27 grudnia 2012

Statystyka w sidłach astrologów

Historia o tym, jak statystyka stała się nałożnicą astrologii, liczy sobie ponad 50 lat. Panna statystyka to bardzo delikatna i wrażliwa dama. W nieokrzesanych dłoniach, które jej nie rozumieją i nie darzą należytym szacunkiem, dowodzić może absurdalnych powiązań i nie istniejących związków. Natomiast astrologia to wiara z czasów, kiedy z zazdrością spoglądało się na sąsiada, widząc u niego motykę z brązu. Według astrologów urodzenie się pod tym samym układem planet, znamionować może te same życiowe tendencje. Astrologia i statystyka to klasyczny przykład narzeczeństwa,  któremu różnice klasowe stają na przeszkodzie w realizacji harmonijnego związku. Ich niedoszła miłość miała kilku swatów, choćby niemieckiego parapsychologa Arno Mullera, jednak największe zasługi przypisuje się Francuzowi Michelowi Gauquelinowi. W 1955 Gauquelin opublikował książkę L'influence des astres, w której dowodził, że istnieje statystyczna zależność pomiędzy położeniem pięciu planet a przyszłym zawodem dziecka. Gauquelin twierdził, że specyficzne położenie Marsa w czasie narodzin znamionować może przyszłych generałów, lekarzy i sportowców, rzadziej zaś malarzy i muzyków. W 1960 Francuz wydał kolejną książkę Les Hommes et les Astres, w której doszukiwał się wpływu położenia Księżyca, a przyszłą karierą pisarską. Wyniki te nie przestają zachwycać indywidua ezoterycznego świata. Niemiecki astrolog Peter Niehenke nazwał wyniki Gauqueliniego "niepodważalnym faktem naukowym". Amerykański astrolog Robert Hand twierdzi wręcz, że to "najsilniejszy cios w wizje materialistyczno-mechanistycznego świata”. Wszystkich i tak przebił redaktor Taraki Wojciech Jóźwiak. W "efekcie Marsa" doszukuje się przesłanki na to, że astrologia jest nauką ścisłą! Czyli co, pora likwidować tego bloga - te wszystkie bzdury naprawdę istnieją!? Czyżby słynąca ze zdrowego, racjonalnego podejścia prezydent Warszawy miała rację? Całym naszym życiem rządzą planety?

Obecnie chyba najczęściej przywoływanym narzędziem statystycznym, jest groźnie brzmiący "graniczny poziom istotności p". Jest to prawdopodobieństwo otrzymania pozytywnego wyniku nawet przy błędnej hipotezie. Za wynik istotny statystycznie, uznaje się wartość p nie wyższą niż 0,05 (często 0,01). Efekt czynnika losowego o wartości 0,05 mówi nam, że raz na dwadzieścia przypadków taki wynik może być najzwyklejszym zbiegiem okoliczności. Niestety znaczy to też, że opracowując dane dla 20 przypadków, statystycznie jeden z nich będzie mógł pochwalić się wartością p 0,05. Ile takich kombinacji do rozważenia oferuje astrologia? Astrologia bazuje na ruchu "planet". Cudzysłów ten oznacza, że to, co astrolog nazywa planetą, nie zawsze jest planetą dla astronoma. W astrologii za planety uchodzi Księżyc i Słońce (którymi w istocie były w systemie geocentrycznym), Merkury, Wenus, Mars, Ceres (uznawany przez astronomów za planetę do 1845) Jowisz, Saturn, Uran, Neptun i Pluton (będący planetą do 2006). Astrologia jest bezbronna wobec stale unowocześnianej i dynamicznie rozwijającej się astronomii - bo jak tu wytłumaczyć ludziom, że to, co miało tak przemożny wpływ na ich życie, po spotkaniu Międzynarodowej Unii Astronomicznej staje się kolejnym, niemającym znaczenia obiektem? Niektórzy astrolodzy do tej pory śledzą położenie takich planetoid jak Juno czy Westa, które astronomowie zaliczali niegdyś do planet. Zakładając jedynie 10 "planet" i kilkanaście pozycji, to przy rozważeniu jednocześnie kilku takich ciał niebieskich, otrzymuje się tysiące kombinacji. Analizując taką ilość przypadków można znaleźć mnóstwo zależności, będących wynikiem czystego zbiegu okoliczności. Dałoby radę dowieść, że np. 85% mężczyzn o imieniu Kornel ma żonę o imieniu Dagmara. Nie oznacza to, że jakiś samotny Kornel ma większe szanse u Dagmary niż u jakiejś innej panny - po prostu w tak dużej liczbie kombinacji imion zawsze znajdziemy niesamowicie wyglądające, a przy tym całkowicie przypadkowe korelacje.

W swojej pracy Gauquelin zauważył, że w wypadku 22% francuskich mistrzów sportu, w czasie ich narodzin Mars znajdował się w 1 i 4 sektorze. Zważywszy, iż mowa tu o 2 z 12 sektorów "czysta statystyka" powinna dać 17%. Skąd dodatkowe 5%? W 1979 Paul Kurtz opublikował wyniki badań przetrzepania nieba dla 406 amerykańskich mistrzów sportu. Okazało się że w przypadku jedynie 55 (13%) Mars znajdował się w 1 i 4 sektorze. W 1996 roku ukazała się książka "Efekt Marsa: test tysiąca mistrzów sportu" gdzie z 1120 francuskich mistrzów jedynie 209 urodziło się w pożądanych sektorach. Publikacje te pokazały jednak coś ważniejszego niż liczby. W zasadzie nie dało się przebadać tego zjawiska bez mniej lub bardziej stronniczo dobieranej próby. Co dokładnie znaczy "mistrz sportu"? Aby poznać usytuowanie Marsa w danej strefie, nie wystarczy znać datę urodzin - potrzebna jest dokładna godzina. Okazało się, że miejsca narodzin takie jak "Paryż" bywały zbyt ogólne. Sektor, w którym znajdował się Mars mógł różnić się w zależności od dzielnicy miasta! Na koniec zwrócono uwagę na owe 12 sektorów, po których wędrował na niebie Mars - gdzie dokładnie się kończą, a gdzie zaczynają? Wystarczyłoby wypaczyć dane 1 na 30 sportowców, aby posypać cały wynik. Geoffrey Dean zauważył, że to nie odchył w tę czy inną stronę, a właśnie idealny rozkład byłby czymś niezrozumiałym dla nauki. W 2010 roku skonstruowano specjalny program, który wygenerował losowe daty i przyporządkował je do określonych niebiańskich konfiguracji. Ilość możliwości dla planet, ich położeń i związanych z nimi zawodów, przekroczyła. sześćset tysięcy! Mimo, iż były to absolutnie losowe dane, doszukano się korelacji na poziomie p 0,0006. Dokładnie wyliczono też graniczny poziom istotności dla wyników, którymi tak podniecał się Gauquelin i inni astrolodzy - ich p to 0,245 – nie spełniał więc żadnych, choćby najmniejszych standardów tego, co zwiemy „wiarygodnym wynikiem”.

19 grudnia 2012

Dochodzenie w sprawie płaczącego wodza

Naiwnie wydawało mi się, że nigdy nie zejdę do poziomu prostowania łańcuszków, ale najwidoczniej przeceniałem się. Robię to, bo Polacy najwyraźniej oszaleli na punkcie projektu, oddalonej od nas o 9 tysięcy kilometrów elektrowni wodnej. Myślę, że jakieś kilkaset tysięcy Polaków (!) upiększyło już swojego facebooka o informację, jak cywilizacja białego człowieka chce wysiedlić tysiące Indian, dla czegoś tak prozaicznego jak prąd elektryczny. Przepraszam, nie „wysiedlić, a "skazać na śmierć'.
Szef Plemienia Kayapo otrzymuje najgorszą wiadomość swego życia (4 grudnia): Dilma, prezydent Brazylii wyraża zgodę na konstrukcję potężnej centrali hydroelektrycznej (trzecia w świecie pod względem wielkości). To wyrok śmierci dla wszystkich ludów żyjących nad rzeką, gdyż tama zaleje około 400 000 hektarów lasu. Ponad 40 000 Indian będzie musiało znaleźć nowe miejsca, by żyć. Zniszczenie naturalnego siedliska, deforestacja i zniknięcie wielu gatunków są faktami! (w oryginale wygląda to mniej więcej tak)
Większość debunkerów widząc taką informację, w pierwszej kolejności zwróci uwagę na zamazane zdjęcie jakie towarzyszy całej treści. Od kilku lat wielokrotnie podnoszę tę kwestię, iż nieostry obraz powinien wyświetlać w naszej głowie komunikat "uwaga, to może być przekręt!". Przypomnę choćby latający spodek widoczny na średniowiecznych malowidłach, który po zbliżeniu okazuje się gołębicą; hieroglify przedstawiające czołgi i helikoptery w egipskich piramidach, które na lepszej jakości zdjęciach są wykutymi literami; czy choćby klatki z filmu, gdzie przyznający się do zamachów z 11 września Osama Bin Laden nie wyglądający jak Osama Bin Laden, bo tak zaszumiony jest jego obraz. Osoby, które w sposób profesjonalny fałszują filmy, walczą wręcz o nieostrość swojego materiału. Można to prześledzić na youtube'owym kanale użytkownika Faking Hoaxer. Zobaczmy zatem jak wygląda nasz płaczący Indianin na tej samej, ale wyraźniejszej fotce. Nadal nie da się stwierdzić czy rzeczywiście płacze, lepsza jakoś fotografii ujawnia jednak skąd bierze się jego smutny grymas twarzy. To czego nie widać na oryginalnej fotce to sporej wielkości dysk umieszczony w jego dolnej wardze, który naciąga jego mięśnie twarzy, nadając wyraz rozpaczy. W dodatku zdjęcie to figuruje w artykułach napisanych przed rokiem 2012, o jakim więc 4 grudnia mowa w opisie, bo na pewno nie 4 grudnia tego roku. Człowiek widniejący na zdjęciu to rzeczywiście wódz Indian Kayapo. Nie jest to jednak Indianin, któremu woda zaleje krytą liśćmi chatę (jak chyba sugeruje łańcuszek), ale Raoni Metuktire - choć trudno w to uwierzyć, międzynarodowy działacz na rzecz ochrony przyrody. Metuktire jeździ po całym świecie ze swoimi wykładami o Amazonii, obecnie promując swoją książkę we Francji. Jako leśny pacyfista, nawołuje też swoich wojowników do walki zbrojnej ze wszystkimi, którzy niszczą brazylijskie lasy. 


Co z 40 tysiącami Indian, którzy mają zostać przepędzeni ze swych wiosek przez nie mających serca inżynierów? Spójrzmy na miejsce budowy elektrowni Belo Monte i odszukajmy te wioski. Choć obraz jest tak ostry, że można policzyć drzewa, dzikich mieszkańców nie widać. Kilka kilometrów od tamy widzimy natomiast ponad 100 tysięczne miasto Altamira. Dziewiczy, nietknięty teren okazuje się siedliskiem panoszącego się współczesnego człowieka, nie zaś terenem łowieckim Indian, bez którego umrą z głodu. Nonsensem byłoby zaprzeczanie dużym zmianom, jakie przynieść może dla okolicy budowa tamy. Nie jest to jednak 40, a 20 tysięcy przesiedleńców, i nie są to wyłącznie dzicy Indianie polujący na małpy, w zasadzie nic w tej historii nie jest do końca prawdą. Mimo, że tak o nich marzymy, nie ma kochających ekologię, dobrych dzikich i złych białasów równających wszystko z ziemią. Nic nie jest czarno-białe na tyle, aby nasze sumienie mogło w końcu odetchnąć z ulgą, po tym jak poparliśmy jedynie słuszną stronę. "Wrzuciłem na fejsbuka zdjęcie z chudym psem, pod którym napisali, że jeśli je udostępnię pies dostanie 2 zł na karmę  - zatem pomogłem". Nie, nie pomogłeś. Pies nic nie dostanie, żaden tajemniczy filantrop nie sprawdza waszych lajków, nie czujcie się lepsi, bo nic dla tego psa nie zrobiliście. Sprawa płaczącego wodza irytuje mnie dodatkowo. Daje naszym bezkrytycznym rodakom absolutnie nieuprawnione poczucie bycia lepszym, sycąc sumienie, zapychając je internetowym barachłem. Opiera się w dodatku na nieprawdziwych informacjach, demonizując przy tym wycinkę lasu nie pod budowę willi magnata narkotykowego, ale czegoś tak normalnego jak elektrownia wodna. Może Polacy jednak pozwolą Brazylijczykom wyprodukować sobie trochę energii, aby i oni mogli odpalić komputer z facebookiem i tak pięknie jak my protestować.

17 grudnia 2012

"Pograłem na komputerze, więc idę strzelać do dzieci"

Wydana w 1976 gra Death Race. Wycofana ze sprzedaży,
po tym jak media okrzyknęły ją "chorą i przerażającą".
Nie wiem jak mi się to udało, ale o wydarzeniach z Newtown dowiedziałem się dziś rano. Kiedy tak nadrabiałem newsy, przykuł moją uwagę wciąż powtarzany lakoniczny opis Adama Lanzy - a dokładnie to, iż był fanem gier. Poza informacją ile miał lat, jak się nazywał, to że grał na Play Station, jest chyba trzecią najczęściej powtarzaną frazą jego opisu. Moją czarę goryczy przelał "7 Dzień Tygodnia" Radia Zet. Według Moniki Olejnik, to iż Lanza w coś tam grał było główną przyczyną jego morderczych zapędów, co potwierdzili zgromadzeni w studiu politycy. Przypomnę, że motyw gier komputerowych był wywlekany także w sprawie Andersa Breivika. Gry, w które grają przyszli mordercy są dziś stałym elementem rysu psychopatycznych zabójców. Christopher Ferguson wylicza szereg takich kozłów ofiarnych z przeszłości. W starożytności część ludzi była przekonana, że greckie dramaty mogą mącić w umysłach młodych ludzi. W wieku XIX myślano tak o czytaniu powieści. W wieku XX wskazywano kolejno na: muzykę jazzową, film, rock and roll, komiksy, rap, a obecnie na gry komputerowe. W 2008 przeprowadzono w USA ankietę, jak wielu nastolatków w wieku 12-17 lat pocina w gry wideo. Okazało się, iż były obecne w życiu 97% rówieśników Adama Lanzy. Grało w nie 94% zapytanych dziewczynek i 99% chłopców! Jeśli słyszymy więc o 20-latku, niezależnie czy strzelał do małych dzieci, czy bohaterko ratował kota uwięzionego na drzewie, z 99% pewnością był on komputerowym graczem. Oświadczam więc Pani Monice, że gry komputerowe nie są prostą drogą do mordowania, bo gdyby tak było naszymi ulicami płynęłaby rzeki krwi. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Od czasów upowszechnienia się gier, a więc od wczesnych lat 90tych wszystkie wskaźniki przestępczości spadają, zaś szczególnie wskaźnik przestępczości... wśród nieletnich. Kontrowersje dotyczą jedynie tego, czy gry przesycone przemocą mogą prowadzić do wzrostu agresji (co nie znaczy, że do wzrostu przemocy) i tylko tą opcję warto rozważyć.

Kiedy w Polsce szczytem lansu było posiadanie kolorowego kamienia do gry w klasy na chodniku, w Stanach dyskutowano już o wpływie brutalizacji gier wideo na agresje wśród dzieci. Choć debata ta ma blisko 40 lat, wciąż nie doczekała się rozstrzygnięcia. W 1990, na wniosek Josepha Liebermana doszło do przesłuchania w amerykańskim senacie znawcy tematyki agresji doktora Craiga Andersona. Anderson, powiązany z Narodowym Instytutem ds. Mediów i Rodziny, zeznał, iż przemoc obecna w grach wideo, przekłada się na wzrost agresji wśród młodych graczy. Pod koniec lat 90tych dużą popularnością cieszyła się książka Davida Grossmana "Przestańcie uczyć nasze dzieci zabijać ", gdzie wprost powiązano strzelaniny w szkoła z grami komputerowymi. Grossman rozpowszechniał w niej nieprawdziwe informacje, jakoby wojsko nakłaniało żołnierzy do grania, aby oswoić ich z zabijaniem. Kilkanaście lat temu, a więc nim na dobre rozpoczęto badania, w mediach wszystko było już rozstrzygnięta  - gry typu FPS rodzą przyszłych morderców. Pierwszy cios dla tej tezy przyszedł ze strony antropologa Johna Sherriego, W 2001 roku Sherry przejrzał wszystkie badania jakie opublikowano na temat brutalnych gier i agresji. Okazało się, że jeżeli są tu jakieś powiązania to są one niewielkie, a nie tak miało to przecież wyglądać. W 2007 roku na to samo przedsięwzięcie szarpnął się Jonathan Freedman, który przejrzał ponad 200 badań jakie były wówczas dostępne. Wniosek: ogromna i przytłaczająca większość badań nie znalazła związku pomiędzy grami zawierającymi przemoc a wzrostem agresji graczy. Trzy lata temu podobną analizę przeprowadzili Ferguson i Kilburn. Stwierdzili oni wprost, że jedyną sensowną debatą jaką można toczyć w tym aspekcie, to to czy gry wideo nie powodują żadnych skutków czy prawie żadnych skutków. Za ciekawy głos można uznać książkę dwójki harvardzkich psychiatrów Lawrenca Kutnera i Cheryl Olson, "Zaskakująca prawda o brutalnych grach wideo i co z tym wszystkim mają począć rodzice". Napisana w oparciu o ich autorskie badania finansowane przez Departament Sprawiedliwości. Książka nie tylko sugerowała nieprzywiązywanie uwagi do rzekomego wzrostu agresji, ale wskazywała na szereg korzyści jakie niosą ze sobą takie gry na rozwój dzieci i młodzieży.

Niestety nie jest tak różowo jak mogłoby się wydawać. W 2010 roku Craig Anderson powrócił ze swoją własną meta-analizą dotychczasowych prac, na nowo dowodząc, iż gry sieją zło. Sprawa zrobiła się kuriozalna. Badacze patrząc na te same dane wyciągali z nich przeciwstawne wnioski. Anderson spotkał się z natychmiastową krytyką w prasie naukowej, zaś krytycy Andersona spotkali się z krytyką jego apologetów. Tak czy owak, bez wątpienia uprawnione jest dziś twierdzenie, iż nie ma jednoznacznych dowodów na to, że nasycone przemocą gry implikują prawdziwą agresję. Tym bardziej nie ma jakichkolwiek dowodów, że granie samo w sobie prowadzi do strzelania w 5-latków z karabinu maszynowego. Gdyby rzeczywistość gier komputerowych tak łatwo przekładała się na realne życie, byłoby  raczej nieciekawie. Masowe pogrywanie w rożnego rodzaju wirtualne farmy odbiłoby się na rolnictwie, zaś granie w Mario wiązałoby się w poczuciem wewnętrznej konieczności wdrapania się na dźwig, aby przeskakiwać z platformy na platformę. Swego czasu Secret Service przeanalizował preferencje 41 sprawców szkolnych strzelanin. Okazało się, że 27% z nich oglądało brutalne filmy, 24% lubowało się w brutalnych książkach, a jedynie 12% przyciągały gry zawierające przemoc. Na koniec nie chciałem być gorszy, od tych którzy straszą nad współczesnością. Ja także znalazłem przerażający rys w biografii Adama Lanzy!. "Unikał aktywności na Facebooku i Twitterze". Ludzie, którzy nie macie facebooka, apeluję do was, nie zabijajcie nas!

13 grudnia 2012

W gulaszu fakciano-opiniowym

Kilka dni temu Jakub Janiszewski i Tomasz Kowalczuk ubolewali w TOK FM nad naszymi gimnazjalistami. Według nich gimbaza nie odróżnia opinii od faktów. Tradycyjnie przytoczono nieprawdziwe przekonanie, jakoby mozolne wkuwanie wiedzy, było mniej wartościowe niż nauka krytycznego myślenia. Mit ten znalazł się na łamach książki When Can You Trust the Experts? How to Tell Good Science from Bad in Education, kognitywisty Daniela Willinghama. Nazwijcie mnie parszywym pesymistą, ale nie tylko gimbusy nie radzą sobie z wyławianiem suchych faktów z morza wypaczonych opinii - nikt z nas tego nie potrafi. Tak się składa, że jeden z rozdziałów książki Willinghama dotyczy tego, dlaczego jedne rzeczy wydają się nam bardziej wiarygodne od innych. Czy to rezultat naszych głębokich analiz? Niestety nie. Proces, który dzieli docierające do nas informacje, wrzucając je raz do worka "czyjeś opinie", innym razem odkładając na półkę "czyste fakty", dzieje się zwykle poza naszą świadomością. Bardziej wiarygodne są dla nas rzeczy gdzieś już zasłyszane. Za fakty postrzegamy informacje, które inni postrzegają za fakty (tzw. "social proof"), szczególnie jeśli mówią nam o nich osoby podobne do nas. Niby banał, ale znakomicie pokazuje czemu osamotniony specjalista przegra z szalejącą powszechnie bzdurą, którą wyznają wszyscy nasi znajomi.

World Values Survey. Uogólnione i subiektywne oceny 
naniesione na precyzyjny kartezjański układ współrzędnych. 
Przykład sprzedaży czyjś opinii pod marką faktów.
Zadając sobie pytanie, "czy zdyscyplinowanemu umysłowi wolno mieć poglądy polityczne", na chwilę obecną odpowiedziałbym "nie". Zapatrywania polityczne to według mnie wielkie strzykawki, które wyssą z nas resztki obiektywizmu. Utożsamianie się z jakąś partią, prowadzi do idealizacji „swoich” i demonizowania „obcych”. Takie wartości jak solidarność społeczna, wolność gospodarcza, bezkrwawa transformacja roku 89, walka z medialno-politycznym układem, to jednobarwne okulary, przez które widać jednobarwny świat. Wartość jaką jest wiara, zmienia naszą percepcję świata chyba w każdym calu. Kilka miesięcy temu na konferencji w Melbourne Sam Harris zauważył, że kiedy mówisz komuś, iż Boga nie ma, w istocie mówisz mu "twoja córka, która zginęła w wypadku samochodowym nie jest w niebie", a tego osoba wierząca nigdy nie zaakceptuje. Jeśli chodzi o emocje jakie towarzyszą naszym preferencjom politycznym Willingham przytacza badanie Kelliego Garretta i Erika Nisbet, które przeprowadzono w zeszłym roku. Kiedy zapowiedziano wybudowanie centrum islamskiego niedaleko dawnych wież World Trade Center, cześć konserwatywnych obywateli przyjęła to jako potwarz. Jednego z pomysłodawców tej inicjatywy imama Feisalala Raufa oskarżono nawet o pokątne wspieranie terrorystów. Psycholodzy zgromadzili więc malkontentów, aby natłokiem dowodów przekonać ich, iż nowojorski imam nie jest piewcą terroryzmu. Nie próbowano zmienić ich nastawienia do islamu, nie próbowano też przekonać ich, że meczet blisko Ground Zero nie jest niczym złym - chodziło jedynie, aby ludzie zmienili zdanie na temat Raufa. Okazało się, że mimo tak mocnych przesłanek, jedynie 25% badanych zmieniło swoje wyobrażenie o imamie. Co ciekawe, psycholodzy byli wstanie zmniejszyć ten odsetek, przedstawiając go na zdjęciach w muzułmańskim stroju. Zarazem przedstawianie imama ubranego w zachodnim stylu, windowało odsetek przekonanych. Czy jest naprawdę tak dramatycznie, że ludzi bardziej przekonują buty niż namacalne fakty? Na szczęście nie do końca. Wydarzenia z 11 września nadal budzą w USA emocje. Jeśli nasze przekonania nie wyrosły na bazie racjonalnych argumentów, żadne racjonalne argumenty ich nie zmienią. 

Nauka to pewna rzecz w niepewnych czasach, nie tylko za sprawą swej skomplikowanej metodologii. Nauka wzbudza nasze zaufanie, m.in dla tego, że geolog nie czuje solidarności ze skałą bazaltową. Nie przekłada interesów czopów wulkanicznych nad pokrywami lawowymi. Genetyk nie straci sensu życia, jeśli mutację u grochu pojawi się w chromosomie 11 a nie 12. Jego prywatny system wartości nie posypie się w gruzy, tylko dlatego, że liście grochu stały się ciemniejsze. Klimatolog nie czuje zazdrości do swych danych, ani ich nie kocha, ani się na nie nie gniewa. To także dzięki temu nauka jest tak dokładna i precyzyjna. W nauce spełnienie warunku "4 sigma" oznacza zwykle pewność, iż nasz wynik nie jest jedynie przypadkową fluktuacją. Cztery sigma to 99,993% szans na to, że nie pobłądzimy. Trudno w to uwierzyć, ale są dziedziny wiedzy, gdzie warunek "4 sigma", uważa się za zbyt nonszalancki. Przed ogłoszeniem odkrycia nowej cząstki higgsopodobnej, fizycy w CERN czekali, aż wynik osiągnie warunek "5 sigma". Pięć sigma to 99.99994 procentowa pewność – lub mówiąc inaczej - możliwość nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, który wypaczy nasze wnioski, ma się jak 1 do 3 milionów! Redaktorki i redaktorzy prasy politycznej, widzicie to? Widzicie co znaczy mieć pewność? Przy tym "prawdziwą wiedzę" cechuje niebotyczna wręcz dokładność. Nikogo nie dziwią już pomiary z dokładnością do 13 miejsc po przecinku. Warto spojrzeć choćby na astrometrię. To, jak mały ruch  wykrywamy z jakiej wielkiej odległości, przyrównać można do zaplanowania przez ministra finansów budżetu Polski z dokładnością do 1 grosza, nieprzerwanie przez 100 lat z rzędu! Ile są przy tym warte zapewnienia Przekroju, Gazety Polskiej, czy Gazety Wyborczej, że właśnie te idee są lepsze od innych?

26 listopada 2012

Sceptycyzm wychodzi w praniu

Jeśli tak jak ja, notorycznie oblewasz się herbatą, nie narzekaj. Plamy po herbacie nie wiążą się już z wizytą nad brzegiem rzeki, a za środek piorący nie służy popiół zmieszany z moczem. Choć osiągnięcia chemii podrasowały prozę życia brudasów, panosząca się ignorancja utożsamia dziś słowo "chemia" ze słowem "trucizna". Kiedy polscy celebryci straszą nas ogonem jaki wyrośnie nam od jedzenia GMO, ich amerykańscy odpowiednicy, chwalą się nie myciem zębów i włosów - w końcu wiadomo, wszędzie "chemia". Chyba najbardziej niebezpiecznym trendem jest "cytryna zamiast mydła". Wyobraźmy sobie chirurga, który przed zabiegiem zamiast umyć ręce, skrapia je sokiem z cytryny. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że oblewanie sobie rąk wodą z cytryną skończy się po prostu jedzeniem brudnymi rękoma. Już chyba ten popiół z moczem jest lepszy.

Czym Polacy piorą swoje brudy? Hitem działu "utrzymanie czystości" na allegro są orzechy piorące. Orzechy piorące to łupiny rośliny spokrewnionej z liczi, niegdyś używane przez indyjską biedotę, której nie stać było na prawdziwe detergenty. Różnego rodzaju green-eco-bio strony przekonują nas, że orzechy to superaśna rzecz, niemniej postanowiłem zaczerpnąć opinii ludzi, którzy ich jednocześnie nie sprzedają. Znalazłem na ten temat trzy badania, jedno francuskie i dwa niemieckie. Francuskie pochodzi z miesięcznika 60 millions de consommateurs, w którym przebadano 16 proszków do prania (w tym orzechy piorące) i 19 płynów do naczyń. Wśród płynów ostatnie miejsce zajął oparty na soku z cytryny Ecover, zaś efektywność orzechów piorących oceniono na bardzo bliską lub wręcz identyczną, z praniem ubrań w samej wodzie. Drugi artykuł o skuteczności orzechów pochodzi z czasopisma konsumenckiego öko-test. Niemcy testowali orzechy na 10 różnych plamach, w 40, 60 i 95 °C. Większość plam była wciąż widoczna, czasami nawet bardzo. Nieco lepsze wyniki dało 95 °C, acz przemywając plamy jedynie wrzącą wodą, uzyskano prawie taki sam efekt. Mój ulubiony test przeprowadziło pismo Stiftung Warentest. Okazuje się, że Niemcy nie tylko uwielbiają testować proszki, ale mają już to orzechowe dziadostwo w płynnie! Zarówno łupiny jak i ekstrakt z łupin uznano za wysoce niezadowalające dla niemieckich Gastgeberinnen. Zwrócono uwagę na szarzenie białych rzeczy, szybsze niszczenie się pralki, a także na substancje odpowiedzialne za pienienie się orzechów - saponiny. Saponiny okazały się słabiej biodegradowalne niż syntetyczne detergenty! Znaczy się, że te cholerstwo nie tylko nie działa, to jeszcze szkodzi środowisku! Co ciekawe, niektórzy ludzie są zadowoleni z orzechów piorących. Co oznacza, że przy odpowiednim nastawieniu, można być zadowolonym z efektów prania czystą wodą.

Jeśli przy odrobinie sugestii usatysfakcjonuje nas ubranie wyprane w zwykłej wodzie, to znaczy, że jako środek piorący można sprzedać wszystko - i tak w istocie jest. Kula piorąca nie jest tak modna jak orzechy, co nie znaczy, że kilkunastu allegrowiczow właśnie nie nabywa tego ustrojstwa. Kula piorąca to po prostu zwykła plastikowa kulka, która umieszczona razem z naszymi brudnymi gaciami zastąpić ma proszek. W 1999 producent piorących kul, firma Trade-Net została zmuszona do zapłaty setek tysięcy dolarów odszkodowania, po tym jak firmę pozwali użytkownicy magicznych kul. Wydawało się, że to koniec kul piorących, tymczasem produkt ten pojawił się ostatnio na europejskich półkach. Rok temu zainterweniował hiszpański Instituto Nacional del Consumo, nakazując zaprzestania kłamliwych reklam na temat kul. Według hiszpańskiego centrum badań i kontroli jakości, kule piorące były równie skuteczne lub nawet mniej skuteczne  niż zwykła woda. Od dwóch miesięcy tego samego domagają się organizacje praw konsumentów w Portugalii. Morał z tego taki, że nasze prababcie wiedziały co robią, obijając brudne ubrania deskami (kijankami). W tym szaleństwie jest metoda, można wyprać ciuchy mieląc je w bębnie pralki w samej wodzie. Może nie będą śnieżnobiałe i pachnące, ale jak dowodzą miłośnicy pseudopiorącej szarlatanerii, niektórym to wystarczy. Nasze babki, które pewnie zabiłyby (a przynajmniej poturbowały inne babki) za garść proszku do prania, najpewniej pukałyby się w czoło widząc z jakim uporem wracamy do ich ludowych metod na czyste gatki.

15 listopada 2012

Promieniotwórczy potwór z umysłowych bagien

Ludzie! Widły i pochodnie w dłoń! Profesorki chcą szukać uranu! Mniej więcej takie przesłanie przyświeca akcji "Nie dla poszukiwań i wydobycia uranu w Sudetach!". W końcu to promieniowanie, wiadomo: grzyby atomowe, mutanci, konająca Skłodowska, te sprawy. Wszyscy pamiętamy tysiąc napromieniowanych ciał, leżących pod elektrownią w Fukushimie, a następnie samobójców idących na pewną śmierć, byle tylko powstrzymać awarię. Starsi mogą pamiętać radiofobię związaną z Czarnobylem. W ciągu niespełna 72 godzin, dawkę płynu lugola przyjęło w Polsce ponad 18 milionów osób, co jest niepobitym rekordem w historii światowej prewencji medycznej. Kiedy 1 maja zachęcano do wyjścia z domów, węszono ludobójczy spisek, krzyczano o "sowieckich kurwach, które mają za nic własne społeczeństwo". Dziennikarze uwielbiają straszyć nas rentgenami, grejami, remami, kiurami i radonami. Słysząc o 10 000 bekerelach człowiek ma ochotę nakryć się ołowianą płytą. Nie ważne co to jest - jeśli jest tego 10 tysięcy i powiązane jest z promieniowaniem - musi być niebezpieczne. W tym miejscu zakładam wersję optymistyczną, że komunikat zawierałby jakieś liczby i jednostki,  bo zwykle podaje się to w "duże", "bardzo duże" i "ponad wszelką normę". Dla nas, zwykłych szaraczków wystarczy znać jedną, najpopularniejszą jednostkę - siwerta.

W 1986 pisano o Czarnobylskich, 2 metrowych kurczakach
Siwert (Sv) to jednostka dawki promieniowania jonizującego. Jako, że jeden siwert to naprawdę sporo, częściej stosuje się milisiwerta (1 Sv = 1000 mSv). Ile tych cholernych mSv aplikuje sobie przeciętny Polak? W zwykłej, nie będącej wojną atomową sytuacji, na ilość mSv składa się suma kilku źródeł: 1) Promieniotwórczość terenu. Wszystko zależy od regionu. W Polsce średnio 0,29 mSv. 2) Radioaktywność powietrza, a dokładnie radonu, który jest jego składnikiem. Mapę tego promieniowania każdego dnia publikuje Polska Agencja Atomistyki. Należy liczyć 0,78 - 0,96 mSv rocznie. 3) Promieniowanie wprost z kosmosu. Jest prawie wszędzie takie same, na poziomie morza wynosi 0,30 mSv rocznie. 4) Jako, że promieniuje w zasadzie wszystko, jedzenie, woda, my sami, sumując te dodatki i wszystkie dotychczasowe punkty (znane jako "źródła tła naturalnego"), Polak wciąga około 2 mSv rocznie. To nie najgorzej. Przeciętny Hiszpan inkasuje z tych samych źródeł 5 mSv, a Fin około 7 mSv rocznie. Są oczywiście miejsca, gdzie poziom naturalnego promieniowania jest o wieeeeele większy. Rekord dzierży tu brazylijska plaża monacytów w Pedro Caetano, z wynikiem 785 mSv. Miastem stojącym najwyżej w tym rankingu jest irański Ramsar, gdzie za sprawą budownictwa opartego na okolicznej skale wapiennej osiągnięto wynik 260mSv. Żyjąc w Polsce nie uciekniemy przed 2 mSv, reszta jednak zależy od nas. Jedna mammografia to dodatkowe 0,4 mSv, tomografia komputerowa klatki piersiowej to 7 mSv, zaś palenie tytoniu oznacza dodatkowe 13 mSv. Pracownicy elektrowni atomowych narażeni są na dodatkowe 1,9 mSv rocznie. Za sprawą wybuchu reaktora numer 4, ponad 114 tys. ewakuowanych mieszkańców okolic Czarnobyla przyjęło średnio 31 mSv. No dobra, tyle liczb, ale jak przekłada się to na zdrowie?

Wiele dzisiejszych norm odnośnie promieniowania opiera się na tzw. hipotezie LNT (liniowo bezprogowej). Według jej założeń każda, choćby minimalna dawka promieniowania jest dla nas niebezpieczna. LNT jest hipotezą kontrowersyjną. Małe dawki promieniowania, jak 100 mSv, uważa się za nieszkodliwe. Problem pojawia się w przypadku dużych dawek przyjętych w krótkim odcinku czasu. W wyniku czarnobylskiej katastrofy na chorobę popromienną zachorowało 134 osób, które w przeciągu kilku godzin przyjęły od 800 do 16 000 mSv - z czego zmarło 28. W 2005 kilka międzynarodowych organizacji, w tym FAO, UNDP, WHO, UNEP i UNSCEAR, wydało wspólny raport, w którym całkowitą liczę ofiar katastrofy w Czarnobylu oszacowano na kilkadziesiąt. Rok później  swój własny raport sporządził  Greenpeace, w którym postawił szaloną teorię, według której przez Czarnobyl zmarło 200 000 ludzi! W przypadku awarii w elektrowni Fukushima Daiichi, nikt nigdy nie zapadł na chorobę popromienną, a tym bardziej nikt z tego powodu nie umarł. Pamiętajmy też, że przyjęcie 200 mSv w ciągu roku, nie jest tożsame z przyjęciem 200 mSv w ciągu roku, jeśli w tym drugim przypadku 99% dawki zaaplikowane zostało w przeciągu kilku minut. Znany jest przypadek Alberta Stevensa, w historii medycyny znanego jako pacjenta CAL-1. Do krwi Stevensona wstrzyknięto pluton, z którym żył przez następne 21 lat. Kiedy w wieku 79 lat umarł na serce, dawkę jaką przyjął oszacowano na 64 tysiące mSv!

Co w takim razie ze Skłodowską? Maria Curie umarła w sędziwym jak na tamte lata wieku 67 lat, zaś przyczyną  jej zgonu była anemia. Ludziom nie mieści się w głowie, że można nosić grudki radu w kieszeni i nie umrzeć na chorobę popromienną. Promieniotwórcza histeria karmi się obrazami Czarnobyla, wyludnionych wiosek i zdeformowanych płodów. Na stronie miasta Prypeć na bieżąco publikuje się poziom promieniowania w różnych miejscach zakazanej strefy. Punkty pomiarowe ustawiono m.in przy wjeździe do strefy w Dityatkach, przy wjeździe do Prypeci, oraz przy samym reaktorze w Czarnobylu. Okazuje się, że promieniowanie w strefie wykluczonej, jest średnio takie jak w... Szwecji. Trzy kilometry od reaktora promieniowanie jest mniejsze niż w Warszawie! Polacy panikujący w kolejkach po płyn lugola mieli rację, naukowcy się mylili. Według radiologa Zbigniewa Jaworowskirego, radiologa za sprawą którego wydano płyn, w rzeczywistości promieniowanie nie osiągnęło ułamka tego, przy którym należało wydać dawki jodu.  Przyczyną podania stabilnego jodu była płynąca ze wschodu dezinformacja. Wydaje się, że psychoza zimnej wojny zrobiła swoje dla radiofobii jako takiej. Swoje dołożyły ruchy wyrosłe na kanwie nuklearnej, post-apokaliptycznej zimy, w której zabójcze promieniowanie odgrywało kluczową rolę. Wszyscy wiemy, że promieniowanie to niewidzialny zabójca, rzadko jednak zadajemy sobie pytanie, dlaczego jest niewidzialne? Dlaczego przyroda nie wyposażyła nas w zmysł pozwalający wyczuć coś tak niebezpiecznego? Dlaczego miliardy lat ewolucji nie zaowocowały choć jednym organizmem wyczuwającym podwyższony poziom promieniowania gamma? Nie po raz pierwszy natura wie od nas lepiej, co jest naprawdę groźne.

9 listopada 2012

Piórem Michała Archanioła

Kiedy Polska pojawia się w programie Billa Mahera, zwykle nie wróży to nic dobrego. Tym razem zasłynęliśmy wydając - w tym miejscu poproszę błyskawicę i dźwięk organów - "Egzorcystę". Miesięcznik "Egzorcysta", nie jest pismem branżowym polskich egzorcystów, jak myślał Maher, ale czasopismem adresowanym do wiernych. Wydawcy "Egzorcysty" postanowili pójść w ślady youtube personality Piotra Natanka i wpisać się w modny trend postrzegania czarownic i demonów jako realnych bytów. No cóż, doczekaliśmy czasów, w których debata czterech niegłupich i dorosłych ludzi o diabelskich cyrografach nikogo już nie dziwi. W dyskusji pojawia się historia o tym jak diabeł przekupywał chłopów skrzypcami  Po recitalu takiego zaprzedanego grajka, równo o 12 w nocy jego skrzypce zamieniały się w odrąbaną końską nogę. Można by się z tego śmiać, gdyby nie reakcja pozostałych panów potakujących ze zrozumieniem, "no tak, tak było". Tydzień temu mainstreamowe media informowała nas, o tym jak halloweenowe zabawy mogą zagnieździć w nas złego ducha. Zgodnie z zasadą pluralizmu, reportaże okraszano wypowiedziami mniej radykalnych księży lub naukowców pokroju dr Jana Suligi, nauczyciela kabały i tarota. Jaki z tego wniosek? A no taki, że po raz pierwszy od 200 lat żadne wiodące medium, nie ma odwagi powiedzieć wprost, że wiara w czary jest czymś niedorzecznym.

Okładka "Egzorcysty" według projektu Mahera
Jakoś udało mi się zdobyć dwa pierwsze numery "Egzorcysty", zaś trzeci, listopadowy przeczytałem w Empiku. Wzrok pracujących tam ludzi, kiedy pytam ich o tą gazetę, bezcenny. Nie jest to pismo ani dla takiego sceptycznego poganina jak ja, ani nawet dla światłego katolika. Gros każdego numeru stanowią różnego rodzaju anegdoty i historyjki, zwykle nie umieszczone  w czasie i w przestrzeni. Nie wiem czy takie było zamierzenie, ale "Egzorcysta" przypomina niektóre z pism ezoterycznych, w szczególności wydawaną od niedawna Adremidę. Adremida, poza różnymi psychologizmami, wypełniona jest historyjkami o duszach, aniołach i życiu po śmierci, bardzo podobnymi do opowiadań z "Egzorcysty". Wydaje się, że o zawartości "Egzorcysty" decydują dwie postaci: ks. Andrzej Grefkowicz i ks. Aleksander Posacki. Grefkowicz sprawia wrażenie osoby prostodusznej. W najnowszym numerze jest jego artykuł o... świecy, która paląc się, zalała świecznik. Dosłownie, trzy stronicowy artykuł o świeczniku ubrudzonym woskiem. Bardziej niepokoi mnie Posacki, który od lat żywi pretensje do współczesnej nauki, że ta odrzuciła związek zła z chorobą. Póki co lekarze nie upatrują przyczyny chorób w klątwach i urokach, jeśli jednak ten regres rozumu pójdzie jeszcze dalej, za kilkanaście, kilkadziesiąt lat może być z tym różnie.

Są historie, o których czytelnicy "Egzorcysty" nigdy nie usłyszą: 1995, Oakland, 25-letnia Koreanka Kyung-Ha umiera na skutek obrażeń w czasie egzorcyzmów; 1996, Kalifornia, 53-letnia metodystka zostaje pobita ze skutkiem śmiertelnym podczas wypędzania demona z jej ciała; 1997. Nowy Jork, 5-latka umiera po wypiciu mieszanki amoniaku i octu, mikstury, która miała otruć siedzącego w niej złego ducha; 1998, Sayville, siedemnastoletnia Miranda Charity zostaje uduszona plastikową torbą przez rodzinę, chcącą przepędzić z niej demona; 2003, ośmioletni Terrance Cottrel chorujący na autyzm zostaje uduszony w trakcie nabożeństwa,  kiedy zebrani próbowali uwolnić go od demona; 2004, Atlanta, 8-letnia Quimani Carey zostaje znaleziona martwa i pokryta cytatami z Biblii, do morderstwa przyznają się rodzice, chcący wypędzić z niej demona. To tylko kilka przykładów i to z jednego kraju. Najbardziej wstrząsającym przypadkiem ostatnich lat w Europie było ukrzyżowanie rumuńskiej zakonnicy Iriny Cornici przez popa Daniela Corogeana - nim szatan zdążył opuścić ciało kobiety, ta zmarła z wycieńczenia. Najsłynniejszym tego typu przypadkiem wciąż pozostaje Anneliese Michel. Dwóch egzorcyzmujących ją księży, Ernst Alt i Arnold Renz zostali uznani winnymi nieumyślnego spowodowania śmierci. Przypadki te dowodzą, że mroczna historia dawnych wieków niczego nas nie nauczyła. Głoszenie poglądów, że choroby umysłowe wywołują demony, nie może mieć miejsca w XXI wieku. Nie interesuje mnie jakie nowinki wnosi nowy Rytuał Rzymski odnośnie egzorcyzmów, jeśli wciąż dopuszcza walkę z wyimaginowanymi bytami zamieszkującymi ludzkie ciało. Nowa instrukcja egzorcyzmów co prawda zaleca konsultacje psychiatryczne, ale tylko z lekarzami "otwartymi na sprawy życia wewnętrznego" (czyt. wierzącymi, iż w ludziach przesiaduje diabeł). O ciarki myślącego człowieka przyprawia punkt 14 tego, ponoć światłego, dokumentu: "diabeł, pragnąc odciągnąć od zamiaru poddania się egzorcyzmowi, dzięki podstępnym sztuczkom może udawać chorobę czysto naturalną, podlega kompetencji lekarzy". Ciekawe kiedy w Polsce "wypędzano" bardziej prozaiczne choroby, teraz czy w średniowieczu?

6 listopada 2012

Prawie darmowa energia

Czasami zastanawiam się co siedzi w głowach użytkowników allegro, kupujących za 30 złotych "urządzenia do wytwarzania dowolnej ilości energii". Jakim trzeba być.. przedsiębiorczym człowiekiem, zważywszy, że darmowa energia ma zwykle wysoką cenę. Krzyk mody tego gatunku - "reaktor otwartej plazmy" - kosztuje 900 dolarów. Jego twórcą jest irański inżynier Mehran Keshe, który na bazie swoich odkryć obiecuje podróże międzyplanetarne na pstryknięcie palca. Fundacja Keshe jest w Polsce przerażająco popularna. Po polskim internecie pałęta się wiele materiałów i choć przywykłem do recenzji szalonych teorii, to tego nie jestem w stanie nawet powtórzyć. Cała koncepcja opiera się na "replikacji grawitacji", "polach elektro-magneto-grawitacyjnych" oraz "pakietach sferyczno-dynamicznych". Z całej tej teorii zrozumiałem słowo neutron, ale to też do czasu - według Mehrana Keshe neutron składa się z materii, ciemnej materii i antymaterii. Najlepsze jest to, że ten stek technobabble jest ponoć empirycznie weryfikowalny. Na filmie promującym Keshe Foundation tych bzdur dowodzić ma plastikowa butelka z podłączonym woltomierzem. Tak więc fizycy całego świata pakujcie swoje manatki - plastikowa butelka wygryzła was z interesu.

Po lewej Mehran Tavakoli Keshe, po prawej znany z filmu Borat, Kazachstański Popular Music Superstar Corkey Buchek.

Skąd biorą się takie indywidua? To znaczy wiemy skąd, z Iranu. Skąd jednak ta niesłabnąca pewność, że przyrodę da się oszukać przy pomocy gumki i magnesu?  Tysiące niedających się zrealizować pomysłów i setki niedziałających patentów nie zraża majsterkowiczów do łamania zasady zachowania energii na tyłach swego garażu. Pierwsze prawo termodynamiki ma od 1916 solidny dupochron, znany w matematyce jako twierdzenie Emmy Noether lub zasadę zachowania z symetrią ciągłą. Nawet jak na świat piekielnie mocnych praw przyrody, jest to sytuacja niezwykła  W fizyce klasycznej takim matematycznym dowodzeniem pochwalić się może jedynie zasada zachowania pędu, momentu pędu i właśnie zasada zachowania energii. Stąd też raczej unika się określeń perpetuum mobile w zamian oferując osobliwe jej źródła, jak zimna fuzja i energia punktu zerowego. Ta ostatnia związana jest z nazwiskiem zagorzałego scjentologa Harolda Puthoffa. Puthoff, poza swoimi badaniami na temat energii próżni, znany jest z zamiłowania do telekinezy i prekognicji. W 1976 wydawał pozytywną opinię co do paranormalnych zdolności izraelskiego iluzjonisty Uri Gellera, zaś w marcu 1987 roku zasłynął referatem "Sto lat postrzegania pozazmysłowego". Chwalił się w nim umiejętnością sporządzania map powierzchni planet jeszcze niewidocznych dla teleskopów. O ile samo istnienie energii punktu zerowego nie budzi zastrzeżeń fizyków, to już efektywne wykorzystanie tej energii sytuowane jest w obszarze fikcji. Gdyby nawet jakoś udało się dobrać do tej energii, jej ilość nie zachwyca. Dla całego wszechświata jest spora, jednak według wyliczeń noblisty i znanego popularyzatora nauki Stevena Weinberga: z przestrzeni o objętości Ziemi otrzymalibyśmy energię odpowiadającą niecałym 4 litrom benzyny.

Zarówno Harolda Puthoff jak i Mehran Keshe przywołują Nikola Teslę, ojca ruchu free energy. Tesla był bezsprzecznie geniuszem, nie mniej nie trudno dowieść tezy, że w pewnym momencie po prostu zwariował. W 1931 Tesla twierdził, że wysyła sygnały na Marsa skąd dostaje na nie odpowiedzi. Mehran Keshe twierdzi, że pod jego drzwiami ustawiła się już kolejka ambasadorów (od Kanady po Unię Europejską), błagających go o jego technologię. Dodam, że przekonanie, iż światowi przywódcy zaraz skontaktują się z nami, aby zapytać nas o zdanie, zwykle znamionuje chorobę psychiczną. Oczywiście nikt nie widział choćby roweru napędzanego reaktorem Keshe - mimo to, za grube dolary można składać na nie zamówienia. Cała technologia miała zostać zaprezentowana kilka miesięcy temu, dokładnie na moje urodziny, coś jednak nie wypaliło. Event przełożono na 20 któregoś września ale wciąż nic. Obecnie mówi się o grudniu. Ja wiem nawet, co będzie w styczniu i dalej. Reaktory otwartej plazmy nie pojawią się w naszych domach, nie dlatego, że to waląca po oczach humbuk, ale dlatego, że zadziała spisek. Już się pogubiłem, kto jest w tym spisku. Czy minister skarbu, który w ramach promocji gazu łupkowego pije płyn do szczelinowania, czy zieloni ze swoimi wiatrakami, czy orędownicy energii jądrowej? Zważywszy, że Keshe jest Irańczyk, tym razem polecam posłużyć się "Big Oil" - arabskim szwadronem śmierci, wysyłanym na twórcę darmowej energii przez koncerny naftowe.

27 października 2012

Aborcyjne argumentacje vs nauka

Najchętniej oglądalne debaty dotyczą problemów nieobsługiwanych przez naukę, na które nie udziela ona jednoznacznych odpowiedzi. Brylują zatem dyskusje o legalizacji marihuany, eutanazji i karze śmierci, a na czele tego peletonu figuruje dziś aborcja. Nasz stosunek do przerywania ciąży zależy od nazewnictwa zygoty. To, czy zygota jest dzieckiem nie jest oczywiście problemem naukowym. Odrobinę, ale tylko odrobinę lepiej jest z definiowaniem tego, czy w 21 dniu, można mówić o bijącym sercu. Pełnię swoich skrzydeł nauka rozpościera dopiero w jednej z odnóg tej debaty  - relacji pomiędzy aborcją a zdrowiem.

Czy istnieje syndrom poaborcyjny? Termin post-abortion syndrome (PAS) został wprowadzony przez Vincenta Rue, reprezentującego organizację pro-life w czasie przesłuchania w amerykańskiej podkomisji senatu w 1981. PAS obejmuje szeroki wachlarz niepożądanych reakcji emocjonalnych, występujących po usunięciu ciąży. Istnieją badania, które wskazują pozytywną korelację pomiędzy dokonywaniem aborcji a zwiększonym odsetkiem samobójstw. Trudno jednak dowieść, aby sam zabieg aborcji miał jakiś decydujący wpływ na ten wyniki, tym bardziej, że jeszcze lepiej niż z samobójstwami, aborcja skorelowana jest ze zwiększoną zapadalnością na AIDS i chorobami układu sercowo-naczyniowego. W 1990 Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne przeprowadziło analizę wszystkich badań jakie ukazały się na ten temat w języku angielskim do 1989 roku. W oświadczeniu czytamy: legalna aborcja niechcianej ciąży i przeprowadzona w pierwszym trymestrze nie stwarza zagrożenia dla zdrowia psychicznego większości kobiet. Kilka lat temu APA znów dokonało podobnej analizy, tym razem biorąc pod uwagę badania z lat 1989-2008, z takim samym rezultatem. Niecały rok temu oświadczenie, iż aborcja nie wiąże się z zagrożeniem dla zdrowia psychicznego kobiet wydało Królewskie Towarzystwo Psychiatryczne. Syndrom postaborcyjny nie znalazł  powszechnej akceptacji poza wspólnotami pro-life i nie widnieje w obowiązującej klasyfikacji zaburzeń psychicznych. Obecnie uważa się, iż dalsze badania porównawcze powinny konfrontować stan psychiczny kobiet, które poddały się aborcji ze stanem psychicznym kobiet, których ciąża była ciążą nieplanowaną. 

Czy aborcja może przyczynić się do przyszłych poronień? Zarówno środowiska pro-choice jak i pro-life dysponują wygodnymi dla siebie badaniami, które w sposób klarowny podtrzymują ich tezy. Największe i chyba najbardziej wiarygodne badania na ten temat zostały opublikowane dwa miesiące temu w piśmie Human Reproduction. Wykonano je na próbie 300 858 fińskich matek, z czego 31 083 (10,3%) dokonało jednej, 4417 (1,5%) miało za sobą dwie, a 942 (0,3%) trzy lub więcej aborcji nim urodziło swoje pierwsze dziecko. Te kobiety, którzy poddały się trzem lub więcej aborcjom miały niewielki, ale istotny statystycznie wzrost ryzyka urodzenia dziecka z niską (2500g) i bardzo niską (poniżej 1500g) masą ciała. W grupie tej częściej notowano też wcześniaki. Wśród kobiet, które nigdy nie poddały się aborcji skrajne wcześniactwo (urodzenie się przed 26 tygodniem ciąży) zdarzało się w 3 przypadkach na 1000 urodzeń; wśród kobiet, które poddały się jednej aborcji w 4; wśród kobiet, które dokonały 2 aborcji w 6 przypadkach; zaś wśród kobiet, które usunęły ciążę 3 i więcej razy - w 11 przypadkach na 1000 mieliśmy do czynienia ze skrajnym wcześniactwem. Autorzy nie podjęli się wnioskowania czy aborcje mogą spowodować większą śmiertelność niemowląt. Mimo tak wielkiej próby, śmierć okołoporodowa zdarza się w Finlandii bardzo rzadko - 1498 przypadków w przeciągu 12 lat (1996-2008). Ostrożnie można jednak domniemywać, że istnieje bardzo niewielki wzrost śmiertelności u kobiet wielokrotnie usuwających ciążę. Zauważono też, że kobiety, które poddawały się aborcji były częściej samotne, więcej paliły i znajdowały się niżej w hierarchii ekonomicznej, co mogło mieć znaczenia dla wyniku badania.

Czy aborcja stanowi zagrożenia dla zdrowia kobiety? Według WHO na świecie umiera rocznie około 67 tys. kobiet (z czego 97% w Afryce i Azji), w wyniku aborcji przeprowadzanych w środowisku nie spełniającym standardów medycznych i wykonywanych przez osoby nie posiadające do tego jakichkolwiek kwalifikacji. Szacuje się, że w całej Europie, w wyniku nielegalnie przeprowadzanych aborcji, umiera około 50 kobiet rocznie. Z opublikowanych w tym roku badań wynika, że śmierć pacjentki podczas nadzorowanego zabiegu aborcji w USA zdarza się raz na 160 tysięcy przypadków. Nowym i modnym postulatem jest zwiększona zapadalność na raka piersi wśród kobiet, które usunęły ciąże. Optuje za tym kilka dość egzotycznych stowarzyszeń medycznych, takich jak Catholic Medical Association czy American Association of Pro-Life Obstetricians and Gynecologists. Największe i najbardziej prestiżowe gremia medyczne jak WHO czy American Cancer Society otwarcie zaprzeczają tezie, jakoby aborcja przyczyniała się do zwiększonej zapadalności na nowotwór piersi. Kiedy spór przeniósł się na płaszczyznę polityczną, National Cancer Institute powołał ponad 100 ekspertów, aby przeanalizowali zgromadzone na ten temat dane. W konkluzji tych prac czytamy, że choć niektóre badania znalazły pozytywną korelację między rakiem piersi a aborcją, najbardziej rygorystyczne z badań jakie przeprowadzono, pokazuje, że aborcja nie wiąże się ze wzrostem ryzyka raka piersi, a badania, które wskazywały na tą zależność zawierały błędy natury statystycznej.

16 października 2012

Ile logii w ufologii?

Od kiedy tylko latające spodki patrolują nasze niebo, tropiciele kosmitów nie mogą wybaczyć naukowcom, że ci nie zajmują się tym tematem. Tymczasem od zarania tego zjawiska nauka żywo interesowała się UFO. 40 lat temu na pytanie "czy tematyka UFO warta jest naukowych dociekań" 53% członków Amerykańskiego Instytutu Aeronautyki i Astronautyki odpowiedziało tak, 27% pozostało niezdecydowanych, zaś tylko 20% powiedziało nie. Największym osiągnięciem naukowym w dziedzinie UFO pozostaje, liczący sobie ponad tysiąc stron, Scientific Study of Unidentified Flying Objects, opublikowany w roku 1968. Sporządzony na zlecenie Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych przez Uniwersytet Kolorado, do dziś uważany jest za najbardziej wpływowy dokument dotyczący naukowego statusu UFO oraz główną przyczynę nie przebicia się zjawiska UFO pod szerokie skrzydło tzw. problemów naukowych. Wnioski raportu były dla ufologii druzgocące - brak jakichkolwiek dowodów na pozaziemską genezę zjawiska oraz brak przesłanek do dalszych badań. Szczególnie to drugie zabolało ufologów, którzy nigdy nie zaakceptowali raportu. Lucjan Znicz w swojej książce "UFO - próba oceny", w obiecująco brzmiącym rozdziale "Czy UFO można badać według standardów nauki?", tak pisze na temat osób sporządzających raport: "zespół nie był ani zbyt uczony, ani doświadczony. W skład 36-osobowego komitetu weszło 14 naukowców z tytułem doktora filozofii". W rzeczywistości Edward Condon był jednym z najsłynniejszych fizyków swoich czasów, zaś doniesienia o UFO analizowało: 21 przedstawicieli nauk fizycznych (głównie astrofizyka, meteorologia i  aeronautyka), 8 psychologów, 4 dziennikarzy, 2 literaturoznawców i 1 biolog. Gdzie tych 15 filozofów?

Nigdy przedtem, ani nigdy potem nauka nie była już tak blisko UFO. Obecnie na obraz tego, co nazywamy ufologią, składają się dwa nurty: new age ufology oraz science fiction ufology. Odłam spod znaku new age bardziej niż dowody materialne, ceni sobie osobiste objawienia. Gwiazdami tego nurtu są tzw. kontaktowcy - telepatycznie komunikujący się z kosmitami, a następnie przekazujący zebranym różne kosmiczne mądrości. Obecnie jest to chyba dominujący typ polskiej ufologii, do którego zaliczyć można Roberta Bernatowicza i Fundację Nautilus oraz Janusza Zagórskiego i jego telewizję niezależną. Z takim zapatrywaniem nie ma mowy o jakiejkolwiek nauce. Co innego stara szkoła ufologii - science fiction ufology. Nazwa jest nieprzypadkowa. Prekursorami nurtu byli pisarze science-fiction, w Polsce był nim Andrzej Trepka. Tego typu badacze marzą, aby sytuować ich gdzieś blisko egzobiologii, tymczasem najbliżej im (i to w najlepszym razie) do folklorystyki. Ludzie ci łażą po górach, robią zdjęcia, kręcą filmy, czasami pukają do domniemanych świadków UFO, aby posłuchać ich historii. Na łamach tego nurtu narodziła się kategoria "wiarygodnego świadka". Wiarygodny świadek to ten, który powie nam to, co chcemy usłyszeć. Wiarygodnym świadkiem jest więc małe dziecko - "no bo jakby dziecko mogło kłamać", staruszek - "no staruszek by nie kłamał, bo po co". Wiarygodnym świadkiem jest prosty chłop - "bo jest prosty i przecież by tego nie wymyślił", ale równie wiarygodny jest człowiek wykształcony - "wiadomo, inteligentny, szanowany człowiek, taki by nie wymyślał". W ufologii łatwowierność jest cnotą.

Nauka ma w zwyczaju podchodzić do śmiałych tez z wielką ostrożnością. W ufologii sprawa ma się odwrotnie - najpopularniejszymi są zwykle te najbardziej sensacyjne pomysły. Aby ktoś nie zarzucił mi, iż bezpodstawnie nazywam ufologię pseudonauką, posłużę się cechami pseudonauki według The psychology of science and the origins of the scientific mind Gregory Feista. 1) kryterium postępu - co osiągnęli ufolodzy w ciągu 70 lat swych badań? Czy mają choćby jeden drucik, z ponoć 70 katastrof UFO jakie ich zdaniem miały miejsce? Czy mają włosek, choćby jedną komórkę z przybyszów, którzy nas odwiedzają? Czy mają cokolwiek poza zamazanymi zdjęciami świateł? 2) Lekceważenie empirycznych faktów, na rzecz wyjaśnień sprzecznych z ugruntowaną, naukową wiedzą. W ufologii nikt nie zastanawia się nad tym, z jakim ciśnieniem miałby do czynienia człowiek, nad którym zawisłby wielki, metalowy spodek. Zawisł = wywarł nacisk na będące pod nim powietrze, oraz wszystko to, co znajduje się pomiędzy statkiem a powierzchnią Ziemi. Tak proste rozważania nie łapią się do literatury ufologicznej, natomiast na antygrawitacji, prędkości nadświetlnej i światach równoległych znają się w tym środowisku wszyscy. 3) Brak krytycyzmu do co do własnych założeń oraz niechęć do weryfikacji stawianych hipotez. Twierdzenia stają się odporne na jakakolwiek weryfikację. W przypadku metody naukowej dysponujemy sprawdzalnymi hipotezami, osadzonymi w określonych warunkach. Jakiekolwiek eksperymenty są ścisłe kontrolowane, przez co testowanie hipotez odbywa się w sposób przejrzysty i możliwy do zreplikowania. Ufolodzy nie zaprzątają sobie głowy weryfikowalnością swoich hipotez, zaś same hipotezy sytuują się gdzieś pomiędzy "ufo to istoty z przyszłości" a "ufo to istoty z innych wymiarów". Ostatnim, ale i najważniejszym zarzutem jest 4) nie stosowanie się do zasad logiki. Rozumowanie powinno być jasne, pozbawione błędów i sprzeczności. Wnioski należy wyciągać  na podstawie zgromadzonych danych. W logice ufologicznej z niewyraźnych przesłanek wyciąga się szalenie wręcz odważne wnioski, zaś wysnuwane "teorie" nie trzymają się kupy. Zaawansowani obcy zachowują się w relacjach z ludźmi jak dzieci, cywilizacja, która zainwestowała niewyobrażalną wręcz energię, aby dotrzeć sna Ziemię, trudni się głównie straszeniem krów na pastwiskach. Jeśli skądś nie ma dowodów - działać tam musi spisek. Jako, że nikt nie posiada takich dowodów, świat staje się jednym wielkim spiskiem, w który zaangażowani są politycy, media, naukowcy, Kościół, wojsko... Carl Sagan powiedział kiedyś, że jeśli chodzi o UFO, solidne przypadki są nieciekawe, a ciekawe przypadki są niewiarygodne. Niestety nie istnieją przypadki, które są zarówno wiarygodne i interesujące.

10 października 2012

Dyplom kontra nauka

Dziś w programie Dzień Dobry TVN przy stałych gościach tego programu, czyli Krzysiu Jackowskim i wróżce Aidzie, pojawiła się w końcu zła sceptyczna energia. Za źródło sceptycznego promieniowania robili Tomasz Garstka i Konrad Maj. Wywiady, które do tej pory Dorota Wellman przeprowadzała z Jackowskim, cechowały się rodzinną atmosferą na wzór relacji mistrz mówi - uczeń przytakuje. Tak na marginesie, pól godziny po starciu psychologów z wróżbitą, pani Dorota zapytała najwyraźniej zaskoczoną i zażenowaną pytaniem lekarkę weterynarii: "Pani doktor jak to jest, że kiedy tylko mnie coś boli, to przychodzi do mnie kot, znajduje to miejsce, siada i ból ustępuje?". Wracając jednak do dyskusji z polską kastą czarodziejów. Na dzień dobry Konrad Maj odpalił stary dobry numer, "niech pan powie, co mam w kieszeni, a oddam swój dyplom". Patrząc na przebieg debaty modliłem się, aby wybranym przez pana Konrada przedmiotem był paralizator, bo Krzysiu  szalał, rzucał kartkami  dziesięć razy wstawał i podchodził do sceptyków. Tyle lat chodzi już z tymi kserami po telewizjach, że w końcu będzie je musiał wymienić - po dzisiejszych rzutach chyba się lekko zeszmaciły. Ze spotkania wyszedł oczywiście jeden wielki harmider. Dorota Wellman dostała nauczkę, aby nie zapraszać mącących sceptyków.

Panie Krzysztofie, jakby ktoś kiedyś zarzucił panu 
agresje, proszę mu rzucić kserem tego dyplomu 
w twarz, jako dowód, że tak nie jest!
Pan Krzysztof specjalnie nie zaskoczył. Walił swoim ulubionym cepem, czyli pochwałami jakie zbiera za swoją działalność. Jackowski przypomina mi w tym postać prostego drwala  z noweli Sienkiewicza "Szkice węglem". Zapisana kartka papieru to dla niego rzecz święta. Jak coś może być nieprawdziwe, jeśli jest na tym pieczątka? W roku 2009 Krzysztof Jackowski starał się nawet o nagrodę JREF. Oczekiwał, iż Randi wyda mu milion dolarów na podstawie dyplomów jakie uzbierał po komendach. Tak, jakby opinia jakiegoś sierżanta z Pyrzyc Dolnych była czymś obligatoryjnym dla całego świata nauki. Na stronie Krzysztofa, w zakładce "niezbite dowody jasnowidzenia", poza listami od pani Zosi są i owe "dokumenty policyjne". Są to dokładnie: 1 okładka pracy magisterskiej o Jackowskim, 19 podziękowań policji za pomoc w rozwiązaniu sprawy, 3 podziękowania od burmistrzów, 14 wezwań obywatela Krzysztofa Jackowskiego w charakterze świadka, 1 dyplom od ezoterycznego czasopisma oraz 1 zaproszenie na konferencję w Łodzi. Zastanawiam się nad akcją "wyślij dyplom dla Krzyśka". Dla nas to drobnostka, a chłopak naprawdę się ucieszy!

Dlaczego dyplomy, którymi tak podnieca się Jackowski, są jednocześnie tak bezwartościowe? Czy za dowody mojej prekognicji mogłyby robić ksera kuponów totolotka, w których trafiłem trójkę? Ocenianie  tak zwanych psychic detectives, poprzez rozpatrywanie spraw, które sami sobie wybiorą niczemu nie służy. Przez 20 lat Jackowski opowiada o ciałach lezących w pobliżu lasu, wody i drogi. Gdyby nigdy nie trafił, to by dopiero było coś nadnaturalnego. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest tu kontrolowany test wyboru, o którym mówił Tomasz Garstka. Inaczej będzie tak jak na załączonym filmiku: Jackowski przewiduje, że na zdjęciu będzie zakonnica, jest wiszący w powietrzy garnek, ale jego zdaniem i tak udzielił trafnej odpowiedzi. Stąd też tak ryzykowną jest zgadywanka "co mam w kieszeni". Co by było gdyby Jackowski odpowiedział, iż widzi jakąś często używaną rzecz, która może robić za coś innego, ble ble ble, wszystko okraszone jego ulubionymi frazami "coś jakby", "coś podobnego do", " coś kojarzącego się z". Nagle okazałoby się, iż Jackowski coś tam trafił, pół Polski to ogląda i mówi łał. Jaką mamy pewność, czy ludzie wystawiający mu dyplomy, nie byli przypadkiem takim naiwniakami? W przypadku nieprzeciętnych, reinterpretacyjnych zdolności Jackowskiego zastanawiam się, czy nawet prosty test z monetą dałby wymierny wynik. "Wypadł orzeł, powiedziałem, że będzie reszka, ale w ostatniej chwili pomyślałem o orle"; "wypadła reszka, mówiłem że orzeł, ale zmieniłem z reszki, czyli jednak miałem trochę racji"; "wypadła reszka, ale zobaczcie na cień tej monety, czy nie przypomina orła?"

8 października 2012

Wojna niedźwiedzi z yeti pod flagą biało-czerwoną

Yeti (གཡའ་དྲེད) tłumaczyć można na kilka sposobów. Najpopularniejsze to "niedźwiedź skalistych miejsc", po prostu "niedźwiedź" lub rzadziej "człowiek-niedźwiedź". Tym, który wprowadził yeti na salony, był brytyjski biolog Brian Hodgso. Pierwszym Europejczykiem, który zetknął się ze śladami yeti był kolejny Brytyjczyk, Laurence Waddell.  Po przyjrzeniu się śladom stwierdził wówczas, iż "tak zwany dziki owłosiony mężczyzna to najwyraźniej wielki śnieży niedźwiedź". Pierwszą profesjonalną ekipą poszukująca yeti była ekspedycja niemiecka, przeczesująca himalajskie jaskinie w latach 30. Z wielu zadań jakie postawili sobie wówczas naziści, za tropienie yeti odpowiadał myśliwy i zoolog Ernst Schafer. Kiedy Schafera podprowadzano do jaskiń, w których żył yeti, zawsze kończyło się to zastrzeleniem przebywających w nich niedźwiedzi. Dzięki swym polowaniom na yeti, Schafer stał się przed wojną największym na świecie ekspertem od himalajskich niedźwiedzi brunatnych. Powojenne wyprawy zaowocowały, m.in skalpami yeti przywiezionymi przez Edmunda Hillarego - które okazały się skórą zwierzaka z rodzaju Capricornis oraz futrem niedźwiedzia brunatnego. Palec yeti przechowywany w klasztorze buddyjskim Pangboche, okazał się zasuszonym palcem najpewniej jednego z mnichów, zaś rzekomo zmumifikowaną łapę - zidentyfikowano jako łapę leoparda. Chyba największy himalaista wszechczasów, Reinhold Messner, po 12 latach badań, w swojej książce "Yeti: legenda i rzeczywistość", doszedł do wniosku, że Yeti to  po prostu niedźwiedź brunatny. Także Chiny przeprowadziły kilka dużych śledztw na temat legendarnego stworzenia. W Mount Everest and the savage yeti Daniel Loxton twierdzi, że tylko w 1977 roku Chińska Akademia Nauk asygnowała do tych badań ponad stu naukowców z całego kraju. W 1998 szef biura ochrony przyrody w Tybecie Liu Wulin oświadczył, iż zebrane dotychczas próbki mające domniemany związek z  yeti,  należały do himalajskiego niedźwiedzia brunatnego. Jakiś pomysł, czym może być yeti?

W kulturze popularnej yeti posiada białe futro, mimo iż ludność lokalna opisuje go jako czarną postać, często z białym futrem dookoła szyi. Tak się składa, że owe białe pasmo futra jest charakterystyczną cechą niedźwiedzia himalajskiego. Zatem niedźwiedzie żyją na tym samym obszarze co yeti, zachowują się jak yeti, wyglądają jak yeti, zaś lokalna ludność wielokrotnie wskazywała niedźwiedzia jako yeti. Sprawa wydaje się rozwiązana, ale z niewiadomych powodów nie jest. A jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Jak dotąd ani władze Nepalu, ani Bhutanu nie przyznały, że yeti to zwykły niedźwiedź, bo dla nich yeti to jeszcze zwyklejszy biznes. W 1957 rząd Nepalu zakazał polowań i fotografowania yeti bez uzyskania specjalnego pozwolenia. W 2003 roku kosztowało ono 4 tys. dolarów, ściągnę od każdej ekipy przybywającej do Nepalu z takim zamiarem. W Katmandu goście mogą zatrzymać się w luksusowym yeti-hotelu. Istnieją nawet yeti-linie lotnicze.

Z historią yeti wiąże się kilka polskich wątków. Według Sławomira Rawicza, para yeti miała przestąpić mu drogę u podnóży Himalajów zimą roku 1940. Stwory nie chciały zejść z drogi, blokując ją na wiele godzin. Niestety słynna na cały świat wielka ucieczka Rawicza z syberyjskiego gułagu, poprzez Chiny, Indie i Iran, okazała się wielką literacką mistyfikacją, a historia o upartych yeti stanowi w niej wisienkę na torcie. Wśród yetifanów znana jest polska wyprawa na Lhotse z jesieni 1974. Jej uczestnik Bogdan Jankowski na drodze do Kotła Zachodniego Everestu sfotografował dziwne ślady, w których niektórzy widzą spacerującą yeti-mamę ze swoim yeti-dzieciątkiem. Nikt nie przebije jednak postaci Stanisława Szukalskiego, polskiego malarza i rzeźbiarza, znanego głównie w Stanach Zjednoczonych. Szukalski zasłynął jako twórca "nauki" zwanej zermatyzmem. Wyłożył ją w 50 tomach opatrzonych 22 tysiącami ilustracji, co zajęło mu 47 lat pracy! Szukalski dowodzi w nich, iż cała cywilizacja i wszystkie języki na Ziemi są pochodzenia polskiego (podobną tezę już w XVII wysunął ksiądz Wojciech Dębołecki). Pierwotnie wszyscy mieszkaliśmy na Wyspach Wielkanocnych, skąd rozprzestrzeniliśmy się po świecie - niestety na drodze stanęły nam... yeti. Potomstwem, które zrodziło się z tych międzygatunkowych figli, byli tzw. "Yetinsynowie". Kim są yetinsynowie obrazuje artykuł Szukalskiego. Już w pierwszym akapicie Szukalski określa się siebie samego jako geniusza, następnie wyszukując potomków yeti wśród nielubianych przez siebie, XX wiecznych polityków, filozofów i pisarzy. Domniemywa, iż niektórzy z nich mogli chować pod ubraniem ogon. A myślałem, że po tylu latach na blogu nic mnie już nie zaskoczy...

3 października 2012

Prawdziwa tradycyjna medycyna chińska

Jeszcze kilkanaście lat temu głównym promotorem chińskiej myśli medycznej w Polsce był nauczyciel Pana Kleksa, doktor Paj-Chi-Wo. Obecnie chińskie medykamenty sprzedawane są w przebraniu poważnych preparatów, w otoczce tajemniczej i egzotycznej wiedzy. Na stronie Polskiego Towarzystwa Tradycyjnej Medycyny Chińskiej czytamy, iż owa medycyna "liczy sobie co najmniej 3 tysiące lat nieprzerwanej tradycji, nie musi więc udowadniać swoich praw do leczenia". Mam przykrą wiadomość dla fanów azjatyckiej szarlatanerii. Dowody, badania i standardy naukowe tyczą się także tradycyjnej medycyny chińskiej (TCM),  ta zaś nie ma ani 3 tys. lat, ani nie ma wiele wspólnego z dawną medycyną chińską. Najstarszy traktat medyczny, w którym pojawiają się elementy kojarzone dziś z TCM, liczy sobie trochę ponad 2 tysiące lat. TCM to bajkowy wręcz świat sił, żywiołów, minerałów, smaków, kolorów i kierunków świata. Fraza bajkowy świat nie jest tu na wyrost. TCM jest łudząco podobna do medycyny świata bajek. Gumisie i Smerfy także leczyły się korzeniami, wywarami z ziół, zaklęciami, magicznymi kamieniami, czy elementami żywiołów. Tradycyjna medycyna chińska jest tak bajkowa, że wydaje się stworzona do leczenia fikcyjnych stworów. W oryginalnej, komiksowej serii Smerfów (Docteur Schtroumpf), w czasie epidemii w czarodziejskim lesie, Smerfy odnajdują nawet w księgach Papy Smerfa podręcznik do akupunktury.

Do niedawna, za najstarszą wykładnię TCM uważano działo Huangdi Neijing - "Wewnętrzny Kanon Żółtego Cesarza". W 1973 podczas wykopalisk archeologicznych w mieście Changsha, odnaleziono trzydzieści, zapisanych na bambusie rękopisów. Pochodzą one sprzed roku 168 p.n.e. i uważa się je za najstarsze źródła medycyny chińskiej. Wydaje się, iż zwoje z Mawangdui  powinny być dla TCM, niczym odnalezienie Ewangelii Galilejskiej dla chrześcijan. Tymczasem praktycznie nie pojawiają się w wypowiedziach chinolubnych medyków. Nie pojawiają się ponieważ dowodzą, iż TCM nie jest dzieckiem mistycznej wiedzy, ale niebywałej wręcz ciemnoty. Mitologizowani, starożytni chińscy lekarze okazali się szamanami, trudniącymi się produkcją eliksirów na nieśmiertelność. Co prawda rzeczywiście wierzono w siły Jing i Jang oraz energię Qi, jednak szczegóły całkowicie odbiegały od tego co dotychczas uważano. Siła Qi, o której opowiada się dziś, jak to przenika cały wszechświat, była w oryginale ruchem powietrza, zwykłym wiatrem. Dobre wiatry pochodzić miały z niebios, zaś złe, ziemskie rodzić się miały w jaskiniach. Do roku 1830 wydawano w Chinach podręczniki anatomii, w których przekonywano, że w tętnicach zamiast krwi tłoczone jest powietrze. Energetyczne punkty znajdujące się na ludzkim ciele nie tworzyły żadnych połączeń, zaś akupunktura nie polegała na wbijaniu czegokolwiek, ale na wywoływaniu oparzeń przy pomocy ognia. Wiele chorób przypisywano demonom, zaś najlepsze antidotum upatrywano w świńskim kale, inhalacji z moczu oraz wywarach z koguta lub węża. Tak świat starożytnej chińskiej medycyny opisuje Donald Mainfort w The physician-shaman: early origins of traditional Chinese medicine:
Recepty dostosowywano do faz słońca i księżyca, pór dnia i kierunku w jaki zwrócony był pacjent. Receptury podawano doustnie, np. w postaci dwóch mikstur sporządzonych z błon śluzowych kobiet, pozyskiwanych w czasie cyklu menstruacyjnego. Jako leki służyły chrząszcze, pajęczyna, nietoperze, kurze odchody, miedź, ślina krowy, łupież, żółć psa, rtęć, paznokcie, krew jaszczurki i jądra szczura.
Nie brzmi to tak atrakcyjnie jak ziółka i lecznicze grzybki, nieprawdaż?

26 września 2012

Piramidalny idiotyzm z energią w tle

Nie ma zgody co do tego, kto jest ojcem tego szaleństwa. Najczęściej przywołuje się nazwisko francuskiego sklepikarza Antoine Bovisa. Na swój pomysł wpadł wpatrując się w naturalnie zmumifikowaną mysz (w innej wersji w kota) podczas zwiedzania piramidy Cheopsa. Max Toth sytuuje tą historię w roku 1900, inni autorzy w 1920, uważany za jednego z największych ekspertów zagadnienia, Duńczyk Jens Laigaard, widziałby ją w roku 1930, zaś Daniel Loxton - odkrywca oryginalnych broszur Bovisa, twierdzi, iż Francuz nigdy w Egipcie nie był. Co więcej, naturalnie zmumifikowane zwierzaki miały znajdować się na "smętarzu dla zwierząt" w Komorze Króla, gdzie zbierano zabłąkane, zdechłe futrzaki z całego kompleksu. Pomysł, aby zbierać zdechłe zwierzęta w najbardziej atrakcyjnym pomieszczeniu jednego z najbardziej atrakcyjnych zabytków na Ziemi jest o tyle absurdalny, że oczywiście nigdy nie miał miejsca. Tak czy owak, już w latach 60 mieliśmy czecho-słowackie piramidki służące do ostrzenia żyletek. Był to patent Karela Drbala, owoc myśli socjalistycznej, rozpropagowany w całym bloku radzieckim. Drbal przyznał, że urządzenie było poniekąd żartem, zaś do złożenia patentu namówili go znajomi, chcący sprawdzić jak urząd patentowy zareaguje na taki wniosek. Czech święcie wierzył, iż jego piramida działa, nie wiedział jednak jak wytłumaczyć urzędnikom działanie swego wynalazku. Oficjalnie piramidka miała na celu "pobudzenie komory rezonansowej przez kosmiczne mikrofale". Za sprawą opisu tej nietypowej ostrzałki w książce Psychic Discoveries Behind the Iron Curtain, w latach 70 wieść o niezwykłych mocach drzemiących w piramidach buszowała już w świecie Zachodu.

Chyba pierwszym poważnym testem były badania grupy badaczy zjawisk paranormalnych z Toronto pod przewodnictwem Iris Owen. Zastosowano w nich zaskakująco zdrową metodologię jak na tego typu ludzi, z grupą kontrolną i ślepą próbą. Pomimo entuzjastycznego nastawienia, nie wykazano żadnych zdolności ani do ostrzenia żyletek, ani do konserwacji owoców. Amerykański biznesmen, autor kilku książek o piramidach i przypadkowo ich producent - Patrick Flanagan, negatywne wyniki wielu naukowych badań upatruje w złych konstrukcjach, nieodpowiednich materiałach i nie optymalnych warunkach eksperymentów. Problem w tym, iż brak tu standaryzacji, każdy piramidolog ma swoje własne teorie. Gdy w 2005 roku w programie MythBusters testowano rzekomą moc piramid (z wiadomym skutkiem), obrońcy ich nadnaturalnych mocy uznali eksperyment za chybiony. Według mędrców z youtube, piramidę ustawiono zbyt blisko jakichś tam przedmiotów emanujących złą energią. Niestety nie ma zgody na to, czym jest owa zła energia, ani nawet jaką to niby energię koncentrują piramidy - trudno więc uwzględnić niewykrywalny czynnik. Znane i dobrze zdefiniowane przez fizykę słowa, takie jak "energia", "częstotliwość", "pole", tracą jakiekolwiek znaczenie w świecie badaczy zjawisk paranormalnych. Cytując Harriet Hall: "pojęcia te zostały porwane, przebrane i zmuszone do prostytucji w ciemnych zaułkach medycyny alternatywnej". Wśród rodzimych piramidologów stosuje się jeszcze dziwniejsze pojęcia, takie jak "kąpiel energetyczna" czy "energia biokosmiczna".

Piramida jest dziś w Polsce uosobieniem zła i wszystko, co przedstawi się na rysunku w postaci piramidy przynosi diabelskie konotacje. Kiedy minister finansów recenzuje ekonomiczne propozycje opozycji, dodatkowo demonizuje je przedstawiając w postaci piramidy. Energetyczne ostrosłupy święciły u nas swoje triumfy jakąś dekadę temu, kiedy modne stało się stawianie piramid w ogrodach i na tarasach. Grzechu tego dopuścił się m.in polski magnat finansowy Aleksander Gudzowaty. Największe wzięcie mają w Polsce drewniane piramidy księdza Stefana Opieli, na których wzorował się polski producent piramid Wiesław Dąbrowski. Są to jednak piramidy o niekonwencjonalnym kształcie czworościanu. Najpopularniejszą "klasyczną piramidą" jest ta autorstwa Haralda Alkego. Alke jest autorem wydanej w Polsce książki "Działanie piramid energetycznych Horusa" i przez przypadek ich producentem. Jego składające się z kilku drutów piramidy produkowane są w wielu rozmiarach, które Alke otrzymał przekazem telepatycznym od świetlistej istoty. Piramida o wysokości 1,8 metra (czyli taka, jaką w swojej książce "Piramida bez tajemnic" zaleca Czesław Galewski - przez przypadek producent piramid), kosztuje... 6.5 tys. zł. To chyba właśnie Galewskiemu udało się osiągnąć w tym biznesie szczyt absurdu. Każdy musi znaleźć swoją niszę, swoją specjalizacje, która odróżni jego produkt od innych. Domeną Galewskiego jest modyfikowanie piramid tak, aby przypadkiem ... nie przedawkować energii.

25 września 2012

Baśnie ze 113 i jednej sury

W Prometeuszu Ridleya Scotta ludziom udaje się odnaleźć winnego całego tego bajzlu, zwanego ludzkością - niestety obcy zachował się mało sympatycznie. Wyobraźmy sobie, że nasz stworzyciel zamiast wyrywać dookoła głowy, jednak przemawia. Tak się składa, że setki milionów ludzi wierzy, iż już się to dokonało, iż jakiś bóg wypowiedział się i przekazał nam to, co miał do powiedzenia. Gdyby Ridley Scott był zacietrzewionym muzułmaninem i chciał oddać postać Allaha jaki rysuje się z Koranu, pierwsze słowa obcego brzmiałyby: "a wiecie, że ponoć niedaleko jest skała, co zmienia w nocy kolor? Że kosmiczne dżdżownice nie jadły nigdy piasku, a mój statek potrafi wywijać salta?". Wszechwiedząca istota która specjalizuje się w rzewnych mitach i głupich historyjkach? Jak to jest, że nieskończenie mądry Bóg, wie zwykle dokładnie tyle, ile reprezentujący go prosty prorok? Jako, że owi prorocy to zwykle pasterze, cieśle i kupcy, Bóg ma do powiedzenia dokładnie tyle, ile potrafiłby wymyślić starożytny pasterz, cieśla i kupiec. Co myśleć o Bogu, który powtarza ludowe bajki i wiejskie legendy

Nim polski rząd przeprosi za tego bloga, a mnie przykładnie zatną mieczem, nadmienię, że w swej krytyce Koranu powtarzam za nim samym. Najwidoczniej wśród handlarzy wielbłądów byli i rozsądni ludzie, jako że w surze 18 czytamy: "Powiedzieli ci, którzy nie uwierzyli: To jest tylko kłamstwo, które on wymyślił, i pomogli mu w tym inni ludzie. To są tylko baśnie dawnych przodków. On kazał je zapisać dla siebie". Przyjrzyjmy się tejże 18 surze. Składa się ona z 4 luźno powiązanych historii: pierwsza to opowiadanie o siedmiu młodych ludziach śpiących przez 309 lat w jaskini; drugą stanowi legenda o Ibisie, który nie chce pokłonić się Adamowi, mamy historię Mojżesza i jego podróży z bezimiennym prorokiem oraz opis wielkiego muru jaki wybudować miał Aleksander Wielki. Pierwsza przypowieść to nic innego jak syryjska opowieść "Siedmiu śpiących z Efezu", spisana po raz pierwszy przez Jakuba z Saruc na przełomie V i VI wieku n.e. Motyw Ibisa wzdragającego się przed pokłonem ściągnięto z chrześcijańskiej legendy narodzin szatana – anioła, który nie chciał pokłonić się człowiekowi. Opowieść o Mojżeszu jest łudząco podobna do starohebrajskiej przypowieści o podróży rabina Joshuy ben Leviego i proroka Eliasza. Fragment o murach wzniesionych przez Aleksandra Wielkiego bierze się z wówczas powszechnego (wspominanymi przez Józefa Flawiusza), a zarazem nieprawdziwego przekonania, o istnieniu wielkich fortyfikacji na północy, wzniesionych przez Aleksandra. A to tylko jedna sura!

Plagiatorski Koran zassał zewsząd gdzie tylko ucho Mahometa mogło sięgnąć. Najwięcej wykradziono z Judaizmu. Mamy tu nie tylko Talmud, ale i Hagade - hebrajskie sagi, Targum - aramejską wersje Starego Testamentu, a także Midrasz - talmudyczne komentarze. Koran mieści w sobie praktycznie wszystkie znane Polakom postacie biblijne, plus parę niszowych - pokroju Jonasza połkniętego przez rybę. Jakby tego było mało, twórcy Koranu sięgnęli po pisma, które nie załapały się do Starego Testamentu. Z hebrajskich apokryfów odnaleźć można księgi Henocha. Przez Koran przewija się zarówno nowotestamentowy Jezus jak i jego matka Maryja. Anioł, który dyktował Mahometowi poszedł jednak dalej, dodając na łamy świętej księgi Ewangelię Dzieciństwa Tomasza, Protoewangelię Jakuba i Ewangelię Pseudo-Mateusza. W Koranie odnajdziemy odniesienia do syryjskich gnostyków, w tym pism Bezylidesa. Ze świata poza chrześcijańskiego islam zaczerpnął z zaratustrianizmu. To właśnie stamtąd skopiowano idee dżinów i słynnych niebiańskich dziewic - hurys. Można krytykować dzieło Ridleya Scotta, ale przynajmniej jego film nie jest tak nachalną kalką cudzych osiągnięć. Koran jest niczym stary "rimejk", w którym reżyser skoncentrował przede wszystkim na podmianie napisów końcowych.

26 lipca 2012

Odcisk kreacjonisty

Kreacjoniści lubią pastwić się nad ewolucyjnymi fałszerstwami. Do ich ulubionych tematów należy Człowiek z Piltdown oraz Archeoraptor (znany jako "kurczak z Piltdown). Dostosowanie znalezisk do teorii zamiast teorii do znalezisk nie jest wynalazkiem nowym. W średniowieczu mówiono o takich znaleziskach Lusus Naturae - dziwy natury.  W XVII wieku niemiecki jezuita Athanasius Kircher zbierał okazy flory i fauny, gdzie w naturalny sposób objawił się krzyż, wierząc, że Bóg umyślnie umieszcza ten wzór, aby wzmocnić nas w wierze. W tym samym czasie Lodovico Moscardo zbiera kamienie przypominające budynki. Włoch zamierzał udowodnić, że matka natura obserwuje nas i umyślnie naśladuje. Jeśli chodzi o matactwa w antropologii, to z XIX wieku mamy Nondescript Man'a Charlesa Watertona i czaszkę z Calaveras. Jak na ogrom kości jakie przewijają się przez ręce paleontologów, ilość podrasowanych szkieletów nie jest zawstydzająca.

Przeciwnicy ewolucji mają własne skamieliny. Odpowiednikiem American Museum of Natural History w Nowym Jorku jest Creation Evidence Museum w Teksasie. Nowojorski AMNH mieści się w 25 budynkach i zawiera 30 milionów eksponatów. Jego kreacjonistyczny odpowiednik mieści się w jednej hali, a jego wszystkie eksponaty zmieściłby się w jednym pudle. To kolekcja tak skromna, że można pokusić się o omówienie całej zawartości tego pudła. Pierwszą grupę dowodów stanowić mają znane skądinąd przedmioty, znajdowane w zaskakująco starych warstwach. Ludzkie rękodzieła wśród trylobitów miałyby dowodzić bytności człowieka na Ziemi od 6 dnia stworzenia. Jeśli ktoś czytał "Zakazaną archeologię" wedyjskiego kreacjonisty Michaela Cremo, pamięta podobny zbiór. Liczące miliony lat gwoździe, kubki, łańcuszki, a nawet monety (z wizerunkiem człowieka z maczugą w dłoni). Prawie wszystkie te przedmioty zostały odnalezione przez amatorów w momencie, kiedy teoria ewolucji wzbudzała największy opór - czyli na przełomie XIX i XX wieku w USA. Kołinsidens? Aj dont finksoł. Chyba najbardziej efektownym elementem ekspozycji jest młotek osadzony w skale (1), znaleziony w Teksasie w latach 30. Kreacjoniści nie są zgodni, czy młotek pochodzi z kredy, syluru czy ordowiku, jako że nie sposób powiązać oplatającego go  kamienia z żadną okoliczną formacją skalną. Mamy więc dwie hipotezy. Kreacjonistyczna: 360 mln lat temu ludzie żyjący na terenie Teksasu używali takich samych młotków jak żyjący po nich XVIII-wieczni amerykańscy górnicy. Hipoteza ewolucyjna: W XVIII wieku górnik zgubił młotek, zaś rozpuszczone osady wapienne twardniejąc utworzyły dookoła niego skalną otoczkę. Jeszcze wcześniej niż młotków, ludzi używali sandałów. Odcisk buta w autentycznej, kambryjskiej skale (5), wydaje się w ogóle niezdeformowany przez ciśnienie i ruchy skał, jakim musiał być poddany przez pół miliarda lat.


Nim przejdziemy do następnej grupy kreacjonistycznych skamieniałości, czyli odcisków, odhaczmy jeszcze ten nieszczęsny skamieniały palec (6). Został odnaleziony na stercie żwiru, nie gdzie indziej jak w kreacjonistycznym zagłębiu, czyli w Teksasie. Trudno uznać go za anomalię geologiczną, jako że nie znamy jego pierwotnej lokalizacji, jednak twórca muzeum Carl Baugh datuje go na kredę. Jeśli tak, byłaby to najlepiej zachowana tkanka miękka z tego okresu, wśród wszystkich eksponatów jakie kiedykolwiek odkryto na południu Stanów Zjednoczonych. Tudzież jest to kamyk w kształcie palca. Co do odcisków, to chłopaki musieli się namęczyć. Rzeźbiarz, który stworzył Burdick Print (2) nie znał się ani na anatomii, ani na geologii. Sfosylizowane glony, po których stąpała człekokształtna łapa okazały się rosnąć do góry nogami (kamieniarz wykuł odcisk nie z tej strony płyty). Numer 3, znany jako Alvis Delk Print, od imienia i nazwiska jego domniemanego odkrywcy, wydaje się amatorską karykaturą. Nie zgadza się ani anatomia stopy, ani łapa domniemanego teropoda. Według Paula Myersa taki odcisk łapy mógłby pozostawić jedynie "plastikowy dinozaur zabawka" Odcisk dłoni (4), zresztą podobnie jak Alvis Delk Print, nigdy nie zostały udostępnione profesjonalnym paleontologom, trudno więc mówić o czymś, co nigdy nie zostało zbadane. Jak na moje uprzedzone, sceptyczne oko, nie wygląda to wiarygodnie. Jak widać ludzie, którzy przypominają, jak to ktoś kiedyś podrasował swoje znalezisko, sami legitymizują się takimi znaleziskami, że włos jeży się na głowie. To nawet nie jest przysłowiowa relacja drzazgi do belki. To jak wytykać komuś drzazgę, mając w oku tartak.