22 września 2013

Kto żeruje na pijawkach

Kiedy zachodnioeuropejski dziennikarz ma w 2 sekundy zobrazować polską wieś, zwykle stawia na obsranego konia ciągnącego wóz z burakami. Ten sakramentalny już, obsrany koń ma od niedawna małą, oślizgłą konkurencje. Znakiem rozpoznawczym tej części Europy (przynajmniej w serialach podróżniczych) staje się hirudoterapia - leczenie pijawkami. Oto, aby nasz kraj kojarzył się ze średniowieczną ciemnotą dbają nasi szarlatani, przedstawiając pijawki jako starą, dobrą metodę leczenia, każdej polskiej gospodyni. Dumą napawa ich wizja Polski, w której ludzi leczy się niedźwiedzim sadłem, pajęczyną zagniecioną z chlebem i pijawkami. Filozofia na której opiera się pijawkowy interes, jest taka sama jak w przypadku innych leśnych badziewi: przyroda nas kocha i wszystko zostało stworzone by nas leczyć. Matka natura jest matką i jak każda mama chce wszystkiego dobrego dla swoich dzieci! W Polsce mamy około 40 gatunków pijawek, z czego praktycznie tylko jedna ma zakusy na człowieka - pijawka lekarska (sporadycznie do ludzi przyczepia się jeszcze pijawka żółwia). Mniej więcej tak jak czarny lud nieomal wytępił tygrysy dla ich "uzdrowicielskich" kości, oraz nosorożce dla ich "leczniczych" rogów, tak nasi dziadkowie nieomal wytrzebili pijawkę lekarską, poławiając ją do swoich niecnych zabiegów. W chwili obecnej pijawka lekarska jest objęta ochroną prawną, jako gatunek zagrożony wyginięciem.

Attack of the giant leeches (1959)
Ciemnota zwykle jest podekscytowana, kiedy jakiś zabieg sięga czasów, w których średnia długość życia oscylowała koło trzydziestki. Promotorzy pijawek robią przy tym wszystko, aby odwieść nasze myśli od barbarzyńskich praktyk upuszczania krwi. Niestety, ale właśnie do tego stosowano pijawki. Wszędzie tam, gdzie trudno było upuścić krwi za pomocą lancetu, tam właśnie przykładano naszą obślizgłą bohaterkę. Wcześniej przycinano ją z tyłu, aby wyssana przez nią krew wypływała na zewnątrz. Pijawka nie mogła najeść się do syta, co zmuszało ją do niekończącej się uczty. Kres stosowania pijawek w medycynie nadszedł wraz z zaprzestaniem upuszczania krwi, choć jeszcze w XIX wieku pijawki cieszyły się sporą popularnością. Jak pisze Edzard Ernst w Trick or Treatment?: Alternative Medicine on Trial, mimo iż za sprawą badań Hamiltona i Louisa, upuszczanie krwi było już dowiedzionym morderstwem, w 1833 Francuzi wciąż importowali ponad 40 milionów pijawek. Obecnie mamy do czynienia co najmniej z kilkoma rodzajami hirudoterapii. Ta najbardziej prymitywna to całkowita szarlataneria, która zaleca pijawki na wszystko, zupełnie jak za króla Ćwieczka. Problemy z nerkami - pijawki na plecy, bezsenność - pijawki na głowę, pijawka pijąca krew z naszego brzuszka - w zależności od potrzeby, zaparcia lub bezpłodność, itd.

Inni hirudoterapeuci postanowili wyjść nieco poza wiedzę z XVIII wieku i aby uwiarygodnić swój podstęp, doprawili ten zabobon o parę nowożytnych odkryć. Wiedząc, iż aby nie zostać wykrytą i aby ułatwić sobie posiłek, pijawka aplikuje nam trochę związków przeciwbólowych i przeciwzakrzepowych, przypisano jej leczenie wszystkiego, co choćby luźno związane jest z przepływem krwi. W ten sposób na listy chorób z którymi rzekomo radzą sobie pijawki samowolnie dopisano m.in nadciśnienie, żylaki, zapalenie żył, hemoroidy i impotencję. Oczywiście inne zwierzaki, które golną sobie czasem trochę krwi (komary, kleszcze, nietoperze), także wytwarzają substancje przeciwbólowe i związki upłynniające krew. Z tego co mi jednak wiadomo, nikt nie leczy zakrzepicy przy pomocy nietoperzy -  a przynajmniej jeszcze nie na masową skalę. Ci którzy nieopatrznie nabyli kilka słojów z pijawkami, przez co teraz zalecają je na co popadnie, wykorzystują fakt obecności pijawek w konwencjonalnej praktyce szpitalnej. Hirudoterapia to także prawdziwa medyna poparta badaniami klinicznymi. Zakres jej stosowania jest przy tym tak wąski, że statystyczny Kowalski nigdy nie otrze się o terapię pijawkami. Jedyną okolicznością stosowania pijawek przez POWAP (praktykę medyczną oparta na wiarygodnych i aktualnych publikacjach) jest replantacja odciętych palców, uszu i penisa. Poza chirurgią replantacyjną i transplantacyjną  nie używa się pijawek w medycynie opartej na dowodach naukowych. Istnieje możliwość, iż pijawki znajdą swoje zastosowanie w leczeniu m.in krwiaków na języku i mosznie, wszystko to jednak melodia przyszłości. Zatem, jeśli w najbliższym czasie nie planujemy odrąbać sobie penisa, pijawki raczej do niczego się nie nam przydadzą.

1 września 2013

Futrzane pogaduszki

Jestem świeżo po lekturze książki "Paranormalność” Richarda Wisemana i przyznaje, że poczułem się mile zaskoczony. Wiseman, psycholog-iluzjonista, kojarzył mi się głownie z barowymi trickami, pokroju tego jak z ręcznika uformować kurczaka (chyba jedyny jaki opanowałem). Tymczasem książka jest interesująca, pełna niewyświechtanych przykładów, a przede wszystkim zabawna! Opis wielebnego Nataniela Godfrey'a, zmuszającego meble do odrzucenia diabła i przyjęcia Jezusa ("po godzinie intensywnego przesłuchania stolik w końcu załamał się i wszystko wyznał") powinien trafić do annałów sceptycznego pisarstwa. Do notki zainspirował mnie jednak inny fragment, rozdział o Gefie - gadającej manguście. Mangusta miała mieszkać w ścianie jednego z domów na wyspie Man. W latach 30tych do domu mangusty ciągnęły rzesze turystów, aby prosić ją o radę w życiowych rozterkach. Choć nie ma dowodów, że Gef w ogóle istniał, jest bez wątpienia najsłynniejszym gadającym zwierzakiem w historii. Szukanie sobie oponentów do dyskusji w psach i kotach jest zaskakująco popularną dewiacją umysłową, a gadająca mangusta nie była jedynym takim stworzeniem jakie zna historia.

Chyba pierwszym wybitnym przedstawicielem królestwa zwierząt, którego zdolności odbiegały od innych  przedstawicieli swojego gatunku był koń Maroko. Ten żyjący w XVI wieku jegomość potrafił nie tylko komunikować się z ludźmi (niestety jedynie niewerbalnie). Miał także niezwykle przydatną umiejętność wskazywanie dziewic z otaczającego go tłumu. Był w tych sztuczkach tak dobry, że on i jego pan Richard Bankes omal nie przypłacili tego życiem. Konia oskarżono o czary i służbę szatanowi. Przed stosem uratowało ich dopiero publiczne uklęknięcie konia przed krzyżem. Oczywiście, takich cwanych koni, gęsi, psów i świń było co niemiara. Mnie interesują jednak zwierzaki, które dosłownie mówią! Charles Fort, który połowę swojego życia zmarnował na wynajdywanie co dziwniejszych prasówek (coś mi to przypomina), odnotował kilka przypadków mówiących zwierząt. W 1847 w Nowym Orleanie widziano gadającego kota, w 1908 gazety w Nowym Jorku donosiły o mówiącym psie, zaś w 1930 ludzkim głosem miała przemówić mysz. W 1930 w niemieckiej Leutenberdze powstało coś naprawdę dziwnego - szkoła gadających psów Margaret Schmidt (Hundesprechschule Asra). Według świadków, psy ze szkoły Asra potrafiły wydawać z siebie pojedyncze zwroty, niestety mało zrozumiałe. Jeden z psów potrafił ponoć wyszczekać słowa "Mein Fuhrer". Szkoła dobrze wpasowywała się w obsesję jaką naziści mieli na punkcie psów. Sam Adolf przypisywał im ludzkie cechy, zaś niemieccy naukowcy uczyli psy nie tylko mówić, ale też pisać, a nawet usiłowali porozumieć się z nimi telepatycznie.

W krajach rozwiniętych chyba nie spotkamy dziś mówiącymi zwierzakami, w klasycznym słowa tego znaczeniu (poza wigilią). Co innego w Afryce. Kilka takich historii opisał m.in Paul Sieveking. W Kenii mówiąca krowa nakazała lokalnej społeczności wybudować kościół. W czerwcu 1992 ugandyjskie radiostacje twierdziły, że w miejscowości Kyabagala koza poinformowała wieśniaków, że AIDS jest boską karą za nieprzestrzeganie Dziesięciu Przykazań. Jak to możliwe, aby zwierzę było wstanie cokolwiek powiedzieć? Odpowiedz daje youtube, gdzie gadających psów jest co niemiara. Blisko pół miliona ludzi subskrybuje Miszkę, gadającego psa husky. Ułamek subskrybentów interesujących się Miszką ma mówiący kot Tiggy, mimo, że na moje kulawe ucho, jest od Miszki znacznie lepszy. Swego czasu karierę robił gadający kot Oh Long Johnson i rozmowny słoń Kosik. Trzeba dużo wyobraźni, aby w tych dźwiękach doszukać się słów, co nie znaczy, że się nie da. Niestety są to zwykłe paternifikacje, doszukiwanie się znaczeń w niejednoznacznych dla naszego mózgu, akustycznych modulacjach. Równie dobrze mówić mogą do nas szumiące liście.