23 listopada 2013

Wikipedia kontratakuje

Sceptycyzm to bez wątpienia rodzaj upośledzenia. Wada umysłu za sprawą której obsesyjnie poszukujemy informacji niezgodnych z naszymi dotychczasowymi wyobrażeniami o świecie. Zamiast szukać informacji które utwierdzałyby nas w swoich przekonaniach, sceptycy czerpie niezdrową przyjemność z obalania swoich własnych poglądów. Wielokrotnie na blogu siliłem się na uszczypliwe uwagi pod adresem Wikipedii. Dziś z przyjemnością posypię sobie głowę wirtualnym popiołem. Istnieje sporo badań, które za cel obrało sobie zweryfikowanie informacji zamieszczanych na Wiki. Na przykład, jeśli chodzi o hasła z dziedziny patologii, Wikipedię uznano za "potencjalnie ważne i w miarę dokładne narzędzie w edukacji młodego pokolenia", oraz 'nie najgorsze źródło jeśli chodzi o hasła związane z onkologią". W pierwszej chwili pomyślałem sobie, czarcie smołę gotuj, nie może być! Wikipedia wiarygodnym źródłem? Uspokoiło mnie badanie porównujące rzetelność informacji o lekach, jakie znajdziemy w Wikipedii, z tymi jakie figurują się w internetowej bazie Medscape. W porównaniu tym Wikipedia wypadła blado. Wtedy w mojej głowie zaświecił szatański pomysł: a gdyby tak porównać Wikipedię z Britanniką?

Czy pamiętacie jeszcze Hołdysa, który zarzekał się, że woli płacić za treści w Britannice niż bazować na Wikipedii. Oj Panie Zbyszku, marny to interes. Przypomina to rezygnacje z kranówy na rzecz wody butelkowanej, czyli tej samej kranówy tylko, że 400 razy droższej. Pierwsze badanie porównujące Wikipedię i Britannice to rok 2005 i Uniwersytet Kalifornijski. Artykuły z Wikipedii wypadły nie gorzej, a czami nawet odrobinę lepiej niż te z Britanniki. Najsłynniejsze jak do tej pory porównanie, pochodzi z grudnia 2005. Wówczas słynne czasopismo Nature publikuje zaślepione badanie, w którym porównuje się rzetelność Wikipedii i Britanniki. Próbka zawiera 42 losowe artykuły o tematyce naukowej. Pomijając drobne błędy, które zawierały obie encyklopedie, w Wikipedii odnaleziono 4 błędy sklasyfikowane jak poważne. Niby źle, ale 4 tego typu błędy odnaleziono też w Britannice. Remis, nie mniej przecież wszyscy oczekiwali, iż to Britannica wygra w cuglach. W zasadzie remis ten trwa po dziś dzień, czasami ze wskazaniem na Wiki. Wiki wygrała z Britanniką np. jeśli chodzi o artykuły z działu psychiatrii. W najnowszych, tegorocznych badaniach, w których pod lupę trfiło 490 artykułów z Wikipedii i Britanniki (245 par), ponowie górą okazała się Wikipedia.

To co razi w tego typu porównaniach to ich niski poziom (czasami tak niski, że wręcz nieznany). W oczy rzuca się, że Wikipedia wypada szczególnie dobrze w porównaniach, kiedy badanie przeprowadza środowisko związane z nowymi technologiami. Tak było w przypadku testów, wykonanych przez magazyny komputerowe: niemiecki C't, brytyjski PC Pro i PC plus, oraz australijskiego PC Authority. Przypadek? Aj dont fink soł. Niektóre badania wyglądają jak anegdoty. Na przykład w 2008 profesor Hamlet Isakhanli porównał to co można znaleźć o Azerbejdżanie na Wikipedii i w Britannice. Wikipedia okazała się bardziej dokładna, ale co z tego wynika - nie wiadomo - za to jest news. Oczywiście, gdyby to Britannica okazała się lepsza, newsa by nie było i nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że ktoś gdzieś cokolwiek porównywał. Moje krytyka nie przekreślą oczywiście tego, że w chwili obecnej angielska Wikipedia, jest prawdopodobnie co najmniej tak dobra jak Britannica. Na przekór temu tradycyjne encyklopedie wciąż postrzega się jako źródła bardziej wiarygodne. W tym świetle zabawnie wyglądają uwagi nauczycieli, którzy piętnują swoich uczniów za powoływanie się na Wiki, zamiast na papierowe tomiska. 

21 listopada 2013

Medycyna transcendentalna

Od czasów kiedy Tato Muminka wyleczył przeziębienie jagodami, chyba żaden specyfik nie miał takiej reklamy. Tabuny Polaków szturmują apteki, wszystko dla miserikordyny. Toż to sam papież, w ostatnią niedziele machał pudełkiem miserikordyny, chwaląc jej działanie! Reklamowana przez Franciszka jako lek nasercowy miserikordyna nie jest oczywiście żadnym farmaceutykiem, a chwytliwą nazwą zestawu różańcowego. Miserikordyna posłuży mi dziś jako pretekst, aby pozrzędzić nad niebezpiecznym flirtem religii i medycyny. Mistyczne pojmowanie choroby, gdzie choroba jest karą zesłaną przez Boga, a uniwersalnym lekarstwem jest pokuta i żal za grzechy, skutecznie skracało życie chorych. Jednym z ostatnich masowych przejawów tego medyczno-religijnego fatalizmu, była epidemia ospy w Montrealu w 1885. Katoliccy księża namawiali wówczas wiernych do podania się chorobie i odstawienia szczepionki. W końcu to nie wypada krzyżować boskie plany, a te są takie, że powinieneś mieć ospę! Chrześcijaństwo, z małymi wyjątkami (np. choroba psychiczna jako demon, którego zwalczyć może żarliwa modlitwą) raczej nie macha dziś lekarzom biblią przed oczami. Wydaje mi się, że inne religie mają tu więcej na sumieniu. Łapy myślenia magicznego religii wschodu wydają się sięgać dalej, od naszych rodzimych Harry Potterów.

Kuba nie dawno opisał u siebie, jak światłe umysły islamu głowią się, aby dopasować ludzką anatomie, do tego co o napisano w Koranie. Indyjska Ajurweda to w dużej mierze translacja hinduskiej mitologii na rożnego typu prozdrowotne banialuki. Nie wiem jak kiedyś, ale do niedawna wszyscy którym trafiała się mikroaudiencja u Dalajlamy, dostawiali w prezencie m.in paczuszkę bezużytecznych tabletek ziołowych, rzekomo leczących przeziębienie i kaszel. Religie, mimo iż oficjalnie leczą jedynie "ducha", w istocie prowadzą ze swoimi wiernymi grę, ani niczego nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając. Ojciec Bashobora przylatuje aby wzmocnić naszą wiarę w Chrystusie, zaś w tle szerokim pasmem płynie do wiernych przekaz o wskrzeszeniach i uzdrowieniach. 

Jeśli spojrzeć na medycynę transcendentalną szerzej, na Ojca Klimuszkę, na benedyktyńskie apteki, ale także na ich niechrześcijańskie odpowiedniki, pomysł na religijne farmaceutyki opiera się głownie na suszonych roślinach. Metody serwowane nam przez religie pochodzą jeszcze z mrocznych wieków medycyny, z czasów kiedy lekarze częściej zabijali niż leczyli. Skąd zamiłowanie do roślin i kamieni, u bogobojnej części tej planety? Jeśli dla kogoś świat nie jest owocem ślepego losu, jeśli wszystko ma swój sens i nic nie powstało przez przypadek, jeśli główną role w tym kosmicznym dramacie odgrywa człowiek - niechybnie zioła są tylko po to by nas leczyć. Nawet nie chodzi o to które zioła leczą, bo leczą wszystkie, pytanie które leczą co. Niestety po świecie szwenda się sporo ludzi, którym wydaje się, że rozszyfrowali ten boski zamysł, boską układankę, dzięki której na każdą chorobę mają w swojej saszetce osobną roślinkę. Gorączka i ból głowy - kora wierzby! Kora wierzby, zawiera salicynę, zatem jest szansa, że pomoże. Niestety taki wywar ma wady. Nigdy nie wiadomo, co w lesie sikało na ową wierzbę, a także ile salicyny znajduje się akurat w naszym kawałku. Jeśli będzie jej za dużo, czeka nas biegunka i wymioty. Pod koniec XIX wieku udało się zsyntetyzować substancje bardzo podobną w działaniu do salicyny, nie powodującą jednak aż tak przykrych skutków ubocznych - kwas acetylosalicylowy. Pytanie zatem - po co karmić się wywarem z wierzby, który jest nie tylko mniej skuteczny ale i bardziej niebezpieczny? Matka natura nie po to stworzyła rośliny, byśmy teraz coś z nich wybierali, albo pałaszujemy całego krzaka albo nic. Lekarstwem jest cała roślina, nie jakieś tam substancje aktywne, należy zeżreć całą, z korzeniem, a najlepiej z ziemią na korzeniu. Ucztować w pojedynczym związku chemicznym, zamiast delektować się całą łodygą to jakby nie ufać swoim bóstwom. Bogowie zmajstrowali dla nas kwiatki i kolorowe liście, a my bezczelnie wolimy owoc ludzkiej myśli? Kiedy wybierasz korę wierzby zamiast aspirynę - Jezus płacze.