27 grudnia 2012

Statystyka w sidłach astrologów

Historia o tym, jak statystyka stała się nałożnicą astrologii, liczy sobie ponad 50 lat. Panna statystyka to bardzo delikatna i wrażliwa dama. W nieokrzesanych dłoniach, które jej nie rozumieją i nie darzą należytym szacunkiem, dowodzić może absurdalnych powiązań i nie istniejących związków. Natomiast astrologia to wiara z czasów, kiedy z zazdrością spoglądało się na sąsiada, widząc u niego motykę z brązu. Według astrologów urodzenie się pod tym samym układem planet, znamionować może te same życiowe tendencje. Astrologia i statystyka to klasyczny przykład narzeczeństwa,  któremu różnice klasowe stają na przeszkodzie w realizacji harmonijnego związku. Ich niedoszła miłość miała kilku swatów, choćby niemieckiego parapsychologa Arno Mullera, jednak największe zasługi przypisuje się Francuzowi Michelowi Gauquelinowi. W 1955 Gauquelin opublikował książkę L'influence des astres, w której dowodził, że istnieje statystyczna zależność pomiędzy położeniem pięciu planet a przyszłym zawodem dziecka. Gauquelin twierdził, że specyficzne położenie Marsa w czasie narodzin znamionować może przyszłych generałów, lekarzy i sportowców, rzadziej zaś malarzy i muzyków. W 1960 Francuz wydał kolejną książkę Les Hommes et les Astres, w której doszukiwał się wpływu położenia Księżyca, a przyszłą karierą pisarską. Wyniki te nie przestają zachwycać indywidua ezoterycznego świata. Niemiecki astrolog Peter Niehenke nazwał wyniki Gauqueliniego "niepodważalnym faktem naukowym". Amerykański astrolog Robert Hand twierdzi wręcz, że to "najsilniejszy cios w wizje materialistyczno-mechanistycznego świata”. Wszystkich i tak przebił redaktor Taraki Wojciech Jóźwiak. W "efekcie Marsa" doszukuje się przesłanki na to, że astrologia jest nauką ścisłą! Czyli co, pora likwidować tego bloga - te wszystkie bzdury naprawdę istnieją!? Czyżby słynąca ze zdrowego, racjonalnego podejścia prezydent Warszawy miała rację? Całym naszym życiem rządzą planety?

Obecnie chyba najczęściej przywoływanym narzędziem statystycznym, jest groźnie brzmiący "graniczny poziom istotności p". Jest to prawdopodobieństwo otrzymania pozytywnego wyniku nawet przy błędnej hipotezie. Za wynik istotny statystycznie, uznaje się wartość p nie wyższą niż 0,05 (często 0,01). Efekt czynnika losowego o wartości 0,05 mówi nam, że raz na dwadzieścia przypadków taki wynik może być najzwyklejszym zbiegiem okoliczności. Niestety znaczy to też, że opracowując dane dla 20 przypadków, statystycznie jeden z nich będzie mógł pochwalić się wartością p 0,05. Ile takich kombinacji do rozważenia oferuje astrologia? Astrologia bazuje na ruchu "planet". Cudzysłów ten oznacza, że to, co astrolog nazywa planetą, nie zawsze jest planetą dla astronoma. W astrologii za planety uchodzi Księżyc i Słońce (którymi w istocie były w systemie geocentrycznym), Merkury, Wenus, Mars, Ceres (uznawany przez astronomów za planetę do 1845) Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i Pluton (będący planetą do 2006). Astrologia jest bezbronna wobec stale unowocześnianej i dynamicznie rozwijającej się astronomii - bo jak tu wytłumaczyć ludziom, że to, co miało tak przemożny wpływ na ich życie, po spotkaniu Międzynarodowej Unii Astronomicznej staje się kolejnym, niemającym znaczenia obiektem? Niektórzy astrolodzy do tej pory śledzą położenie takich planetoid jak Juno czy Westa, które astronomowie zaliczali niegdyś do planet. Zakładając jedynie 10 "planet" i kilkanaście pozycji, to przy rozważeniu jednocześnie kilku takich ciał niebieskich, otrzymuje się tysiące kombinacji. Analizując taką ilość przypadków można znaleźć mnóstwo zależności, będących wynikiem czystego zbiegu okoliczności. Dałoby radę dowieść, że np. 85% mężczyzn o imieniu Kornel ma żonę o imieniu Dagmara. Nie oznacza to, że jakiś samotny Kornel ma większe szanse u Dagmary niż u jakiejś innej panny - po prostu w tak dużej liczbie kombinacji imion zawsze znajdziemy niesamowicie wyglądające, a przy tym całkowicie przypadkowe korelacje.

W swojej pracy Gauquelin zauważył, że w wypadku 22% francuskich mistrzów sportu, w czasie ich narodzin Mars znajdował się w 1 i 4 sektorze. Zważywszy, iż mowa tu o 2 z 12 sektorów "czysta statystyka" powinna dać 17%. Skąd dodatkowe 5%? W 1979 Paul Kurtz opublikował wyniki badań przetrzepania nieba dla 406 amerykańskich mistrzów sportu. Okazało się że w przypadku jedynie 55 (13%) Mars znajdował się w 1 i 4 sektorze. W 1996 roku ukazała się książka "Efekt Marsa: test tysiąca mistrzów sportu" gdzie z 1120 francuskich mistrzów jedynie 209 urodziło się w pożądanych sektorach. Publikacje te pokazały jednak coś ważniejszego niż liczby. W zasadzie nie dało się przebadać tego zjawiska bez mniej lub bardziej stronniczo dobieranej próby. Co dokładnie znaczy "mistrz sportu"? Aby poznać usytuowanie Marsa w danej strefie, nie wystarczy znać datę urodzin - potrzebna jest dokładna godzina. Okazało się, że miejsca narodzin takie jak "Paryż" bywały zbyt ogólne. Sektor, w którym znajdował się Mars mógł różnić się w zależności od dzielnicy miasta! Na koniec zwrócono uwagę na owe 12 sektorów, po których wędrował na niebie Mars - gdzie dokładnie się kończą, a gdzie zaczynają? Wystarczyłoby wypaczyć dane 1 na 30 sportowców, aby posypać cały wynik. Geoffrey Dean zauważył, że to nie odchył w tę czy inną stronę, a właśnie idealny rozkład byłby czymś niezrozumiałym dla nauki. W 2010 roku skonstruowano specjalny program, który wygenerował losowe daty i przyporządkował je do określonych niebiańskich konfiguracji. Ilość możliwości dla planet, ich położeń i związanych z nimi zawodów, przekroczyła. sześćset tysięcy! Mimo, iż były to absolutnie losowe dane, doszukano się korelacji na poziomie p 0,0006. Dokładnie wyliczono też graniczny poziom istotności dla wyników, którymi tak podniecał się Gauquelin i inni astrolodzy - ich p to 0,245 – nie spełniał więc żadnych, choćby najmniejszych standardów tego, co zwiemy „wiarygodnym wynikiem”.

19 grudnia 2012

Dochodzenie w sprawie płaczącego wodza

Naiwnie wydawało mi się, że nigdy nie zejdę do poziomu prostowania łańcuszków, ale najwidoczniej przeceniałem się. Robię to, bo Polacy najwyraźniej oszaleli na punkcie projektu, oddalonej od nas o 9 tysięcy kilometrów elektrowni wodnej. Myślę, że jakieś kilkaset tysięcy Polaków (!) upiększyło już swojego facebooka o informację, jak cywilizacja białego człowieka chce wysiedlić tysiące Indian, dla czegoś tak prozaicznego jak prąd elektryczny. Przepraszam, nie „wysiedlić, a "skazać na śmierć'.
Szef Plemienia Kayapo otrzymuje najgorszą wiadomość swego życia (4 grudnia): Dilma, prezydent Brazylii wyraża zgodę na konstrukcję potężnej centrali hydroelektrycznej (trzecia w świecie pod względem wielkości). To wyrok śmierci dla wszystkich ludów żyjących nad rzeką, gdyż tama zaleje około 400 000 hektarów lasu. Ponad 40 000 Indian będzie musiało znaleźć nowe miejsca, by żyć. Zniszczenie naturalnego siedliska, deforestacja i zniknięcie wielu gatunków są faktami! (w oryginale wygląda to mniej więcej tak)
Większość debunkerów widząc taką informację, w pierwszej kolejności zwróci uwagę na zamazane zdjęcie jakie towarzyszy całej treści. Od kilku lat wielokrotnie podnoszę tę kwestię, iż nieostry obraz powinien wyświetlać w naszej głowie komunikat "uwaga, to może być przekręt!". Przypomnę choćby latający spodek widoczny na średniowiecznych malowidłach, który po zbliżeniu okazuje się gołębicą; hieroglify przedstawiające czołgi i helikoptery w egipskich piramidach, które na lepszej jakości zdjęciach są wykutymi literami; czy choćby klatki z filmu, gdzie przyznający się do zamachów z 11 września Osama Bin Laden nie wyglądający jak Osama Bin Laden, bo tak zaszumiony jest jego obraz. Osoby, które w sposób profesjonalny fałszują filmy, walczą wręcz o nieostrość swojego materiału. Można to prześledzić na youtube'owym kanale użytkownika Faking Hoaxer. Zobaczmy zatem jak wygląda nasz płaczący Indianin na tej samej, ale wyraźniejszej fotce. Nadal nie da się stwierdzić czy rzeczywiście płacze, lepsza jakoś fotografii ujawnia jednak skąd bierze się jego smutny grymas twarzy. To czego nie widać na oryginalnej fotce to sporej wielkości dysk umieszczony w jego dolnej wardze, który naciąga jego mięśnie twarzy, nadając wyraz rozpaczy. W dodatku zdjęcie to figuruje w artykułach napisanych przed rokiem 2012, o jakim więc 4 grudnia mowa w opisie, bo na pewno nie 4 grudnia tego roku. Człowiek widniejący na zdjęciu to rzeczywiście wódz Indian Kayapo. Nie jest to jednak Indianin, któremu woda zaleje krytą liśćmi chatę (jak chyba sugeruje łańcuszek), ale Raoni Metuktire - choć trudno w to uwierzyć, międzynarodowy działacz na rzecz ochrony przyrody. Metuktire jeździ po całym świecie ze swoimi wykładami o Amazonii, obecnie promując swoją książkę we Francji. Jako leśny pacyfista, nawołuje też swoich wojowników do walki zbrojnej ze wszystkimi, którzy niszczą brazylijskie lasy. 


Co z 40 tysiącami Indian, którzy mają zostać przepędzeni ze swych wiosek przez nie mających serca inżynierów? Spójrzmy na miejsce budowy elektrowni Belo Monte i odszukajmy te wioski. Choć obraz jest tak ostry, że można policzyć drzewa, dzikich mieszkańców nie widać. Kilka kilometrów od tamy widzimy natomiast ponad 100 tysięczne miasto Altamira. Dziewiczy, nietknięty teren okazuje się siedliskiem panoszącego się współczesnego człowieka, nie zaś terenem łowieckim Indian, bez którego umrą z głodu. Nonsensem byłoby zaprzeczanie dużym zmianom, jakie przynieść może dla okolicy budowa tamy. Nie jest to jednak 40, a 20 tysięcy przesiedleńców, i nie są to wyłącznie dzicy Indianie polujący na małpy, w zasadzie nic w tej historii nie jest do końca prawdą. Mimo, że tak o nich marzymy, nie ma kochających ekologię, dobrych dzikich i złych białasów równających wszystko z ziemią. Nic nie jest czarno-białe na tyle, aby nasze sumienie mogło w końcu odetchnąć z ulgą, po tym jak poparliśmy jedynie słuszną stronę. "Wrzuciłem na fejsbuka zdjęcie z chudym psem, pod którym napisali, że jeśli je udostępnię pies dostanie 2 zł na karmę  - zatem pomogłem". Nie, nie pomogłeś. Pies nic nie dostanie, żaden tajemniczy filantrop nie sprawdza waszych lajków, nie czujcie się lepsi, bo nic dla tego psa nie zrobiliście. Sprawa płaczącego wodza irytuje mnie dodatkowo. Daje naszym bezkrytycznym rodakom absolutnie nieuprawnione poczucie bycia lepszym, sycąc sumienie, zapychając je internetowym barachłem. Opiera się w dodatku na nieprawdziwych informacjach, demonizując przy tym wycinkę lasu nie pod budowę willi magnata narkotykowego, ale czegoś tak normalnego jak elektrownia wodna. Może Polacy jednak pozwolą Brazylijczykom wyprodukować sobie trochę energii, aby i oni mogli odpalić komputer z facebookiem i tak pięknie jak my protestować.

17 grudnia 2012

"Pograłem na komputerze, więc idę strzelać do dzieci"

Wydana w 1976 gra Death Race. Wycofana ze sprzedaży,
po tym jak media okrzyknęły ją "chorą i przerażającą".
Nie wiem jak mi się to udało, ale o wydarzeniach z Newtown dowiedziałem się dziś rano. Kiedy tak nadrabiałem newsy, przykuł moją uwagę wciąż powtarzany lakoniczny opis Adama Lanzy - a dokładnie to, iż był fanem gier. Poza informacją ile miał lat, jak się nazywał, to że grał na Play Station, jest chyba trzecią najczęściej powtarzaną frazą jego opisu. Moją czarę goryczy przelał "7 Dzień Tygodnia" Radia Zet. Według Moniki Olejnik, to iż Lanza w coś tam grał było główną przyczyną jego morderczych zapędów, co potwierdzili zgromadzeni w studiu politycy. Przypomnę, że motyw gier komputerowych był wywlekany także w sprawie Andersa Breivika. Gry, w które grają przyszli mordercy są dziś stałym elementem rysu psychopatycznych zabójców. Christopher Ferguson wylicza szereg takich kozłów ofiarnych z przeszłości. W starożytności część ludzi była przekonana, że greckie dramaty mogą mącić w umysłach młodych ludzi. W wieku XIX myślano tak o czytaniu powieści. W wieku XX wskazywano kolejno na: muzykę jazzową, film, rock and roll, komiksy, rap, a obecnie na gry komputerowe. W 2008 przeprowadzono w USA ankietę, jak wielu nastolatków w wieku 12-17 lat pocina w gry wideo. Okazało się, iż były obecne w życiu 97% rówieśników Adama Lanzy. Grało w nie 94% zapytanych dziewczynek i 99% chłopców! Jeśli słyszymy więc o 20-latku, niezależnie czy strzelał do małych dzieci, czy bohaterko ratował kota uwięzionego na drzewie, z 99% pewnością był on komputerowym graczem. Oświadczam więc Pani Monice, że gry komputerowe nie są prostą drogą do mordowania, bo gdyby tak było naszymi ulicami płynęłaby rzeki krwi. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Od czasów upowszechnienia się gier, a więc od wczesnych lat 90tych wszystkie wskaźniki przestępczości spadają, zaś szczególnie wskaźnik przestępczości... wśród nieletnich. Kontrowersje dotyczą jedynie tego, czy gry przesycone przemocą mogą prowadzić do wzrostu agresji (co nie znaczy, że do wzrostu przemocy) i tylko tą opcję warto rozważyć.

Kiedy w Polsce szczytem lansu było posiadanie kolorowego kamienia do gry w klasy na chodniku, w Stanach dyskutowano już o wpływie brutalizacji gier wideo na agresje wśród dzieci. Choć debata ta ma blisko 40 lat, wciąż nie doczekała się rozstrzygnięcia. W 1990, na wniosek Josepha Liebermana doszło do przesłuchania w amerykańskim senacie znawcy tematyki agresji doktora Craiga Andersona. Anderson, powiązany z Narodowym Instytutem ds. Mediów i Rodziny, zeznał, iż przemoc obecna w grach wideo, przekłada się na wzrost agresji wśród młodych graczy. Pod koniec lat 90tych dużą popularnością cieszyła się książka Davida Grossmana "Przestańcie uczyć nasze dzieci zabijać ", gdzie wprost powiązano strzelaniny w szkoła z grami komputerowymi. Grossman rozpowszechniał w niej nieprawdziwe informacje, jakoby wojsko nakłaniało żołnierzy do grania, aby oswoić ich z zabijaniem. Kilkanaście lat temu, a więc nim na dobre rozpoczęto badania, w mediach wszystko było już rozstrzygnięta  - gry typu FPS rodzą przyszłych morderców. Pierwszy cios dla tej tezy przyszedł ze strony antropologa Johna Sherriego, W 2001 roku Sherry przejrzał wszystkie badania jakie opublikowano na temat brutalnych gier i agresji. Okazało się, że jeżeli są tu jakieś powiązania to są one niewielkie, a nie tak miało to przecież wyglądać. W 2007 roku na to samo przedsięwzięcie szarpnął się Jonathan Freedman, który przejrzał ponad 200 badań jakie były wówczas dostępne. Wniosek: ogromna i przytłaczająca większość badań nie znalazła związku pomiędzy grami zawierającymi przemoc a wzrostem agresji graczy. Trzy lata temu podobną analizę przeprowadzili Ferguson i Kilburn. Stwierdzili oni wprost, że jedyną sensowną debatą jaką można toczyć w tym aspekcie, to to czy gry wideo nie powodują żadnych skutków czy prawie żadnych skutków. Za ciekawy głos można uznać książkę dwójki harvardzkich psychiatrów Lawrenca Kutnera i Cheryl Olson, "Zaskakująca prawda o brutalnych grach wideo i co z tym wszystkim mają począć rodzice". Napisana w oparciu o ich autorskie badania finansowane przez Departament Sprawiedliwości. Książka nie tylko sugerowała nieprzywiązywanie uwagi do rzekomego wzrostu agresji, ale wskazywała na szereg korzyści jakie niosą ze sobą takie gry na rozwój dzieci i młodzieży.

Niestety nie jest tak różowo jak mogłoby się wydawać. W 2010 roku Craig Anderson powrócił ze swoją własną meta-analizą dotychczasowych prac, na nowo dowodząc, iż gry sieją zło. Sprawa zrobiła się kuriozalna. Badacze patrząc na te same dane wyciągali z nich przeciwstawne wnioski. Anderson spotkał się z natychmiastową krytyką w prasie naukowej, zaś krytycy Andersona spotkali się z krytyką jego apologetów. Tak czy owak, bez wątpienia uprawnione jest dziś twierdzenie, iż nie ma jednoznacznych dowodów na to, że nasycone przemocą gry implikują prawdziwą agresję. Tym bardziej nie ma jakichkolwiek dowodów, że granie samo w sobie prowadzi do strzelania w 5-latków z karabinu maszynowego. Gdyby rzeczywistość gier komputerowych tak łatwo przekładała się na realne życie, byłoby  raczej nieciekawie. Masowe pogrywanie w rożnego rodzaju wirtualne farmy odbiłoby się na rolnictwie, zaś granie w Mario wiązałoby się w poczuciem wewnętrznej konieczności wdrapania się na dźwig, aby przeskakiwać z platformy na platformę. Swego czasu Secret Service przeanalizował preferencje 41 sprawców szkolnych strzelanin. Okazało się, że 27% z nich oglądało brutalne filmy, 24% lubowało się w brutalnych książkach, a jedynie 12% przyciągały gry zawierające przemoc. Na koniec nie chciałem być gorszy, od tych którzy straszą nad współczesnością. Ja także znalazłem przerażający rys w biografii Adama Lanzy!. "Unikał aktywności na Facebooku i Twitterze". Ludzie, którzy nie macie facebooka, apeluję do was, nie zabijajcie nas!

13 grudnia 2012

W gulaszu fakciano-opiniowym

Kilka dni temu Jakub Janiszewski i Tomasz Kowalczuk ubolewali w TOK FM nad naszymi gimnazjalistami. Według nich gimbaza nie odróżnia opinii od faktów. Tradycyjnie przytoczono nieprawdziwe przekonanie, jakoby mozolne wkuwanie wiedzy, było mniej wartościowe niż nauka krytycznego myślenia. Mit ten znalazł się na łamach książki When Can You Trust the Experts? How to Tell Good Science from Bad in Education, kognitywisty Daniela Willinghama. Nazwijcie mnie parszywym pesymistą, ale nie tylko gimbusy nie radzą sobie z wyławianiem suchych faktów z morza wypaczonych opinii - nikt z nas tego nie potrafi. Tak się składa, że jeden z rozdziałów książki Willinghama dotyczy tego, dlaczego jedne rzeczy wydają się nam bardziej wiarygodne od innych. Czy to rezultat naszych głębokich analiz? Niestety nie. Proces, który dzieli docierające do nas informacje, wrzucając je raz do worka "czyjeś opinie", innym razem odkładając na półkę "czyste fakty", dzieje się zwykle poza naszą świadomością. Bardziej wiarygodne są dla nas rzeczy gdzieś już zasłyszane. Za fakty postrzegamy informacje, które inni postrzegają za fakty (tzw. "social proof"), szczególnie jeśli mówią nam o nich osoby podobne do nas. Niby banał, ale znakomicie pokazuje czemu osamotniony specjalista przegra z szalejącą powszechnie bzdurą, którą wyznają wszyscy nasi znajomi.

World Values Survey. Uogólnione i subiektywne oceny 
naniesione na precyzyjny kartezjański układ współrzędnych. 
Przykład sprzedaży czyjś opinii pod marką faktów.
Zadając sobie pytanie, "czy zdyscyplinowanemu umysłowi wolno mieć poglądy polityczne", na chwilę obecną odpowiedziałbym "nie". Zapatrywania polityczne to według mnie wielkie strzykawki, które wyssą z nas resztki obiektywizmu. Utożsamianie się z jakąś partią, prowadzi do idealizacji „swoich” i demonizowania „obcych”. Takie wartości jak solidarność społeczna, wolność gospodarcza, bezkrwawa transformacja roku 89, walka z medialno-politycznym układem, to jednobarwne okulary, przez które widać jednobarwny świat. Wartość jaką jest wiara, zmienia naszą percepcję świata chyba w każdym calu. Kilka miesięcy temu na konferencji w Melbourne Sam Harris zauważył, że kiedy mówisz komuś, iż Boga nie ma, w istocie mówisz mu "twoja córka, która zginęła w wypadku samochodowym nie jest w niebie", a tego osoba wierząca nigdy nie zaakceptuje. Jeśli chodzi o emocje jakie towarzyszą naszym preferencjom politycznym Willingham przytacza badanie Kelliego Garretta i Erika Nisbet, które przeprowadzono w zeszłym roku. Kiedy zapowiedziano wybudowanie centrum islamskiego niedaleko dawnych wież World Trade Center, cześć konserwatywnych obywateli przyjęła to jako potwarz. Jednego z pomysłodawców tej inicjatywy imama Feisalala Raufa oskarżono nawet o pokątne wspieranie terrorystów. Psycholodzy zgromadzili więc malkontentów, aby natłokiem dowodów przekonać ich, iż nowojorski imam nie jest piewcą terroryzmu. Nie próbowano zmienić ich nastawienia do islamu, nie próbowano też przekonać ich, że meczet blisko Ground Zero nie jest niczym złym - chodziło jedynie, aby ludzie zmienili zdanie na temat Raufa. Okazało się, że mimo tak mocnych przesłanek, jedynie 25% badanych zmieniło swoje wyobrażenie o imamie. Co ciekawe, psycholodzy byli wstanie zmniejszyć ten odsetek, przedstawiając go na zdjęciach w muzułmańskim stroju. Zarazem przedstawianie imama ubranego w zachodnim stylu, windowało odsetek przekonanych. Czy jest naprawdę tak dramatycznie, że ludzi bardziej przekonują buty niż namacalne fakty? Na szczęście nie do końca. Wydarzenia z 11 września nadal budzą w USA emocje. Jeśli nasze przekonania nie wyrosły na bazie racjonalnych argumentów, żadne racjonalne argumenty ich nie zmienią. 

Nauka to pewna rzecz w niepewnych czasach, nie tylko za sprawą swej skomplikowanej metodologii. Nauka wzbudza nasze zaufanie, m.in dla tego, że geolog nie czuje solidarności ze skałą bazaltową. Nie przekłada interesów czopów wulkanicznych nad pokrywami lawowymi. Genetyk nie straci sensu życia, jeśli mutację u grochu pojawi się w chromosomie 11 a nie 12. Jego prywatny system wartości nie posypie się w gruzy, tylko dlatego, że liście grochu stały się ciemniejsze. Klimatolog nie czuje zazdrości do swych danych, ani ich nie kocha, ani się na nie nie gniewa. To także dzięki temu nauka jest tak dokładna i precyzyjna. W nauce spełnienie warunku "4 sigma" oznacza zwykle pewność, iż nasz wynik nie jest jedynie przypadkową fluktuacją. Cztery sigma to 99,993% szans na to, że nie pobłądzimy. Trudno w to uwierzyć, ale są dziedziny wiedzy, gdzie warunek "4 sigma", uważa się za zbyt nonszalancki. Przed ogłoszeniem odkrycia nowej cząstki higgsopodobnej, fizycy w CERN czekali, aż wynik osiągnie warunek "5 sigma". Pięć sigma to 99.99994 procentowa pewność – lub mówiąc inaczej - możliwość nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, który wypaczy nasze wnioski, ma się jak 1 do 3 milionów! Redaktorki i redaktorzy prasy politycznej, widzicie to? Widzicie co znaczy mieć pewność? Przy tym "prawdziwą wiedzę" cechuje niebotyczna wręcz dokładność. Nikogo nie dziwią już pomiary z dokładnością do 13 miejsc po przecinku. Warto spojrzeć choćby na astrometrię. To, jak mały ruch  wykrywamy z jakiej wielkiej odległości, przyrównać można do zaplanowania przez ministra finansów budżetu Polski z dokładnością do 1 grosza, nieprzerwanie przez 100 lat z rzędu! Ile są przy tym warte zapewnienia Przekroju, Gazety Polskiej, czy Gazety Wyborczej, że właśnie te idee są lepsze od innych?