22 lutego 2013

Upiorne gadżety

Straszniejsza niż duchy, jest popularność, jaką w Android Market cieszą się aplikacje do ich wykrywania. Jeśli zastanawialiście się czym był, znany z Ghost Busters, wykrywacz energii psychokinetycznej - najprawdopodobniej był to smartfon. Co ciekawe Tony Cornell z brytyjskiego Society for Psychical Research, to właśnie w upowszechnieniu się telefonów komórkowych (i ich polu elektromagnetycznym) doszukuje się przyczyny coraz rzadszych emanacji duchów. Dla mnie, bardziej przerażające niż brzęczące łańcuchami poczwary, są pozytywne komentarze, pod takimi aplikacjami jak Ghost Radar, Ghost Detector, czy Entity Sensor Pro-EMF Detector. To i tak tylko mała odnoga wielkiego biznesu, jakim za oceanem stały się polowania na cienie. Proste smartfonowe aplikacje to biedna wersja prawdziwego oprzyrządowania łowcy duchów, którego koszt waha się od stu do kilku tysięcy dolarów. Liczniki Geigera, detektory pola elektromagnetycznego, dyktafony, elektroniczne kompasy, kamery termowizyjne, nie wyczerpują (delikatnie mówiąc) tego, w co przyodziewają się łowcy duchów. Pomysł wykorzystania aparatury technicznej do tropienia duchów nie jest niczym nowym. Harry Price stosował kamerę z filtrem podczerwieni i termograf już w latach 40. Spopularyzowanie tego typu narzędzia w polowaniach na upiory przypisuje się, założonej w latach 70. chicagowskiej grupie Ghost Tracker's Club. Dzisiejsi łowcy duchów, wzorują się przede wszystkim na ogłupiających programach telewizyjnych pokroju Most Haunted. Na ich popularności wyrósł etos amerykańskiego łowcy duchów: za dnia zwykłego pracownika biurowego, w noc zaś poszukiwacza przygód, penetrującego strychy i piwnice, a następnie opisującego to na forach pod chwytliwym nickiem.

Jak powiedział niegdyś Albert Einstein, tak jak wykradzenie kurze jajka nie czyni z nas króla kanciarzy, tak obsługa termometru nie czyni z nas naukowca. No dobrze, może tak nie powiedział, ale na pewno zrobiłby to, po seansie Ghost Hunters, czy innego Ghost Adventures. Mimo, iż łowcy duchów (termin wymyślony w latach 30.) określają siebie, jako badaczy, a to, co robią, jako badania, w ogromnej większości to amatorzy, w żaden sposób niezwiązani z nauką. Metodę naukową utożsamiają z umiejętnością posługiwania się pipcząco-migoczącym ustrojstwem. Oczywiście nie ma żadnych dowodów, aby kamera termowizyjna mogła zobaczyć duszę czyśćcową. Dopóki ktoś nie wykaże, że duchy posiadają określone, dające się zmierzyć właściwości fizyczne, dopóty poszukiwanie ich przy pomocy jakiś elektronicznych mierników nie ma sensu. To nie koniec zarzutów. Zwykło się, iż paranormalne roszczenie, mogą zostać zaakceptowane jedynie wtedy, kiedy wszystkie naturalne wyjaśnienia zostaną wykluczone. Tymczasem modus operandi łowców duchów wydaje się przypisywać pierwszeństwo wyjaśnieniom nadnaturalnym, a nawet przypisuje nadnaturalną genezę naturalnym zjawiskom. Telewizyjnym tropicielom zjaw najwyraźniej nigdy nie przyszło do głowy, aby dla porównania pochodzić czasem i po "normalnych” domach. Wypadałoby sprawdzić, czy rzeczywiście w nawiedzonym domu sowa za oknem pohukuje głośniej niż w domku obok, czy zakłócenia pola elektromagnetycznego w domu opętanym są rzeczywiście większe niż w nieopętanym, albo czy wiatr w opanowanym, trzaska drzwiami częściej niż gdzie indziej.

Od kiedy Galvani poruszył zdechłą żabą, prąd elektryczny jawi się niczym pomost łączący nas z zaświatami. Spirytualizmem parało się wielu XIX wiecznych naukowców zajmujących się elektromagnetyzmem, m.in twórca radiometru William Crookes, czy pionier w dziedzinie połączeń telegraficznych Cromwell Varley. Thomas Edison snuł nawet wizje, w których urządzenia przypominające telefony, skontaktują nas ze duchami. Echa tych szalonych pomysłów widoczne są horrorach, gdzie pierwszą oznaka nadejścia ducha, jest przepalająca się żarówka. Nie przez przypadek, współcześni łowcy duchów koncentrują się na EVP (Electronic Voice Phenomena), wierząc, iż w szumie radiowym kryją się wypowiedzi zmarłych. Oddziaływanie elektromagnetyczne, w ogromnym zakresie niewidzialne dla naszych oczu, kojarzy się niewidzialnymi duchami - jeśli nie pochodzi z ich kieszeni, to przynajmniej pochodzą z tej samej, niewidzialnej półki. Na rynku wciąż pojawią się coraz to nowe elektryczne sidła, takie jak Ovilus, naganiający nam duchy z całej okolicy. Wystarczy, że coś ma lampkę kontrolną i wyświetlacz, jeśli płynie w tym prąd, duchy się nie oprą. Najpewniej metafizyczne kłusownictwo szybko nie ustanie, a kolorowa, dotykowa magia, jaką nosimy po kieszeniach, może przysporzyć kolejnych elektrycznych zabobonów.

14 lutego 2013

Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!

Najstarszym znanym mi proroctwem dotyczącym przyszłych papieży jest średniowieczny manuskrypt Vaticinia de Summis Pontificibus. Przypisuje się go chrześcijańskiemu mistykowi Joachimowi z Fiore, co jest mało prawdopodobne zważywszy, że tekst pojawił się kilka dobrych lat po jego śmierci. Luźno powiązanym z Vaticinia de Summis Pontificibus jest zbiór innych papieskich przepowiedni Vaticinia Nostradami, znany też, jako "Proroctwa Michela Nostradamusa na temat przyszłości wikariuszy Chrystusa". W czasach bardziej nowożytnych, przyszywanie proroctw do Joachima z Fiore nie robiło już takiego wrażenia. Domniemanego autora należało poszukać wśród bardziej chodliwych wróżbitów. Oczywiście nie ma cienia dowodów, by Vaticinia Nostradami było dziełem Nostradamusa. Jest to zbiór kilkudziesięciu malowideł, z których trudno zidentyfikować jakikolwiek pontyfikat, a co dopiero silić się na przewidywania następcy Benedykta XVI. Bardziej pomocne są tu "Przepowiednie zakonnicy z Drezna", wydane pod włoskim tytułem Le profezie della monaca di Dresda. Są to przepowiednie nieznanej z imienia niemieckiej zakonnicy, obejmujące swoim zakresem okres od XVII do XXX wieku. Jan Paweł II opisany jest tam jako "Anielski Pan Sądu Ostatecznego ze znakiem dwunastu", zaś Benedykt XVI to "Anielski Przewodnik Sądu Ostatecznego ze znakiem chwały". Według zakonnicy, następny i zarazem ostatni z papieży ("Anioł Miłosierdzia ze znakiem męczeństwa"), pochodzić będzie... z Królestwa Prus. Może być ciężkie w realizacji.

Vaticinia de Summis Pontificibu. Przyszli papieże mają swoje alegoryczną przypowiastki, każdy ma własne motto i rysunek

Najbardziej znaną przepowiednią dotyczącą papieskiej chronologii jest przepowiednia świętego Malachiasza. Choć przepowiednia jest wybitnie XVI wieczna, zgodnie z wyżej opisanym trendem, w jej nazwie widnieje, żyjący w XII wieku Malachiasz z Armagh, któremu przypisywano prorocze charyzmaty. Jak zauważył XVII wieczny ksiądz i encyklopedysta Louis Moreri, Malachiaszowa przepowiednia pojawia się w roku 1590, tuż przed wyborami nowego papieża. Źródłem tekstu byli zwolennicy kardynała Girolamo Simoncelliego, zaś sama przepowiednia wskazuje, iż papieżem powinien zostać ktoś Ex antiquitate urbis (Ze starego miasta). Ze starego miasta był oczywiście kardynał Simoncelli. Co do prognoz dla innych papieży, wieszcz już tak nie starał. Mam wrażenie, że pisał, co mu ślina na język przyniesie: Ursus velox (szybki niedźwiedź), Cubus de mixtione (sześcian od zmieszania), Cervus sirenae (jeleń syreny), Frumentum floccidum (zboże włókniste), Bos pascens (wół pasący), Angelus nemorosus (lesisty anioł), De capra et albergo (od kozy i karczmy), Rastrum in porta (motyka w bramie), Picus inter escas (dzięcioł wśród jadła). Może nawet lepiej niż papieży, takie opisy mogłyby przewidywać kolejnych dyrektorów wrocławskiego ZOO, albo kolejnych ministrów środowiska. Ostatni numerowani papieże to De labore Solis (z pracy Słońca) i Gloria olivae (Chwała oliwki). Po Benedykcie XVI vel Oliwka widnieje krótka adnotacja, iż ostatnim papieżem zostanie Piotr z Rzymu, za którego czekają nas nieciekawe czasy. Z czystej ciekawości sprawdziłem, czy na konklawe nie zawita przypadkiem jakiś Piotr z Rzymu. Jest szansa, że niebo nie rozstąpi się, a archanioł Michał nie pociacha mnie ognistym mieczem - wśród kardynałów, spośród których Duch Święty wybierze następcę Chwały oliwki, nie ma włoskiego kardynała o imieniu Piotr. Z Piotrów będzie tylko francuski kardynał Jean-Pierre Ricard, kardynał z Ghany Peter Turkson i węgierski kardynał Péter Erdő.

Na chwilę obecną Polacy trzęsą się na myśl o czarnym afrykańskim diable, jaki mógłby zasiąść na tronie Piotrowym, ale przykładów na to, że naród ci u nas ciemny, jest aż nadto. TVN Meteo donosi o piorunie, który uderzył w Bazylikę św. Piotra w dniu ogłoszenia abdykacji. Doszukiwanie się boskich atrybutów w zjawiskach pogodowych, to już nawet nie jest średniowiecze, to jest epoka brązu! Po tym, jak w ostatnią niedzielę stycznia, mewa zaatakowała wypuszczonego przez papieża gołębia, Super Express pisał - idzie wojna. Znak "wrednej, łakomej i gigantycznej mewy" został następnie skorygowany na zapowiedź abdykacji. Internet całkowicie przedefiniował nam rynek wróżb. Obecnie jest to klasyczny shotgunning  - na forach i blogach publikuje się taką ilość snów i wizji, że da się z nich wyłowić praktycznie wszystko - także, abdykację Chwały oliwki. Przepowiednie abdykacji, jakie da się odnaleźć, są przepowiedniami typu otwartego - nie są osadzone w czasie, a więc nie mają "terminu ważności". W języku angielskim mówi się o takich przepowiedniach moving the goalposts - przesuwające cel. Ktoś twierdzi, że przewidział abdykację chorego Benedykta zapowiedzianą na konsystorzu, bo przewidział III Wojnę Światową, śmierć przywódców i ucieczkę papieża. Mistrzem moving the goalposts jest mój ulubieniec Krzysztof Jackowski. Przewidział na przykład katastrofę w Smoleńsku, przewidując na 2009 porwanie przez terrorystów czterech samolotów pasażerskich. Na rok 2009 Jackowski przewidział też śmierć znanego księdza - nie zdziwię się, jeśli Jackowski połączy to z tegoroczną abdykacją, która w prognostyku na 2013 jakoś mu umknęła.

12 lutego 2013

Lucia de Jesus Superstar

Jutro mija ósma rocznica śmierci ostatniej katolickiej wizjonerki, siostry Łucji. Choć Łucja dos Santos (znana, jako Lucia de Jesus dos Santos) to prawdziwy klucz do zrozumienia objawień fatimskich, w języku polskim nie uświadczymy krytycznej analizy tej postaci. Katolickie źródła obmalowują ją w aureoli świętej, do której de facto pretenduje. Warto upchać trochę wątpliwości w miejsca, które uzurpuje dziś sobie nieuzasadniona pewność. Szczególnie, że rola dziewczynki, na zeznaniach której oparto objawienia fatimskie, jest niejednoznaczna. Łucja od zawsze starała się być w centrum uwagi. Jako mała dziewczynka prezentowała się na jarmarkach, stając na skrzyni, tańcząc i śpiewając. W domu zabawiała gości opowiadając bajki i legendy, najczęściej z religijnym podtekstem. William Walsh opisuje ją w swojej książce, jako dziecko z niezwykłym wręcz "darem do narracji". Już jako kilkulatka była skarbnicą niezwykłych opowieści, jakie wciąż jej się przytrafiały. W wieku 6 lat twierdziła, że podczas modlitwy uśmiechnęła się do niej statuetka Maryi, zaś w wieku lat 9 utrzymywała, że regularnie odwiedza ją anioł. W te jak i wszystkie inne paranormalne historie nigdy nie uwierzyła matka Łucji, Maria, nazywając je "dziecięcymi bzdurami". Postać złej, sceptycznej matki, jedynej piśmiennej osoby w domu Łucji, koreluje zwykle z przedstawianym dobrze, wierzącym we wszystko ojcem Antonio, alkoholikiem, który według samej Łucji, całe dnie spędzał w miejscowej tawernie.

Łucja była najstarsza z trojga dzieci fatimskich. To ona zobaczyła Maryję jako pierwsza, to jej zachowanie w czasie objawień naśladował Franciszek i Hiacynta, to ona mówiła tłumowi gdzie w danym momencie znajduje się Matka Boża i to ona przekazywała jej słowa. Sandra Zimdars w wydanej w Princeton książce Encountering Mary pisze, że kiedy tylko pytano małą Hiacyntę i Franciszka, co dokładnie przekazała im Maryja, odpowiadały, że "Matka Boża mówiła im wiele rzeczy, ale zapomniały. Lepiej zapytać Łucji, ona wie lepiej". Matka Boże objawiała się dzieciom w obecności zgromadzonej publiki kilkukrotnie, za każdym razem czyniąc "niezwykłe" cuda. Dla przykładu 13 lipca, kiedy tłum obserwował kołyszące się na wietrze drzewo, według Łucji gałęzie poruszyły się, bo Matka Boża zahaczyła o nie swoją suknią. Główny cud Łucja zapowiedziała na 13 października. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadziło się na polu niedaleko Fatimy… a tu nic. Łucja zaczęła relacjonować zebranym to, co widzi, m.in. pozdrawiającego wszystkich św. Józefa, czy błogosławiącego tłum Jezusa. Za nią, około 40 tysięcy ludzi, którzy mimo wszystko chcieliby coś zobaczyć. W objawieniach z poprzednich miesięcy widywano chociażby chmury o "dziwnych" kształtach, a tu jak na złość nic. W pewnym momencie Łucja wstaje, wskazuje palcem na niebo i krzyczy "patrzcie na Słońce!". Patrzeć na Słońce - łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Łucja nie mówi, co niby ma się dziać ze Słońcem, wiec każdy łzawiącymi oczami widzi co innego. Dla jednych Słońce kręci się jak wiatraczek, dla innych chybocze na boki, według jednych ze Słońca lecą srebrne płatki, według innych gwiazda naciera na tłum, a są i tacy, którzy nie widzą niczego. Łucja czuje się po tym pewna jak nigdy wcześniej. Ponosi ją nawet fantazja, twierdzi, że 19 października zakończy się I Wojna Światowa. W 1947 w liście do Jose Pedro da Silva, przypomina sobie, że Maryja powiedziała jednak coś innego, "jeśli ludzie nawrócą się, to 19 października zakończy się wojna". Oj taka tam mała różnica.

Przepowiednie, jakie Matka Boża powierzyła Łucji, to chyba najbardziej kuriozalna część całej tej historii. Od Matki Bożej Łucja wiedziała, że Hiacynta i Franciszek umrą niebawem po objawieniach i rzeczywiście umarli. Łucja przepowiedziała to w 1927, a więc przepowiedziała śmierć dzieci, 8 lat po ich śmierci. Przepowiednie tak chętnie cytowane przez katolików, pochodzą z pamiętników jakie Łucja pisała w klasztorze. Na przykład w piśmie z sierpnia 1941 (znanym, jako druga tajemnica fatimska) przepowiada wybuch II Wojny Światowej. Przepowiedziała więc wybuch wojny dwa lata po jej wybuchu. Wszystko odbywa się w konwencji, w której Maryja powiedziała jej coś w 1917, ale ona z takich czy innych powodów ujawnia to dopiero po wielu latach. Ofiarą tej nietransparentnej sytuacji pada w końcu sam Kościół. Rozgoryczony niekończącym się objawieniem, miejscowy biskup nakazuje Łucji ostateczne spisanie wszystkiego, co przekazała jej niegdyś Maryja. Tak Łucja relacjonuje m.in. trzecią tajemnicę fatimską, z zaznaczeniem, że nie wolno ujawniać jej opinii publicznej, aż do roku 1960, "kiedy wszystko stanie się już jasne". Oczywiście zarówno w 1960 jak i dziś, naiwna wizja przyszłości, jaką opisała Łucja, nie ma odzwierciedlenia w żadnym ze znanych nam wydarzeń. Treść tajemnicy ujawniono dopiero 26 czerwca 2000 roku. Łucja opisała spalone i zrujnowane miasto, w którym żołnierze mordują jego mieszkańców, nie oszczędzając przy tym hierarchów kościoła: biskupów, księży, zakonnic, a być może i samego papieża. Żołnierze zabijają ich przy pomocy kul z pistoletów i strzał z łuków (szczególnie te strzały zostały przemilczane przez media), a aniołowie zbierają krew pomordowanych. Najlepsze, że według Kościoła jest to opis.... nieudanego zamachu na papieża. Tak oto ostatni zgniły owoc wybujałej fantazji Łucji, został zamieciony pod dywan.

8 lutego 2013

Potwory z radiowego eteru

Straszenie ludzi przy pomocy słuchowisk radiowych ma długą i piękną tradycję. Pierwszą audycją, która wzbudziła powszechną panikę, był wieczór komediowy ks. Ronalda Knoxa, wyemitowany przez BBC w 1926. Było to pozorowany na serwis informacyjny dramat radiowy, w którym sfrustrowani bezrobotni palą i pustoszą Londyn. Encyclopedia of Extraordinary Social Behavior wylicza kilkanaście takich paranoidalnych programów. Niezłego pietra napędziło Szwedom słuchowisko pozorowane na relację z awarii elektrowni atomowej, nadane w 1973 przez lokalne radio w Barseback. Podobny numer z awarią reaktora odstawiło radio WSSR z Illinois w 1982, zaś w 1991 panikę wśród radiosłuchaczy radia KSHE z Missouri wywołała audycja o lecących w stronę USA głowicach jądrowych. Najsłynniejszą radiową prowokacją jest halloweenowa (30 października 1938) audycja Orsona Wellesa, będąca relacją lądowania Marsjan na bagnach New Jersey. Była to luźna adaptacja powieści Herberta Wellsa The War of the Worlds, niewiele osób jednak wie, iż numer ten odstawiano wielokrotnie, w różnych częściach globu, prawie zawsze w tym samym skutkiem. Słuchowisko to wywołało panikę nie tylko w 1938 w USA, ale też w 1971 w Brazylii, czy w 1988 w Portugalii.

Internetowe źródła zwykły wyolbrzymiać rozmiary paniki z 1938. Autorzy The Martians Have Landed! A History of Media-Driven Panics and Hoaxes szacują, iż audycji mogło wysłuchać do 6 milionów ludzi, z czego około 1,7 - 1,2 miliona było przekonanych, że ma do czynienia z serwisem informacyjnym. Choć nie było paniki na skalę popłochu tysięcy ludzi, kilka incydentów wydaje się wartych odnotowania. Jak można się domyśleć, największy niepokój zaobserwowano w New Jersey. W miejscowości Grover's Mill, gdzie mieli wylądować kosmici, część mieszkańców chwyciła za broń. W gęstej mgle udało im się nawet wypatrzeć Marsjan, których patriotycznie ostrzelali. Rano okazało się, że niedoszli bohaterowie ostrzelali okoliczną wieże ciśnień. W największym mieście New Jersey, Newark, dwadzieścia rodzin opuściło swoje domy, dusząc się trującym gazem rozpylanym przez Marsjan. W Saint Louis mieszkańcy stłoczyli się na ulicach niektórych dzielnic, aby omówić plan działania w obliczu nadciągającej katastrofy. W małym miasteczku niedaleko Seattle pech sprawił, że koniec słuchowiska zbiegł się z zanikiem prądu. Widząc to, część rodzin postanowiło nie czekać, chwyciły za podręczny bagaż i uciekły w pobliskie góry.

Marsjańska panika za sprawą powieści Wellsa powracała w Stanach wielokrotnie. W 1968 swoją wersję War of the Worlds nadało czołowe nowojorskie radio WKBW. Audycja była spreparowana na tyle realistycznie, że informację o inwazji kosmitów zaczęły powielać pomniejsze, lokalne media, a Kanadyjczycy wysłało swoich żołnierzy na trzy graniczące z USA mosty: Peace Bridge, Rainbow Bridge i Queenston Bridge. W nocy 12 listopada 1944, relacje z inwazji Marsjan nadało jednocześnie kilka stacji radiowych w Chile. Na wieść o międzyplanetarnej wojnie, w stolicy Chile, Santiago, ludzie zaczęli barykadować się w swoich mieszkaniach. Jednak najbardziej dramatyczne żniwo audycja zebrała w innym południowoamerykańskim kraju - Ekwadorze. Późnym wieczorem 12 lutego 1949, program o lądowaniu krwiożerczych kosmitów w Latacunga, 30 km od stolicy kraju, wywołał panikę w prawie całym kraju. Godzinna audycji wystarczyła, aby na ulice Quito wyległo 100 tysięcy zdezorientowanych mieszkańców, wielu odzianych jedynie w pidżamy i nocne koszule. Kiedy ludzie uświadomili sobie, że padli ofiarami oszustwa, przypuścili szturm na miejscową rozgłośnie. Tłum otoczył trzypiętrowy budynek radiostacji, wybijając w nim szyby. Uciekających z budynku reporterów obrzucano kamieniami, zaś tych, którzy schronili się na najwyższym piętrze, uwięził pożar dolnej kondygnacji. W mieście nie było prawie żadnej policji, bo ta wyjechała z miasta, aby przeciąć drogę szarżującym na stolicę Marsjanom. W pożarze spłonęła zarówno siedziba znienawidzonego Radia Quito, jak i biuro właściciela rozgłośni, najstarszej i największej gazety w Ekwadorze El Comercio. W czasie rozruchów zginęło 20 osób, a 50 następnych zostało ciężko rannych. Jak do tej pory są to jedyne ofiary marsjańskiej inwazji na Ziemię.