26 listopada 2012

Sceptycyzm wychodzi w praniu

Jeśli tak jak ja, notorycznie oblewasz się herbatą, nie narzekaj. Plamy po herbacie nie wiążą się już z wizytą nad brzegiem rzeki, a za środek piorący nie służy popiół zmieszany z moczem. Choć osiągnięcia chemii podrasowały prozę życia brudasów, panosząca się ignorancja utożsamia dziś słowo "chemia" ze słowem "trucizna". Kiedy polscy celebryci straszą nas ogonem jaki wyrośnie nam od jedzenia GMO, ich amerykańscy odpowiednicy, chwalą się nie myciem zębów i włosów - w końcu wiadomo, wszędzie "chemia". Chyba najbardziej niebezpiecznym trendem jest "cytryna zamiast mydła". Wyobraźmy sobie chirurga, który przed zabiegiem zamiast umyć ręce, skrapia je sokiem z cytryny. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że oblewanie sobie rąk wodą z cytryną skończy się po prostu jedzeniem brudnymi rękoma. Już chyba ten popiół z moczem jest lepszy.

Czym Polacy piorą swoje brudy? Hitem działu "utrzymanie czystości" na allegro są orzechy piorące. Orzechy piorące to łupiny rośliny spokrewnionej z liczi, niegdyś używane przez indyjską biedotę, której nie stać było na prawdziwe detergenty. Różnego rodzaju green-eco-bio strony przekonują nas, że orzechy to superaśna rzecz, niemniej postanowiłem zaczerpnąć opinii ludzi, którzy ich jednocześnie nie sprzedają. Znalazłem na ten temat trzy badania, jedno francuskie i dwa niemieckie. Francuskie pochodzi z miesięcznika 60 millions de consommateurs, w którym przebadano 16 proszków do prania (w tym orzechy piorące) i 19 płynów do naczyń. Wśród płynów ostatnie miejsce zajął oparty na soku z cytryny Ecover, zaś efektywność orzechów piorących oceniono na bardzo bliską lub wręcz identyczną, z praniem ubrań w samej wodzie. Drugi artykuł o skuteczności orzechów pochodzi z czasopisma konsumenckiego öko-test. Niemcy testowali orzechy na 10 różnych plamach, w 40, 60 i 95 °C. Większość plam była wciąż widoczna, czasami nawet bardzo. Nieco lepsze wyniki dało 95 °C, acz przemywając plamy jedynie wrzącą wodą, uzyskano prawie taki sam efekt. Mój ulubiony test przeprowadziło pismo Stiftung Warentest. Okazuje się, że Niemcy nie tylko uwielbiają testować proszki, ale mają już to orzechowe dziadostwo w płynnie! Zarówno łupiny jak i ekstrakt z łupin uznano za wysoce niezadowalające dla niemieckich Gastgeberinnen. Zwrócono uwagę na szarzenie białych rzeczy, szybsze niszczenie się pralki, a także na substancje odpowiedzialne za pienienie się orzechów - saponiny. Saponiny okazały się słabiej biodegradowalne niż syntetyczne detergenty! Znaczy się, że te cholerstwo nie tylko nie działa, to jeszcze szkodzi środowisku! Co ciekawe, niektórzy ludzie są zadowoleni z orzechów piorących. Co oznacza, że przy odpowiednim nastawieniu, można być zadowolonym z efektów prania czystą wodą.

Jeśli przy odrobinie sugestii usatysfakcjonuje nas ubranie wyprane w zwykłej wodzie, to znaczy, że jako środek piorący można sprzedać wszystko - i tak w istocie jest. Kula piorąca nie jest tak modna jak orzechy, co nie znaczy, że kilkunastu allegrowiczow właśnie nie nabywa tego ustrojstwa. Kula piorąca to po prostu zwykła plastikowa kulka, która umieszczona razem z naszymi brudnymi gaciami zastąpić ma proszek. W 1999 producent piorących kul, firma Trade-Net została zmuszona do zapłaty setek tysięcy dolarów odszkodowania, po tym jak firmę pozwali użytkownicy magicznych kul. Wydawało się, że to koniec kul piorących, tymczasem produkt ten pojawił się ostatnio na europejskich półkach. Rok temu zainterweniował hiszpański Instituto Nacional del Consumo, nakazując zaprzestania kłamliwych reklam na temat kul. Według hiszpańskiego centrum badań i kontroli jakości, kule piorące były równie skuteczne lub nawet mniej skuteczne  niż zwykła woda. Od dwóch miesięcy tego samego domagają się organizacje praw konsumentów w Portugalii. Morał z tego taki, że nasze prababcie wiedziały co robią, obijając brudne ubrania deskami (kijankami). W tym szaleństwie jest metoda, można wyprać ciuchy mieląc je w bębnie pralki w samej wodzie. Może nie będą śnieżnobiałe i pachnące, ale jak dowodzą miłośnicy pseudopiorącej szarlatanerii, niektórym to wystarczy. Nasze babki, które pewnie zabiłyby (a przynajmniej poturbowały inne babki) za garść proszku do prania, najpewniej pukałyby się w czoło widząc z jakim uporem wracamy do ich ludowych metod na czyste gatki.

15 listopada 2012

Promieniotwórczy potwór z umysłowych bagien

Ludzie! Widły i pochodnie w dłoń! Profesorki chcą szukać uranu! Mniej więcej takie przesłanie przyświeca akcji "Nie dla poszukiwań i wydobycia uranu w Sudetach!". W końcu to promieniowanie, wiadomo: grzyby atomowe, mutanci, konająca Skłodowska, te sprawy. Wszyscy pamiętamy tysiąc napromieniowanych ciał, leżących pod elektrownią w Fukushimie, a następnie samobójców idących na pewną śmierć, byle tylko powstrzymać awarię. Starsi mogą pamiętać radiofobię związaną z Czarnobylem. W ciągu niespełna 72 godzin, dawkę płynu lugola przyjęło w Polsce ponad 18 milionów osób, co jest niepobitym rekordem w historii światowej prewencji medycznej. Kiedy 1 maja zachęcano do wyjścia z domów, węszono ludobójczy spisek, krzyczano o "sowieckich kurwach, które mają za nic własne społeczeństwo". Dziennikarze uwielbiają straszyć nas rentgenami, grejami, remami, kiurami i radonami. Słysząc o 10 000 bekerelach człowiek ma ochotę nakryć się ołowianą płytą. Nie ważne co to jest - jeśli jest tego 10 tysięcy i powiązane jest z promieniowaniem - musi być niebezpieczne. W tym miejscu zakładam wersję optymistyczną, że komunikat zawierałby jakieś liczby i jednostki,  bo zwykle podaje się to w "duże", "bardzo duże" i "ponad wszelką normę". Dla nas, zwykłych szaraczków wystarczy znać jedną, najpopularniejszą jednostkę - siwerta.

W 1986 pisano o Czarnobylskich, 2 metrowych kurczakach
Siwert (Sv) to jednostka dawki promieniowania jonizującego. Jako, że jeden siwert to naprawdę sporo, częściej stosuje się milisiwerta (1 Sv = 1000 mSv). Ile tych cholernych mSv aplikuje sobie przeciętny Polak? W zwykłej, nie będącej wojną atomową sytuacji, na ilość mSv składa się suma kilku źródeł: 1) Promieniotwórczość terenu. Wszystko zależy od regionu. W Polsce średnio 0,29 mSv. 2) Radioaktywność powietrza, a dokładnie radonu, który jest jego składnikiem. Mapę tego promieniowania każdego dnia publikuje Polska Agencja Atomistyki. Należy liczyć 0,78 - 0,96 mSv rocznie. 3) Promieniowanie wprost z kosmosu. Jest prawie wszędzie takie same, na poziomie morza wynosi 0,30 mSv rocznie. 4) Jako, że promieniuje w zasadzie wszystko, jedzenie, woda, my sami, sumując te dodatki i wszystkie dotychczasowe punkty (znane jako "źródła tła naturalnego"), Polak wciąga około 2 mSv rocznie. To nie najgorzej. Przeciętny Hiszpan inkasuje z tych samych źródeł 5 mSv, a Fin około 7 mSv rocznie. Są oczywiście miejsca, gdzie poziom naturalnego promieniowania jest o wieeeeele większy. Rekord dzierży tu brazylijska plaża monacytów w Pedro Caetano, z wynikiem 785 mSv. Miastem stojącym najwyżej w tym rankingu jest irański Ramsar, gdzie za sprawą budownictwa opartego na okolicznej skale wapiennej osiągnięto wynik 260mSv. Żyjąc w Polsce nie uciekniemy przed 2 mSv, reszta jednak zależy od nas. Jedna mammografia to dodatkowe 0,4 mSv, tomografia komputerowa klatki piersiowej to 7 mSv, zaś palenie tytoniu oznacza dodatkowe 13 mSv. Pracownicy elektrowni atomowych narażeni są na dodatkowe 1,9 mSv rocznie. Za sprawą wybuchu reaktora numer 4, ponad 114 tys. ewakuowanych mieszkańców okolic Czarnobyla przyjęło średnio 31 mSv. No dobra, tyle liczb, ale jak przekłada się to na zdrowie?

Wiele dzisiejszych norm odnośnie promieniowania opiera się na tzw. hipotezie LNT (liniowo bezprogowej). Według jej założeń każda, choćby minimalna dawka promieniowania jest dla nas niebezpieczna. LNT jest hipotezą kontrowersyjną. Małe dawki promieniowania, jak 100 mSv, uważa się za nieszkodliwe. Problem pojawia się w przypadku dużych dawek przyjętych w krótkim odcinku czasu. W wyniku czarnobylskiej katastrofy na chorobę popromienną zachorowało 134 osób, które w przeciągu kilku godzin przyjęły od 800 do 16 000 mSv - z czego zmarło 28. W 2005 kilka międzynarodowych organizacji, w tym FAO, UNDP, WHO, UNEP i UNSCEAR, wydało wspólny raport, w którym całkowitą liczę ofiar katastrofy w Czarnobylu oszacowano na kilkadziesiąt. Rok później  swój własny raport sporządził  Greenpeace, w którym postawił szaloną teorię, według której przez Czarnobyl zmarło 200 000 ludzi! W przypadku awarii w elektrowni Fukushima Daiichi, nikt nigdy nie zapadł na chorobę popromienną, a tym bardziej nikt z tego powodu nie umarł. Pamiętajmy też, że przyjęcie 200 mSv w ciągu roku, nie jest tożsame z przyjęciem 200 mSv w ciągu roku, jeśli w tym drugim przypadku 99% dawki zaaplikowane zostało w przeciągu kilku minut. Znany jest przypadek Alberta Stevensa, w historii medycyny znanego jako pacjenta CAL-1. Do krwi Stevensona wstrzyknięto pluton, z którym żył przez następne 21 lat. Kiedy w wieku 79 lat umarł na serce, dawkę jaką przyjął oszacowano na 64 tysiące mSv!

Co w takim razie ze Skłodowską? Maria Curie umarła w sędziwym jak na tamte lata wieku 67 lat, zaś przyczyną  jej zgonu była anemia. Ludziom nie mieści się w głowie, że można nosić grudki radu w kieszeni i nie umrzeć na chorobę popromienną. Promieniotwórcza histeria karmi się obrazami Czarnobyla, wyludnionych wiosek i zdeformowanych płodów. Na stronie miasta Prypeć na bieżąco publikuje się poziom promieniowania w różnych miejscach zakazanej strefy. Punkty pomiarowe ustawiono m.in przy wjeździe do strefy w Dityatkach, przy wjeździe do Prypeci, oraz przy samym reaktorze w Czarnobylu. Okazuje się, że promieniowanie w strefie wykluczonej, jest średnio takie jak w... Szwecji. Trzy kilometry od reaktora promieniowanie jest mniejsze niż w Warszawie! Polacy panikujący w kolejkach po płyn lugola mieli rację, naukowcy się mylili. Według radiologa Zbigniewa Jaworowskirego, radiologa za sprawą którego wydano płyn, w rzeczywistości promieniowanie nie osiągnęło ułamka tego, przy którym należało wydać dawki jodu.  Przyczyną podania stabilnego jodu była płynąca ze wschodu dezinformacja. Wydaje się, że psychoza zimnej wojny zrobiła swoje dla radiofobii jako takiej. Swoje dołożyły ruchy wyrosłe na kanwie nuklearnej, post-apokaliptycznej zimy, w której zabójcze promieniowanie odgrywało kluczową rolę. Wszyscy wiemy, że promieniowanie to niewidzialny zabójca, rzadko jednak zadajemy sobie pytanie, dlaczego jest niewidzialne? Dlaczego przyroda nie wyposażyła nas w zmysł pozwalający wyczuć coś tak niebezpiecznego? Dlaczego miliardy lat ewolucji nie zaowocowały choć jednym organizmem wyczuwającym podwyższony poziom promieniowania gamma? Nie po raz pierwszy natura wie od nas lepiej, co jest naprawdę groźne.

9 listopada 2012

Piórem Michała Archanioła

Kiedy Polska pojawia się w programie Billa Mahera, zwykle nie wróży to nic dobrego. Tym razem zasłynęliśmy wydając - w tym miejscu poproszę błyskawicę i dźwięk organów - "Egzorcystę". Miesięcznik "Egzorcysta", nie jest pismem branżowym polskich egzorcystów, jak myślał Maher, ale czasopismem adresowanym do wiernych. Wydawcy "Egzorcysty" postanowili pójść w ślady youtube personality Piotra Natanka i wpisać się w modny trend postrzegania czarownic i demonów jako realnych bytów. No cóż, doczekaliśmy czasów, w których debata czterech niegłupich i dorosłych ludzi o diabelskich cyrografach nikogo już nie dziwi. W dyskusji pojawia się historia o tym jak diabeł przekupywał chłopów skrzypcami  Po recitalu takiego zaprzedanego grajka, równo o 12 w nocy jego skrzypce zamieniały się w odrąbaną końską nogę. Można by się z tego śmiać, gdyby nie reakcja pozostałych panów potakujących ze zrozumieniem, "no tak, tak było". Tydzień temu mainstreamowe media informowała nas, o tym jak halloweenowe zabawy mogą zagnieździć w nas złego ducha. Zgodnie z zasadą pluralizmu, reportaże okraszano wypowiedziami mniej radykalnych księży lub naukowców pokroju dr Jana Suligi, nauczyciela kabały i tarota. Jaki z tego wniosek? A no taki, że po raz pierwszy od 200 lat żadne wiodące medium, nie ma odwagi powiedzieć wprost, że wiara w czary jest czymś niedorzecznym.

Okładka "Egzorcysty" według projektu Mahera
Jakoś udało mi się zdobyć dwa pierwsze numery "Egzorcysty", zaś trzeci, listopadowy przeczytałem w Empiku. Wzrok pracujących tam ludzi, kiedy pytam ich o tą gazetę, bezcenny. Nie jest to pismo ani dla takiego sceptycznego poganina jak ja, ani nawet dla światłego katolika. Gros każdego numeru stanowią różnego rodzaju anegdoty i historyjki, zwykle nie umieszczone  w czasie i w przestrzeni. Nie wiem czy takie było zamierzenie, ale "Egzorcysta" przypomina niektóre z pism ezoterycznych, w szczególności wydawaną od niedawna Adremidę. Adremida, poza różnymi psychologizmami, wypełniona jest historyjkami o duszach, aniołach i życiu po śmierci, bardzo podobnymi do opowiadań z "Egzorcysty". Wydaje się, że o zawartości "Egzorcysty" decydują dwie postaci: ks. Andrzej Grefkowicz i ks. Aleksander Posacki. Grefkowicz sprawia wrażenie osoby prostodusznej. W najnowszym numerze jest jego artykuł o... świecy, która paląc się, zalała świecznik. Dosłownie, trzy stronicowy artykuł o świeczniku ubrudzonym woskiem. Bardziej niepokoi mnie Posacki, który od lat żywi pretensje do współczesnej nauki, że ta odrzuciła związek zła z chorobą. Póki co lekarze nie upatrują przyczyny chorób w klątwach i urokach, jeśli jednak ten regres rozumu pójdzie jeszcze dalej, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat może być z tym różnie.

Są historie, o których czytelnicy "Egzorcysty" nigdy nie usłyszą: 1995, Oakland, 25-letnia Koreanka Kyung-Ha umiera na skutek obrażeń w czasie egzorcyzmów; 1996, Kalifornia, 53-letnia metodystka zostaje pobita ze skutkiem śmiertelnym podczas wypędzania demona z jej ciała; 1997. Nowy Jork, 5-latka umiera po wypiciu mieszanki amoniaku i octu, mikstury, która miała otruć siedzącego w niej złego ducha; 1998, Sayville, siedemnastoletnia Miranda Charity zostaje uduszona plastikową torbą przez rodzinę, chcącą przepędzić z niej demona; 2003, ośmioletni Terrance Cottrel chorujący na autyzm zostaje uduszony w trakcie nabożeństwa,  kiedy zebrani próbowali uwolnić go od demona; 2004, Atlanta, 8-letnia Quimani Carey zostaje znaleziona martwa i pokryta cytatami z Biblii, do morderstwa przyznają się rodzice, chcący wypędzić z niej demona. To tylko kilka przykładów i to z jednego kraju. Najbardziej wstrząsającym przypadkiem ostatnich lat w Europie było ukrzyżowanie rumuńskiej zakonnicy Iriny Cornici przez popa Daniela Corogeana - nim szatan zdążył opuścić ciało kobiety, ta zmarła z wycieńczenia. Najsłynniejszym tego typu przypadkiem wciąż pozostaje Anneliese Michel. Dwóch egzorcyzmujących ją księży, Ernst Alt i Arnold Renz zostali uznani winnymi nieumyślnego spowodowania śmierci. Przypadki te dowodzą, że mroczna historia dawnych wieków niczego nas nie nauczyła. Głoszenie poglądów, że choroby umysłowe wywołują demony, nie może mieć miejsca w XXI wieku. Nie interesuje mnie jakie nowinki wnosi nowy Rytuał Rzymski odnośnie egzorcyzmów, jeśli wciąż dopuszcza walkę z wyimaginowanymi bytami zamieszkującymi ludzkie ciało. Nowa instrukcja egzorcyzmów co prawda zaleca konsultacje psychiatryczne, ale tylko z lekarzami "otwartymi na sprawy życia wewnętrznego" (czyt. wierzącymi, iż w ludziach przesiaduje diabeł). O ciarki myślącego człowieka przyprawia punkt 14 tego, ponoć światłego, dokumentu: "diabeł, pragnąc odciągnąć od zamiaru poddania się egzorcyzmowi, dzięki podstępnym sztuczkom może udawać chorobę czysto naturalną, podlega kompetencji lekarzy". Ciekawe kiedy w Polsce "wypędzano" bardziej prozaiczne choroby, teraz czy w średniowieczu?

6 listopada 2012

Prawie darmowa energia

Czasami zastanawiam się co siedzi w głowach użytkowników allegro, kupujących za 30 złotych "urządzenia do wytwarzania dowolnej ilości energii". Jakim trzeba być.. przedsiębiorczym człowiekiem, zważywszy, że darmowa energia ma zwykle wysoką cenę. Krzyk mody tego gatunku - "reaktor otwartej plazmy" - kosztuje 900 dolarów. Jego twórcą jest irański inżynier Mehran Keshe, który na bazie swoich odkryć obiecuje podróże międzyplanetarne na pstryknięcie palca. Fundacja Keshe jest w Polsce przerażająco popularna. Po polskim internecie pałęta się wiele materiałów i choć przywykłem do recenzji szalonych teorii, to tego nie jestem w stanie nawet powtórzyć. Cała koncepcja opiera się na "replikacji grawitacji", "polach elektro-magneto-grawitacyjnych" oraz "pakietach sferyczno-dynamicznych". Z całej tej teorii zrozumiałem słowo neutron, ale to też do czasu - według Mehrana Keshe neutron składa się z materii, ciemnej materii i antymaterii. Najlepsze jest to, że ten stek technobabble jest ponoć empirycznie weryfikowalny. Na filmie promującym Keshe Foundation tych bzdur dowodzić ma plastikowa butelka z podłączonym woltomierzem. Tak więc fizycy całego świata pakujcie swoje manatki - plastikowa butelka wygryzła was z interesu.

Po lewej Mehran Tavakoli Keshe, po prawej znany z filmu Borat, Kazachstański Popular Music Superstar Corkey Buchek.

Skąd biorą się takie indywidua? To znaczy wiemy skąd, z Iranu. Skąd jednak ta niesłabnąca pewność, że przyrodę da się oszukać przy pomocy gumki i magnesu?  Tysiące niedających się zrealizować pomysłów i setki niedziałających patentów nie zraża majsterkowiczów do łamania zasady zachowania energii na tyłach swego garażu. Pierwsze prawo termodynamiki ma od 1916 solidny dupochron, znany w matematyce jako twierdzenie Emmy Noether lub zasadę zachowania z symetrią ciągłą. Nawet jak na świat piekielnie mocnych praw przyrody, jest to sytuacja niezwykła  W fizyce klasycznej takim matematycznym dowodzeniem pochwalić się może jedynie zasada zachowania pędu, momentu pędu i właśnie zasada zachowania energii. Stąd też raczej unika się określeń perpetuum mobile w zamian oferując osobliwe jej źródła, jak zimna fuzja i energia punktu zerowego. Ta ostatnia związana jest z nazwiskiem zagorzałego scjentologa Harolda Puthoffa. Puthoff, poza swoimi badaniami na temat energii próżni, znany jest z zamiłowania do telekinezy i prekognicji. W 1976 wydawał pozytywną opinię co do paranormalnych zdolności izraelskiego iluzjonisty Uri Gellera, zaś w marcu 1987 roku zasłynął referatem "Sto lat postrzegania pozazmysłowego". Chwalił się w nim umiejętnością sporządzania map powierzchni planet jeszcze niewidocznych dla teleskopów. O ile samo istnienie energii punktu zerowego nie budzi zastrzeżeń fizyków, to już efektywne wykorzystanie tej energii sytuowane jest w obszarze fikcji. Gdyby nawet jakoś udało się dobrać do tej energii, jej ilość nie zachwyca. Dla całego wszechświata jest spora, jednak według wyliczeń noblisty i znanego popularyzatora nauki Stevena Weinberga: z przestrzeni o objętości Ziemi otrzymalibyśmy energię odpowiadającą niecałym 4 litrom benzyny.

Zarówno Harolda Puthoff jak i Mehran Keshe przywołują Nikola Teslę, ojca ruchu free energy. Tesla był bezsprzecznie geniuszem, nie mniej nie trudno dowieść tezy, że w pewnym momencie po prostu zwariował. W 1931 Tesla twierdził, że wysyła sygnały na Marsa skąd dostaje na nie odpowiedzi. Mehran Keshe twierdzi, że pod jego drzwiami ustawiła się już kolejka ambasadorów (od Kanady po Unię Europejską), błagających go o jego technologię. Dodam, że przekonanie, iż światowi przywódcy zaraz skontaktują się z nami, aby zapytać nas o zdanie, zwykle znamionuje chorobę psychiczną. Oczywiście nikt nie widział choćby roweru napędzanego reaktorem Keshe - mimo to, za grube dolary można składać na nie zamówienia. Cała technologia miała zostać zaprezentowana kilka miesięcy temu, dokładnie na moje urodziny, coś jednak nie wypaliło. Event przełożono na 20 któregoś września ale wciąż nic. Obecnie mówi się o grudniu. Ja wiem nawet, co będzie w styczniu i dalej. Reaktory otwartej plazmy nie pojawią się w naszych domach, nie dlatego, że to waląca po oczach humbuk, ale dlatego, że zadziała spisek. Już się pogubiłem, kto jest w tym spisku. Czy minister skarbu, który w ramach promocji gazu łupkowego pije płyn do szczelinowania, czy zieloni ze swoimi wiatrakami, czy orędownicy energii jądrowej? Zważywszy, że Keshe jest Irańczyk, tym razem polecam posłużyć się "Big Oil" - arabskim szwadronem śmierci, wysyłanym na twórcę darmowej energii przez koncerny naftowe.