17 lipca 2013

Nie, dla marsjańskiego uboju!

Jeśli jakaś krowa podpadła nam swoim zachowaniem, możemy życzyć jej muzułmańskich lub żydowskich rzeźników. W przypadku, kiedy krowa nagrabiła sobie jeszcze bardziej, możemy nasłać na nią kosmitów. Krowy padają ofiarami inwazji międzyplanetarnej mniej więcej od lat 60, od kiedy to odnotowuje się tzw. "dziwne okaleczenia bydła". Owe dziwne okaleczenia to m.in. usunięte narządy rozrodcze, laserowe, chirurgiczne cięcia oraz brak krwi w martwych, krowich ciałach. W rzeczywistości ogrom tym "dziwnych okaleczeń" stanowią prozaiczne otarcia, stłuczenia, ugryzienia, obrzęki, siniaki i różnego rodzaju choroby. Okaleczanie zwierząt przez kosmitów ujrzało światło dzienne, w 1967, kiedy to gazeta The Pueblo Chieftain opublikowała historię klaczy o imieniu Lady. Jej właściciel Harry King, odnalazł ją nieopodal rancza martwą i częściowo oskórowana. Klimat całemu wydarzeniu nadawały dziwne, wypalone znaki, jakich to w promieniu kilkudziesięciu metrów od padłego konia, doszukała się rodzina Kingów. Kiedy historia trafiła do gazet, pobliscy mieszkańcy zaczeli donosić, jakoby widzieli w ten felerny dzień dziwne trójkąte statki unoszące się nad okolicą. Na miejsce zjechały watahy ufoenztuzjastów, zaś John Altshuler, patalog-amator orzekł, iż to, co zobaczył podczas autopsji, „wykraczało poza ludzką wiedzę”. Czyli wiadomo, kosmici zarąbali krowę, pocięli ją i wszamali najlepsze mięso. Sprawa nabrała na tyle dużego rozgłosu, że Uniwersytet w Kolorado wysłał na miejsce doktora weterynarii Roberta Adamsa. Adams orzekł, iż obrażenia klaczy były wynikiem działania padlinożerców, niestety wieści o kosmitach mordujących bestialsko zwierzęta (a w przyszłości pewnie i ludzi), rozeszły się już po Stanach.


Pod koniec lat 70, m.in. na wniosek kongresmena Floyda Haskella, sprawą zajęło się FBI. W raporcie (dostępnym w internecie) agenci federalni zaistniałą sytuację przypisują drapieżnikom i naturalnym formom rozkładu. Nieliczne przypadki z Kolorado, uznano za celowe działanie człowieka, który mógł czerpał przyjemność z okaleczenia zwierząt. To, co wcześniej przypisywano kosmitom, okazało się robotą skunksów, myszołowów, łasic, much i robaków. Pomysł, że ktoś zainteresowany jest w pierwszej kolejności krowymi genitaliami, wynikał z naturalnego faktu żerowania drapieżników na miękkich tkankach ciała, zamiast przebijania się przez grubą, bydlecą skórę. Chirurgiczne cięcia okazały się pęknięciami skóry od nadymania się i puchnięcia martwego zwierza. Profesjonalne dochodzenia nigdy nie wykroczyły poza wyjaśnienia naturalne. Na drapieżniki wskazał w swoim studium nad okaleczeniami w Nowym Meksyku Kenneth Rommel (dokument znany, jako Raport Rommela). Na psy, jako przyczynę rzekomo niewytłumaczalnych ran wskazał zoolog Ron Magill, badający przypadki z Florydy w 1996. W tym samym roku, dzikie psy zostały uznane za sprawców także przez profesora weterynarii Alana Herron z Uniwersytetu Miami.

Oczywiście jest pewien podgatunek ludzi, którzy nigdy nie uwierzą w trywialne wyjaśnienia. Takim osobom potrzebna jest sensacja i spisek. Bardzo popularnym wyjaśnieniem stał się tajemniczy kult, w domyśle satanistyczny, który ciachał krowy w celach religijnych. Do moich ulubionych teorii należą rozważania emerytowanego oficera armii Thomasa Beardena, pochodzące jeszcze z czasów zimnej wojny. Według Beardena „okaleczenia są fizyczną manifestacją nadświadomości społeczeństwa, które w jakiś sposób uświadamia sobie, że Związek Radziecki dokona inwazji na świat zachodu w przeciągu 3 lat”. Krowy miałyby reprezentować Stany Zjednoczone zaś ich rany miały być „zapowiedzią chirurgicznie precyzyjnych operacji Sowietów”. Usunięcie narządów płciowych „symbolizować miał kres rozwoju amerykańskiego społeczeństwa”, zaś odgryzione uszy i języki koniec wolności słowa. Oczywiście, istnieje spora grupa ludzi obwiniająca przybyszów z innych planet. Kosmici najwyraźniej potrzebują krowiej krwi i krowich penisów do swoich niecnych eksperymentów. Kilka lat temu hitem internetu został artykuł ufolożki Lindy Moulton Howe Scientific Data Supports Theory That Mutilated Montana Cow Dropped from Sky and Bounced. Howe badała pastwisko, na których znaleziono martwe krowy. Na podstawie wygniecionej trawy i ułożenia krowich nóg wywnioskowała, iż krowy zostały podniesione w powietrze przy pomocy wiązki holowniczej i zginęły w wyniku upadku z dużej wysokości. Tak, dokładnie tak jak pokazuje się to w bajkach!

14 lipca 2013

Opętanie po ugandyjsku

Zaskoczył mnie rozmiar dyskusji nad ugandyjskim księdzem Johnem Bashoborą. Cuda, jakie przypisuje się Bashoborze, stały się w końcu przedmiotem debaty politycznej, debaty dość słabej i przewidywalnej. Argumenty lewej strony wydają się ogólnikowe. Argumenty prawej, no cóż... Według Roberta Tekieli, w czasie rekolekcji na Stadionie Narodowym "trzeba było dociskać ludzi kolanami do ziemi, bo wiele osób zaczęło lewitować". Osobiście sedna problemu szukałbym gdzie indziej. Tak się składa, że najnowszy numer czasopisma Skeptic przynosi ze sobą artykuł Justin Chapmana Witch Doctors and Con Artists. Chapman jest reportem pracującym w Ugandzie, skąd relacjonuje ugandyjski rynek przepędzania złych duchów. Kanwę artykułu stanowi historia Ronalda Kapungua, oskarżonego o czarnoksięstwo przez mieszkańców jednej z wiosek. Jak się okazuje, w Ugandzie mamy do czynienia z rozwiniętym segmentem uzdrawiaczy, którzy przy pomocy ziół, alkoholu i mleka, "odkażają" domy po "zbiegłych czarownikach'. Oczywiście nie za darmo. Koszt takiej usługi to od 500 000 do 1 000 000 szylingów ugandyjskich (od 700 do 1400 zł), co dla ugandyjskich wieśniaków stanowi nie małą sumę.

Bez wątpienia Ojciec Bashobora ma w tamtej części świata sporą konkurencje. Pastor i uzdrowiciel Enoch Adeboye, został uznanym przez Newsweek jedną z 50 najbardziej wpływowych osób na świecie, zaś Matthew Ashimolowo i David Oyedepo na wypędzaniu złych duchów zbili majątki warte dziesiątki miliony dolarów. W Nigerii ilość licytujących się na lepsze wskrzeszenia teleewangelistów osiągnęła taki poziom, że tamtejsza Nigerian Broadcasting Commission musiała zakazać telewizyjnych transmisji cudów na życzenie. Z różnego rodzaju uzdrowień największą czkawką odbiło się leczenie bezpłodnych kobiet przez Kenijczyka Gilbert Deya. Deya i jego żona leczyli bezpłodność wykradając niemowlaki z kenijskich szpitali. Nim proceder ujrzał światło dzienne, Deya był już w Wielkiej Brytanii, gdzie ma swój kościół w każdym większym mieście w Anglii. Dzieciaki są niestety podwójną ofiarą tych chrześcijańskich zabobonów. W Afryce przybrał na sile ruch przepędzania szatana z małych dzieci. Porzuca się je lub poddaje egzorcyzmom, wszystko w imię Jezusa. Rozmiar tych praktyk onieśmiela: tylko w Nigerii w ciągu ostatniej dekady, porzucono z tego powodu około 15 tysięcy dzieci, zaś około tysiąca zostało zamordowanych. Jak poznać opętane dziecko? W jednej ze swych książek (Unveiling The Mysteries of Witchcraft) tłumaczy to, niezwykle popularna w Afryce ewangelista Helen Ukpabio: "jeśli noworodek płacze w nocy i gorączkuje, znaczy że jest sługą szatana". Ukpabio musi mieć niezłego zajoba na punkcie diabelskich dzieci, bo kręci o nich nawet filmy.


Choć wcześniej nigdy nie słyszałem o Ojcu Bashobora, można było założyć, że tego typu persona przybędzie właśnie z Ugandy. Władze Ugandy przywiązują dużą wagę do demonów i opętań. Od 1957 roku w Ugandzie obowiązuje "ustawa o czarownictwie", o jakiej tylko Tekieli mógłby pomarzyć. Bardzo na serio traktuje ona zagrożenie związane z praktykowaniem magii i wymierza konkretne kary za rzucanie klątw i uroków. Kilka lat temu, ugandyjska minister ds informacji Mary Karoro Okurut, chciała walczyć z piratami drogowymi poprzez montowanie ołtarzy modlitewnych na szczególnie niebezpiecznych odcinkach: "jako praktykującego chrześcijanka, nie mogę zamknąć oczu na świat złych duchów i ich działań". Nie wiem, kim jest Bashobora, (co ciekawe, nie znają go także ugandyjscy sceptycy), ale wierzę, iż prezentuje poziom ciut wyższy niż zaprezentowany tu afrykański standard uzdrawiania. Kimkolwiek by nie był, nie jestem pewien czy chciałbym przetransmitować do nas aurę cudów jaką ze sobą niesie, wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Pamiętam, że jeszcze 10 lat temu telewizję publiczną stać było, aby w prime time zapodać dokumenty o Reinhardzie Bonnke, chyba najsłynniejszym afrykańskim uzdrowicielu. Bonnke jeździł po Afryce i wskrzeszał zmarłych, a na jego spotkania złaziły się dosłownie miliony ludzi. Tymczasem nasza telewizje pokazała go w zaskakująco racjonalnym, wręcz okrutnym świetle, jako oszusta i wyłudzacza. Obecnie, mimo że afrykańskie cuda pukają do naszych drzwi, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło polecieć w jutrzejszej ramówce. Ot, taka smutna konkluzja.

10 lipca 2013

Historia niebieskiej tasiemki

Paszkwil na temat kolorowych tasiemek, jakimi obklejają się sportowcy, siedział w mojej głowie od kilku miesięcy. W czasie wizyty w ośrodku zdrowia, spostrzegłem kiedyś plakat tego badziewia. Pomyślałem sobie, "Niee, tak być nie może! Mambo jambo w publicznej placówce zdrowia?". Plakat przedstawiał roznegliżowaną babeczkę, obklejoną japońskimi taśmami. Wróciłem po kilku minutach, aby zrobić temu czemuś fotkę, to jak na złość, jakaś laska usiadła tak, że zasłaniała plakat. Miałem dziwne wrażenie, że niezależnie jakbym panią nie przeprosił o przesunięcie, to i tak zabrzmię jak: "ej sorry, jestem zbokiem i muszę cyknąć focie cyckom”. Zburzyło mi to koncept notki. Notka wyszłaby zresztą mało konkluzyjna, jako że większość badań na temat taśm to świeżyzna sprzed paru miesięcy. Od tego czasu ilość japońskich taśm na ciałach sportsmanów i sportsmanek stała się wprost proporcjonalna do sportowego celebryctwa. Moją czarę przelał dopiero materiał, który poleciał w głównym wydaniu Faktów. Przy okazji sukcesów obklejonego taśmami Jerzego Janowicza, mogliśmy wysłuchać innych naszych reprezentantów zachwalających wspaniałe, przeciwbólowe właściwości kolorowej taśmy. Trzyminutowy materiał kończy 5 sekundowa cicha wypowiedz lekarza, o braku naukowych dowodów na skuteczność tego kolorowego ustrojstwa, ale kto by tam oglądał do końca.


Taśmy, którymi obklejają się sportowcy to w istocie odgrzewany, paramedyczny, kotlet. Taśmy wymyślił japoński kręgarz Kenzo Kase w latach 70tych. Na ciałach sportowców taśmy zawitały już na igrzyskach w Seulu w 1988, jednak szerszej publiczności dały się poznać na dwóch ostatnich olimpiadach, w Pekinie i Londynie. W odróżnieniu od tradycyjnych taśm, które owija się wokół stawów w celu ich wsparcia i usztywnienia, kinesio taśmy przykleja się bezpośrednio na obolałych miejscach. Taśmy uśmierzają ból, a ilość zakamarków ludzkiego ciała, do jakich można je dokleić wydaje się niezbadany. Reklamowane jako wytwór super technologii, sztuczna skóra, czy coś podobnego, kinesio taśmy to po prostu bawełniane szmatki. Czy naklejenie bawełnianej szmatki rzeczywiście działa tak zbawiennie? W zeszłym roku, brytyjska Advertising Standards Authority, zajmująca się przestrzeganiem brytyjskiego kodeksu reklamowego, podtrzymała skargę, jaka wpłynęła na niebieskie taśmy. Uznano, że opis działania i lista schorzeń, na które miałyby pomagać nie odpowiada rzeczywistości. Do tej pory doczekaliśmy się czterech metaanaliz, które podsumowują dotychczasowe badania nad skutecznością japońskich taśm. Konkluzje są różnorakie. Izraelscy badacze zwracają uwagę, że choć taśmy mogą przynieść chwilową ulgę, na dłuższą metę nic nie dają. Brytyjczycy są nieco ostrzejsi i nie zalecają używania kinesio taśmy w praktyce medycznej. Inni naukowcy dostrzegają pewne zalety taśmy i pomimo potrzeby dalszych badań, wiążą z nimi pewne nadzieje. W żadnym jednak wypadku szału nie. Z punktu widzenia badań klinicznych nie sposób wyjaśnić popularności japońskiej taśmy. Jak na tak popularny produkt, jest zaskakująco mało dowodów, na to, że kinesio taśma rzeczywiście łagodzi ból. Smaczku dodaje fakt, że prawie wszystko, co opublikowano na ten temat, wydano w ostatnich dwóch latach. Na jakiej więc podstawie ekipy fizjoterapeutów i masażystów obklejali swoje gwiazdy kolorowymi pasami wcześniej, skoro nie było żadnych badań na ich temat? Absolutnie żadnych, nic o ich skuteczności, nic o ich ewentualnej szkodliwości, czarna, naukowa dziura.

Przyzwyczaiłem się, by nie wymagać zbyt wiele od sportowców. W swoim życiu pamiętam już kilka "cudownych wynalazków", jakimi to masowo obklejali się gdzie popadnie. Starsi czytelnicy być może pamiętają plastry na nosach, jakie pod koniec lat 90tych ochoczo nosili piłkarze. Miały one poprawiać oddychanie, czy coś takiego. Co trzeci piłkarz, jaki biegał na ekranie telewizora, miał taki plaster, dzięki czemu wszyscy wyglądali jak po sobotniej scysji w remizie, z połatanymi nosami. Jakoś obecnie nie widzę tych plastrów, czyżby tlen przestał być potrzebny piłkarzom? Mam dziwne wrażenie, że kinesio taśmy czeka ten sam los. Aby odbijać piłkę jak Venus Williams czy pedałować jak Lance Armstrong, niestety nie wystarczy obkleić sobie ręce kolorową taśmą. W wypadku Armstronga akurat wiemy, co trzeba zrobić - taśma przyda nam się jedynie, jako plaster po nakłuciach igłą. Przypomina mi to jakiś rodzaj naśladowniczej magii, gdzie wykonywanie tych samych czynności przynieść ma tę samą sławę i pieniądze. Jak zauważyło czterech włoskich autorów, w artykule "How much is Kinesio taping a psychological crutch?" kinesio taśmy przynoszą efekt w około 45% przypadków, kiedy placebo skutkuje średnio w 30% przypadków. Niższa średnia placebo wynikać może z braku jednej, standardowej taśmy, jaką należało zastosować - jak wiadomo, znamy lepsze i gorsze placebo. Tak czy owak, ulgę przynieść może wszystko, naklejenie na siebie folii, przyklejenie liści, wszystko, w co tylko uwierzymy, że pomaga. Tenisiści z przyklejonym na czole kryształem, poprawiającym percepcję lecącej piłki - po tylu latach bloga nic mnie już nie zdziwi.