14 grudnia 2013

Foton mnie bije!

Jeśli mierzi cie włączona za ścianą ładowarka, a router wywołuje dreszcze, być może cierpisz na idiopatyczną nietolerancje pola elektromagnetycznego (EMF). Choroby tej nie roznoszą ani kleszcze ani szczury. Jej transmisja odbywa się poprzez lekturę mrocznej strony internetu. Cierpią na nią głównie otwarte umysły, poszukiwacze prawdy i rycerze sprawiedliwości (pewną wykładnie tego, jaki stan umysłu towarzyszy nadwrażliwości elektromagnetycznej, daje tegoroczne wystąpienie na Harmonii Kosmosu niejakiego Dionizego Pietronia). Parę badań obrało sobie za cel oszacowanie, jaki odsetek spośród nas boryka się z EMF. Były to głównie ankiety telefoniczne, przeprowadzane w latach 1997-2007 w kilku krajach (m.in. w Szwecji, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i USA). Okazuje się, że średnio od 3 do 5% ludzi, uskarża się na problemy zdrowotne, związane z obecnością w naszej przestrzeni linii wysokiego napięcia, nadajników telefonii komórkowej czy samych telefonów. Objawy działania promieniowania niejonizującego są dość mgliste: bóle głowy, bóle mięśni, zmęczenie, bezsenność, plus inne przypadłości, na które cierpi niemal każdy. O ile ból głowy na widok masztu radiowego, jest u takich osób jak najbardziej realny, o tyle żywimy wątpliwości co do natury tej reakcji.


W badaniach nad wpływem telefonu komórkowego na zdrowie można przebierać. Dla przykładu, samych badań oddziaływania pola elektromagnetycznego telefonu na aktywność elektryczną mózgu opublikowano ponad 50. Meta-analiza 24 badań jakie od 1999 opublikowana na temat niebezpieczeństwa pole elektromagnetycznego telefonów, niczego nie wykazała. Także zeszłoroczna meta-analiza 17 badań, pochylających się nad wpływem telefonii GSM na zdrowie, nie pokazała żadnych znaczących skutków, przynajmniej tych krótkotrwałych. Z racji tego, że telefony komórkowe są w powszechnym użytku stosunkowo od niedawna, na dzień dzisiejszy można jedynie powiedzieć, że używanie ich przez 10 lat nie powinno wpędzić nas w poważne choroby. Nie znaczy to jednak, że długotrwała ekspozycja na bardzo wysokie natężenia pola elektromagnetycznego, np z racji wykonywanego zawodu, nie niesie ze sobą skutków ubocznych. Najczęściej cytowanymi publikacjami tego zagadnienia, są meta-analizy Jamesa Rubina. W 2005 roku Rubin przejrzał 31 badań, dotyczących tego, czy osoby uważające się za wyjątkowo "elektro-magnetyczno-wrażliwych", wyczuwają owe pole intensywniej niż osoby z grupy kontrolnej. Jak się słusznie domyślacie, osoby ciepiące na EMF nie potrafiły wyczuć nawet silnego pola elektromagnetycznego lepiej niż przeciętny Kowalki - a Kowalski nie wykrywa go praktycznie w ogóle. Dwa lata temu Rubin powtórzył swój przegląd, włączając do niego kolejnych 17 badań, jakie ukazały się na ten temat, od czasów ostatniej rewizji - z tym samym skutkiem.

Wracając na polskie podwórko. Zagadka. Co łączy miejscowości: Jazowsko, Miedźna, Złocieniec, Marysina, Lisi Ogona i Malikowo (poza ich przaśnymi nazwami)? Otóż, mieszkańcy tych wsi i osiedli należą do elitarnego grona ludzi, którzy w ostatnich latach walczyli z budową nadajnika sieci komórkowej. Lud ci u nas ciemny. Odpromiennik można kupić na allegro już za parę złotych (w postaci kryształu górskiego), ale z tego co widzę nie cieszą się zbytnią popularnością. Po co marnować parę złotych... skoro można zmarnować kilkadziesiąt?! Prawdziwą furorę robią dopiero odpromienniki po 70-150 zł, takie w postaci dysku. Tropiciele morderczych pól elektromagnetycznych w Polsce, szczegolnie upodobali sobie "cieki wodne" i telefonie komórkową. Co ciekawe jeden z mitów, na których bazuje komórkofobia, wymyślili sami sceptycy! Jak wyśledził serwis snopes, historia gotowania jajka za pomocą telefonów komórkowych, liczy sobie 13 lat i pochodzi z artykułu "Weekend Eating: Mobile Cooking". Jego autorzy wyśmiewają w nim lęki związane z nowymi technologiami, podając absurdalne przepisy na gotowanie przy pomocy radia i telefonu. Po pewnym czasie, gotowanie jajka na twardo telefonem zaczęło żyć własnym życiem. Media bezkrytycznie powielały żart, zjawisko zostało opisane m.in w rosyjskiej Komsomolskaja Prawda. Swoje dołożył youtube z dziesiątkami filmików, na których telefony rzekomo gotują jajka i przyrządzają popcorn. W rezultacie mamy powszechną wiedze, iż telefon gotuje mózg.

1 grudnia 2013

Jak sprzedałem duszę za ziarenko piasku

Bez fałszywej skromności informuję, iż w ten piątek zapisałem się złotymi zgłoskami w historii nauki. Postawiłem na szali swoje życie - i to nie tylko te doczesne, ale i te wieczne - wszystko to w imię postępu! Forssmann i Marshall dostali za coś podobnego Nobla, zatem i ja oczekuje czegoś podobnego. Tym bardziej, że zarażenie siebie bakterią Helicobacter pylori jest czymś żałosnym, w porównaniu z moim paktowaniem z diabłem. Zacznijmy jednak od początku. Wpierw przeprowadziłem odpowiedni research, aby zorientować się w diabelskich usługach. Najprawdopodobniej pierwszą sprzedajną diabelską dziwką, był żyjący w VI wieku Teofil z Adany. Według starej, chrześcijańskiej legendy, niezadowolony z życia Teofil, podpisał swój cyrograf za pośrednictwem maga Salatyna. Przehandlowaną za złoto duszę uratowała Matka Boska, która wpadła do piekła i zabrała cyrograf diabłu. Czarnoksiężnik Salatyn ostatnio rzadko u mnie bywa, więc niestety ten sposób odpada. Łatwiejszą metodę znalazł włoski skrzypek Giuseppe Tartini. Przyśniło mu się, iż odda duszę diabłu za zapodanie jakiejś fajnej nuty. Diabeł zagrał mu utwór tak genialny, że Tartini aż obudził się z wrażenia i czym prędzej zapisał melodię (utwór znany zresztą jako Sonata Diabła). Dokonywanie czegoś jedynie w śnie, brzmi jednak mało naukowo - też odpada. Najsłynniejszą historią robienia interesów z diabłem w kulturze anglosaskiej, jest wątek bluesmana Roberta Johnsona. Biografowie Johnsona spierają się co do tego gdzie dokładnie doszło do zawarci paktu: na skwerku w Dockery Plantation, na skrzyżowaniu autostrad 1 i 8, na cmentarzu, a jak na cmentarzu to na którym cmentarzu, itd. Mam nadzieje, że w moim przypadku wystarczy zwykły dom - tym bardziej, że skrzyżowania autostrad nie są w tym kraju częstym widokiem.

Cyrograf podpisany przez autora bloga
Jak do tej pory, chyba najtaniej swoją dusze odsprzedał Bart Simpson, bo za 5 dolarów. Na początku myślałem o garncu złota, ale diabeł to przecież nie skrzat siedzący na krańcu tęczy - taki skrzat to w końcu postać o wiele bardziej prawdopodobna. Po drugie nie można być zbyt pazernym. Po szybkich targach z samym sobą, ostatecznie moja cena to ziarenko piasku. Szatan może robić ze mną co chce, jeśli tylko zmaterializuje jedno ziarenko piasku, w tylko mi znanym szklanym przedmiocie. Dokładny wygląd ziarenka, jego kolor i inne cechy szczególne nie są mi znane. Informacje te są w posiadaniu osoby trzeciej. Eksperyment jest zatem jako tako zaślepiony - ja nie wiem co ma się pojawić, nikt poza mną nie wie gdzie ma się pojawić. Cyrograf spisałem w oldschoolowej konwencji, naniosłem nawet pieczęcie Lucyfera i Belzebuba, pochodzące z cyrografu spalonego na stosie księdza Urbaina Grandiera. Pytanie: co dalej? Wrześniowy wydanie mojego ulubionego czasopisma "Egzorcysta", krzyczy z okładki "Temat numeru: Cyrografy", no to dawaj, wertuję. Według ks. Piotra Markielowskiego, autora artykułu "Moda na cyrografy", podpisanie paktu z diabłem daje na ogół reakcje natychmiastową. Patrze do fiolki, ziarenka piasku nie ma, czytam dalej. "Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że 99% osób podpisujących cyrografy cierpi w konsekwencji na opętanie". Ile, 99 procent?! Kurza twarz, toż to prawie pewne, że zostałem opętany! Oznakami opętania według księdza Piotra są "pojawiają się na ciele symbole pentagramów, odwrócone krzyże i inne nacięcia". No to dawaj, biegnę do łazienki, pewnie mam już na czole wyciętego kozła, albo coś takiego. Niestety nic. Nic się nie dzieje. Do jasnej ciasnej, przecież nie chciałem daru czytania w myślach, o jakim pisze miesięcznik, a drobinkę śmiecia. Czy to możliwe, że dla diabła moja dusza jest warta jeszcze mniej? Miał być natychmiastowy efekt, pentagramy miały być, 99% szans. Oj panowie egzorcyści, coś mi ty śmierdzi. No fakt śmierdzi, jakby zapach siarki. Muszę kończyć, bo słyszałem jakby stukot kopyt, chyba ktoś puka do drzwi - idę otworzyć.

23 listopada 2013

Wikipedia kontratakuje

Sceptycyzm to bez wątpienia rodzaj upośledzenia. Wada umysłu za sprawą której obsesyjnie poszukujemy informacji niezgodnych z naszymi dotychczasowymi wyobrażeniami o świecie. Zamiast szukać informacji które utwierdzałyby nas w swoich przekonaniach, sceptycy czerpie niezdrową przyjemność z obalania swoich własnych poglądów. Wielokrotnie na blogu siliłem się na uszczypliwe uwagi pod adresem Wikipedii. Dziś z przyjemnością posypię sobie głowę wirtualnym popiołem. Istnieje sporo badań, które za cel obrało sobie zweryfikowanie informacji zamieszczanych na Wiki. Na przykład, jeśli chodzi o hasła z dziedziny patologii, Wikipedię uznano za "potencjalnie ważne i w miarę dokładne narzędzie w edukacji młodego pokolenia", oraz 'nie najgorsze źródło jeśli chodzi o hasła związane z onkologią". W pierwszej chwili pomyślałem sobie, czarcie smołę gotuj, nie może być! Wikipedia wiarygodnym źródłem? Uspokoiło mnie badanie porównujące rzetelność informacji o lekach, jakie znajdziemy w Wikipedii, z tymi jakie figurują się w internetowej bazie Medscape. W porównaniu tym Wikipedia wypadła blado. Wtedy w mojej głowie zaświecił szatański pomysł: a gdyby tak porównać Wikipedię z Britanniką?

Czy pamiętacie jeszcze Hołdysa, który zarzekał się, że woli płacić za treści w Britannice niż bazować na Wikipedii. Oj Panie Zbyszku, marny to interes. Przypomina to rezygnacje z kranówy na rzecz wody butelkowanej, czyli tej samej kranówy tylko, że 400 razy droższej. Pierwsze badanie porównujące Wikipedię i Britannice to rok 2005 i Uniwersytet Kalifornijski. Artykuły z Wikipedii wypadły nie gorzej, a czami nawet odrobinę lepiej niż te z Britanniki. Najsłynniejsze jak do tej pory porównanie, pochodzi z grudnia 2005. Wówczas słynne czasopismo Nature publikuje zaślepione badanie, w którym porównuje się rzetelność Wikipedii i Britanniki. Próbka zawiera 42 losowe artykuły o tematyce naukowej. Pomijając drobne błędy, które zawierały obie encyklopedie, w Wikipedii odnaleziono 4 błędy sklasyfikowane jak poważne. Niby źle, ale 4 tego typu błędy odnaleziono też w Britannice. Remis, nie mniej przecież wszyscy oczekiwali, iż to Britannica wygra w cuglach. W zasadzie remis ten trwa po dziś dzień, czasami ze wskazaniem na Wiki. Wiki wygrała z Britanniką np. jeśli chodzi o artykuły z działu psychiatrii. W najnowszych, tegorocznych badaniach, w których pod lupę trfiło 490 artykułów z Wikipedii i Britanniki (245 par), ponowie górą okazała się Wikipedia.

To co razi w tego typu porównaniach to ich niski poziom (czasami tak niski, że wręcz nieznany). W oczy rzuca się, że Wikipedia wypada szczególnie dobrze w porównaniach, kiedy badanie przeprowadza środowisko związane z nowymi technologiami. Tak było w przypadku testów, wykonanych przez magazyny komputerowe: niemiecki C't, brytyjski PC Pro i PC plus, oraz australijskiego PC Authority. Przypadek? Aj dont fink soł. Niektóre badania wyglądają jak anegdoty. Na przykład w 2008 profesor Hamlet Isakhanli porównał to co można znaleźć o Azerbejdżanie na Wikipedii i w Britannice. Wikipedia okazała się bardziej dokładna, ale co z tego wynika - nie wiadomo - za to jest news. Oczywiście, gdyby to Britannica okazała się lepsza, newsa by nie było i nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że ktoś gdzieś cokolwiek porównywał. Moje krytyka nie przekreślą oczywiście tego, że w chwili obecnej angielska Wikipedia, jest prawdopodobnie co najmniej tak dobra jak Britannica. Na przekór temu tradycyjne encyklopedie wciąż postrzega się jako źródła bardziej wiarygodne. W tym świetle zabawnie wyglądają uwagi nauczycieli, którzy piętnują swoich uczniów za powoływanie się na Wiki, zamiast na papierowe tomiska. 

21 listopada 2013

Medycyna transcendentalna

Od czasów kiedy Tato Muminka wyleczył przeziębienie jagodami, chyba żaden specyfik nie miał takiej reklamy. Tabuny Polaków szturmują apteki, wszystko dla miserikordyny. Toż to sam papież, w ostatnią niedziele machał pudełkiem miserikordyny, chwaląc jej działanie! Reklamowana przez Franciszka jako lek nasercowy miserikordyna nie jest oczywiście żadnym farmaceutykiem, a chwytliwą nazwą zestawu różańcowego. Miserikordyna posłuży mi dziś jako pretekst, aby pozrzędzić nad niebezpiecznym flirtem religii i medycyny. Mistyczne pojmowanie choroby, gdzie choroba jest karą zesłaną przez Boga, a uniwersalnym lekarstwem jest pokuta i żal za grzechy, skutecznie skracało życie chorych. Jednym z ostatnich masowych przejawów tego medyczno-religijnego fatalizmu, była epidemia ospy w Montrealu w 1885. Katoliccy księża namawiali wówczas wiernych do podania się chorobie i odstawienia szczepionki. W końcu to nie wypada krzyżować boskie plany, a te są takie, że powinieneś mieć ospę! Chrześcijaństwo, z małymi wyjątkami (np. choroba psychiczna jako demon, którego zwalczyć może żarliwa modlitwą) raczej nie macha dziś lekarzom biblią przed oczami. Wydaje mi się, że inne religie mają tu więcej na sumieniu. Łapy myślenia magicznego religii wschodu wydają się sięgać dalej, od naszych rodzimych Harry Potterów.

Kuba nie dawno opisał u siebie, jak światłe umysły islamu głowią się, aby dopasować ludzką anatomie, do tego co o napisano w Koranie. Indyjska Ajurweda to w dużej mierze translacja hinduskiej mitologii na rożnego typu prozdrowotne banialuki. Nie wiem jak kiedyś, ale do niedawna wszyscy którym trafiała się mikroaudiencja u Dalajlamy, dostawiali w prezencie m.in paczuszkę bezużytecznych tabletek ziołowych, rzekomo leczących przeziębienie i kaszel. Religie, mimo iż oficjalnie leczą jedynie "ducha", w istocie prowadzą ze swoimi wiernymi grę, ani niczego nie potwierdzając, ani nie zaprzeczając. Ojciec Bashobora przylatuje aby wzmocnić naszą wiarę w Chrystusie, zaś w tle szerokim pasmem płynie do wiernych przekaz o wskrzeszeniach i uzdrowieniach. 

Jeśli spojrzeć na medycynę transcendentalną szerzej, na Ojca Klimuszkę, na benedyktyńskie apteki, ale także na ich niechrześcijańskie odpowiedniki, pomysł na religijne farmaceutyki opiera się głownie na suszonych roślinach. Metody serwowane nam przez religie pochodzą jeszcze z mrocznych wieków medycyny, z czasów kiedy lekarze częściej zabijali niż leczyli. Skąd zamiłowanie do roślin i kamieni, u bogobojnej części tej planety? Jeśli dla kogoś świat nie jest owocem ślepego losu, jeśli wszystko ma swój sens i nic nie powstało przez przypadek, jeśli główną role w tym kosmicznym dramacie odgrywa człowiek - niechybnie zioła są tylko po to by nas leczyć. Nawet nie chodzi o to które zioła leczą, bo leczą wszystkie, pytanie które leczą co. Niestety po świecie szwenda się sporo ludzi, którym wydaje się, że rozszyfrowali ten boski zamysł, boską układankę, dzięki której na każdą chorobę mają w swojej saszetce osobną roślinkę. Gorączka i ból głowy - kora wierzby! Kora wierzby, zawiera salicynę, zatem jest szansa, że pomoże. Niestety taki wywar ma wady. Nigdy nie wiadomo, co w lesie sikało na ową wierzbę, a także ile salicyny znajduje się akurat w naszym kawałku. Jeśli będzie jej za dużo, czeka nas biegunka i wymioty. Pod koniec XIX wieku udało się zsyntetyzować substancje bardzo podobną w działaniu do salicyny, nie powodującą jednak aż tak przykrych skutków ubocznych - kwas acetylosalicylowy. Pytanie zatem - po co karmić się wywarem z wierzby, który jest nie tylko mniej skuteczny ale i bardziej niebezpieczny? Matka natura nie po to stworzyła rośliny, byśmy teraz coś z nich wybierali, albo pałaszujemy całego krzaka albo nic. Lekarstwem jest cała roślina, nie jakieś tam substancje aktywne, należy zeżreć całą, z korzeniem, a najlepiej z ziemią na korzeniu. Ucztować w pojedynczym związku chemicznym, zamiast delektować się całą łodygą to jakby nie ufać swoim bóstwom. Bogowie zmajstrowali dla nas kwiatki i kolorowe liście, a my bezczelnie wolimy owoc ludzkiej myśli? Kiedy wybierasz korę wierzby zamiast aspirynę - Jezus płacze. 

22 września 2013

Kto żeruje na pijawkach

Kiedy zachodnioeuropejski dziennikarz ma w 2 sekundy zobrazować polską wieś, zwykle stawia na obsranego konia ciągnącego wóz z burakami. Ten sakramentalny już, obsrany koń ma od niedawna małą, oślizgłą konkurencje. Znakiem rozpoznawczym tej części Europy (przynajmniej w serialach podróżniczych) staje się hirudoterapia - leczenie pijawkami. Oto, aby nasz kraj kojarzył się ze średniowieczną ciemnotą dbają nasi szarlatani, przedstawiając pijawki jako starą, dobrą metodę leczenia, każdej polskiej gospodyni. Dumą napawa ich wizja Polski, w której ludzi leczy się niedźwiedzim sadłem, pajęczyną zagniecioną z chlebem i pijawkami. Filozofia na której opiera się pijawkowy interes, jest taka sama jak w przypadku innych leśnych badziewi: przyroda nas kocha i wszystko zostało stworzone by nas leczyć. Matka natura jest matką i jak każda mama chce wszystkiego dobrego dla swoich dzieci! W Polsce mamy około 40 gatunków pijawek, z czego praktycznie tylko jedna ma zakusy na człowieka - pijawka lekarska (sporadycznie do ludzi przyczepia się jeszcze pijawka żółwia). Mniej więcej tak jak czarny lud nieomal wytępił tygrysy dla ich "uzdrowicielskich" kości, oraz nosorożce dla ich "leczniczych" rogów, tak nasi dziadkowie nieomal wytrzebili pijawkę lekarską, poławiając ją do swoich niecnych zabiegów. W chwili obecnej pijawka lekarska jest objęta ochroną prawną, jako gatunek zagrożony wyginięciem.

Attack of the giant leeches (1959)
Ciemnota zwykle jest podekscytowana, kiedy jakiś zabieg sięga czasów, w których średnia długość życia oscylowała koło trzydziestki. Promotorzy pijawek robią przy tym wszystko, aby odwieść nasze myśli od barbarzyńskich praktyk upuszczania krwi. Niestety, ale właśnie do tego stosowano pijawki. Wszędzie tam, gdzie trudno było upuścić krwi za pomocą lancetu, tam właśnie przykładano naszą obślizgłą bohaterkę. Wcześniej przycinano ją z tyłu, aby wyssana przez nią krew wypływała na zewnątrz. Pijawka nie mogła najeść się do syta, co zmuszało ją do niekończącej się uczty. Kres stosowania pijawek w medycynie nadszedł wraz z zaprzestaniem upuszczania krwi, choć jeszcze w XIX wieku pijawki cieszyły się sporą popularnością. Jak pisze Edzard Ernst w Trick or Treatment?: Alternative Medicine on Trial, mimo iż za sprawą badań Hamiltona i Louisa, upuszczanie krwi było już dowiedzionym morderstwem, w 1833 Francuzi wciąż importowali ponad 40 milionów pijawek. Obecnie mamy do czynienia co najmniej z kilkoma rodzajami hirudoterapii. Ta najbardziej prymitywna to całkowita szarlataneria, która zaleca pijawki na wszystko, zupełnie jak za króla Ćwieczka. Problemy z nerkami - pijawki na plecy, bezsenność - pijawki na głowę, pijawka pijąca krew z naszego brzuszka - w zależności od potrzeby, zaparcia lub bezpłodność, itd.

Inni hirudoterapeuci postanowili wyjść nieco poza wiedzę z XVIII wieku i aby uwiarygodnić swój podstęp, doprawili ten zabobon o parę nowożytnych odkryć. Wiedząc, iż aby nie zostać wykrytą i aby ułatwić sobie posiłek, pijawka aplikuje nam trochę związków przeciwbólowych i przeciwzakrzepowych, przypisano jej leczenie wszystkiego, co choćby luźno związane jest z przepływem krwi. W ten sposób na listy chorób z którymi rzekomo radzą sobie pijawki samowolnie dopisano m.in nadciśnienie, żylaki, zapalenie żył, hemoroidy i impotencję. Oczywiście inne zwierzaki, które golną sobie czasem trochę krwi (komary, kleszcze, nietoperze), także wytwarzają substancje przeciwbólowe i związki upłynniające krew. Z tego co mi jednak wiadomo, nikt nie leczy zakrzepicy przy pomocy nietoperzy -  a przynajmniej jeszcze nie na masową skalę. Ci którzy nieopatrznie nabyli kilka słojów z pijawkami, przez co teraz zalecają je na co popadnie, wykorzystują fakt obecności pijawek w konwencjonalnej praktyce szpitalnej. Hirudoterapia to także prawdziwa medyna poparta badaniami klinicznymi. Zakres jej stosowania jest przy tym tak wąski, że statystyczny Kowalski nigdy nie otrze się o terapię pijawkami. Jedyną okolicznością stosowania pijawek przez POWAP (praktykę medyczną oparta na wiarygodnych i aktualnych publikacjach) jest replantacja odciętych palców, uszu i penisa. Poza chirurgią replantacyjną i transplantacyjną  nie używa się pijawek w medycynie opartej na dowodach naukowych. Istnieje możliwość, iż pijawki znajdą swoje zastosowanie w leczeniu m.in krwiaków na języku i mosznie, wszystko to jednak melodia przyszłości. Zatem, jeśli w najbliższym czasie nie planujemy odrąbać sobie penisa, pijawki raczej do niczego się nie nam przydadzą.

1 września 2013

Futrzane pogaduszki

Jestem świeżo po lekturze książki "Paranormalność” Richarda Wisemana i przyznaje, że poczułem się mile zaskoczony. Wiseman, psycholog-iluzjonista, kojarzył mi się głownie z barowymi trickami, pokroju tego jak z ręcznika uformować kurczaka (chyba jedyny jaki opanowałem). Tymczasem książka jest interesująca, pełna niewyświechtanych przykładów, a przede wszystkim zabawna! Opis wielebnego Nataniela Godfrey'a, zmuszającego meble do odrzucenia diabła i przyjęcia Jezusa ("po godzinie intensywnego przesłuchania stolik w końcu załamał się i wszystko wyznał") powinien trafić do annałów sceptycznego pisarstwa. Do notki zainspirował mnie jednak inny fragment, rozdział o Gefie - gadającej manguście. Mangusta miała mieszkać w ścianie jednego z domów na wyspie Man. W latach 30tych do domu mangusty ciągnęły rzesze turystów, aby prosić ją o radę w życiowych rozterkach. Choć nie ma dowodów, że Gef w ogóle istniał, jest bez wątpienia najsłynniejszym gadającym zwierzakiem w historii. Szukanie sobie oponentów do dyskusji w psach i kotach jest zaskakująco popularną dewiacją umysłową, a gadająca mangusta nie była jedynym takim stworzeniem jakie zna historia.

Chyba pierwszym wybitnym przedstawicielem królestwa zwierząt, którego zdolności odbiegały od innych  przedstawicieli swojego gatunku był koń Maroko. Ten żyjący w XVI wieku jegomość potrafił nie tylko komunikować się z ludźmi (niestety jedynie niewerbalnie). Miał także niezwykle przydatną umiejętność wskazywanie dziewic z otaczającego go tłumu. Był w tych sztuczkach tak dobry, że on i jego pan Richard Bankes omal nie przypłacili tego życiem. Konia oskarżono o czary i służbę szatanowi. Przed stosem uratowało ich dopiero publiczne uklęknięcie konia przed krzyżem. Oczywiście, takich cwanych koni, gęsi, psów i świń było co niemiara. Mnie interesują jednak zwierzaki, które dosłownie mówią! Charles Fort, który połowę swojego życia zmarnował na wynajdywanie co dziwniejszych prasówek (coś mi to przypomina), odnotował kilka przypadków mówiących zwierząt. W 1847 w Nowym Orleanie widziano gadającego kota, w 1908 gazety w Nowym Jorku donosiły o mówiącym psie, zaś w 1930 ludzkim głosem miała przemówić mysz. W 1930 w niemieckiej Leutenberdze powstało coś naprawdę dziwnego - szkoła gadających psów Margaret Schmidt (Hundesprechschule Asra). Według świadków, psy ze szkoły Asra potrafiły wydawać z siebie pojedyncze zwroty, niestety mało zrozumiałe. Jeden z psów potrafił ponoć wyszczekać słowa "Mein Fuhrer". Szkoła dobrze wpasowywała się w obsesję jaką naziści mieli na punkcie psów. Sam Adolf przypisywał im ludzkie cechy, zaś niemieccy naukowcy uczyli psy nie tylko mówić, ale też pisać, a nawet usiłowali porozumieć się z nimi telepatycznie.

W krajach rozwiniętych chyba nie spotkamy dziś mówiącymi zwierzakami, w klasycznym słowa tego znaczeniu (poza wigilią). Co innego w Afryce. Kilka takich historii opisał m.in Paul Sieveking. W Kenii mówiąca krowa nakazała lokalnej społeczności wybudować kościół. W czerwcu 1992 ugandyjskie radiostacje twierdziły, że w miejscowości Kyabagala koza poinformowała wieśniaków, że AIDS jest boską karą za nieprzestrzeganie Dziesięciu Przykazań. Jak to możliwe, aby zwierzę było wstanie cokolwiek powiedzieć? Odpowiedz daje youtube, gdzie gadających psów jest co niemiara. Blisko pół miliona ludzi subskrybuje Miszkę, gadającego psa husky. Ułamek subskrybentów interesujących się Miszką ma mówiący kot Tiggy, mimo, że na moje kulawe ucho, jest od Miszki znacznie lepszy. Swego czasu karierę robił gadający kot Oh Long Johnson i rozmowny słoń Kosik. Trzeba dużo wyobraźni, aby w tych dźwiękach doszukać się słów, co nie znaczy, że się nie da. Niestety są to zwykłe paternifikacje, doszukiwanie się znaczeń w niejednoznacznych dla naszego mózgu, akustycznych modulacjach. Równie dobrze mówić mogą do nas szumiące liście.

25 sierpnia 2013

Panie generale, dlaczego ta chmura za mną łazi!

Kiedy otumanione bromem i arsenem, nieświadome niczego społeczeństwo wcina niedzielny rosół, trwa ogólnoświatowa akcja "Stop Chemtrails!" Na dziś zaplanowano ponad 150 eventów na 5 kontynentach. Ponoć jakieś demonstracje mają się odbyć także w Polsce, ale niestety nie znam szczegółów. Jeśli ktoś nie wie czym są chemtrails (dosłownie "szlaki chemiczne"), polecam wyedukować się na tekście Bartka. W spiskowym języku chemtrails oznacza smugę kondensacyjną ciągnąca się za lecącym wysoko samolotem, nierzadko przeradzającą się w fikuśnego cirrussa. Taka chmurzasta krecha. Według naszych dzielnych wojowników walczących z owymi chmurami, ataki gazowe w Syrii to przy tej złowieszczej smudze babie lato. Chemtrails to spisek tak tajny, że nawet najbardziej otwarte umysły, tak otwarte ze przeciąg hula w ich głowach, nie wiedzą dokładnie czym są i do czego służą chemtrails. Najpewniej jest to chemiczny oprysk o nieznanym składzie, jakaś nieznana toksyna, może jakaś tajna broń, generalnie "sama chemia". Wiadomo też, że w spisku biorą udział miliony. Twój sąsiad stróżujący na lotnisku, Pani Basia sprzątająca terminal, oni wszyscy są w tym umoczeni po szyje! Każdy, kto nie kupuje tego spisku, traktowany jako aktywny członek konspiracji. Wszystko byłoby zabawne, gdyby nie to, że masa ludzi święcie w to wierzy!

W ogólnopolskich mediach temat chemtrails pojawił się tylko raz. W rolę whistleblower'a, przestrzegającego nas przed "dziwnymi chmurami", wcielił się sam rzecznik prasowy Jasnej Góry o. Stanisław Tomoń. W swoim sławetnym artykule grzmiał na Sanepid, czemu nie zajmuje się groźnymi opryskami rozpylanymi na naszym niebie. Tłumacząc na polski: czemu Sanepid nie bada czegoś, co nie istnieje. Nie znaczy to, że nasi rycerze, że nasi obrońcy nieba, siedząc na co dzień cicho. Przypominam, że owe indywidua wystosunkowały w 2011 list otwarty do Ministra Obrony Narodowej, domagając się w nim natychmiastowego zaprzestania opryskiwania nieba "sztuczną zawiesiną", a nawet grążąc podjęciem "kroków prawnych, związanych z pociągnięciem do odpowiedzialności osób, winnych tego skandalicznego procederu". O dziwo, ministerstwo wystosowało odpowiedź (1, 2), podpisaną przez Zastępcę Dowódcy Sił Powietrznych, gen, Sławomira Kałuzińskiego. Lotnicy tłumaczą się w nim, że to co widzimy na niebie, to nie opryski rozpylane z samolotu, a kondensująca w gorących gazów wylotowych silnika para wodna. Rzecz jasna, nie tylko nie przekonało to spiskowców - ich choroba wręcz się nasila. Tajemnicze są już nie tylko chmury, ale także kształty jakie tworzą krzyżujące się na niebie linie. Dla kogo są to znaki i co oznaczają? Strach się bać

Moja bieda odmiana rozpraszacza chmur
Jeśli i wy kiwacie nosem na te wojskowe kłamstwa, nie lękajcie się! Postanowiłem przyłączyć się do dzisiejszej akcji i koło południa zbudowałem za domem rozpraszacz sztucznych chmur! Wszystko wedle instrukcji znalezionej w internecie. Kilka splecionych ze sobą rurek. Łopatologiczna konstrukcja, nawet jak dla mnie. Interesujące, że kiedy tylko mój cloudbuster stanął na trawniku, niebo rzeczywiście jakby pojaśniało. Chmury wydawały się zanikać, ślady po samolotach wręcz rozsuwały się od miejsca wyznaczonego osią mojego rozpraszacza. W centrum niebo jakby poczerwieniało, a tworząca się zorza zaczęła  promieniście rozchodzić się na boki! Nagle niebo rozstąpiło się, a moim oczom ukazał się anioł! No dobra, przyznaje się, nic się nie wydarzyło. Chmury nawet nie drgnęły, przynajmniej na moim niebie. Jednak w internetowej specyfikacji chembustera napisano, że jego zasięg dochodzi do 190 km! Więc jeśli ktoś z Katowic lub Poznania widział idącą po niebie fale niszczącą ślady po samolotach - to był mój rozpraszacz! Oczywiście jak każdy majsterkowicz, dopiero po wszystkim zajrzałem do zasad bezpieczeństwa. I co czytam: dotknięcie nierozładowanego cloudbuster może doprowadzić do porażenie "energią orgonalną", czego skutkiem może być trwałe kalectwo. Fuck, jeszcze mogłem przy tym zginać!

22 sierpnia 2013

Czy marihuana medyczna to już medycyna alternatywna?

Wszyscy przyzwyczailiśmy się, iż co chwile jakiś gatunek trafia na listę wytrzebionych. Media informują nas o żyjących w jakimś tam zoo dwóch ostatnich sowach, czy o kozach, które widuje się już tylko na jednej górze i to raz na 10 lat. Niemniej, niecodzienną zdarza się, aby zagrożoną wyginięciem była roślina, rosnąca na parapecie prawie wszystkich babć odwiedzanych przez wnuki. W Czerwonej Księdze, gdzieś pomiędzy pandą a tygrysem, widnieje dziś marihuana! Marihuanę wypiera niezwykle inwazyjny gatunek – marihuana medyczna! Już nikt nie pali zioła rekreacyjnie – teraz wszyscy się leczą. Spoglądam na to i sam nie wiem co o tym myśleć. Czy oglądam farmaceutyczną komedie wymuszoną presją społeczną z domieszką polityki? Czy mamy do czynienia z rzeczywistym przełamaniem się środowiska medycznego do tej używki? Czy to może powrót do leczenia leśnymi wywarami? Z zielarzem zamiast lekarza i apteką w kompostowniku? Nietrudno zweryfikować, czy marihuana medyczna jest jakiś medykamentem. Wyrocznia, czyli FDA stwierdza jednoznacznie: marihuana nie zyskała akceptacji do zastosowań medycznego. Z naukowego punktu widzenia, w ogóle nie można rozpatrywać jej w kategoriach leku, jako że przy braku dobrze kontrolowanych badań klinicznych nie sposób było choćby rozpocząć procesu homologacji. Zakładając, że to nie koncerny farmaceutyczne blokują dostęp do marihuany (ze strachu przed tym jaka jest wspaniała), marihuana medyczna jest tak medyczna, jak mniszek lekarski jest lekarski.

Podpięcie marihuany pod, bądź co bądź, stygmatyzującą kategorie medycyny alternatywnej, nie jest jednak takie proste. Do niedawna mieliśmy w zasadzie dwa rodzaje medycyny alternatywnej. Taką, która swymi korzeniami sięgała ludowej magii i mylnych wyobrażeń o fizjologii człowieka, oraz taką, która wyrosła z nadużywania medycznego etosu, zachowującej pozory konwencjonalnej praktyki leczniczej. Ich wspólnym mianownikiem była niedowiedziona skuteczność, lub wręcz dowiedziona nieskuteczność. Obecnie, większość definicji medycyny naturalnej celuje w stosunek środowiska naukowego do danego produktu. W zasadzie to od ewentualnej niechęci mainstreamowej medycyny uzależnia się to, co jest medycyną alternatywną. Według British Medical Association (BMA), medycyną alternatywną są po prostu formy leczenia, które nie są powszechnie wykorzystywane przez zwykłych pracowników służby zdrowia i które nie są częścią programu nauczania studiów medycznych. Gdyby rozpatrywać marihuanę przez pryzmat uczuć środowiska medycznego, można podciągnąć ją pod medycynę alternatywną. Gdyby za wyznacznik medycyny naturalnej przyjąć jej skuteczność, konopie pozycjonowałoby się odrobinę lepiej. Właściwości przeciwwymiotne i przeciwbólowe konopi, są jako tako potwierdzone. Nie zmienia to faktu, że na rynku dostępne są lepsze leki przeciwwymiotne i lepsze leki przeciwbólowe.

Wypadałoby poważnie zastanowić się, nim przykleimy czemuś etykietę lekarstwa. Nie łatwo jest odkleić już raz przyczepioną łatkę. Jeśli uda się przekonać ogół społeczeństwa, iż marihuana jest jakimś super lekarstwem, ewentualne odkręcenie tego zajmie lata. W końcu wciąż nie wiadomo, czy jej zalety rekompensują jej wady. Przypominam, że nawet palenie tytoniu  ma jakieś pozytywne działania. Nikotyna  może zwiększać koncentrację, mamy także mgliste przesłanki, iż pomaga w przypadku Alzheimera i Parkinsona. Nikt o zdrowych zmysłach nie dopisuje jednak do tytoniu, przymiotnika „medyczny”. Marihuana medyczna otwiera furtkę i przez którą nie wiadomo co jeszcze przelezie. Dla kogoś, kto walczy z powszechnym przypisywaniem właściwości leczniczych produktom, które takowych właściwości nie posiadają, taka mała furtka, to brama dla szarlatanów. Jeśli uda się z marihuaną, dobre lobby przepchnie do naszej apteczki niemal wszystko.

17 lipca 2013

Nie, dla marsjańskiego uboju!

Jeśli jakaś krowa podpadła nam swoim zachowaniem, możemy życzyć jej muzułmańskich lub żydowskich rzeźników. W przypadku, kiedy krowa nagrabiła sobie jeszcze bardziej, możemy nasłać na nią kosmitów. Krowy padają ofiarami inwazji międzyplanetarnej mniej więcej od lat 60, od kiedy to odnotowuje się tzw. "dziwne okaleczenia bydła". Owe dziwne okaleczenia to m.in. usunięte narządy rozrodcze, laserowe, chirurgiczne cięcia oraz brak krwi w martwych, krowich ciałach. W rzeczywistości ogrom tym "dziwnych okaleczeń" stanowią prozaiczne otarcia, stłuczenia, ugryzienia, obrzęki, siniaki i różnego rodzaju choroby. Okaleczanie zwierząt przez kosmitów ujrzało światło dzienne, w 1967, kiedy to gazeta The Pueblo Chieftain opublikowała historię klaczy o imieniu Lady. Jej właściciel Harry King, odnalazł ją nieopodal rancza martwą i częściowo oskórowana. Klimat całemu wydarzeniu nadawały dziwne, wypalone znaki, jakich to w promieniu kilkudziesięciu metrów od padłego konia, doszukała się rodzina Kingów. Kiedy historia trafiła do gazet, pobliscy mieszkańcy zaczeli donosić, jakoby widzieli w ten felerny dzień dziwne trójkąte statki unoszące się nad okolicą. Na miejsce zjechały watahy ufoenztuzjastów, zaś John Altshuler, patalog-amator orzekł, iż to, co zobaczył podczas autopsji, „wykraczało poza ludzką wiedzę”. Czyli wiadomo, kosmici zarąbali krowę, pocięli ją i wszamali najlepsze mięso. Sprawa nabrała na tyle dużego rozgłosu, że Uniwersytet w Kolorado wysłał na miejsce doktora weterynarii Roberta Adamsa. Adams orzekł, iż obrażenia klaczy były wynikiem działania padlinożerców, niestety wieści o kosmitach mordujących bestialsko zwierzęta (a w przyszłości pewnie i ludzi), rozeszły się już po Stanach.


Pod koniec lat 70, m.in. na wniosek kongresmena Floyda Haskella, sprawą zajęło się FBI. W raporcie (dostępnym w internecie) agenci federalni zaistniałą sytuację przypisują drapieżnikom i naturalnym formom rozkładu. Nieliczne przypadki z Kolorado, uznano za celowe działanie człowieka, który mógł czerpał przyjemność z okaleczenia zwierząt. To, co wcześniej przypisywano kosmitom, okazało się robotą skunksów, myszołowów, łasic, much i robaków. Pomysł, że ktoś zainteresowany jest w pierwszej kolejności krowymi genitaliami, wynikał z naturalnego faktu żerowania drapieżników na miękkich tkankach ciała, zamiast przebijania się przez grubą, bydlecą skórę. Chirurgiczne cięcia okazały się pęknięciami skóry od nadymania się i puchnięcia martwego zwierza. Profesjonalne dochodzenia nigdy nie wykroczyły poza wyjaśnienia naturalne. Na drapieżniki wskazał w swoim studium nad okaleczeniami w Nowym Meksyku Kenneth Rommel (dokument znany, jako Raport Rommela). Na psy, jako przyczynę rzekomo niewytłumaczalnych ran wskazał zoolog Ron Magill, badający przypadki z Florydy w 1996. W tym samym roku, dzikie psy zostały uznane za sprawców także przez profesora weterynarii Alana Herron z Uniwersytetu Miami.

Oczywiście jest pewien podgatunek ludzi, którzy nigdy nie uwierzą w trywialne wyjaśnienia. Takim osobom potrzebna jest sensacja i spisek. Bardzo popularnym wyjaśnieniem stał się tajemniczy kult, w domyśle satanistyczny, który ciachał krowy w celach religijnych. Do moich ulubionych teorii należą rozważania emerytowanego oficera armii Thomasa Beardena, pochodzące jeszcze z czasów zimnej wojny. Według Beardena „okaleczenia są fizyczną manifestacją nadświadomości społeczeństwa, które w jakiś sposób uświadamia sobie, że Związek Radziecki dokona inwazji na świat zachodu w przeciągu 3 lat”. Krowy miałyby reprezentować Stany Zjednoczone zaś ich rany miały być „zapowiedzią chirurgicznie precyzyjnych operacji Sowietów”. Usunięcie narządów płciowych „symbolizować miał kres rozwoju amerykańskiego społeczeństwa”, zaś odgryzione uszy i języki koniec wolności słowa. Oczywiście, istnieje spora grupa ludzi obwiniająca przybyszów z innych planet. Kosmici najwyraźniej potrzebują krowiej krwi i krowich penisów do swoich niecnych eksperymentów. Kilka lat temu hitem internetu został artykuł ufolożki Lindy Moulton Howe Scientific Data Supports Theory That Mutilated Montana Cow Dropped from Sky and Bounced. Howe badała pastwisko, na których znaleziono martwe krowy. Na podstawie wygniecionej trawy i ułożenia krowich nóg wywnioskowała, iż krowy zostały podniesione w powietrze przy pomocy wiązki holowniczej i zginęły w wyniku upadku z dużej wysokości. Tak, dokładnie tak jak pokazuje się to w bajkach!

14 lipca 2013

Opętanie po ugandyjsku

Zaskoczył mnie rozmiar dyskusji nad ugandyjskim księdzem Johnem Bashoborą. Cuda, jakie przypisuje się Bashoborze, stały się w końcu przedmiotem debaty politycznej, debaty dość słabej i przewidywalnej. Argumenty lewej strony wydają się ogólnikowe. Argumenty prawej, no cóż... Według Roberta Tekieli, w czasie rekolekcji na Stadionie Narodowym "trzeba było dociskać ludzi kolanami do ziemi, bo wiele osób zaczęło lewitować". Osobiście sedna problemu szukałbym gdzie indziej. Tak się składa, że najnowszy numer czasopisma Skeptic przynosi ze sobą artykuł Justin Chapmana Witch Doctors and Con Artists. Chapman jest reportem pracującym w Ugandzie, skąd relacjonuje ugandyjski rynek przepędzania złych duchów. Kanwę artykułu stanowi historia Ronalda Kapungua, oskarżonego o czarnoksięstwo przez mieszkańców jednej z wiosek. Jak się okazuje, w Ugandzie mamy do czynienia z rozwiniętym segmentem uzdrawiaczy, którzy przy pomocy ziół, alkoholu i mleka, "odkażają" domy po "zbiegłych czarownikach'. Oczywiście nie za darmo. Koszt takiej usługi to od 500 000 do 1 000 000 szylingów ugandyjskich (od 700 do 1400 zł), co dla ugandyjskich wieśniaków stanowi nie małą sumę.

Bez wątpienia Ojciec Bashobora ma w tamtej części świata sporą konkurencje. Pastor i uzdrowiciel Enoch Adeboye, został uznanym przez Newsweek jedną z 50 najbardziej wpływowych osób na świecie, zaś Matthew Ashimolowo i David Oyedepo na wypędzaniu złych duchów zbili majątki warte dziesiątki miliony dolarów. W Nigerii ilość licytujących się na lepsze wskrzeszenia teleewangelistów osiągnęła taki poziom, że tamtejsza Nigerian Broadcasting Commission musiała zakazać telewizyjnych transmisji cudów na życzenie. Z różnego rodzaju uzdrowień największą czkawką odbiło się leczenie bezpłodnych kobiet przez Kenijczyka Gilbert Deya. Deya i jego żona leczyli bezpłodność wykradając niemowlaki z kenijskich szpitali. Nim proceder ujrzał światło dzienne, Deya był już w Wielkiej Brytanii, gdzie ma swój kościół w każdym większym mieście w Anglii. Dzieciaki są niestety podwójną ofiarą tych chrześcijańskich zabobonów. W Afryce przybrał na sile ruch przepędzania szatana z małych dzieci. Porzuca się je lub poddaje egzorcyzmom, wszystko w imię Jezusa. Rozmiar tych praktyk onieśmiela: tylko w Nigerii w ciągu ostatniej dekady, porzucono z tego powodu około 15 tysięcy dzieci, zaś około tysiąca zostało zamordowanych. Jak poznać opętane dziecko? W jednej ze swych książek (Unveiling The Mysteries of Witchcraft) tłumaczy to, niezwykle popularna w Afryce ewangelista Helen Ukpabio: "jeśli noworodek płacze w nocy i gorączkuje, znaczy że jest sługą szatana". Ukpabio musi mieć niezłego zajoba na punkcie diabelskich dzieci, bo kręci o nich nawet filmy.


Choć wcześniej nigdy nie słyszałem o Ojcu Bashobora, można było założyć, że tego typu persona przybędzie właśnie z Ugandy. Władze Ugandy przywiązują dużą wagę do demonów i opętań. Od 1957 roku w Ugandzie obowiązuje "ustawa o czarownictwie", o jakiej tylko Tekieli mógłby pomarzyć. Bardzo na serio traktuje ona zagrożenie związane z praktykowaniem magii i wymierza konkretne kary za rzucanie klątw i uroków. Kilka lat temu, ugandyjska minister ds informacji Mary Karoro Okurut, chciała walczyć z piratami drogowymi poprzez montowanie ołtarzy modlitewnych na szczególnie niebezpiecznych odcinkach: "jako praktykującego chrześcijanka, nie mogę zamknąć oczu na świat złych duchów i ich działań". Nie wiem, kim jest Bashobora, (co ciekawe, nie znają go także ugandyjscy sceptycy), ale wierzę, iż prezentuje poziom ciut wyższy niż zaprezentowany tu afrykański standard uzdrawiania. Kimkolwiek by nie był, nie jestem pewien czy chciałbym przetransmitować do nas aurę cudów jaką ze sobą niesie, wraz ze wszystkimi jej konsekwencjami. Pamiętam, że jeszcze 10 lat temu telewizję publiczną stać było, aby w prime time zapodać dokumenty o Reinhardzie Bonnke, chyba najsłynniejszym afrykańskim uzdrowicielu. Bonnke jeździł po Afryce i wskrzeszał zmarłych, a na jego spotkania złaziły się dosłownie miliony ludzi. Tymczasem nasza telewizje pokazała go w zaskakująco racjonalnym, wręcz okrutnym świetle, jako oszusta i wyłudzacza. Obecnie, mimo że afrykańskie cuda pukają do naszych drzwi, jakoś nie mogę sobie wyobrazić, by coś podobnego mogło polecieć w jutrzejszej ramówce. Ot, taka smutna konkluzja.

10 lipca 2013

Historia niebieskiej tasiemki

Paszkwil na temat kolorowych tasiemek, jakimi obklejają się sportowcy, siedział w mojej głowie od kilku miesięcy. W czasie wizyty w ośrodku zdrowia, spostrzegłem kiedyś plakat tego badziewia. Pomyślałem sobie, "Niee, tak być nie może! Mambo jambo w publicznej placówce zdrowia?". Plakat przedstawiał roznegliżowaną babeczkę, obklejoną japońskimi taśmami. Wróciłem po kilku minutach, aby zrobić temu czemuś fotkę, to jak na złość, jakaś laska usiadła tak, że zasłaniała plakat. Miałem dziwne wrażenie, że niezależnie jakbym panią nie przeprosił o przesunięcie, to i tak zabrzmię jak: "ej sorry, jestem zbokiem i muszę cyknąć focie cyckom”. Zburzyło mi to koncept notki. Notka wyszłaby zresztą mało konkluzyjna, jako że większość badań na temat taśm to świeżyzna sprzed paru miesięcy. Od tego czasu ilość japońskich taśm na ciałach sportsmanów i sportsmanek stała się wprost proporcjonalna do sportowego celebryctwa. Moją czarę przelał dopiero materiał, który poleciał w głównym wydaniu Faktów. Przy okazji sukcesów obklejonego taśmami Jerzego Janowicza, mogliśmy wysłuchać innych naszych reprezentantów zachwalających wspaniałe, przeciwbólowe właściwości kolorowej taśmy. Trzyminutowy materiał kończy 5 sekundowa cicha wypowiedz lekarza, o braku naukowych dowodów na skuteczność tego kolorowego ustrojstwa, ale kto by tam oglądał do końca.


Taśmy, którymi obklejają się sportowcy to w istocie odgrzewany, paramedyczny, kotlet. Taśmy wymyślił japoński kręgarz Kenzo Kase w latach 70tych. Na ciałach sportowców taśmy zawitały już na igrzyskach w Seulu w 1988, jednak szerszej publiczności dały się poznać na dwóch ostatnich olimpiadach, w Pekinie i Londynie. W odróżnieniu od tradycyjnych taśm, które owija się wokół stawów w celu ich wsparcia i usztywnienia, kinesio taśmy przykleja się bezpośrednio na obolałych miejscach. Taśmy uśmierzają ból, a ilość zakamarków ludzkiego ciała, do jakich można je dokleić wydaje się niezbadany. Reklamowane jako wytwór super technologii, sztuczna skóra, czy coś podobnego, kinesio taśmy to po prostu bawełniane szmatki. Czy naklejenie bawełnianej szmatki rzeczywiście działa tak zbawiennie? W zeszłym roku, brytyjska Advertising Standards Authority, zajmująca się przestrzeganiem brytyjskiego kodeksu reklamowego, podtrzymała skargę, jaka wpłynęła na niebieskie taśmy. Uznano, że opis działania i lista schorzeń, na które miałyby pomagać nie odpowiada rzeczywistości. Do tej pory doczekaliśmy się czterech metaanaliz, które podsumowują dotychczasowe badania nad skutecznością japońskich taśm. Konkluzje są różnorakie. Izraelscy badacze zwracają uwagę, że choć taśmy mogą przynieść chwilową ulgę, na dłuższą metę nic nie dają. Brytyjczycy są nieco ostrzejsi i nie zalecają używania kinesio taśmy w praktyce medycznej. Inni naukowcy dostrzegają pewne zalety taśmy i pomimo potrzeby dalszych badań, wiążą z nimi pewne nadzieje. W żadnym jednak wypadku szału nie. Z punktu widzenia badań klinicznych nie sposób wyjaśnić popularności japońskiej taśmy. Jak na tak popularny produkt, jest zaskakująco mało dowodów, na to, że kinesio taśma rzeczywiście łagodzi ból. Smaczku dodaje fakt, że prawie wszystko, co opublikowano na ten temat, wydano w ostatnich dwóch latach. Na jakiej więc podstawie ekipy fizjoterapeutów i masażystów obklejali swoje gwiazdy kolorowymi pasami wcześniej, skoro nie było żadnych badań na ich temat? Absolutnie żadnych, nic o ich skuteczności, nic o ich ewentualnej szkodliwości, czarna, naukowa dziura.

Przyzwyczaiłem się, by nie wymagać zbyt wiele od sportowców. W swoim życiu pamiętam już kilka "cudownych wynalazków", jakimi to masowo obklejali się gdzie popadnie. Starsi czytelnicy być może pamiętają plastry na nosach, jakie pod koniec lat 90tych ochoczo nosili piłkarze. Miały one poprawiać oddychanie, czy coś takiego. Co trzeci piłkarz, jaki biegał na ekranie telewizora, miał taki plaster, dzięki czemu wszyscy wyglądali jak po sobotniej scysji w remizie, z połatanymi nosami. Jakoś obecnie nie widzę tych plastrów, czyżby tlen przestał być potrzebny piłkarzom? Mam dziwne wrażenie, że kinesio taśmy czeka ten sam los. Aby odbijać piłkę jak Venus Williams czy pedałować jak Lance Armstrong, niestety nie wystarczy obkleić sobie ręce kolorową taśmą. W wypadku Armstronga akurat wiemy, co trzeba zrobić - taśma przyda nam się jedynie, jako plaster po nakłuciach igłą. Przypomina mi to jakiś rodzaj naśladowniczej magii, gdzie wykonywanie tych samych czynności przynieść ma tę samą sławę i pieniądze. Jak zauważyło czterech włoskich autorów, w artykule "How much is Kinesio taping a psychological crutch?" kinesio taśmy przynoszą efekt w około 45% przypadków, kiedy placebo skutkuje średnio w 30% przypadków. Niższa średnia placebo wynikać może z braku jednej, standardowej taśmy, jaką należało zastosować - jak wiadomo, znamy lepsze i gorsze placebo. Tak czy owak, ulgę przynieść może wszystko, naklejenie na siebie folii, przyklejenie liści, wszystko, w co tylko uwierzymy, że pomaga. Tenisiści z przyklejonym na czole kryształem, poprawiającym percepcję lecącej piłki - po tylu latach bloga nic mnie już nie zdziwi.

19 maja 2013

Bo to teraz ta młodzież panie głupia!!!

Trwa krucjata przeciwko miernocie, jaka wylewa się ze szkół i zalewa, rzekomo niezwykle inteligentne jak dotąd społeczeństwo. Jak co roku, mniej więcej w czasie matur, ze swych zatęchłych pergaminem pieczar, wyłażą pomstujące na młodzież dziady. Retoryka jest zawsze ta sama. Zaczyna się „bo za naszych czasów..", a kończy "teraz młodzi już tak nie potrafią". Zauważyłem, że tegoroczna walka z tępym nastolatkiem jest nieco dłuższa. Rozpoczęła się już kilka miesięcy temu, od danych na temat czytelnictwa. Następnie dziennikarze pochylali się nad żenującą kompilacją głupich odpowiedzi na jeszcze głupsze pytania, gdzie młode pokolenie obsmarowano jako upośledzone. Debatę kończy się obecnie na felietonie Jacka Żakowskiego z najnowszej Polityki, pomstującego na neoliberalny system edukacji czy coś takiego. Nawiasem mówiąc, jest czymś niesmacznym, kiedy pokolenie nie potrafiące zmienić dzwonka w komórce, mówi coś o niedostosowaniu młodych ludzi do współczesnego świata. Schemat ten powtarza się zresztą co roku. Najpierw pojawia się nieśmiała teza o zidioceniu młodzieży. Następnie anegdotki z rozmów kwalifikacyjnych na studia o tym, jakie to głuptasy z tego nowego rocznika. Na końcu zaś diagnoza, zawsze ta sama - zła szkoła – oraz garść lużnych pomysłów jak to naprawić. Najstraszniejsze, że zdziadzienie to obserwuje już u mojego pokolenia podstarzałych dwudziestoparolatków. Furorę robię memy o anielskim dzieciństwie bez komórek i internetu, za to z odrapanymi kolanami od sielskich zabaw.

Wydaje się, że w temacie tępej młodzieży brylować powinni kognitywiści i cała ferajna spod sztandaru neuroscience. Tymczasem w biciu na alarm przodują znający się na wszystkim socjo-filozofo-politolodzy. Oczywiście punkt widzenia nauki, diametralnie różni się od tego, co próbują wmówić nam publicyści. Fakty są dla nas, staruszków, okrutne. Ludzie z pokolenia na pokolenie są coraz mądrzejsi. Dzieci są średnio o 8 punktów IQ inteligentniejsze od swoich rodzice, kiedy byli w ich wieku i aż o 15 punktów IQ mądrzejsze od swoich dziadków. Dane te spowija zasłona milczenia, zaś różnego rodzaju propagandowe filmiki wmawiają nam, że młodym ludziom brakuje podstawowej wiedzy o wszystkim. Jeśli teraz młodzi ludzie wiedzą mało, to niby kiedy wiedzieli więcej? Jak pisze Zbigniew Pietrasiński (założyciel SWPS), w książce o wymownym tytule "Ekspansja pięknych umysłów": dzisiejszy maturzysta wie o świecie więcej niż 10 największych mędrców starożytności razem wziętych, nawet, jeśli brakuje mu głębi ich przemyśleń. Różnica w funkcjonowaniu mózgu młodego pokolenia jest na tyle znaczące, że umysł ten ma już nawet swoją nazwę - iBrain. Jest to umysł wielozadaniowy, niezwykle kreatywny, ze świetną wyobraźnią przestrzenną i rozwiniętymi umiejętności konceptualnymi. Oczywiście wszystko to jakimś kosztem, kuleją m.in. kompetencje społeczne. Dowodem upodlenia się gimbazy ma być spadek czytelnictwa. Wypieranie kultury tekstu przez bardziej naturalną, lepiej przyswajalną, atrakcyjniejszą kulturę wizualną (obrazkową) i audio-wizualną, starszych ludzi autentycznie przeraża. Książkę traktuje się jak swoisty fetysz, okropne jest już samo marginalizowanie słowo pisanego, nawet jeśli nie idą za tym żadne konsekwencje. Postulat porzucenie współczesnych możliwości przekazu dla archaicznych form komunikacji, to dla mnie najzwyklejszy regres. Zastanawia mnie czy obecne nastolatki będą naśmiewać się z teraźniejszych maluchów? Tych maluchów, które obsługę tabletu przyswoiły sobie szybciej niż obsługę nocnika. Pod naszymi nogami rośnie prawdziwe pokolenie digital natives. Pokolenie, które nie rozumie statycznego, nieinteraktywnego obrazu. Z tymi to dopiero będzie ubaw. Ciekawe ile oni przeczytają książek? Oj cóż to będzie za lament. Proponuję już ostrzyć zęby panie i panowie pieniacze.

5 maja 2013

Syndrom Wojny w Zatoce

Syndrom wojny w Zatoce Perskiej (GWS - Gulf War Syndrom) to jedna z ciekawszych dolegliwości, jakie znamy. Na GWS składa się szeroka gama objawów, nie mających wyjaśnienia na bazie znanej nam diagnozy medycznej. Syndrom Wojny w Zatoce trudno nawet podpiąć pod współcześnie rozumianą koncepcję choroby. Mimo, iż debata nad GWS trwa od ponad 20 lat, wciąż nie ustalono, jakie dolegliwości miałyby znamionować syndrom. Wśród ponad 100 dolegliwości, do tych najczęstszych należą: przewlekłe zmęczenie, bezsenność, ból mięśni, bóle głowy, niestrawność, zaburzenia pamięci, wysypka i biegunka. Według niektórych hipotez GWS może być roznoszony drogą płciową, a jednym z jego syndromów jest uczulenie na własną spermę. Jak na razie jedynym wspólnym mianownikiem syndromu Wojny w Zatoce jest uczestnictwo w Wojnie w Zatoce. Co ciekawe, chorują zarówno żołnierze piechoty jak i nieschodzący na ląd marynarze, a nawet lotnicy, którzy Zatokę Perską widywali jedynie z pokładu samolotu. Z 697 tysięcy amerykańskich weteranów, syndrom rozpoznaje u siebie od 60 do 250 tys. żołnierzy. Jest to wciąż znacznie mniej niż ich rodaków porwanych przez UFO, nie mniej weterani cieszą się w Stanach na tyle powszechnym szacunkiem, iż syndrom stał się przedmiotem poważnych dociekań.

Wciąż nie wiemy co jest przyczyną GWS. Listę potencjalnych czynników sprawczych stworzono bez dbałości o dowody i racje naukowe, a składają się na nią m.in: trujące pożary ropy, broń biologiczna, stosowanie prze wojsko amerykańskie zubożonego uranu w pociskach artyleryjskich, szczepienia żołnierzy przeciwko wąglikowi, wszechobecne drobiny piasku, a nawet spaliny, jaki wydzielały się przy ogrzewaniu pustynnych namiotów. W 1996 roku panel ekspertów powołany przez prezydenta Clintona, utożsamił GWS z zespołem stresu pourazowego, co oczywiście nie spodobało się żołnierzom. Oznaczałoby to, że dolegliwości weteranów mają podłoże psychiczne, w przeciwieństwie do bliżej nieokreślonego czynnika, który to ukrywa rząd. W 1998 Kongres uchwalił dwie ustawy pośrednio dotyczące syndromu Wojny w Zatoce: Persian Gulf War Veterans Act oraz Veterans Programs Enhancement Act. Ich konsekwencją były prawie nieograniczone środki na badania tej dziwnej choroby. Do tej pory ukazało się kilkaset badań, przy czym najgłośniejszym echem odbił się raport z końca 2008, wydany przez Research Advisory Committee on Gulf War Veterans' Illnesses. Jego autorzy sugerują, iż syndromu Wojny w Zatoce został wywołany podaniem żołnierzom bromku pirydostygminy (PB), który miał zneutralizować ewentualne użycie przez wroga gazów bojowych. Co ciekawe, mimo iż PB stosuje się w medycynie od 50 lat, literatura nie zna żadnych długotrwałych problem zdrowotnych kojarzonych z tą substancją. Co więcej, PB przyjęło jedynie 62% żołnierzy piechoty, co więc z resztą? W sporze głos zabrał chyba największy autorytet, a więc National Academy of Sciences. Ich raport skupił się problemach metodologicznych. Konkluzje NAS są jądnak pełne współczucia i ubolewania nad losem weteranów. Zapewnia się ich, że rząd Stanów Zjednoczonych nie pozostawi ich samych sobie. Zarazem jak ognia unika się odpowiedzi na najbardziej fundamentalne pytanie - co to u licha za tajemnicza choroba? Uroku syndromu Wojny w Zatoce dodaje fakt, że różnorakie schorzenia pojawiły się u żołnierzy już po powrocie do Stanów Zjednoczonych (u 40% dopiero po roku).

Najpewniej syndrom Wojny w Zatoce nie jest urojoną chorobą pokroju choroby Morgellonów czy zespołu Munchhausena. Historia zna aż nadto takich przykładów, gdzie samo doświadczenie wojennej atmosfery przekładało się na późniejszą kondycję zdrowotną. Zauważono na przykład, że utrata 5% towarzyszy broni, owocuje 50% wzrostem zapadalności na choroby układu krążenia, układu nerwowego i pokarmowego. U żołnierzy biorących udział w I Wojnie Światowej, późniejszy stan psychofizyczny weteranów określano mianem shell shocku. Prawdziwy klucz do zrozumienia GWS przynosi analiza skutków Wojny w Wietnamie. Za sprawą zastosowania tam herbicydu znanego, jako czynnik pomarańczowy, od 1984 weteranom przysługuje odszkodowanie, jeśli wystąpi u nich jeden z 10 objawów. Każdemu, kto zachorował na m.in. raka prostaty, cukrzycę czy białaczkę, a uczestniczył w wojnie w Wietnamie, z zasady wypłaca się rządowe odszkodowanie. Każdą cukrzyce typu 2 u weteranów wojny wietnamskiej rząd USA bierze na siebie, jako skutek stosowania tęczowego herbicydu. Można sobie tylko wyobrazić, jakie sumy trafiłby na konta weteranów Wojny w Zatoce, gdyby udało się skojarzyć GWS z jakimś zaniechaniem lub niedopatrzeniem rządu. Źródło choroby może leżeć też w histerii podsycanej przez środki masowego przekazu, jakoby weterani padli ofiarami broni chemicznej Saddama Husajna. Choć w czasie Wojny w Zatoce nigdy nie użyto takiej broni, wielu żołnierzy chorujących na GWS rozpoznaje u siebie objawy, które według nich są objawami zatrucia sarinem. Najpewniej za kilkanaście, kilkadziesiąt lat, sprawa syndromu Wojny w Zatoce zostanie wyjaśniona, na razie emocje i atmosfera spisku ewidentnie nie służą. 

18 kwietnia 2013

Wielkostopologia

Jakiś czas temu Rafał Marszałek opisał na swoim blogu historię Melby Ketchum, badaczki Wielkiej Stopy. Melba jest którąś tam z kolei osobą, twierdzącą, iż jest w posiadaniu DNA Sasquatcha i jak jej podobni szaleńcy najpewniej święcie w to wierzy. Jako, że żadne czasopismo naukowe nie chciało przedrukować jej rewelacji, Melba postanowiła założyć swoje własne czasopismo (w innej wersji, kupić już istniejące), gdzie będzie mogła dawać upust swoim intelektualnym zboczeniom, pod szyldem poważnej prasy naukowej. Myślę, że warto przy tej okazji zastanowić się skąd u ludzi z tytułem naukowym potrzeba podążania taką futrzaną ścieżką kariery. Pomijając romantyczną wiarę w Sasquatcha słynnej brytyjskiej antropolożki Jane Goodall, są biolodzy, którzy znaczną cześć swojej kariery poświęcili Wielkiej Stopie. Należałoby przypomnieć choćby książkę Big Foot Prints, ekscentrycznego antropologa Grovera Krantza. w której na poważnie rozpatruje historie Jacko, dziecka Wielkiej Stopy, będącej mistyfikacją jeden z gazet. Za dowód istnienia Sasquatcha uznaje też filmy Ivana Marxa, człowieka który gdziekolwiek się nie udał i kiedy tylko miał kamerę, zawsze natrafiał na biegnące koło drogi Sasquatche. Krantz szokował zarówno mainstreamowych naukowców jak i kryptozoologów. Zasłynął zdaniem, że kiedy tylko ktoś zobaczy Sasquatcha powinien go zabić i odciąć największy kawał ciała, jaki zdoła unieść, najlepiej głowę, a gdyby ta była za wielka, odrąbać żuchwę. 

Skąd ta obsesja, aby bzdurom o Sasquatchu nadawać naukową otoczkę? Do tej pory za DNA Sasquatcha robiły głównie futra łosia i niedźwiedzia. W ostatnim czasie największe nadzieje wiązano z próbkami z Gór Błękitnych, które okazały się syntetycznym, sztucznym włosiem. Fragmenty sierści zebrane w 2005 w Kanadzie, którymi podniecali się kryptozoolodzy, okazały się futrem bizona. To, co skompromitowało środowisko kryptozoologów najbardziej, miało miejsce w roku 2008. Dwóch badaczy, Matthew Whitton i Rick Dyer ogłosiło odnalezienie ciała Wielkiej Stopy. Wybuchło spore zamieszanie, a sprawą zajął się Discovery Channel. Dowody zostały przedstawione na konferencji prasowej, transmitowanej przez telewizje kablowe w systemie pay per view. Owym dowodem okazało się zdjęcie wystającego z bagażnika kostiumu Sasquatcha, zaś próbka DNA pochodziła od oposa. Jeszcze przed rozpoczęciem konferencji, o sprawie bardzo krytycznie wypowiedział się Jeffrey Meldrum, antropolog z Uniwersytetu Idaho. Raziła go m.in. nienaukowa forma informowania o odkryciu. Meldrum, szef Bigfoot Field Reserchers Organization, jest obecnie jednym z nielicznych badaczy Wielkiej Stopy, posiadającym do tego formalne wykształcenie. Opinie, co do jego osoby są podzielone, nie mniej na pewno drzemie w nim doza krytycyzmu. Rok temu Meldrum wrócił z Rosji, gdzie został zaproszony przez badaczy syberyjskiego Yeti. Orzekł, że to, co tam widział, przypomina bardziej kampanię reklamową obwodu kemerowskiego, niż jakiekolwiek badania.

Należałoby dodać, że nie wszystko, co wychodzi spod pióra niedowiarków, prezentuje wyższy poziom niż teorie apologetów Sasquatcha. Trzy lata temu światło dzienne ujrzała książka Joshu Buhsa The Life and Times of a Legend, gdzie za amerykańskimi opowieściami o Sasquatchu stać miała "symultaniczna metafora siebie i innego". Miłośników wyjaśnień kulturowych zainteresować powinna hipoteza Hughowa Trotti, którą oparł na lekturze książki Daniel Boone The Life and Legend of an American Pioneer. Jak się okazuje, istnieje spore podobieństwo pomiędzy pierwszymi opowieściami o Wielkiej Stopie, a niezwykle popularnymi w XIX i XVIII wiecznej Ameryce "powieściami podróżniczymi". czyli takimi o mocno fantastycznym zabarwieniu. John Burns, który jako pierwszy napisał o Wielkiej Stopie, mógł splagiatować ją z opowiadań Jonathana Swifta. To zresztą Burns ukuł termin Sasquatch, który jest zlepkiem słów oznaczających dzikiego człowieka w indiańskim języku salisz, nie mniej zlepkiem stworzonym przez Burnsa. Dodajmy do tego, że XIX-wieczne Sasquatche... były ludźmi. Przypominały hipisów i żyły we wioskach. Sasquatche miały co prawda długie włosy, ale nie miały żadnego futra, były ludźmi. Legenda o Sasquatchu została zapomniana na dziesięciolecia i wróciła dopiero 1957. Wówczas to jeden z kanadyjskich radnych, w ramach zabaw mających uczcić 100-lecie Kolumbii Brytyjskiej, wymyślił polowanie na mitycznego dzikiego człowieka. Wszystko działo się w humorystycznej konwencji, w której kobiety poprzebierane w stroje XIX-wiecznych dziewcząt miały robić za przynętę dla dzikiej bestii. O ironio, po jakimś czasie, zaczęli pojawiać się ludzi, którzy naprawdę widzieli Sasquatcha. Wśród nich takie indywidua jak Albert Ostman, który twierdził, że kilkadziesiąt lat wcześniej był zakładnikiem klanu Wielkich Stóp. Dziś trudno znaleźć jedno, dominujące wyobrażenie Sasquatcha. Są doniesienia, w których Sasquatch jest krwiożerczą małpą, w innych rysuje na ziemi tajemnicze znaki, w jeszcze innych chodzi w obdartych spodniach. Modnym staje się wyjaśnienie paranormalne, gdzie Wielka Stopa jest postacią astralną. Czymkolwiek jest Sasquatch, prawie na pewno nie istnieje.

5 marca 2013

Sposób na nieudaną zombifikacje

Jeśli macie kogoś na oku, kogo widzicie w grobie, a jednocześnie nie pogardzilibyście jego usługami. Yyyy... nie najlepiej to zabrzmiało. Jeszcze raz. Jeśli macie kogoś na oku, kogo widzicie w roli swojego prywatnego zombiaka, mam złą wiadomość. Jak mawiają nasi południowi sąsiedzi: to se ne da, pane Havranek. W przeciwieństwie do dzisiejszych, wszechmocnych szarlatanów, jeszcze dwa wieku temu, nawet czciciele voodoo powątpiewali w takie fizyczne wskrzeszenia. Nawet "królowej voodoo" Marie Leveau nie przypisywano mocy ożywiania truposzy. Przypisywano jej m.in. wieczną młodość, a także znajomość zaklęć, za sprawą których nowoorleańscy sędziowie wydawali się jej bezmózgo posłuszni - wszyscy ci sędziowie byli jednak żywi. Chyba pierwszym przypadkiem zmartwychwstania haitańskiego trupa w literaturze naukowej, jest historia opisana przez amerykańską antropolożkę Zore Hurston w 1937. W latach 30. w jednej z wiosek pojawiła się kobieta, podająca się za zmarłą 30 lat wcześniej Felicie Felix-Mentor. Dr Louis Mars, który badał rzekomo panią zombie, wykluczał, aby mogła być tym, za kogo się podaje. Choć indywidua z podobnymi życiorysami, kręcą się po Haiti po dziś dzień, za przełomowy przypadek uważa się historię Clairviusa Narcissa. W 1962 Narciss miał zostać otruty przez bokora (czarodzieja voodoo), a następnie złożony do grobu. Trzy dni po pogrzebie został odkopany przez czarownika, a następnie zmuszony do pracy przy trzcinie cukrowej z podobnymi jemu zombiakami. Po kilku latach jakoś ocucił się ze ślepego, przypominającego trans, posłuszeństwa i w 1980 Narciss powrócił na łono swojej wioski, gdzie został rozpoznany przez rodzinę.

White Zombie i legendarny Bela Lugosi
Opowieść Narcissa stała się leitmotivem książki "Wąż i tęcza" etnobotanika Wade Davisa, a następnie horroru o tym samym tytule, w reżyserii Wesa Cravena. Davis postanowił przekonać czytelników, że zombifikacja to coś jak najbardziej realnego i opiera się na stosowaniu przez bokora neurotoksyny, znanej jako tetrodotoksyna (TTX). Dzięki swojej hipotezie Davis stał się sławny, występował w telewizji i chyba w każdym filmie dokumentalnym o zombie, jaki widziałem. Wyjaśnienie to stało się zaskakująco popularne, co dziwi zważywszy na jego antynaukowy charakter. Kiedy Davis usiłował ustalić skład, używanej przez bokora mikstury, okazało się, że jest produkowana na bazie zmielonych ludzkich kości, jaszczurek, ryb, ślimaków morskich i ropuch. W niektórych próbkach znaleziono roślinę motylkową, znaną wśród tubylców jako Tcha-Tcha, trochę bielunia i gatunek świerzbca, określany przez miejscowych "swędzącym groszkiem". W wywarach tych Davis znaleźć miał tetrodotoksynę, co nie niestety nie potwierdziło się przy pierwszej próbie zreplikowania jego badań przez Yasumoto i Kao. W 1984 tezy Davisa postanowił przetestować John Hartung. Pomimo przekarmiania szczurów "zombie-preparatami", wcierania go im w skórę, a ostatecznie nawet wstrzykiwania go w podbrzusze futrzaków, nie zauważono jakichkolwiek "zombie-podobnych reakcji". Później było już tylko gorzej. W 1988 roku czasopismo Science opublikowało ośmieszający Davisa artykuł "Voodoo Science" autorstwa Williama Bootha. Zauważono w nim, że objawy zatrucia tetrodotoksyną nie przypominają tego, co przypisuje się zombie. W 2008 czasopismo Skeptical Inquirer opublikowało kolejny, szkalujący Davisa artykuł "Zombies and Tetrodotoxin". Poza trudnościami, jakie napotykałoby dawkowanie tetrodotoksyny przez prostego czarownika, tekst był bezlitosnym opisem naiwności kanadyjskiego etnobotanika. Okazało się, że Davis uczestniczył w płatnych, odstawianych dla turystów przedstawieniach, będąc przy tym przekonanym, że bierze udział w mistycznych i tajnych rytuałach zombie.

Historia o zombie i tetrodotoksynie to wcale nie taki rzadki przypadek, gdzie rzekomo racjonalne wyjaśnienia wydają się jeszcze mniej prawdopodobne niż bzdury, który mają wyjaśniać. Wade Davis przypomina mi prof. Michaela Harnera, opisanego w jednej z książek Marvina Harrisa (rozdz. "Miotły i sabaty"). Harner objął sobie jeszcze ambitniejszy cel niż zombie. Otóż na podstawie wymuszonych na torturach zeznań rzekomych czarownic, postanowił wyjaśnić... latanie na miotle. Według Harnera za wszystkim stała tajemnicza halucynogenna maść, którą pokryte miały być dosiadane przez czarownice miotły. Siedząca okrakiem czarownica miała, mniej lub bardziej świadomie, "zażywać" maści poprzez błonę śluzową pochwy! Tak zwane "naukowe wyjaśnienie" to niekoniecznie wyjaśnienie na bazie związków chemicznych. "Naukowe" to po prostu "najprostsze". Wieczna młodość Marie Laveau bierze się z faktu istnienia dwóch innych Marie Laveau - jej córki i wnuczki. Ślepe posłuszeństwo lokalnych władz wobec "królowej voodoo" nie wynikało z czarów, a z szantażów. Ci, którzy przyglądali się sprawie Clairviusa Narcissa zauważyli, że na porwaniu przez bokora zyskał przede wszystkim Narciss. Tuż przed swoim zniknięciem, Haitańczyk zdążył spłodzić kilkoro nieślubnych dzieci, których matki zaczęły domagać się jakiegoś wsparcia. Jednocześnie do drzwi Narciss ustawiła się kolejka wierzycieli, upominając się o spłaty długów. Szczwana historyjka o zombie, jaką po latach nieobecności sprzedał pobratymcom, była jedynie szaloną, acz skuteczną wymówką.

22 lutego 2013

Upiorne gadżety

Straszniejsza niż duchy, jest popularność, jaką w Android Market cieszą się aplikacje do ich wykrywania. Jeśli zastanawialiście się czym był, znany z Ghost Busters, wykrywacz energii psychokinetycznej - najprawdopodobniej był to smartfon. Co ciekawe Tony Cornell z brytyjskiego Society for Psychical Research, to właśnie w upowszechnieniu się telefonów komórkowych (i ich polu elektromagnetycznym) doszukuje się przyczyny coraz rzadszych emanacji duchów. Dla mnie, bardziej przerażające niż brzęczące łańcuchami poczwary, są pozytywne komentarze, pod takimi aplikacjami jak Ghost Radar, Ghost Detector, czy Entity Sensor Pro-EMF Detector. To i tak tylko mała odnoga wielkiego biznesu, jakim za oceanem stały się polowania na cienie. Proste smartfonowe aplikacje to biedna wersja prawdziwego oprzyrządowania łowcy duchów, którego koszt waha się od stu do kilku tysięcy dolarów. Liczniki Geigera, detektory pola elektromagnetycznego, dyktafony, elektroniczne kompasy, kamery termowizyjne, nie wyczerpują (delikatnie mówiąc) tego, w co przyodziewają się łowcy duchów. Pomysł wykorzystania aparatury technicznej do tropienia duchów nie jest niczym nowym. Harry Price stosował kamerę z filtrem podczerwieni i termograf już w latach 40. Spopularyzowanie tego typu narzędzia w polowaniach na upiory przypisuje się, założonej w latach 70. chicagowskiej grupie Ghost Tracker's Club. Dzisiejsi łowcy duchów, wzorują się przede wszystkim na ogłupiających programach telewizyjnych pokroju Most Haunted. Na ich popularności wyrósł etos amerykańskiego łowcy duchów: za dnia zwykłego pracownika biurowego, w noc zaś poszukiwacza przygód, penetrującego strychy i piwnice, a następnie opisującego to na forach pod chwytliwym nickiem.

Jak powiedział niegdyś Albert Einstein, tak jak wykradzenie kurze jajka nie czyni z nas króla kanciarzy, tak obsługa termometru nie czyni z nas naukowca. No dobrze, może tak nie powiedział, ale na pewno zrobiłby to, po seansie Ghost Hunters, czy innego Ghost Adventures. Mimo, iż łowcy duchów (termin wymyślony w latach 30.) określają siebie, jako badaczy, a to, co robią, jako badania, w ogromnej większości to amatorzy, w żaden sposób niezwiązani z nauką. Metodę naukową utożsamiają z umiejętnością posługiwania się pipcząco-migoczącym ustrojstwem. Oczywiście nie ma żadnych dowodów, aby kamera termowizyjna mogła zobaczyć duszę czyśćcową. Dopóki ktoś nie wykaże, że duchy posiadają określone, dające się zmierzyć właściwości fizyczne, dopóty poszukiwanie ich przy pomocy jakiś elektronicznych mierników nie ma sensu. To nie koniec zarzutów. Zwykło się, iż paranormalne roszczenie, mogą zostać zaakceptowane jedynie wtedy, kiedy wszystkie naturalne wyjaśnienia zostaną wykluczone. Tymczasem modus operandi łowców duchów wydaje się przypisywać pierwszeństwo wyjaśnieniom nadnaturalnym, a nawet przypisuje nadnaturalną genezę naturalnym zjawiskom. Telewizyjnym tropicielom zjaw najwyraźniej nigdy nie przyszło do głowy, aby dla porównania pochodzić czasem i po "normalnych” domach. Wypadałoby sprawdzić, czy rzeczywiście w nawiedzonym domu sowa za oknem pohukuje głośniej niż w domku obok, czy zakłócenia pola elektromagnetycznego w domu opętanym są rzeczywiście większe niż w nieopętanym, albo czy wiatr w opanowanym, trzaska drzwiami częściej niż gdzie indziej.

Od kiedy Galvani poruszył zdechłą żabą, prąd elektryczny jawi się niczym pomost łączący nas z zaświatami. Spirytualizmem parało się wielu XIX wiecznych naukowców zajmujących się elektromagnetyzmem, m.in twórca radiometru William Crookes, czy pionier w dziedzinie połączeń telegraficznych Cromwell Varley. Thomas Edison snuł nawet wizje, w których urządzenia przypominające telefony, skontaktują nas ze duchami. Echa tych szalonych pomysłów widoczne są horrorach, gdzie pierwszą oznaka nadejścia ducha, jest przepalająca się żarówka. Nie przez przypadek, współcześni łowcy duchów koncentrują się na EVP (Electronic Voice Phenomena), wierząc, iż w szumie radiowym kryją się wypowiedzi zmarłych. Oddziaływanie elektromagnetyczne, w ogromnym zakresie niewidzialne dla naszych oczu, kojarzy się niewidzialnymi duchami - jeśli nie pochodzi z ich kieszeni, to przynajmniej pochodzą z tej samej, niewidzialnej półki. Na rynku wciąż pojawią się coraz to nowe elektryczne sidła, takie jak Ovilus, naganiający nam duchy z całej okolicy. Wystarczy, że coś ma lampkę kontrolną i wyświetlacz, jeśli płynie w tym prąd, duchy się nie oprą. Najpewniej metafizyczne kłusownictwo szybko nie ustanie, a kolorowa, dotykowa magia, jaką nosimy po kieszeniach, może przysporzyć kolejnych elektrycznych zabobonów.

14 lutego 2013

Jeszcze jeden! Jeszcze jeden!

Najstarszym znanym mi proroctwem dotyczącym przyszłych papieży jest średniowieczny manuskrypt Vaticinia de Summis Pontificibus. Przypisuje się go chrześcijańskiemu mistykowi Joachimowi z Fiore, co jest mało prawdopodobne zważywszy, że tekst pojawił się kilka dobrych lat po jego śmierci. Luźno powiązanym z Vaticinia de Summis Pontificibus jest zbiór innych papieskich przepowiedni Vaticinia Nostradami, znany też, jako "Proroctwa Michela Nostradamusa na temat przyszłości wikariuszy Chrystusa". W czasach bardziej nowożytnych, przyszywanie proroctw do Joachima z Fiore nie robiło już takiego wrażenia. Domniemanego autora należało poszukać wśród bardziej chodliwych wróżbitów. Oczywiście nie ma cienia dowodów, by Vaticinia Nostradami było dziełem Nostradamusa. Jest to zbiór kilkudziesięciu malowideł, z których trudno zidentyfikować jakikolwiek pontyfikat, a co dopiero silić się na przewidywania następcy Benedykta XVI. Bardziej pomocne są tu "Przepowiednie zakonnicy z Drezna", wydane pod włoskim tytułem Le profezie della monaca di Dresda. Są to przepowiednie nieznanej z imienia niemieckiej zakonnicy, obejmujące swoim zakresem okres od XVII do XXX wieku. Jan Paweł II opisany jest tam jako "Anielski Pan Sądu Ostatecznego ze znakiem dwunastu", zaś Benedykt XVI to "Anielski Przewodnik Sądu Ostatecznego ze znakiem chwały". Według zakonnicy, następny i zarazem ostatni z papieży ("Anioł Miłosierdzia ze znakiem męczeństwa"), pochodzić będzie... z Królestwa Prus. Może być ciężkie w realizacji.

Vaticinia de Summis Pontificibu. Przyszli papieże mają swoje alegoryczną przypowiastki, każdy ma własne motto i rysunek

Najbardziej znaną przepowiednią dotyczącą papieskiej chronologii jest przepowiednia świętego Malachiasza. Choć przepowiednia jest wybitnie XVI wieczna, zgodnie z wyżej opisanym trendem, w jej nazwie widnieje, żyjący w XII wieku Malachiasz z Armagh, któremu przypisywano prorocze charyzmaty. Jak zauważył XVII wieczny ksiądz i encyklopedysta Louis Moreri, Malachiaszowa przepowiednia pojawia się w roku 1590, tuż przed wyborami nowego papieża. Źródłem tekstu byli zwolennicy kardynała Girolamo Simoncelliego, zaś sama przepowiednia wskazuje, iż papieżem powinien zostać ktoś Ex antiquitate urbis (Ze starego miasta). Ze starego miasta był oczywiście kardynał Simoncelli. Co do prognoz dla innych papieży, wieszcz już tak nie starał. Mam wrażenie, że pisał, co mu ślina na język przyniesie: Ursus velox (szybki niedźwiedź), Cubus de mixtione (sześcian od zmieszania), Cervus sirenae (jeleń syreny), Frumentum floccidum (zboże włókniste), Bos pascens (wół pasący), Angelus nemorosus (lesisty anioł), De capra et albergo (od kozy i karczmy), Rastrum in porta (motyka w bramie), Picus inter escas (dzięcioł wśród jadła). Może nawet lepiej niż papieży, takie opisy mogłyby przewidywać kolejnych dyrektorów wrocławskiego ZOO, albo kolejnych ministrów środowiska. Ostatni numerowani papieże to De labore Solis (z pracy Słońca) i Gloria olivae (Chwała oliwki). Po Benedykcie XVI vel Oliwka widnieje krótka adnotacja, iż ostatnim papieżem zostanie Piotr z Rzymu, za którego czekają nas nieciekawe czasy. Z czystej ciekawości sprawdziłem, czy na konklawe nie zawita przypadkiem jakiś Piotr z Rzymu. Jest szansa, że niebo nie rozstąpi się, a archanioł Michał nie pociacha mnie ognistym mieczem - wśród kardynałów, spośród których Duch Święty wybierze następcę Chwały oliwki, nie ma włoskiego kardynała o imieniu Piotr. Z Piotrów będzie tylko francuski kardynał Jean-Pierre Ricard, kardynał z Ghany Peter Turkson i węgierski kardynał Péter Erdő.

Na chwilę obecną Polacy trzęsą się na myśl o czarnym afrykańskim diable, jaki mógłby zasiąść na tronie Piotrowym, ale przykładów na to, że naród ci u nas ciemny, jest aż nadto. TVN Meteo donosi o piorunie, który uderzył w Bazylikę św. Piotra w dniu ogłoszenia abdykacji. Doszukiwanie się boskich atrybutów w zjawiskach pogodowych, to już nawet nie jest średniowiecze, to jest epoka brązu! Po tym, jak w ostatnią niedzielę stycznia, mewa zaatakowała wypuszczonego przez papieża gołębia, Super Express pisał - idzie wojna. Znak "wrednej, łakomej i gigantycznej mewy" został następnie skorygowany na zapowiedź abdykacji. Internet całkowicie przedefiniował nam rynek wróżb. Obecnie jest to klasyczny shotgunning  - na forach i blogach publikuje się taką ilość snów i wizji, że da się z nich wyłowić praktycznie wszystko - także, abdykację Chwały oliwki. Przepowiednie abdykacji, jakie da się odnaleźć, są przepowiedniami typu otwartego - nie są osadzone w czasie, a więc nie mają "terminu ważności". W języku angielskim mówi się o takich przepowiedniach moving the goalposts - przesuwające cel. Ktoś twierdzi, że przewidział abdykację chorego Benedykta zapowiedzianą na konsystorzu, bo przewidział III Wojnę Światową, śmierć przywódców i ucieczkę papieża. Mistrzem moving the goalposts jest mój ulubieniec Krzysztof Jackowski. Przewidział na przykład katastrofę w Smoleńsku, przewidując na 2009 porwanie przez terrorystów czterech samolotów pasażerskich. Na rok 2009 Jackowski przewidział też śmierć znanego księdza - nie zdziwię się, jeśli Jackowski połączy to z tegoroczną abdykacją, która w prognostyku na 2013 jakoś mu umknęła.