19 maja 2013

Bo to teraz ta młodzież panie głupia!!!

Trwa krucjata przeciwko miernocie, jaka wylewa się ze szkół i zalewa, rzekomo niezwykle inteligentne jak dotąd społeczeństwo. Jak co roku, mniej więcej w czasie matur, ze swych zatęchłych pergaminem pieczar, wyłażą pomstujące na młodzież dziady. Retoryka jest zawsze ta sama. Zaczyna się „bo za naszych czasów..", a kończy "teraz młodzi już tak nie potrafią". Zauważyłem, że tegoroczna walka z tępym nastolatkiem jest nieco dłuższa. Rozpoczęła się już kilka miesięcy temu, od danych na temat czytelnictwa. Następnie dziennikarze pochylali się nad żenującą kompilacją głupich odpowiedzi na jeszcze głupsze pytania, gdzie młode pokolenie obsmarowano jako upośledzone. Debatę kończy się obecnie na felietonie Jacka Żakowskiego z najnowszej Polityki, pomstującego na neoliberalny system edukacji czy coś takiego. Nawiasem mówiąc, jest czymś niesmacznym, kiedy pokolenie nie potrafiące zmienić dzwonka w komórce, mówi coś o niedostosowaniu młodych ludzi do współczesnego świata. Schemat ten powtarza się zresztą co roku. Najpierw pojawia się nieśmiała teza o zidioceniu młodzieży. Następnie anegdotki z rozmów kwalifikacyjnych na studia o tym, jakie to głuptasy z tego nowego rocznika. Na końcu zaś diagnoza, zawsze ta sama - zła szkoła – oraz garść lużnych pomysłów jak to naprawić. Najstraszniejsze, że zdziadzienie to obserwuje już u mojego pokolenia podstarzałych dwudziestoparolatków. Furorę robię memy o anielskim dzieciństwie bez komórek i internetu, za to z odrapanymi kolanami od sielskich zabaw.

Wydaje się, że w temacie tępej młodzieży brylować powinni kognitywiści i cała ferajna spod sztandaru neuroscience. Tymczasem w biciu na alarm przodują znający się na wszystkim socjo-filozofo-politolodzy. Oczywiście punkt widzenia nauki, diametralnie różni się od tego, co próbują wmówić nam publicyści. Fakty są dla nas, staruszków, okrutne. Ludzie z pokolenia na pokolenie są coraz mądrzejsi. Dzieci są średnio o 8 punktów IQ inteligentniejsze od swoich rodzice, kiedy byli w ich wieku i aż o 15 punktów IQ mądrzejsze od swoich dziadków. Dane te spowija zasłona milczenia, zaś różnego rodzaju propagandowe filmiki wmawiają nam, że młodym ludziom brakuje podstawowej wiedzy o wszystkim. Jeśli teraz młodzi ludzie wiedzą mało, to niby kiedy wiedzieli więcej? Jak pisze Zbigniew Pietrasiński (założyciel SWPS), w książce o wymownym tytule "Ekspansja pięknych umysłów": dzisiejszy maturzysta wie o świecie więcej niż 10 największych mędrców starożytności razem wziętych, nawet, jeśli brakuje mu głębi ich przemyśleń. Różnica w funkcjonowaniu mózgu młodego pokolenia jest na tyle znaczące, że umysł ten ma już nawet swoją nazwę - iBrain. Jest to umysł wielozadaniowy, niezwykle kreatywny, ze świetną wyobraźnią przestrzenną i rozwiniętymi umiejętności konceptualnymi. Oczywiście wszystko to jakimś kosztem, kuleją m.in. kompetencje społeczne. Dowodem upodlenia się gimbazy ma być spadek czytelnictwa. Wypieranie kultury tekstu przez bardziej naturalną, lepiej przyswajalną, atrakcyjniejszą kulturę wizualną (obrazkową) i audio-wizualną, starszych ludzi autentycznie przeraża. Książkę traktuje się jak swoisty fetysz, okropne jest już samo marginalizowanie słowo pisanego, nawet jeśli nie idą za tym żadne konsekwencje. Postulat porzucenie współczesnych możliwości przekazu dla archaicznych form komunikacji, to dla mnie najzwyklejszy regres. Zastanawia mnie czy obecne nastolatki będą naśmiewać się z teraźniejszych maluchów? Tych maluchów, które obsługę tabletu przyswoiły sobie szybciej niż obsługę nocnika. Pod naszymi nogami rośnie prawdziwe pokolenie digital natives. Pokolenie, które nie rozumie statycznego, nieinteraktywnego obrazu. Z tymi to dopiero będzie ubaw. Ciekawe ile oni przeczytają książek? Oj cóż to będzie za lament. Proponuję już ostrzyć zęby panie i panowie pieniacze.

5 maja 2013

Syndrom Wojny w Zatoce

Syndrom wojny w Zatoce Perskiej (GWS - Gulf War Syndrom) to jedna z ciekawszych dolegliwości, jakie znamy. Na GWS składa się szeroka gama objawów, nie mających wyjaśnienia na bazie znanej nam diagnozy medycznej. Syndrom Wojny w Zatoce trudno nawet podpiąć pod współcześnie rozumianą koncepcję choroby. Mimo, iż debata nad GWS trwa od ponad 20 lat, wciąż nie ustalono, jakie dolegliwości miałyby znamionować syndrom. Wśród ponad 100 dolegliwości, do tych najczęstszych należą: przewlekłe zmęczenie, bezsenność, ból mięśni, bóle głowy, niestrawność, zaburzenia pamięci, wysypka i biegunka. Według niektórych hipotez GWS może być roznoszony drogą płciową, a jednym z jego syndromów jest uczulenie na własną spermę. Jak na razie jedynym wspólnym mianownikiem syndromu Wojny w Zatoce jest uczestnictwo w Wojnie w Zatoce. Co ciekawe, chorują zarówno żołnierze piechoty jak i nieschodzący na ląd marynarze, a nawet lotnicy, którzy Zatokę Perską widywali jedynie z pokładu samolotu. Z 697 tysięcy amerykańskich weteranów, syndrom rozpoznaje u siebie od 60 do 250 tys. żołnierzy. Jest to wciąż znacznie mniej niż ich rodaków porwanych przez UFO, nie mniej weterani cieszą się w Stanach na tyle powszechnym szacunkiem, iż syndrom stał się przedmiotem poważnych dociekań.

Wciąż nie wiemy co jest przyczyną GWS. Listę potencjalnych czynników sprawczych stworzono bez dbałości o dowody i racje naukowe, a składają się na nią m.in: trujące pożary ropy, broń biologiczna, stosowanie prze wojsko amerykańskie zubożonego uranu w pociskach artyleryjskich, szczepienia żołnierzy przeciwko wąglikowi, wszechobecne drobiny piasku, a nawet spaliny, jaki wydzielały się przy ogrzewaniu pustynnych namiotów. W 1996 roku panel ekspertów powołany przez prezydenta Clintona, utożsamił GWS z zespołem stresu pourazowego, co oczywiście nie spodobało się żołnierzom. Oznaczałoby to, że dolegliwości weteranów mają podłoże psychiczne, w przeciwieństwie do bliżej nieokreślonego czynnika, który to ukrywa rząd. W 1998 Kongres uchwalił dwie ustawy pośrednio dotyczące syndromu Wojny w Zatoce: Persian Gulf War Veterans Act oraz Veterans Programs Enhancement Act. Ich konsekwencją były prawie nieograniczone środki na badania tej dziwnej choroby. Do tej pory ukazało się kilkaset badań, przy czym najgłośniejszym echem odbił się raport z końca 2008, wydany przez Research Advisory Committee on Gulf War Veterans' Illnesses. Jego autorzy sugerują, iż syndromu Wojny w Zatoce został wywołany podaniem żołnierzom bromku pirydostygminy (PB), który miał zneutralizować ewentualne użycie przez wroga gazów bojowych. Co ciekawe, mimo iż PB stosuje się w medycynie od 50 lat, literatura nie zna żadnych długotrwałych problem zdrowotnych kojarzonych z tą substancją. Co więcej, PB przyjęło jedynie 62% żołnierzy piechoty, co więc z resztą? W sporze głos zabrał chyba największy autorytet, a więc National Academy of Sciences. Ich raport skupił się problemach metodologicznych. Konkluzje NAS są jądnak pełne współczucia i ubolewania nad losem weteranów. Zapewnia się ich, że rząd Stanów Zjednoczonych nie pozostawi ich samych sobie. Zarazem jak ognia unika się odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytanie - co to u licha za tajemnicza choroba? Uroku syndromu Wojny w Zatoce dodaje fakt, że różnorakie schorzenia pojawiły się u żołnierzy już po powrocie do Stanów Zjednoczonych (u 40% dopiero po roku).

Najpewniej syndrom Wojny w Zatoce nie jest urojoną chorobą pokroju choroby Morgellonów czy zespołu Munchhausena. Historia zna aż nadto takich przykładów, gdzie samo doświadczenie wojennej atmosfery przekładało się na późniejszą kondycję zdrowotną. Zauważono na przykład, że utrata 5% towarzyszy broni, owocuje 50% wzrostem zapadalności na choroby układu krążenia, układu nerwowego i pokarmowego. U żołnierzy biorących udział w I Wojnie Światowej, późniejszy stan psychofizyczny weteranów określano mianem shell shocku. Prawdziwy klucz do zrozumienia GWS przynosi analiza skutków Wojny w Wietnamie. Za sprawą zastosowania tam herbicydu znanego, jako czynnik pomarańczowy, od 1984 weteranom przysługuje odszkodowanie, jeśli wystąpi u nich jeden z 10 objawów. Każdemu, kto zachorował na m.in. raka prostaty, cukrzycę czy białaczkę, a uczestniczył w wojnie w Wietnamie, z zasady wypłaca się rządowe odszkodowanie. Każdą cukrzyce typu 2 u weteranów wojny wietnamskiej rząd USA bierze na siebie, jako skutek stosowania tęczowego herbicydu. Można sobie tylko wyobrazić, jakie sumy trafiłby na konta weteranów Wojny w Zatoce, gdyby udało się skojarzyć GWS z jakimś zaniechaniem lub niedopatrzeniem rządu. Źródło choroby może leżeć też w histerii podsycanej przez środki masowego przekazu, jakoby weterani padli ofiarami broni chemicznej Saddama Husajna. Choć w czasie Wojny w Zatoce nigdy nie użyto takiej broni, wielu żołnierzy chorujących na GWS rozpoznaje u siebie objawy, które według nich są objawami zatrucia sarinem. Najpewniej za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, sprawa syndromu Wojny w Zatoce zostanie wyjaśniona, na razie emocje i atmosfera spisku ewidentnie nie służą.