. Według Dziejów Apostolskich dokonał tego 40 dni po swoim zmartwychwstaniu. Ewangelia wg św. Łukasza nie wspomina o 40 dniach. U Łukasza Jezus wniebowstąpił w ten sam dzień, w którym ocucił się w grobie, a więc jutro. Według Łukasza wniebowstąpienie miało miejsce w Betanii. Według Dziejów Apostolskiej 1,5 km dalej, na Górze Oliwnej. Pytanie zasadnicze: czy do tego przedsięwzięcia w ogóle potrzebna jest góra? Czy wniebowstąpienie w piwnicy byłoby większym wyzwaniem? Czy Jezus nie przebiłby się przez strop? Czy szczyt góry zapewnia lepszy start? Nie licząc chińskiego kosmodromu, ziemskie rakiety posyłane są z terenów nizinnych (Bajkonur, Kourou, Przylądek Canaveral). Tym, którzy planują umrzeć, zmartwychwstać i poszybować do nieba podpowiadam zatem - góry w tym nie pomagają. Nie mniej, trochę otwartej przestrzeni nie zaszkodzi. W tym miejscu na scenę wkracza nasza chmura. W starożytności wniebowstąpienie na chmurze było zaskakująco powszechne. Wniebowstąpienie przy pomocy chmury było tym samym co dziś pochowanie na Wawelu. Jeśli było się kimś naprawdę ważnym, wypadało posłużyć się chmurą. Chmura zabierała wszystkich co ważniejszych (mitycznych) celebrytów, począwszy od założyciela Rzymu Romulusa, po Mojżesza.

W dalszej części fascynującej opowieści o wniebowstąpieniu czytamy, że świadkowie tego cudu udali się następnie do Jerozolimy, gdzie w jednym z domów przebywało liczne grono apostołów, a także "Maryją, Matką Jezusa, i bracia Jego" (Dzieje Apostolskie 1, 14). Wyklęta teolożka Uta Heinemann (wcześniej koleżanka Josepha Ratzingera), w swojej książce Putting away childish things pyta wprost: "Czy matka nie chciała być przy ostatnich chwilach swojego syna? Czy nie chciała pożegnać Go machając mu ręką?" Matka Boska nie patrzyła, a może powinna. W końcu według katolików i ona została żywcem wessana do nieba. Problematyczne jest tu słowo "żywcem". Istnieje na ten temat kilka legend, przy czym najpopularniejsze są dwie. Pierwsza opowiada o tym, jak po trzech dniach od śmierci Maryi św Jan natknął się na otwarty i pusty grób (coś wam to przypomina?). W drugiej wersji, do wniebowstąpienia doszło w jej domu, w Efezie. Nie było tam jednak chmury, co potwierdzałoby naszą roboczą hipotezę, iż chmura operuje jedynie na otwartej przestrzeni. 

Chmura nie była raczej wielkim odkurzaczem. Obstawiałbym bliżej pierzastego cumulusa, niż trąby powietrznej. Gdyby chmura miała formę zasysającą, Jezus nie musiałby wybijać się w górę. A wiemy że to zrobił, bo aż odcisnął się w skale. Ślad po prawej stopie wciąż można oglądać w Świątyni Wniebowstąpienia na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Prawy odcisk odłupano przed wiekami i przeniesiono do meczetu Al-Aksa. Coś mi się wydaje, ze bracia muzułmanie podwędzili tę wyraźniejszą stopę, bo to co zostało jest, delikatnie mówiąc, słabe. Długo się w to wpatrywałem, ale za nic niej jestem w stanie zobaczyć stopy. Na upartego jestem w stanie doszukać się tropów dinozaura, ale ludzkiej stopy nie widzę. Wątek chmury nie jest taki głupi. To znaczy jest głupi, ale nie aż tak. Aniołowie, którzy pojawili się tuż po wniebowstąpieniu twierdzili: "Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba". Oznaczałoby to, że jeśli w Wielkanocny poranek dostrzeżecie faceta lecącego na chmurze, radze czym prędzej zrezygnować ze swojego bezbożnictwa.