Nie łatwo jest przebić mityczne rozważania scholastyków, "ilu aniołów zmieściłoby się na łebku od szpilki", ale staram się. Niech zaświadczą o tym moje obliczenia wyporności Nieba. Kalkulacje opałem na fragmencie Ap 21, 12-17, gdzie Biblia zdradza wymiary Nowego Jeruzalem. Założywszy standard przestrzeni życiowej dostępnej niewolnikom w czasie podróży z Afryki do Ameryki Północnej, nie zmieści się w nim więcej niż 6 trylionów ludzi. Dość optymistycznie, nie mniej czy wiemy ile procent osób mijanych na ulicy trafi do nieba? I na to jest sposób. Wśród nas są osoby, które w czasie śmierci klinicznej przechadzały się już pośmiertnymi drogami, a następnie zostały zawrócone przez wredny defibrylator. Najbardziej wiarygodne statystyki są w posiadaniu International Association for Near Death Studies. "Piekielne" doświadczenie to od 8% do 30% przypadków NDE, przy czym największe badania wskazują na 17% i 18%. Mam przy tym złą nowinę dla ludzi, którzy postanowili żyć uczciwie - szatan bierze po równo. Trudno doszukać się jakiś korelacji pomiędzy tym, kim jesteśmy, a tym dokąd trafimy po śmierci. Na to czy śmierć kliniczna będzie doświadczeniem anielskim czy diabolicznym wpływa natomiast obecność fizycznego bólu w trakcie NDE.
NDE jest formą opowieści z krypty i to z najświeższej możliwej krypty - noszy lekarskich. Pół roku temu pomstowałem nad zdaniem z polskiej Wiki, które widzę tam zresztą do dziś: "w odróżnieniu od typowych halucynacji, doświadczenia śmierci są spójne i podobne u wszystkich ludzi, niezależnie od wyznawanej religii czy światopoglądu". To oczywiście nonsens. W czasie śmierci klinicznej hindusi spotykają bóstwa hinduskie, Indianie indiańskie, a dzieci - kreskówkowe potwory. Swój tekst zakończyłem wzmianką o tzw. "dowodach". Są to opowiastki ludzi, którzy w czasie NDE rzekomo unosili się nad swoim ciałem i widzieli, co działo się dookoła nich. Entuzjaści NDE cytując te historie twierdzą, że nieprzytomni pacjenci nie mogli posiąść tej wiedzy bez wycieczki poza własne ciało. Trudno jest kwestionować takie "dowody", mowa tu w końcu o anegdotach, których okoliczności i szczegóły są już poza naszym zasięgiem. Albo wierzymy w opowiadane po latach historie, albo upieramy się na
stanowisku, że warunki nie mogły być tak "sterylne" jak się je
opisuje. Przypadki NDE bada się niestety po fakcie, nikt na masową skale nie monitorował umierających pod kątem NDE.
Tak było do tej pory. Teoretycznie lada dzień ogłoszone zostaną wstępne wyniki projektu AWARE (AWAreness during REsuscitation - Świadomość podczas Reanimacji). Pomysłodawcą przedsięwzięcia jest Sam Parnia. Pomysł wydaje się prosty - na oddziałach kardiologicznych pod sufitem podwieszono tablice. Jedyny sposób ich odczytania to uniesienie się wysoko nad podłogę. Jeśli NDE to nie halucynacja, a mogąca widzieć i zapamiętywać dusza, pacjenci, którzy opuścili swoje ziemskie ciało powinni wiedzieć, co widniało na owych testowych tablicach. Po półtorarocznej fazie pilotażowej w UK, we wrześniu 2008 roku ogłoszono rozpoczęcie szeroko zakrojonych badań w szpitalach w Europie i Ameryce Północnej. Wielkość próby wymusza charakter samego zjawiska. Nie wszyscy pacjenci oddziałów kardiologicznych doświadczają śmierci klinicznej. Niektórzy wychodzą ze szpitala bez szwanku, innym nie dane będzie nic już opowiedzieć. Z osób odratowanych, którzy powrócili do świata żywych, tylko 10-20% doświadcza NDE. W 2001 podczas badań w 10 holenderskich szpitalach, historiami pokroju NDE mogło pochwalić się 18% osób, które przeżyło zatrzymanie akcji serca. Z tych, którzy mieli NDE, zaledwie 20% osób legitymizuje się OOBE - a więc tylko 20% widziało szpitalną salę. Niestety, u jednych unoszenie się polega na zawiśnięciu parę centymetrów nad własnym ciałem, u innych na wystrzeleniu w niebo, tudzież unoszeniu się nad rogiem sali, ale niekoniecznie tym, gdzie podwieszono tablicę. Szacuje się, że kilkutysięczna próba da jedynie kilkanaście możliwości spojrzenia na tablicę przez "ulatujące dusze".
Wyników jak dotąd nie ogłoszono, są jednak przecieki. Przecieki to może za dużo powiedziane. O wyniku może świadczyć fakt, że parapsychologiczna frakcja dość mocno krytykuje badanie, zaś sceptycy podejrzanie zacierają ręce. Sam Parnia w udzielonym w 2010 wywiadzie oświadczył, że z dostępnych na tą chwilę danych wynika, iż NDE to złudzenie. Nie ma jednak co triumfalnie podnosić rąk do góry, mnie także metoda badania nie zachwyca. Jak rozumiem osoby twierdzące, iż odczytały tablice nie są wcześniej informowane, co się na nich znajduje. Jeśli tak, jest to fatalny błąd, nawiasem mówiąc popełniany wielokrotnie w czasie nieudolnych prób demaskowania paraoszustów. Co jeśli badany na tablicy, na której widniał napis cat odczyta cut - zgadł w połowie, czy mylił sie? Jeśli ma to mieć jakiś sens, jedynym prawidłowym sposobem jest danie wyboru prawidłowej odpowiedzi z tłumu nieprawdziwych. Do tych celów stworzono nielubiane przez sceptyków i rzadko przez nich używane karty Zenery. Nie wiem co tam wymyślił Parnia, mam nadzieję, że nie skończy się to jakimś metodologicznym blamażem. Jeśli wynik badań będzie współgrać z racjonalną retoryką, pewnie usłyszymy o tym jedynie w tak popularnych miejscach jak ten blog. Jeśli choćby minimalnie potwierdzi jakieś parapsychologiczne twierdzenia, zapewne napiszą o nim wszystkie onety, interie i gazety.pl - a wtedy pamiętajcie, u kogo usłyszeliście o tym po raz pierwszy :)

Słyszałem o tym badaniu. Szczerze mówiąc wydaje mi się ono być kiepsko przemyślane...ale ciekawe czego się dowiemy :-)
OdpowiedzUsuń na zawszeOdnośnie NDE polecam tę rozmowę interesujący nas fragment został nawet opatrzony polskimi napisami. Polecam jednak obejrzeć całość, jest na YT
http://youtu.be/FuPUtZHxItE
Michał, pewnie znasz tę stronę, ale i tak wrzucę dla innych:
OdpowiedzUsuń na zawszehttp://www.infidels.org/library/modern/keith_augustine/HNDEs.html
Pozdrawiam!
@mind
OdpowiedzUsuń na zawszeFilmik obejrzałem, tylko to co z napisami. Kiedy van Lommel zaczął mówić o "wyższej świadomości", jego cień przypominał mi wróżkę z leczniczym kryształem w rękach. Kiedyś przeglądałem jego książkę i widzę że z wiekiem jest coraz gorzej. Nawiasem mówiąc holenderskie badania o jakich wspominam w poście to badania van Lommela.
@JT
Ten sam link podałem gdzieś pod wcześniejszym postem o NDE. Warto go promować, bo to chyba najlepsze co jest o tym w sieci.
Michale, skoro uważasz, że na wikipedii są bzdury, to popraw je. Po to jest wikipedia. Niech ludziska nie bładzą w ciemnościach.
OdpowiedzUsuń na zawszeTrzymaj sie!
@Mariusz Kędzierski
OdpowiedzUsuń na zawszePewnie szkoda mu czasu... Ja kiedyś próbowałem edytować na Wiki artykuł o Całunie Turyńskim - pisałem, że gołym okiem widać, że palce dłoni są nienaturalnie długie i proporcje twarzy nienaturalne. Edycję anulowano kilka razy, bo to niby moja subiektywna ocena, bez dowodów, i że STURP twierdzi inaczej... :/
@ Młot na czarowników - no cóż, łączę się w bólu, ale jednak były to subiektywne wrażenia Twojego gołego oka, a zasadą musi być odwoływanie się do wiarygodnych i sprawdzalnych źródeł. I tu jest kłopot, mało polskojęzycznych źródeł jest dostępnych w sieci, a trudno z byle gównem biegać do biblioteki. W przypadku omawianej tkaniny można się przynajmniej odwoływać do źródeł obcych, ale są specyficznie polskie hasła, które naprawdę trudno postawić na nogi. Np. Sedlak.
OdpowiedzUsuń na zawsze@kwik
OdpowiedzUsuń na zawszeNo ale stwierdzenie, że "sylwetka jest przedstawiona realistycznie" też jest czyimś subiektywnym wrażeniem, z tą drobną różnicą, że zgodnym z religijnym punktem widzenia.
@ Młot na czarowników - tak, ale polemizując z zastanym poglądem to jednak ty musisz się wysilić. Nawet jeśli chodzi o jakieś dość oczywiste kretyństwo. A w tym konkretnym przypadku wcale nie musisz mieć racji, bo przecież taki całun najłatwiej wyprodukować przy użyciu prawdziwego ludzkiego ciała, żywego lub nie.
Usuń na zawsze"przecież taki całun najłatwiej wyprodukować przy użyciu prawdziwego ludzkiego ciała, żywego lub nie"
Usuń na zawszeAlbo przy użyciu gotyckiej rzeźby. Rzeźby takie powstawały mniej więcej w czasie, gdy powstał całun i miały takie same proporcje twarzy (http://i.racjonalista.pl/img/strony/calun2.7.jpg) i palców co wizerunek na całunie...
Też zawsze miałem wrażenie, że to proporcje nie człowieka, a gotyckiej rzeźby. Miło widzieć, że nie jest się jedynym.
Usuń na zawsze@PAK - dokładnie, zobacz sobie to zdjęcie: http://img714.imageshack.us/img714/9571/calun23.jpg
Usuń na zawszeHipoteza gotyckiej rzeźby jednak słabo się klei z całkiem sensownym przypuszczeniem, że jest to średniowieczna relikwia wyprodukowana na handel. Robić rzeźbę tylko po to, żeby odbić na niej całun to jednak sporo zachodu, a producent mógł sprzedać lokalnie zaledwie jeden egzemplarz. Prościej byłoby użyć dwóch ludzi.
OdpowiedzUsuń na zawszeZabawne, że sam G.S. Paul w The Shroud of Turin: The Great Gothic Art Fraud... tłumaczy, dlaczego nie warto robić trójwymiarowych modeli do realistycznych obrazków:
As well as researching issues including the evolution of brain size, I am an artist who produces 2-D representational works (as opposed to 3-D or abstract pieces), and as such I understand that aspiringly realistic flat art is always a visual illusion based on a set of visual tricks. For example, some artists sculpt the animals they wish to portray in 3-D, and then light them in a manner intended to accurately determine the pattern of shadows in the hope of making the final color image yet more realistic. I never follow this process because, aside from not wishing to expend the extra time and effort, in the end it does not matter that much inasmuch as the human visual system is very sloppy and happily accommodates visual errors in artwork. So I guesstimate the shadow patterns, and no one has complained. The human visual complex is just not set up to carefully assess these matters because they are not important in the struggle to survive.
No chyba że całun powstał przypadkiem, gdy jakaś rzeźba była zawinięta w tkaninę, a natchnienie przyszło potem.
@kwik:
Usuń na zawszeI o tym, czyli przypadkową inspiracją, myślałem ;) To znaczy uderzyło mnie kiedyś, jak bardzo wizerunek na całunie przypomina ślady po zdjętych rzeźbach z białych ścian (co kiedyś widziałem... w kościele, bo gdzieżby?). Z punktu widzenia fałszerza-handlarza idea byłaby świetna, gdyż wizerunek byłby widoczny, ale nie narzucałby się od razu, jako oczywiste fałszerstwo. A rzeźba? Co prawda Boże Groby w Kościołach uchodzą za późniejsze, ale może by się jakieś przedstawienie, nawet Chrystusa, w tej pozie znalazło do wykorzystania?
Kopie całunu, z żywego, lub niedawno żywego modelu, były wykonywane, ale są dość skomplikowane. Także rzeźba nie jest najlepszym pomysłem. Wystarczy wsiąść podkoszulkę, posmarować ją czymkolwiek, przyłożyć do tego twarz, a dowiemy się czemu takie wyprodukowanie całunu nie jest najlepszym pomysłem. Odcisk z prawdziwej ludzkiej twarzy lub realistycznej rzeźby daje potwornie zniekształconą twarz, rozciągniętą w kierunku policzków. Ci którzy wykonują dziś kopie całunu, zawsze, lub prawie zawsze używają do tego płaskorzeźby.
OdpowiedzUsuń na zawszeNie można zakładać, że wizerunek znany z Turynu był jedyną tego typu kopią. W ówczesnej Europie było od cholery Jezusowych całunów, które w ogromnej większości nie przetrwały do naszych czasów. Takich jak turyński mogły być 3, mogło być 5, a może być to jedyna kopia, unikat. Po prostu tego nie wiemy.
Prawdopodobnie masz rację (gospodarz bloga ma zawsze rację), przy najbliższej dogodnej okazji posmaruję sobie twarz i odcisnę na podkoszulce. Tak więc fabrykanci relikwii najwyraźniej spróbowali na ciele i zobaczyli, że tak jest do dupy, a potem poszli po rozum do głowy i zrobili półpłaski stempel? Całkiem możliwe, ale nadal twierdzę, że dla jednej sztuki im by się raczej nie opłacało, powinni więc obficie eksportować. No chyba że zrobili tylko jedną na zamówienie jakiegoś lokalnego bogacza.
Usuń na zawsze