27 października 2012

Aborcyjne argumentacje vs nauka

Najchętniej oglądalne debaty dotyczą problemów nieobsługiwanych przez naukę, na które nie udziela ona jednoznacznych odpowiedzi. Brylują zatem dyskusje o legalizacji marihuany, eutanazji i karze śmierci, a na czele tego peletonu figuruje dziś aborcja. Nasz stosunek do przerywania ciąży zależy od nazewnictwa zygoty. To, czy zygota jest dzieckiem nie jest oczywiście problemem naukowym. Odrobinę, ale tylko odrobinę lepiej jest z definiowaniem tego, czy w 21 dniu, można mówić o bijącym sercu. Pełnię swoich skrzydeł nauka rozpościera dopiero w jednej z odnóg tej debaty  - relacji pomiędzy aborcją a zdrowiem.

Czy istnieje syndrom poaborcyjny? Termin post-abortion syndrome (PAS) został wprowadzony przez Vincenta Rue, reprezentującego organizację pro-life w czasie przesłuchania w amerykańskiej podkomisji senatu w 1981. PAS obejmuje szeroki wachlarz niepożądanych reakcji emocjonalnych, występujących po usunięciu ciąży. Istnieją badania, które wskazują pozytywną korelację pomiędzy dokonywaniem aborcji a zwiększonym odsetkiem samobójstw. Trudno jednak dowieść, aby sam zabieg aborcji miał jakiś decydujący wpływ na ten wyniki, tym bardziej, że jeszcze lepiej niż z samobójstwami, aborcja skorelowana jest ze zwiększoną zapadalnością na AIDS i chorobami układu sercowo-naczyniowego. W 1990 Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne przeprowadziło analizę wszystkich badań jakie ukazały się na ten temat w języku angielskim do 1989 roku. W oświadczeniu czytamy: legalna aborcja niechcianej ciąży i przeprowadzona w pierwszym trymestrze nie stwarza zagrożenia dla zdrowia psychicznego większości kobiet. Kilka lat temu APA znów dokonało podobnej analizy, tym razem biorąc pod uwagę badania z lat 1989-2008, z takim samym rezultatem. Niecały rok temu oświadczenie, iż aborcja nie wiąże się z zagrożeniem dla zdrowia psychicznego kobiet wydało Królewskie Towarzystwo Psychiatryczne. Syndrom postaborcyjny nie znalazł  powszechnej akceptacji poza wspólnotami pro-life i nie widnieje w obowiązującej klasyfikacji zaburzeń psychicznych. Obecnie uważa się, iż dalsze badania porównawcze powinny konfrontować stan psychiczny kobiet, które poddały się aborcji ze stanem psychicznym kobiet, których ciąża była ciążą nieplanowaną. 

Czy aborcja może przyczynić się do przyszłych poronień? Zarówno środowiska pro-choice jak i pro-life dysponują wygodnymi dla siebie badaniami, które w sposób klarowny podtrzymują ich tezy. Największe i chyba najbardziej wiarygodne badania na ten temat zostały opublikowane dwa miesiące temu w piśmie Human Reproduction. Wykonano je na próbie 300 858 fińskich matek, z czego 31 083 (10,3%) dokonało jednej, 4417 (1,5%) miało za sobą dwie, a 942 (0,3%) trzy lub więcej aborcji nim urodziło swoje pierwsze dziecko. Te kobiety, którzy poddały się trzem lub więcej aborcjom miały niewielki, ale istotny statystycznie wzrost ryzyka urodzenia dziecka z niską (2500g) i bardzo niską (poniżej 1500g) masą ciała. W grupie tej częściej notowano też wcześniaki. Wśród kobiet, które nigdy nie poddały się aborcji skrajne wcześniactwo (urodzenie się przed 26 tygodniem ciąży) zdarzało się w 3 przypadkach na 1000 urodzeń; wśród kobiet, które poddały się jednej aborcji w 4; wśród kobiet, które dokonały 2 aborcji w 6 przypadkach; zaś wśród kobiet, które usunęły ciążę 3 i więcej razy - w 11 przypadkach na 1000 mieliśmy do czynienia ze skrajnym wcześniactwem. Autorzy nie podjęli się wnioskowania czy aborcje mogą spowodować większą śmiertelność niemowląt. Mimo tak wielkiej próby, śmierć okołoporodowa zdarza się w Finlandii bardzo rzadko - 1498 przypadków w przeciągu 12 lat (1996-2008). Ostrożnie można jednak domniemywać, że istnieje bardzo niewielki wzrost śmiertelności u kobiet wielokrotnie usuwających ciążę. Zauważono też, że kobiety, które poddawały się aborcji były częściej samotne, więcej paliły i znajdowały się niżej w hierarchii ekonomicznej, co mogło mieć znaczenia dla wyniku badania.

Czy aborcja stanowi zagrożenia dla zdrowia kobiety? Według WHO na świecie umiera rocznie około 67 tys. kobiet (z czego 97% w Afryce i Azji), w wyniku aborcji przeprowadzanych w środowisku nie spełniającym standardów medycznych i wykonywanych przez osoby nie posiadające do tego jakichkolwiek kwalifikacji. Szacuje się, że w całej Europie, w wyniku nielegalnie przeprowadzanych aborcji, umiera około 50 kobiet rocznie. Z opublikowanych w tym roku badań wynika, że śmierć pacjentki podczas nadzorowanego zabiegu aborcji w USA zdarza się raz na 160 tysięcy przypadków. Nowym i modnym postulatem jest zwiększona zapadalność na raka piersi wśród kobiet, które usunęły ciąże. Optuje za tym kilka dość egzotycznych stowarzyszeń medycznych, takich jak Catholic Medical Association czy American Association of Pro-Life Obstetricians and Gynecologists. Największe i najbardziej prestiżowe gremia medyczne jak WHO czy American Cancer Society otwarcie zaprzeczają tezie, jakoby aborcja przyczyniała się do zwiększonej zapadalności na nowotwór piersi. Kiedy spór przeniósł się na płaszczyznę polityczną, National Cancer Institute powołał ponad 100 ekspertów, aby przeanalizowali zgromadzone na ten temat dane. W konkluzji tych prac czytamy, że choć niektóre badania znalazły pozytywną korelację między rakiem piersi a aborcją, najbardziej rygorystyczne z badań jakie przeprowadzono, pokazuje, że aborcja nie wiąże się ze wzrostem ryzyka raka piersi, a badania, które wskazywały na tą zależność zawierały błędy natury statystycznej.

16 października 2012

Ile logii w ufologii?

Od kiedy tylko latające spodki patrolują nasze niebo, tropiciele kosmitów nie mogą wybaczyć naukowcom, że ci nie zajmują się tym tematem. Tymczasem od zarania tego zjawiska nauka żywo interesowała się UFO. 40 lat temu na pytanie "czy tematyka UFO warta jest naukowych dociekań" 53% członków Amerykańskiego Instytutu Aeronautyki i Astronautyki odpowiedziało tak, 27% pozostało niezdecydowanych, zaś tylko 20% powiedziało nie. Największym osiągnięciem naukowym w dziedzinie UFO pozostaje, liczący sobie ponad tysiąc stron, Scientific Study of Unidentified Flying Objects, opublikowany w roku 1968. Sporządzony na zlecenie Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych przez Uniwersytet Kolorado, do dziś uważany jest za najbardziej wpływowy dokument dotyczący naukowego statusu UFO oraz główną przyczynę nie przebicia się zjawiska UFO pod szerokie skrzydło tzw. problemów naukowych. Wnioski raportu były dla ufologii druzgocące - brak jakichkolwiek dowodów na pozaziemską genezę zjawiska oraz brak przesłanek do dalszych badań. Szczególnie to drugie zabolało ufologów, którzy nigdy nie zaakceptowali raportu. Lucjan Znicz w swojej książce "UFO - próba oceny", w obiecująco brzmiącym rozdziale "Czy UFO można badać według standardów nauki?", tak pisze na temat osób sporządzających raport: "zespół nie był ani zbyt uczony, ani doświadczony. W skład 36-osobowego komitetu weszło 14 naukowców z tytułem doktora filozofii". W rzeczywistości Edward Condon był jednym z najsłynniejszych fizyków swoich czasów, zaś doniesienia o UFO analizowało: 21 przedstawicieli nauk fizycznych (głównie astrofizyka, meteorologia i  aeronautyka), 8 psychologów, 4 dziennikarzy, 2 literaturoznawców i 1 biolog. Gdzie tych 15 filozofów?

Nigdy przedtem, ani nigdy potem nauka nie była już tak blisko UFO. Obecnie na obraz tego, co nazywamy ufologią, składają się dwa nurty: new age ufology oraz science fiction ufology. Odłam spod znaku new age bardziej niż dowody materialne, ceni sobie osobiste objawienia. Gwiazdami tego nurtu są tzw. kontaktowcy - telepatycznie komunikujący się z kosmitami, a następnie przekazujący zebranym różne kosmiczne mądrości. Obecnie jest to chyba dominujący typ polskiej ufologii, do którego zaliczyć można Roberta Bernatowicza i Fundację Nautilus oraz Janusza Zagórskiego i jego telewizję niezależną. Z takim zapatrywaniem nie ma mowy o jakiejkolwiek nauce. Co innego stara szkoła ufologii - science fiction ufology. Nazwa jest nieprzypadkowa. Prekursorami nurtu byli pisarze science-fiction, w Polsce był nim Andrzej Trepka. Tego typu badacze marzą, aby sytuować ich gdzieś blisko egzobiologii, tymczasem najbliżej im (i to w najlepszym razie) do folklorystyki. Ludzie ci łażą po górach, robią zdjęcia, kręcą filmy, czasami pukają do domniemanych świadków UFO, aby posłuchać ich historii. Na łamach tego nurtu narodziła się kategoria "wiarygodnego świadka". Wiarygodny świadek to ten, który powie nam to, co chcemy usłyszeć. Wiarygodnym świadkiem jest więc małe dziecko - "no bo jakby dziecko mogło kłamać", staruszek - "no staruszek by nie kłamał, bo po co". Wiarygodnym świadkiem jest prosty chłop - "bo jest prosty i przecież by tego nie wymyślił", ale równie wiarygodny jest człowiek wykształcony - "wiadomo, inteligentny, szanowany człowiek, taki by nie wymyślał". W ufologii łatwowierność jest cnotą.

Nauka ma w zwyczaju podchodzić do śmiałych tez z wielką ostrożnością. W ufologii sprawa ma się odwrotnie - najpopularniejszymi są zwykle te najbardziej sensacyjne pomysły. Aby ktoś nie zarzucił mi, iż bezpodstawnie nazywam ufologię pseudonauką, posłużę się cechami pseudonauki według The psychology of science and the origins of the scientific mind Gregory Feista. 1) kryterium postępu - co osiągnęli ufolodzy w ciągu 70 lat swych badań? Czy mają choćby jeden drucik, z ponoć 70 katastrof UFO jakie ich zdaniem miały miejsce? Czy mają włosek, choćby jedną komórkę z przybyszów, którzy nas odwiedzają? Czy mają cokolwiek poza zamazanymi zdjęciami świateł? 2) Lekceważenie empirycznych faktów, na rzecz wyjaśnień sprzecznych z ugruntowaną, naukową wiedzą. W ufologii nikt nie zastanawia się nad tym, z jakim ciśnieniem miałby do czynienia człowiek, nad którym zawisłby wielki, metalowy spodek. Zawisł = wywarł nacisk na będące pod nim powietrze, oraz wszystko to, co znajduje się pomiędzy statkiem a powierzchnią Ziemi. Tak proste rozważania nie łapią się do literatury ufologicznej, natomiast na antygrawitacji, prędkości nadświetlnej i światach równoległych znają się w tym środowisku wszyscy. 3) Brak krytycyzmu do co do własnych założeń oraz niechęć do weryfikacji stawianych hipotez. Twierdzenia stają się odporne na jakakolwiek weryfikację. W przypadku metody naukowej dysponujemy sprawdzalnymi hipotezami, osadzonymi w określonych warunkach. Jakiekolwiek eksperymenty są ścisłe kontrolowane, przez co testowanie hipotez odbywa się w sposób przejrzysty i możliwy do zreplikowania. Ufolodzy nie zaprzątają sobie głowy weryfikowalnością swoich hipotez, zaś same hipotezy sytuują się gdzieś pomiędzy "ufo to istoty z przyszłości" a "ufo to istoty z innych wymiarów". Ostatnim, ale i najważniejszym zarzutem jest 4) nie stosowanie się do zasad logiki. Rozumowanie powinno być jasne, pozbawione błędów i sprzeczności. Wnioski należy wyciągać  na podstawie zgromadzonych danych. W logice ufologicznej z niewyraźnych przesłanek wyciąga się szalenie wręcz odważne wnioski, zaś wysnuwane "teorie" nie trzymają się kupy. Zaawansowani obcy zachowują się w relacjach z ludźmi jak dzieci, cywilizacja, która zainwestowała niewyobrażalną wręcz energię, aby dotrzeć sna Ziemię, trudni się głównie straszeniem krów na pastwiskach. Jeśli skądś nie ma dowodów - działać tam musi spisek. Jako, że nikt nie posiada takich dowodów, świat staje się jednym wielkim spiskiem, w który zaangażowani są politycy, media, naukowcy, Kościół, wojsko... Carl Sagan powiedział kiedyś, że jeśli chodzi o UFO, solidne przypadki są nieciekawe, a ciekawe przypadki są niewiarygodne. Niestety nie istnieją przypadki, które są zarówno wiarygodne i interesujące.

10 października 2012

Dyplom kontra nauka

Dziś w programie Dzień Dobry TVN przy stałych gościach tego programu, czyli Krzysiu Jackowskim i wróżce Aidzie, pojawiła się w końcu zła sceptyczna energia. Za źródło sceptycznego promieniowania robili Tomasz Garstka i Konrad Maj. Wywiady, które do tej pory Dorota Wellman przeprowadzała z Jackowskim, cechowały się rodzinną atmosferą na wzór relacji mistrz mówi - uczeń przytakuje. Tak na marginesie, pól godziny po starciu psychologów z wróżbitą, pani Dorota zapytała najwyraźniej zaskoczoną i zażenowaną pytaniem lekarkę weterynarii: "Pani doktor jak to jest, że kiedy tylko mnie coś boli, to przychodzi do mnie kot, znajduje to miejsce, siada i ból ustępuje?". Wracając jednak do dyskusji z polską kastą czarodziejów. Na dzień dobry Konrad Maj odpalił stary dobry numer, "niech pan powie, co mam w kieszeni, a oddam swój dyplom". Patrząc na przebieg debaty modliłem się, aby wybranym przez pana Konrada przedmiotem był paralizator, bo Krzysiu  szalał, rzucał kartkami  dziesięć razy wstawał i podchodził do sceptyków. Tyle lat chodzi już z tymi kserami po telewizjach, że w końcu będzie je musiał wymienić - po dzisiejszych rzutach chyba się lekko zeszmaciły. Ze spotkania wyszedł oczywiście jeden wielki harmider. Dorota Wellman dostała nauczkę, aby nie zapraszać mącących sceptyków.

Panie Krzysztofie, jakby ktoś kiedyś zarzucił panu 
agresje, proszę mu rzucić kserem tego dyplomu 
w twarz, jako dowód, że tak nie jest!
Pan Krzysztof specjalnie nie zaskoczył. Walił swoim ulubionym cepem, czyli pochwałami jakie zbiera za swoją działalność. Jackowski przypomina mi w tym postać prostego drwala  z noweli Sienkiewicza "Szkice węglem". Zapisana kartka papieru to dla niego rzecz święta. Jak coś może być nieprawdziwe, jeśli jest na tym pieczątka? W roku 2009 Krzysztof Jackowski starał się nawet o nagrodę JREF. Oczekiwał, iż Randi wyda mu milion dolarów na podstawie dyplomów jakie uzbierał po komendach. Tak, jakby opinia jakiegoś sierżanta z Pyrzyc Dolnych była czymś obligatoryjnym dla całego świata nauki. Na stronie Krzysztofa, w zakładce "niezbite dowody jasnowidzenia", poza listami od pani Zosi są i owe "dokumenty policyjne". Są to dokładnie: 1 okładka pracy magisterskiej o Jackowskim, 19 podziękowań policji za pomoc w rozwiązaniu sprawy, 3 podziękowania od burmistrzów, 14 wezwań obywatela Krzysztofa Jackowskiego w charakterze świadka, 1 dyplom od ezoterycznego czasopisma oraz 1 zaproszenie na konferencję w Łodzi. Zastanawiam się nad akcją "wyślij dyplom dla Krzyśka". Dla nas to drobnostka, a chłopak naprawdę się ucieszy!

Dlaczego dyplomy, którymi tak podnieca się Jackowski, są jednocześnie tak bezwartościowe? Czy za dowody mojej prekognicji mogłyby robić ksera kuponów totolotka, w których trafiłem trójkę? Ocenianie  tak zwanych psychic detectives, poprzez rozpatrywanie spraw, które sami sobie wybiorą niczemu nie służy. Przez 20 lat Jackowski opowiada o ciałach lezących w pobliżu lasu, wody i drogi. Gdyby nigdy nie trafił, to by dopiero było coś nadnaturalnego. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest tu kontrolowany test wyboru, o którym mówił Tomasz Garstka. Inaczej będzie tak jak na załączonym filmiku: Jackowski przewiduje, że na zdjęciu będzie zakonnica, jest wiszący w powietrzy garnek, ale jego zdaniem i tak udzielił trafnej odpowiedzi. Stąd też tak ryzykowną jest zgadywanka "co mam w kieszeni". Co by było gdyby Jackowski odpowiedział, iż widzi jakąś często używaną rzecz, która może robić za coś innego, ble ble ble, wszystko okraszone jego ulubionymi frazami "coś jakby", "coś podobnego do", " coś kojarzącego się z". Nagle okazałoby się, iż Jackowski coś tam trafił, pół Polski to ogląda i mówi łał. Jaką mamy pewność, czy ludzie wystawiający mu dyplomy, nie byli przypadkiem takim naiwniakami? W przypadku nieprzeciętnych, reinterpretacyjnych zdolności Jackowskiego zastanawiam się, czy nawet prosty test z monetą dałby wymierny wynik. "Wypadł orzeł, powiedziałem, że będzie reszka, ale w ostatniej chwili pomyślałem o orle"; "wypadła reszka, mówiłem że orzeł, ale zmieniłem z reszki, czyli jednak miałem trochę racji"; "wypadła reszka, ale zobaczcie na cień tej monety, czy nie przypomina orła?"

8 października 2012

Wojna niedźwiedzi z yeti pod flagą biało-czerwoną

Yeti (གཡའ་དྲེད) tłumaczyć można na kilka sposobów. Najpopularniejsze to "niedźwiedź skalistych miejsc", po prostu "niedźwiedź" lub rzadziej "człowiek-niedźwiedź". Tym, który wprowadził yeti na salony, był brytyjski biolog Brian Hodgso. Pierwszym Europejczykiem, który zetknął się ze śladami yeti był kolejny Brytyjczyk, Laurence Waddell.  Po przyjrzeniu się śladom stwierdził wówczas, iż "tak zwany dziki owłosiony mężczyzna to najwyraźniej wielki śnieży niedźwiedź". Pierwszą profesjonalną ekipą poszukująca yeti była ekspedycja niemiecka, przeczesująca himalajskie jaskinie w latach 30. Z wielu zadań jakie postawili sobie wówczas naziści, za tropienie yeti odpowiadał myśliwy i zoolog Ernst Schafer. Kiedy Schafera podprowadzano do jaskiń, w których żył yeti, zawsze kończyło się to zastrzeleniem przebywających w nich niedźwiedzi. Dzięki swym polowaniom na yeti, Schafer stał się przed wojną największym na świecie ekspertem od himalajskich niedźwiedzi brunatnych. Powojenne wyprawy zaowocowały, m.in skalpami yeti przywiezionymi przez Edmunda Hillarego - które okazały się skórą zwierzaka z rodzaju Capricornis oraz futrem niedźwiedzia brunatnego. Palec yeti przechowywany w klasztorze buddyjskim Pangboche, okazał się zasuszonym palcem najpewniej jednego z mnichów, zaś rzekomo zmumifikowaną łapę - zidentyfikowano jako łapę leoparda. Chyba największy himalaista wszechczasów, Reinhold Messner, po 12 latach badań, w swojej książce "Yeti: legenda i rzeczywistość", doszedł do wniosku, że Yeti to  po prostu niedźwiedź brunatny. Także Chiny przeprowadziły kilka dużych śledztw na temat legendarnego stworzenia. W Mount Everest and the savage yeti Daniel Loxton twierdzi, że tylko w 1977 roku Chińska Akademia Nauk asygnowała do tych badań ponad stu naukowców z całego kraju. W 1998 szef biura ochrony przyrody w Tybecie Liu Wulin oświadczył, iż zebrane dotychczas próbki mające domniemany związek z  yeti,  należały do himalajskiego niedźwiedzia brunatnego. Jakiś pomysł, czym może być yeti?

W kulturze popularnej yeti posiada białe futro, mimo iż ludność lokalna opisuje go jako czarną postać, często z białym futrem dookoła szyi. Tak się składa, że owe białe pasmo futra jest charakterystyczną cechą niedźwiedzia himalajskiego. Zatem niedźwiedzie żyją na tym samym obszarze co yeti, zachowują się jak yeti, wyglądają jak yeti, zaś lokalna ludność wielokrotnie wskazywała niedźwiedzia jako yeti. Sprawa wydaje się rozwiązana, ale z niewiadomych powodów nie jest. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jak dotąd ani władze Nepalu, ani Bhutanu nie przyznały, że yeti to zwykły niedźwiedź, bo dla nich yeti to jeszcze zwyklejszy biznes. W 1957 rząd Nepalu zakazał polowań i fotografowania yeti bez uzyskania specjalnego pozwolenia. W 2003 roku kosztowało ono 4 tys. dolarów, ściągnę od każdej ekipy przybywającej do Nepalu z takim zamiarem. W Katmandu goście mogą zatrzymać się w luksusowym yeti-hotelu. Istnieją nawet yeti-linie lotnicze.

Z historią yeti wiąże się kilka polskich wątków. Według Sławomira Rawicza, para yeti miała przestąpić mu drogę u podnóży Himalajów zimą roku 1940. Stwory nie chciały zejść z drogi, blokując ją na wiele godzin. Niestety słynna na cały świat wielka ucieczka Rawicza z syberyjskiego gułagu, poprzez Chiny, Indie i Iran, okazała się wielką literacką mistyfikacją, a historia o upartych yeti stanowi w niej wisienkę na torcie. Wśród yetifanów znana jest polska wyprawa na Lhotse z jesieni 1974. Jej uczestnik Bogdan Jankowski na drodze do Kotła Zachodniego Everestu sfotografował dziwne ślady, w których niektórzy widzą spacerującą yeti-mamę ze swoim yeti-dzieciątkiem. Nikt nie przebije jednak postaci Stanisława Szukalskiego, polskiego malarza i rzeźbiarza, znanego głównie w Stanach Zjednoczonych. Szukalski zasłynął jako twórca "nauki" zwanej zermatyzmem. Wyłożył ją w 50 tomach opatrzonych 22 tysiącami ilustracji, co zajęło mu 47 lat pracy! Szukalski dowodzi w nich, iż cała cywilizacja i wszystkie języki na Ziemi są pochodzenia polskiego (podobną tezę już w XVII wysunął ksiądz Wojciech Dębołecki). Pierwotnie wszyscy mieszkaliśmy na Wyspach Wielkanocnych, skąd rozprzestrzeniliśmy się po świecie - niestety na drodze stanęły nam... yeti. Potomstwem, które zrodziło się z tych międzygatunkowych figli, byli tzw. "Yetinsynowie". Kim są yetinsynowie obrazuje artykuł Szukalskiego. Już w pierwszym akapicie Szukalski określa się siebie samego jako geniusza, następnie wyszukując potomków yeti wśród nielubianych przez siebie, XX wiecznych polityków, filozofów i pisarzy. Domniemywa, iż niektórzy z nich mogli chować pod ubraniem ogon. A myślałem, że po tylu latach na blogu nic mnie już nie zaskoczy...

3 października 2012

Prawdziwa tradycyjna medycyna chińska

Jeszcze kilkanaście lat temu głównym promotorem chińskiej myśli medycznej w Polsce był nauczyciel Pana Kleksa, doktor Paj-Chi-Wo. Obecnie chińskie medykamenty sprzedawane są w przebraniu poważnych preparatów, w otoczce tajemniczej i egzotycznej wiedzy. Na stronie Polskiego Towarzystwa Tradycyjnej Medycyny Chińskiej czytamy, iż owa medycyna "liczy sobie co najmniej 3 tysiące lat nieprzerwanej tradycji, nie musi więc udowadniać swoich praw do leczenia". Mam przykrą wiadomość dla fanów azjatyckiej szarlatanerii. Dowody, badania i standardy naukowe tyczą się także tradycyjnej medycyny chińskiej (TCM),  ta zaś nie ma ani 3 tys. lat, ani nie ma wiele wspólnego z dawną medycyną chińską. Najstarszy traktat medyczny, w którym pojawiają się elementy kojarzone dziś z TCM, liczy sobie trochę ponad 2 tysiące lat. TCM to bajkowy wręcz świat sił, żywiołów, minerałów, smaków, kolorów i kierunków świata. Fraza bajkowy świat nie jest tu na wyrost. TCM jest łudząco podobna do medycyny świata bajek. Gumisie i Smerfy także leczyły się korzeniami, wywarami z ziół, zaklęciami, magicznymi kamieniami, czy elementami żywiołów. Tradycyjna medycyna chińska jest tak bajkowa, że wydaje się stworzona do leczenia fikcyjnych stworów. W oryginalnej, komiksowej serii Smerfów (Docteur Schtroumpf), w czasie epidemii w czarodziejskim lesie, Smerfy odnajdują nawet w księgach Papy Smerfa podręcznik do akupunktury.

Do niedawna, za najstarszą wykładnię TCM uważano działo Huangdi Neijing - "Wewnętrzny Kanon Żółtego Cesarza". W 1973 podczas wykopalisk archeologicznych w mieście Changsha, odnaleziono trzydzieści, zapisanych na bambusie rękopisów. Pochodzą one sprzed roku 168 p.n.e. i uważa się je za najstarsze źródła medycyny chińskiej. Wydaje się, iż zwoje z Mawangdui  powinny być dla TCM, niczym odnalezienie Ewangelii Galilejskiej dla chrześcijan. Tymczasem praktycznie nie pojawiają się w wypowiedziach chinolubnych medyków. Nie pojawiają się ponieważ dowodzą, iż TCM nie jest dzieckiem mistycznej wiedzy, ale niebywałej wręcz ciemnoty. Mitologizowani, starożytni chińscy lekarze okazali się szamanami, trudniącymi się produkcją eliksirów na nieśmiertelność. Co prawda rzeczywiście wierzono w siły Jing i Jang oraz energię Qi, jednak szczegóły całkowicie odbiegały od tego co dotychczas uważano. Siła Qi, o której opowiada się dziś, jak to przenika cały wszechświat, była w oryginale ruchem powietrza, zwykłym wiatrem. Dobre wiatry pochodzić miały z niebios, zaś złe, ziemskie rodzić się miały w jaskiniach. Do roku 1830 wydawano w Chinach podręczniki anatomii, w których przekonywano, że w tętnicach zamiast krwi tłoczone jest powietrze. Energetyczne punkty znajdujące się na ludzkim ciele nie tworzyły żadnych połączeń, zaś akupunktura nie polegała na wbijaniu czegokolwiek, ale na wywoływaniu oparzeń przy pomocy ognia. Wiele chorób przypisywano demonom, zaś najlepsze antidotum upatrywano w świńskim kale, inhalacji z moczu oraz wywarach z koguta lub węża. Tak świat starożytnej chińskiej medycyny opisuje Donald Mainfort w The physician-shaman: early origins of traditional Chinese medicine:
Recepty dostosowywano do faz słońca i księżyca, pór dnia i kierunku w jaki zwrócony był pacjent. Receptury podawano doustnie, np. w postaci dwóch mikstur sporządzonych z błon śluzowych kobiet, pozyskiwanych w czasie cyklu menstruacyjnego. Jako leki służyły chrząszcze, pajęczyna, nietoperze, kurze odchody, miedź, ślina krowy, łupież, żółć psa, rtęć, paznokcie, krew jaszczurki i jądra szczura.
Nie brzmi to tak atrakcyjnie jak ziółka i lecznicze grzybki, nieprawdaż?