26 lipca 2012

Odcisk kreacjonisty

Kreacjoniści lubią pastwić się nad ewolucyjnymi fałszerstwami. Do ich ulubionych tematów należy Człowiek z Piltdown oraz Archeoraptor (znany jako "kurczak z Piltdown). Dostosowanie znalezisk do teorii zamiast teorii do znalezisk nie jest wynalazkiem nowym. W średniowieczu mówiono o takich znaleziskach Lusus Naturae - dziwy natury.  W XVII wieku niemiecki jezuita Athanasius Kircher zbierał okazy flory i fauny, gdzie w naturalny sposób objawił się krzyż, wierząc, że Bóg umyślnie umieszcza ten wzór, aby wzmocnić nas w wierze. W tym samym czasie Lodovico Moscardo zbiera kamienie przypominające budynki. Włoch zamierzał udowodnić, że matka natura obserwuje nas i umyślnie naśladuje. Jeśli chodzi o matactwa w antropologii, to z XIX wieku mamy Nondescript Man'a Charlesa Watertona i czaszkę z Calaveras. Jak na ogrom kości jakie przewijają się przez ręce paleontologów, ilość podrasowanych szkieletów nie jest zawstydzająca.

Przeciwnicy ewolucji mają własne skamieliny. Odpowiednikiem American Museum of Natural History w Nowym Jorku jest Creation Evidence Museum w Teksasie. Nowojorski AMNH mieści się w 25 budynkach i zawiera 30 milionów eksponatów. Jego kreacjonistyczny odpowiednik mieści się w jednej hali, a jego wszystkie eksponaty zmieściłby się w jednym pudle. To kolekcja tak skromna, że można pokusić się o omówienie całej zawartości tego pudła. Pierwszą grupę dowodów stanowić mają znane skądinąd przedmioty, znajdowane w zaskakująco starych warstwach. Ludzkie rękodzieła wśród trylobitów miałyby dowodzić bytności człowieka na Ziemi od 6 dnia stworzenia. Jeśli ktoś czytał "Zakazaną archeologię" wedyjskiego kreacjonisty Michaela Cremo, pamięta podobny zbiór. Liczące miliony lat gwoździe, kubki, łańcuszki, a nawet monety (z wizerunkiem człowieka z maczugą w dłoni). Prawie wszystkie te przedmioty zostały odnalezione przez amatorów w momencie, kiedy teoria ewolucji wzbudzała największy opór - czyli na przełomie XIX i XX wieku w USA. Kołinsidens? Aj dont finksoł. Chyba najbardziej efektownym elementem ekspozycji jest młotek osadzony w skale (1), znaleziony w Teksasie w latach 30. Kreacjoniści nie są zgodni, czy młotek pochodzi z kredy, syluru czy ordowiku, jako że nie sposób powiązać oplatającego go  kamienia z żadną okoliczną formacją skalną. Mamy więc dwie hipotezy. Kreacjonistyczna: 360 mln lat temu ludzie żyjący na terenie Teksasu używali takich samych młotków jak żyjący po nich XVIII-wieczni amerykańscy górnicy. Hipoteza ewolucyjna: W XVIII wieku górnik zgubił młotek, zaś rozpuszczone osady wapienne twardniejąc utworzyły dookoła niego skalną otoczkę. Jeszcze wcześniej niż młotków, ludzi używali sandałów. Odcisk buta w autentycznej, kambryjskiej skale (5), wydaje się w ogóle niezdeformowany przez ciśnienie i ruchy skał, jakim musiał być poddany przez pół miliarda lat.


Nim przejdziemy do następnej grupy kreacjonistycznych skamieniałości, czyli odcisków, odhaczmy jeszcze ten nieszczęsny skamieniały palec (6). Został odnaleziony na stercie żwiru, nie gdzie indziej jak w kreacjonistycznym zagłębiu, czyli w Teksasie. Trudno uznać go za anomalię geologiczną, jako że nie znamy jego pierwotnej lokalizacji, jednak twórca muzeum Carl Baugh datuje go na kredę. Jeśli tak, byłaby to najlepiej zachowana tkanka miękka z tego okresu, wśród wszystkich eksponatów jakie kiedykolwiek odkryto na południu Stanów Zjednoczonych. Tudzież jest to kamyk w kształcie palca. Co do odcisków, to chłopaki musieli się namęczyć. Rzeźbiarz, który stworzył Burdick Print (2) nie znał się ani na anatomii, ani na geologii. Sfosylizowane glony, po których stąpała człekokształtna łapa okazały się rosnąć do góry nogami (kamieniarz wykuł odcisk nie z tej strony płyty). Numer 3, znany jako Alvis Delk Print, od imienia i nazwiska jego domniemanego odkrywcy, wydaje się amatorską karykaturą. Nie zgadza się ani anatomia stopy, ani łapa domniemanego teropoda. Według Paula Myersa taki odcisk łapy mógłby pozostawić jedynie "plastikowy dinozaur zabawka" Odcisk dłoni (4), zresztą podobnie jak Alvis Delk Print, nigdy nie zostały udostępnione profesjonalnym paleontologom, trudno więc mówić o czymś, co nigdy nie zostało zbadane. Jak na moje uprzedzone, sceptyczne oko, nie wygląda to wiarygodnie. Jak widać ludzie, którzy przypominają, jak to ktoś kiedyś podrasował swoje znalezisko, sami legitymizują się takimi znaleziskami, że włos jeży się na głowie. To nawet nie jest przysłowiowa relacja drzazgi do belki. To jak wytykać komuś drzazgę, mając w oku tartak.

13 lipca 2012

Jak to jest z tymi kręgarzami?

W przypadku chiropraktyki, nawet świadomy konsument może się pogubić. Czy kręgarstwo to rodzaj prozdrowotnego masażu, czy kolejne cuda wianki w wykonaniu szalonych znachorów? Zacznijmy od początku. W roku 1895 w Iowa ma miejsce niepozorny incydent. Stróż Harvey Lillard opowiada zebranym dowcip. Jeden ze słuchaczy, właściciel sklepu spożywczego Daniel Palmer, śmiejąc się, uderza Lillarda książką w plecy. Po kilku dniach Harvey spotyka Daniela i zwierza mu się, że od owego ciosu odetkały mu się uszy. 30 lat później wiara w to, że uderzeniem ręki w kręgosłup można wyleczyć każdą chorobę była już powszechna, a liczba kręgarzy w USA dochodziła do 30 tysięcy. Choć ojcem i prekursorem kręgarstwa był Daniel Palmer, większość kluczowych koncepcji stworzył jego uczeń Solon Langworthy i syn Palmera, Bartlett Palmer. Dwa najważniejsze terminy to: wywołujące zatory energetyczne vertebral subluxation (podwichnięcie kręgu) oraz innate intelligence - trudna w ścisłym zdefiniowaniu lecznicza siła będąca manifestacją pierwotnej energii życia. Flirt z metafizyką był na tyle poważny, iż Bartlett Palmer rozważał nawet stworzenie chiropraktycznej religii. American Medical Association przez całe dekady walcząca z kręgarstwem, nazwała chiropraktykę "pseudonaukowym kultem".

Trochę golizny luźno powiązanej z tematem nigdy za wiele.
Kręgarstwo to przede wszystkim dwie szkoły. Proste kręgarstwo (straight) nie uznające medycyny głównego nurtu i osiągnięć nauk medycznych. Chiropraktycy tego nurtu hołdują założeniom witalizmu oraz żyją w przekonaniu, iż swoimi praktykami uleczą każdą chorobę. Kręgarstwo mieszane (mixer) ogranicza się do schorzeń kręgosłupa, włącza do swoich praktyk masaże i ćwiczenia fizyczne. Wszyscy kręgarze niezależnie od przynależności parąją się niebezpieczną praktyką wygniatania palcami kręgów oraz wykręcaniem karku. W przeprowadzonej w 2003 ankiecie, okazało się że ponad 75% wszystkich kręgarzy wierzy, iż podwichnięcie kręgów powoduje choroby serca, płuc i przewodu pokarmowego. Rzecz ma się bardziej przerażająco niż mogłoby się wydawać. Zdefiniowane przez kręgarzy podwichnięcie nie istnieje! Tak jak nikt nie widział kluczowych dla akupunktury meridianów, tak na żadnym prześwietleniu, na żadnym tomografie, nikt nie widział podwichnięcia, na którym pracują kręgarze. Sami chiropraktycy podchodzą do tego problemu wielorako. Brytyjska General Chiropractic Council przyznaje, że podwichnięcie to "historyczna koncepcja nie poparta dowodami". World Federation of Chiropractic twierdzi, że podwichnięcie istnieje, ale nie da się go dostrzec bo jest dynamicznym procesem, cokolwiek miałoby to znaczyć. Tedd Koren uważa podwichnięcie za metaforę, intelektualny konstrukt zrozumiały dla kręgarzy, a niezrozumiały dla naukowców. Szkoda, że nie wiedzą o tym sami kręgarze, próbując naprawić ową metaforę, poprzez majstrowanie przy zdrowych kręgosłupach.

Czy w ogóle można wnioskować o kondycji kręgosłupa, obmacując go rękoma? Według Pawła Michalskigo, specjalisty ortopedy - nie. 70% naszego kręgosłupa nie da się poczuć pod palcami, ponieważ znajduje się kilkanaście centymetrów w głąb naszego ciała. Załóżmy jednak wersję optymistyczną. Załóżmy, iż kręgarz, do którego się udamy nie ukończył kilkudniowego kursu, a kilkuletnie studia. Załóżmy, że jego ambicje nie sięgają leczenia gruźlicy, a jedynie dolegliwości kręgosłupa. Czy w ogóle może nam pomóc? Hmmm, trudno powiedzieć. Zapodałem już tyle nieprzychylnych linków, że dla równowagi szczypta pozytywnego przesłania. Z opublikowanego przed paroma miesiącami przeglądu badań wynika, że w połączeniu z fizykoterapią kręgarstwo może się nam do czegośś przysłużyć. Inny, zeszłoroczny przegląd wskazuje na przydatność kręgarstwa w przypadku bólu dolnego odcinka pleców. Niestety nic za darmo. Do 2010 zabiegi kręgarzy były bezpośrednią przyczyną aż 26 zgonów! Ocenia się, że od 30 do 60% pacjentów odczuwa działania niepożądane, co czyni kręgarstwo jedną z najbardziej niebezpiecznych odmian medycyny alternatywnej. Niebezpieczna zarówno dla pacjentów kręgarzy jak i sceptyków. Przekonał się o tym popularyzator nauki Simon Singh, który przez 2 lata szlajał się po sądach będąc ciąganym tam przez British Chiropractic Association. Brytyjscy kręgarze poczuli się obrażeni słowami Singha, iż nie posiadają żadnych dowodów na swoje szalone twierdzenia. Po tym jak prestiżowe czasopisma medyczne ujęły się za Simonem, a Brytyjskie Towarzystwo Kręgarskiego przegrało w pierwszej instancji, kręgarze wycofali swój pozew, uszczuplając przez ten czas portfel fizyka o 100 tys. funtów.

8 lipca 2012

Wodne szaleństwo


Pozazdrościłem Kubie jego kapitalnego artykułu o nadwiślańskich szaleńcach i sam spreparowałem taki pseudonaukowy pakiet. Za leitmotiv robić będą wariacje na temat wody. Aż trudno uwierzyć ile nonsensów wyprodukowano na temat tego płynu - co daje też pojęcie o skali nonsensu w ogóle. Najczęściej wyśmiewaną teorią jest wodna pamięć, ale chyba najdziwniejszym pomysłem jest jej inteligencja. Synonimem inteligencji wody jest Masaru Emoto, w Polsce tytuowany jako doktor Masaru Emoto (doktorat z medycyny alternatywnej kupiony za niecałe 500 dolarów na indyjskiej uczelni). Okazuje się, że woda Japończyka jest łasa na komplementy, ciepłe słówka, jest flirciarska i humorzasta! Kiedy Masaru jest dla niej opryskliwy i świński, tworzy brzydkie i nieregularne kryształy. Kiedy zabiega o jej wdzięki, kryształki są piękne i symetryczne. Niestety okrutne dla Emoto badania pokazały, że wprawianie wody w nastrój jest życzeniowe. Kiedy nie wiemy jakie słowa szeptano kroplom, wszystkie kryształy wyglądają jednakowo brzydko. Emoto wybierał z setek zdjęć te, które oddawały jego zaloty, nie chcąc dostrzec tych które nie odwzajemniły jego uczuć. Jego przypadek dowodzi jedynie tego, co już dawno dowiedziono - tego, że miłość jest ślepa.

W wodnym szaleństwie partycypują także nasi zachodni sąsiedzi. W roku 1894 genialna wizja dopada niemieckiego inżyniera o wyglądzie Rasputina - Hannsa Hörbigera. Według niego, klucz do tajemnic wszechświata stanowił lód. W 1912 Hörbiger pisze wiekopomne dzieło Glazial-Kosmogonie. Z jakiś powodów (jednym z nich może być niezgodność z wszelkimi faktami) jego teoria lodu zostaje chłodno przyjęta przez środowisko naukowe. Teoretycy lodowej koncepcji porzucają więc dyskusje z mądralami i zwracają się w stronę mas. Wzorem dzisiejszych szamanów, stawiają na gazetki, filmiki i publiczne prelekcje. Zdarzało się, że na wykładach profesjonalnych astronomów publiczność krzyczała "Dość ortodoksyjnej astronomii! Chcemy Hörbigera!". Poza niedouczonym motłochem bakcyla połkneli nazistowscy ideolodzy. "Jeśli nordyccy przodkowie zdobyli swą siłę na śniegu, wiara w kosmiczny lód powinna być dziedzictwem nordyckiego człowieka". Koncepcje Hordbigera okrzyknięto niemiecką alternatywą dla żydowskiej teorii względności. Wyznawcami Welteislehre (teorii lodowego świata) został m.in Heinrich Himmler, Herman Göring, i Adolf Hitler. Ten ostatni planował wybudować w Austrii planetarium. Na parterze prezentować miano koncepcję Ptolemeusza, na piętrze Kopernika, zaś na wieńczącym dachu teorię Hörbigera. Problem przysparzały obserwacje, ale na wszystko znalazła się odpowiedź. Droga Mleczna wyglądała jak skupisko gwiazd, a nie bryłek lodu - znaczy astronomowie sfałszowali zdjęcie. Model lodowy był matematycznie niespójny - niejedne obliczenia zwiodły ludzi na manowce. Opady gradu tłumaczono rojem lodowych meteorytów. Atlantydę, biblijny potop - jako upadki lodowych księżyców.

Po wojnie, kiedy szalone lodowe teorie odeszły w niepamięć, do głosu doszła niezawodna nauka radziecka. Na początku lat 60-tych Nikołaj Fiediakin sącząc wodę przez brudne krany, nadaje jej niezwykłych właściwości. Poliwoda jak nazwał ją Fiediakin nie zamarzała przy -30 stopniach, ani nie wrzała do +130. Skąd właściwości typowe dla wody z domieszką krzemianów i smarów w wodzie wielokrotnie przepuszczanej przez krzemianowe naczynia pełne smarów? Hmmm, pozostawmy to na razie w tajemnicy. Rosjanie zaczęli jeździć po świecie, głosząc swoje niebywałe odkrycia - zmiana fizycznych właściwości wody jedynie za sprawą jej skroplenia. Dopiero po kilkunastu latach Ruscy dali się przekonać, że przesączając swoją wodę, zanieczyszczali ją innymi substancjami, a ich poliwoda nie istnieje. Aby nie żerować na tanich stereotypach dotyczących nauki radzieckiej, także amerykańscy naukowcy mają tu swoją dolę, W 1999 w Kalifornii stworzono pentawodę. Poprzez przepuszczenie przez wodę fal dźwiękowych, ulegać miała ona czemuś, czemu nie ulega - sonoluminescencji. Dzięki temu woda penta miała m.in zawierać w sobie więcej wody, niż zwykła woda. W pewnym okresie woda penta była najlepiej sprzedającą się wodą w USA, a kres jej popularności przyniosły dopiero oskarżenia ze strony organizacji konsumenckich i naukowców o zamkniętych umysłach.