25 grudnia 2011

No to żeś powróżył, Krzysiu. Teraz sprawdzam!

Chyba nigdy mi się to nie znudzi :) Rokrocznie na przełomie grudnia i stycznia znęcam się nad Krzysztofem Jackowskim, przywołując jego przepowiednie na mijający rok. Ta nowa świecka tradycja tego bloga liczy sobie 3 lata i jak do tej pory prywatny wieszcz Andrzeja Leppera nie oślepił mnie swoimi mocami. To, co pierwsze rzuca się w oczy, to to, że z roku na rok przepowiednie te są coraz bardziej rozwlekłe. Niegdyś przepowiednia na nadchodzący rok zawierała się w kilku zdaniach, coś tam o polityce, coś o pogodzie i to było w zasadzie na tyle. Możnaby sądzić, że Krzysiek się wycwanił, jako że im więcej się nagada, tym większa szansa, że coś się sprawdzi. Tudzież jego moce rosną, a przyszłość jest dla niego coraz wyraźniejsza, przez co i wizje stają się korpulentne. Na początek ulubiona tematyka jasnowidza, czyli polityka::
Od początku roku PO zacznie się pikowanie w dół, co bardzo zemści się na Tusku, który przestanie kontrolować opinię publiczną. Tusk straci dobrą twarz w telewizji i od tego czasu PO zacznie szybko topnieć. W wyborach parlamentarnych ten PiS, który znamy, zyska 23 proc. głosów. Ale tuż przed wyborami powstanie jeszcze PiS bis i na ten zagłosuje 7 proc. społeczeństwa. PO doczeka się tylko 26 proc. głosów. A głównym winnym za ten stan rzeczy będzie minister finansów. PSL? w nowym parlamencie niemal zaniknie. Palikota nie będzie już w Sejmie. Premierem natomiast będzie ktoś z partii, która w koalicji będzie miała mniejszość. To będzie przehandlowane stanowisko.
Trzeba mieć naprawdę pecha, aby z tylu prób nic nie ustrzelić. Może to jest ta nadprzyrodzona moc - trafność poniżej średniej statystycznej. Takie odchylenie jest równie trudne do uzyskania, jak przechył w stronę ponadprzeciętnej skuteczności. Ci, którzy zastanawiają się czy partia PIS-bis to nie Ziobryści, rozwiewam wątpliwości. Nie tylko dlatego, że nie odłączyli się przed wyborami, nie dlatego, że nie uzyskali 7%, ale dlatego, że na ich czele według Jackowskiego z innego wywiadu stać miała Joanna Kluzik-Rostkowska. W tejże rozmowie Jackowski opisuje PiS na rok 2011:
PiS zacznie się ponownie jednoczyć. Nie wszyscy wrócą jak baranki do partii, ale przed wyborami partia będzie mocna. Nastąpi zmiana władzy w PiS i to będzie posunięcie taktyczne. Z tylnego siedzenia za sznurki będzie i tak pociągał Kaczyński. Jeszcze przed wyborami liderzy zmieniać się będą trzykrotnie.
Chyba mam prawo zapytać, to w końcu jak? Przed wyborami PiS będzie się dzielić czy łączyć? Albo partia będzie mocna, albo lider zmieni się w tym czasie trzy raz, albo albo. Polityka nie jest najmocniejszą stroną Krzyśka (i nie mam tu na myśli jego nieudanych startów w wyborach). Przejdzmy zatem do wydarzeń większego gabarytu. Chciałbym napisać, że tym razem Jackowskiemu poszło lepiej, ale nie mogę. Jeśli ktoś dostrzega nadnaturalną koincydencję odnośnie UE, niech wie, że cześć z tych zdań padła we wrześniu. Tak, tak, przepowiednie na rok 2011 Jackowski robił aż do września tego roku.
W Europie wieżowiec, jacyś ludzie w nim uwięzieni. Zdarzenie związane z terroryzmem, o którym będzie bardzo głośno. Będzie powódź. Dwie powodzie albo w dwóch rejonach. Jestem przekonany, że UE się rozpadnie i mam przeczucie, że rozpad ten będzie nagły. Przywódcy bogatszych państw Unii poczynili już potajemne ustalenia. Chcą wycofać się z wielu spraw, wykolegować biedniejsze kraje, w tym Polskę, i przestać je wspierać. Upadek gospodarczy naszego kraju w listopadzie. Ceny wprost oszaleją jak jeszcze nigdy dotąd. Straszny wypadek ze znanymi aktorami albo znanym aktorem. Bunty, zamieszki w całej Europie. Pikowanie gospodarki w dół doprowadzi do tego, że wyjdą afery. Będzie coś z umowami. Królowa Anglii - albo przyjedzie do Polski, albo się z nią coś stanie. Będzie wojna. Nie wybucha tylko dzięki Rosji. Złotówka się mocno osłabi i kto nie przewalutuje kredytu we frankach, będzie żałował.
Wierni fani Krzysztofa powinni dostrzec w tych historiach analogie. Przepowiednie te od lat są takie same. Od lat te same katastrofy, rok w rok. Bez przerwy Jackowski widzi wojnę, kryzys, powodzie i trzęsienia ziemi. Z każdym razem jest jednak coraz bardziej dramatycznie. Rząd Tuska miał chylić się ku upadkowi już 2008, 2010, 2011 i nie zdziwię się, jak okaże się, że ma upaść w 2012. Co roku atakować mają terroryści: w 2008 mieli zaatakować gazem, w 2009 mieli porywać samoloty, w 2010 rozpieprzać wieżowce. Rokrocznie ma umrzeć ktoś znany, w 2008 miał być to Polski skoczek narciarski, w 2009 znany ksiądz, a 2011 aktor. Zawsze coś, gdzieś, kiedyś, może jeden, może pięć, może tak, może siak. psim swędem coś się trafi. Zauroczyło mnie jedno zdanie na rok 2011: EURO 2012 zejdzie na dalszy plan w obliczu zagrożenia. Wcześniej wydarzy się coś takiego, że cały świat będzie zajęty zupełnie innym problemem. W obawie o takie coś, co spowoduje coś innego, pozostaje przesiedzieć w bunkrze te ostatnie kilka dni, aby w 2012 stawić czola nowym-starym katastrofom.

17 grudnia 2011

Zielona (nie)racjonalność

Bieżący numer poczytnego tygodnika "Polityka" to między innymi wywiad Jacka Żakowskiego z Jeremy'm Rifkinem. Rifkin, lansujący się na światowego eksperta od polityki energetycznej, jest niezwykle wpływową postacią na salonach prominentnych polityków Starego Kontynentu, zaś jego niekompetencje są wręcz legendarne. Stephen Jay Gould nazwał kiedyś Rifkina anty-intelektualnym propagandzistą i panikarzem, podszywającym się pod naukowca. Główną tezę Rifkina z tej rozmowy da się streścić w zdaniu: rozwiązaniem wszystkich bolączek dzisiejszej Europy są ogniwa fotowoltaniczne na dachach domów. Liczby pojawiają się w wywiadzie praktycznie raz, kiedy Rifkin wyśmiewa nasz program budowy elektrowni jądrowej.
O rany… To jest przeszłość, która próbuje wrócić pod pretekstem mniejszej szkodliwości dla środowiska. Ale to nie ma sensu. Nie bez powodu Niemcy zamykają swoje elektrownie, a Siemens wycofuje się z rozwijania tej technologii. Na świecie jest 400 elektrowni atomowych. Wszystkie razem produkują 6 % prądu wytwarzanego na świecie. Gdybyśmy chcieli w ciągu 20 lat zwiększyć ich wydajność  do poziomu 20 % światowej produkcji prądu, trzeba by zbudować 600 nowych elektrowni. Przez 20 lat trzeba by otwierać jedną elektrownię co tydzień. To jest nie do zrobienia. Świat nie ma takich mocy produkcyjnych. Po drugie, wciąż nie wiemy, co robić z odpadami. Już dziś przechowywanie ich kosztuje miliardy dolarów i nikt nie wie, co dalej. Po trzecie, według Agencji Energii Atomowej nawet przy dzisiejszej liczbie elektrowni między 2035 r. a 2045 r. na świecie zacznie brakować uranu. Po czwarte, francuskie elektrownie potrafią przetwarzać uran na pluton. Ale wątpię, czy produkowanie plutonu w epoce terroryzmu ma sens i jest bezpieczne. I jeszcze jest problem ogromnej ilości wody,  której w tych elektrowniach potrzeba. Czy Polska ma za dużo wody?
Na początek Rifkin myli reaktory jądrowe z elektrowniami jądrowymi. 400 może i jest, ale nie elektrowni a reaktorów (a dokładnie tzw. reaktorów energetycznych). Jako, że elektrownia składa się zwykle z kilku reaktorów, elektrowni atomowych jest znacznie mniej, około 140. Elektrownie te produkują, nie jak napisał Rifkin 6% prądu, ale 14%. Elektrownie dają 6%, ale ogólnie energii. Moje największe zdziwienie wywołało jednak zdanie, że według IAE za 25 lat zabraknie na świecie uranu. Czyli akurat wtedy, kiedy wybudujemy swoją elektrownię, okaże się, że nie ma czym jej nakarmić. Skąd Rifkin bierze te bzdury? Uranu jest na 25 lat, ale mowa tu o uranie już zgromadzonym, głównie w celach wojskowych w czasach zimnej wojny, mamy uranu na 25 lat, ale w magazynach. Natomiast pokładów uranu opłacalnego w eksploatacji (powiedzmy do 200 $ za kilogram) mamy na Ziemi na... półtora tysiąca lat! Wszystko to byłoby zabawne, gdyby ludzie pokroju Jeremiego Rifkina nie decydowali o naszej przyszłości. Niestety pól, na których rozsądek przegrywa z modą na eko jest więcej. Najbardziej znanym przykładem są biopaliwa, w wypadku których nie ma pewności, czy przy ich produkcji nie zużywa się więcej paliw niż się w finale tego procesu uzyskuje.

Wszelkie biopaliwowe dylematy są jednak jako tako znane. Bardzo rzadko penetrowanym tematem jest natomiast recycling. Pierwszy raz zetknąłem się z takim sposobem patrzenia na recykling, oglądając program Bullshit! Z tego co się zorientowałem sprawa jest bardziej skomplikowana niż pokazali to w swoim programie Penn Jillette i Raymond Teller. Wymagałoby to pewnie osobnej notki, ale pewnie nigdy bym jej nie napisał, więc niech będzie chociaż ten akapit. Sens recyklingu jest co najmniej dwojaki - finansowy i środowiskowy. To, czy przetwarzanie surowców wtórnych ma jakieś ekonomiczne uzasadnienie zależne jest od cholernie wielu czynników, od cen paliwa po okoliczną cenę surowca wydzieranego naturze. Generalnie takim wskaźnikiem może być rynek. Opchnięcie aluminiowej puszki nigdy nie stanowi problemu, ale odnalezienie w okolicy skupu pobitych butelek może być wyzwaniem. Papierkiem lakmusowym może być też bezdomny - jeśli nie grzebie w ustawionych na osiedlu recyklingowych pojemnikach, znaczy się, że to, co zawierają nie stanowi kokosów. Recykling jest domeną raczej bogatych krajów, a nawet ich nie zawsze stać na powtórne przetworzenie śmieci. Kilka lat temu jedna z nowojorskich stacji radiowych ujawniła, że 40% z tego, co proekologiczni obywatele miasta z zapałem sortują i tak trafia na najzwyklejsze wysypisko. Nie oszukujmy się, jeśli koło naszego domu stoją dwa pojemniki, szkło i plastik, najpewniej zostaną zapakowane do jednej śmieciarki i trafią na składowisko. Szkło powinno być dzielone na cztery kolory: jasny, bursztynowy, zielony i brązowy, zaś rodzajów plastiku jest jeszcze więcej. W wypadku prostej butelki, należy oddzielić w niej mniej wartościowy, miękki PET od twardych, zdatniejszych do recyklingu PE i PP - lub mówiąc po ludzku, odkręcić nakrętkę. Wszystko to, by w ostatecznym rozrachunku zarobić zawrotne 50 gr za kilogram zakrętek. Aspekt ochrony środowiska w wypadku recyklingu jest mniej kontrowersyjny, a zarzuty o jego nieracjonalność są mniejsze niż w przypadku rozrachunku ekonomicznego. Nie mniej sprawą problematyczną jest na przykład to, czy przemysł celulozowo-papierniczy niesie jakikolwiek uszczerbek dla lesistości w wypadku takiego kraju jak Polska.

9 grudnia 2011

Maść różańcowa i zastrzyk z Ducha Świętego

Od kilku dni nowym bohaterem Super Expressu jest ksiądz uzdrowiciel Teodor Knapczyk. We wtorek czytaliśmy mrożącą krew w żyłach relację ludzi, których dotknął ksiądz Knapczyk. W środę w SE poznaliśmy dalsze przygody uzdrawiacza, w tym także treść modlitwy o wyleczenie (trzy zdrowaśki, tym razem bez pieca). Wczoraj zaś gazeta przedrukowała kalendarz wizyt objazdowego uzdrowiciela po Polsce. Z zemsty za to, że ominął moją parafię, odwdzięczę się paszkwilem na temat uzdrawiającej mocy modlitwy. Tak się składa, że najnowszy Scientific American, czyli ten, który w styczniu wyjdzie po polsku, zawiera felieton Michaela Shermera Sacred Salubriousness, o tym, czemu osoby religijne żyją dłużej niż ateiści. Schermer, który nie jest moim ulubionym felietonistą, nie jest nawet ulubionym felietonistą Scientific American (jest nim Steve Mirsky), podaje dwie możliwe przyczyny - do wyboru. Albo osoby religijne żyją dłużej, bo ich modlitwy działają. Albo odznaczają się większa samokontrolą, przez co mniej palą, piją i rzadziej dopuszczają się ryzykownych zachowań seksualnych. 

Modlitwa jest najpopularniejszą formą medycyny alternatywnej, rzadko jednak widnieje w jej wykazach. Według GUS ledwo 1% Polaków w ostatnim roku leczyło się u homeopaty, specjalisty od akupunktury, zielarza lub innej osoby praktykującej medycynę alternatywną. Jeśli chodzi o grupę wiekowa 0-14 lat, w ciągu ostatnich miesięcy około 300 dzieciaków na 1000 korzystało z usług laboratorium analitycznego, pracowni radiologicznej lub ultrasonograficznej, a tylko 5 na 1000, a więc 0,5% odwiedziło homeopatę lub bioenergoterapeutę. Dla porównania 27% Polaków modli się kiedy przypałęta im się poważniejsze choróbstwo. 70 % Polaków wierzy, że nasza modlitwa może nam pomóc, zaś 60% wierzy, iż w powrocie do zdrowia może pomóc modlitwa osób trzecich, nawet jeżeli chory o tym nie wie. Najbardziej znanymi badaniami nad modlitwą jest tzw. projekt STEP, znany szerszej widowni dzięki osobie Richarda Dawkinsa. Trudno nazwać ten fragment "Boga urojonego" szczytowym osiągnięciem rzetelności naukowej. Dawkins nie wybrał oczywiście z palety badań takiego, które pozakazywałoby działalność takich ludzi jak ksiądz Knapczyk choćby w mikro pozytywnym świetle. W badaniu przytaczanym przez Richarda, modlitwa szkodzi. Tymczasem metaanalizy dotychczasowych badań pokazują, że wychodzi co najmniej na zero. W 2000 roku przeanalizowano 23 badania, z czego tylko jedno wykazało szkodliwy wpływ modlitwy, kilka wskazywało na neutralnosć tych praktyk, zaś większość przypisywało jej pozytywny wynik. Metaanaliza z 2006 kilkunastu badań kontrolnych wykazała brak naukowo dostrzegalnych wpływów modlitwy za osoby trzecie. Przeprowadzona rok później metaanaliza 17 badań mówi natomiast, iż korzyści są niewielkie ale są.

Łatwo jest zmierzyć skuteczność modlitwy na zmiany parametrów fizycznych, np. czy litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa podniesie temperaturę wody w szklance. Skuteczność modlitwy za zmarłych jest natomiast w ogóle niemierzalna. Modlitwa o wyleczenie plasuje się gdzieś pośrodku. Wstępnym warunkiem tego, aby w badaniach w ogóle mogła pojawić się pozytywna korelacja pomiędzy pacierzem a wyzdrowieniem, jest działanie na dolegliwościach podatnych na reemisje i placebo. Osoby religijne wydają się mieć nawet tendencje, aby modlić się o to, co ustąpić może samoistnie, tak, aby nie wystawiać swojej modlitwy na próbę. Jeśli w swojej modlitwie polecamy swoje własne zdrowie, generalnie wydaje się nieść to jakies korzyści. Pozytywny wpływ na układ sercowo-oddechowego ma m.in odmawianie mantry, różańca i technik surjanamaskar. Jednak w nauce pierwszeństwo ma zawsze wyjaśnienie naturalne, a w tym wypadku jest ono całkiem sensowne. Modlitwa ma bezsprzeczny wpływ na nasz stan psychiczny, a ten oddziałuje na zdrowie fizyczne, stąd poprawa. Tą część niech podsumuje oświadczenie American Cancer Society sprzed 3 lat, iż brak jest dowodów naukowych na to, że wiara może leczyć raka lub inne choroby. Nawet w sanktuarium w Lourdes ilość udokumentowanych reemisji nowotworu nie jest statystycznie wyższy niż gdziekolwiek indziej. Praktyki religijne mogą jednak przynosić spokój, łagodzić ból i zmniejszać stres.

Inaczej sprawy mają się ze skutecznością modlitwy wstawienniczej, kiedy modlimy się o przebywającą w szpitalu babcię. Babcia nie wie o tym, że wygrzewamy właśnie kościelne ławy, modlitwa zatem nie powinna wpływać na jej zdrowie, ani pozytywnie ani negatywnie. Takie też wyniki dał projekt MANTRA oraz badania Freda Sichera na osobach zakażonych HIV. W przypadku kiedy badania potwierdzały leczniczy charakter modlitwy, albo kwestionowano ich metodologię (Byrd i Harris), albo okazywały się oszustwem (eksperyment z 2001). Szpitale mogą odetchnąć. Nie potrzeba wygospodarowywania na salach szpitalnych miejsc do składania ofiar całopalnych. Jako że modlitwy nie leczą, lekarze nie mają obowiązku się nimi parać. Tak już do obrzydzenia na koniec jeszcze jedna metaanaliza, tym razem z roku 2009 podsumowująca 10 badań nad skutecznością modlitwy. Nie chodzi mi jednak o jej rezultat - jej wynik po raz kolejny pokazał, że modlitwa nie wnosi nic ciekawego do medycyny. Bardziej interesujący jest dodatkowy wniosek - aby w końcu przestać zajmować się tym tematem, zaś ewentualne, kolejne fundusze na badania modlitwy spożytkować na bardziej sensowne cele naukowe.

6 grudnia 2011

O smaku butanianu linalolu, proszę

Jako sowizdrzał, birbant i paliwoda, śmieję się kryzysowi w twarz i ukręcam nosa hydrze spekulantów. W ciężkich czasach tylko głowa pełna pomysłów może uchronić nas przed całkowitym wysuszeniem świniaka skarbonki, tak, że bankructwo mi nie straszne. Mogę wytresować łasicę i zbijać kokosy na robionych przez nią sztuczkach, zainwestować w modne ostatnio filmy pełne śmiałych scen homoerotycznych, a także... i to by było w zasadzie na tyle, więc może przesadziłem z tą głowa pełną pomysłów. Jeśli jednak ktoś zmarnował cale swoje życie na demistyfikowanie manipulacji, niechcący nabył też umiejętności poruszania się po ciemnej stronie mocy. Będąc jako tako rozeznany w tych technikach i mając tylko czerstwe resztki w chlebaku, w końcu to ja mógłbym zbijać kasiorę na ludzkiej naiwności! Gdyby nie daj boże ktoś rozpoznał w przyszłym mnie, czyli prywatnym bioenergoterapeucie polskich celebrytów, dawnego Michała bzdurologa, zawczasu mogę zmienić nazwisko i zapuścić brodę. Taką metamorfozę przeszedł  serbski zbrodniarz wojenny Radovan Karadzić, stając się Draganem Dabiciem, specjalistą od Human Energy Quantum i leczniczych talizmanów.

Nim zacznę leczyć uzdrawiającą mocą księżyca, w ramach przyuczenia do zawodu postawię dziś pierwszy krok w ogłupianiu prostego ludu. Natchnął mnie do tego przyjaciel, wytykając ilość "E" w moich ulubionych panierowanych orzeszkach z Biedronki. Nikogo nie drażni fakt, że każdy produkt sprzedawany w tym kraju zawierać może śladowe ilości orzeszków arachidowych, jednak wyszczególnionym E na etykiecie nigdy nie przepuścimy. Trudna sztuka przedstawiania czegoś w niekorzystnym świetle, w przypadku żarcia koncentruje się na uchemicznianiu jego składników, co wiele mediów opanowało do perfekcji. Jeśli chcemy, aby coś zabrzmiało obrzydliwie i niezdrowo, najlepiej nazwać to pełną nazwą systematyczną (tak na przykład najpopularniejsza przyprawa staje się złowieszczo brzmiącą solą sodową kwasu chlorowodorowego) a już najlepiej określić to przy pomocy przedrostka E zarezerwowanego dla dodatków chemicznych. Widząc "E-ileś", cokolwiek by to nie było, człowiek aż czuje swąd chemikaliów. Jeśli jakieś chipsy czy napój mają powiedzmy 7 "E-ileś" to wiedz konsumencie, że najzdrowsza kapusta czy jabłuszko, fabryki chemiczne matki natury, same z siebie zawierają ich kilkadziesiąt! Aby nie być gołosłownym, oto całkowicie prawdziwy, a zarazem do cna debilny tekst mojego autorstwa:
To co wydarzyło się w tej wsi powinno być nauczką dla nas wszystkich. Pół żywe dzieci ledwo snuły się ulicami, mężczyźni chowali twarze, a kobiety płakały. Różnej maści utleniacze, zagęszczacze i inne świństwa spod znaku E ujawnione zostały w sadzie Dobromiry W. Uważana przez mieszkańców wsi za pogodną babinkę, kobieta została dziś skuta i wywleczona ze swej chałupy o 5 rano przez funkcjonariuszy ABW. "Jeszcze wczoraj chciałaś mnie poczęstować jabłkiem, dziwko! - krzyczał w trakcie działań policji jeden z jej sąsiadów. Aby nie dopuścić do samosądu, policja odeskortowała 84-letnią kobietę do radiowozu, jednocześnie konfiskując widły i pochodnie przyniesione w trakcie akcji policji przez miejscową ludność. Co zawierały jej warzywa i owoce, że skryta za płaszczykiem poczciwej babuszki kobiecina, okazała się polskim "Chemicznym Alim"? Otóż jej przydomowy ogródek okazał się być przepełniony barwnikami, w tym E160a, E160d, E161b, E161e i E163. Mimo, iż babcia twierdziła, że jej pole nigdy nie było nawożone ani opryskiwane, wszystkie rozprowadzane przez nią produkty zawierały znaczne ilości E140 oraz zagęszczaczy E460 i E440. Warzywa te wciąż znajdują się w spiżarniach okolicznych mieszkańców! Przed prokuraturą odpowie co robiła w jej brokułach luteina. Przypomnę, iż luteina to żeński hormon płciowy  - aż strach pomyśleć jakie konsekwencje w przyszłości może mieć to dla szabrujących w jej sadzie okolicznych dziewczynek. Mimo, iż owoce Dobromiry W. miały nie zawierać konserwantów, jej śliwki, jabłka i żurawina zawierały znany z etykiet wielu produktów E210 - kwas beznzoesowy, emulgator E332, polepszacz E300, oraz takie substancje jak mutatoksantyna, bisabolen, i  kwas nikotynowy. Czy normalnym można nazwać stan, w którym owoce zalatywały mrówczanem etylu, związkiem będącym składnikiem farb i lakierów, który powodować może podrażnienie błon śluzowych i wymioty? Wszystko to Dobromira W. rozdawała w opakowaniu z gazami, głównie E941, E948 i E938. Niestety we wszystkich próbkach odnaleziono też śmiercionośny E939, od wdychania którego tylko w zeszłym roku i tylko w Wielkiej Brytanii zmarło ponad 30 osób!
Jak to możliwe, iż tekst ten jest zmyślony i prawdziwy jednocześnie? Jeśli tylko gdzieś jakaś Dobromira W. istnieje i ma ona poletko z warzywami, to dokładnie takie "dodatki" będą one zawierać. Emulgator E322, nieodłączny składnik budzącego u nas przerażenie  masła w sprayu, to zwykła lecytyna, wiele z "E" to witaminy, lub jak karoten - substancji poszukiwanych przez konsumentów. Oznaczenia E odbierają apetyt, etykietując dodatki jako "czystą chemię" - ulubiony związek frazeologiczny ekochemiofobów. Choćby nie wiem jak ekologiczny miałby być ogród, trudno będzie znaleźć w nim coś, co nie zawiera celulozy (E460) czy chlorofilu (E140). Oczywiście owych E nie odnajdziemy wypisanych na siatce z owocami, jako że nie ma obowiązku wymieniania na nich tego, co natura pakuje do nich sama. Przy manipulacji wskazana jest szczypta ignorancji, co reprezentuje zdanie o luteinie. Luteina w zielskach to nie to samo co progesteron nazywany nieraz luteiną. Nie warto być nieomylnym, bezpiecznie jednak nie wychylać się przed szereg i trzymać poziom moich dawnych adwersarzy, a jutro kolegów. Takie kompromitujące gafy czynią nas bardziej ludzkimi, a przez to bardziej wiarygodnymi niż zimnie kalkulujący naukowcy. Jeśli odpowiedzialny m.in za zapach malin, mrówczan etylu jest też w farbach i lakierach, warto o tym wspomnieć, aby wywołać konotacje z czymś niebezpiecznym dla zdrowia. Nawet jakby jakiś składnik jedzenia znajdował się też w oponach albo asfalcie, nie znaczy to od razu, że sam w sobie jest niezdrowy. Wypada też postraszyć czymś czego się nie rozumie, ale co brzmi na tyle złowieszczo, że może używać tego jako argumentu. Choć bisabolen, mutatoksantyna i kwas nikotynowy nie są niczym niebezpiecznym ani niezwykłym, są to najbardziej trująco brzmiące związki jakie znalazłem w składzie warzyw i owoców. Najbardziej dumny jestem ze swojej ostatniej dezinformacji. E941, E948 i E938 to oczywiście azot, tlen i argon, najzwyklejsze powietrze atmosferyczne. Tajemniczy, śmiertelny E939 to hel, którego niewielkie ilości obecne są w powietrzu. W 2010 wdychanie helu przypłaciło życie 33 Brytyjczyków, w latach poprzedzających były to średnio 2 osoby, należy jednak wybrać dane z roku, który jest dla nas najbardziej korzystny. Zgony nie miały oczywiście miejsca przy stężeniu helu, jakim teraz oddychamy. Ważne, że coś jest szkodliwe, a że zabija szczura po przekroczeniu dawki milion razy większej niż ta w panierce orzeszków - kto to będzie sprawdzać?