18 listopada 2011

Czy kryptozoologia to nauka?

Według najnowszych szacunków, na Ziemi pozostało do odkrycia blisko 7 milionów zwierząt. W 1833 roku brytyjski entomolog John Westwood oceniał, iż na świecie żyje łącznie 400 tysięcy gatunków owadów - dziś znamy ich więcej, a miliony pozostałych czekają w kolejce do klasyfikacji. W 1988 Robert May, biolog ewolucyjny z Oxfordu, oszacował ilość gatunków zwierząt lądowych pozostałych do odkrycia na 10 do 50 milionów. Mimo, iż zapas 7 milionów gatunków, o których nic nie wiemy to ogrom potencjalnych odkryć, wielu badaczy uznała te przewidywania za mocno niedoszacowane. 600 tysięcy gatunków grzybów wywołało oburzenie wśród niedocenionych w ten sposób mikologów – szczególnie, że niektórzy z nich mówią o 5 milionach gatunków swych ulubieńców. Tak naprawdę nie wiemy ile pozostało do odkrycia, wszak wystarczy, że jest tego cholernie dużo. Tak rysujące się sprawy wydają się być na rękę naszej tytułowej bohaterce.

Orientacyjna ilość ziemskich gatunków według: Camilo Mora, Derek P. Tittensor, Sina Adl, Alastair G. B. Simpson, Boris Worm, How Many Species Are There on Earth and in the Ocean?, „PLoS Biology”, tom 9, Sierpień 2011.

Portale kryptozologiczne lubują się w wieściach o odkryciu nowego ssaka, co ma rzekomo dowodzić słuszności ich praktyk. Tymczasem kryptozoolodzy nie zajmują się poszukiwaniem organizmów nieznanych nauce. Termin "kryptozoologia" został ukuty przez Szkockiego podróżnika Ivana Sandersona w roku 1947. Przedrostek krypto oznacza coś ukrytego, zamaskowanego, nie zaś niepoznanego. Kryptozoolodzy dokładnie wiedzą czego szukają i koncentrują się na potwierdzeniu istnienia znanych sobie kilkuset kryptyd. Mają swoją listę mitologicznych stworów i tego się trzymają. Ludzie ci nawet jakby potknęli się o nowy gatunek słonia, nie zwróciliby na niego uwagi. Dowodem tej ignorancji jest nagminne nagłaśnianie odkryć dziwnych stworzeń, które okazują się anomaliami w obrębach popularnych gatunków lub osobnikami cierpiącymi na rzadkie choróbstwa. Ojciec kryptozoologii - Bernard Heuvelmans widział ją, jako naukę będącą połączeniem biologii i etnologii. W jego wizji kryptozoologia miała stosować się do metod naukowych, stając się w ten sposób uzupełnieniem klasycznej taksonomii. W przeciwieństwie do poruszających się po omacku biologów, kryptozoolodzy mieli być skuteczniejsi w poszukiwaniu nowych gatunków. Czerpiąc z wiedzy etnozoologicznej, folkloru i legend, kryptozoolodzy mieli z większa precyzją odszukiwać potencjalne okazy wykpiwane i marginalizowane przez główny nurt zoologii. Heuvelmans nie był pierwszym, który wpadł na ten pomysł. Na temat bardziej ekscytującej odmiany zwykle żmudnej systematyki spekulowano już XIX wieku, a jej orędownikiem był m.in szanowany w Europie biolog Anthonid Oudemans. Jednak dopiero pod wpływem Heuvelmansa zoolodzy z przygodowym zacięciem utworzyli w 1982 International Society of Cryptozoology..

Niestety nowa strategia odkrywania nieznanych lub uznanych za wymarłe gatunków okazała się bezowocna. W jednym z odcinków "Futuramy", rozgoryczony profesor krzyczy do badacza Wielkiej Stopy "Bzdura! Pokaż jego odchody albo siedź cicho", na co ten odpowiada: "Mam za to odchody gościa, który go widział". Coś prawdziwego jest w tym dialogu. Aby zyskać wśród biologów szacunek, należało wylegitymować się jakimiś wynikami. Kiedy wielu profesjonalnych zoologów odwróciło się od kryptozoologii, ich miejsce zajęli amatorzy. W ten sposób podupadła resztka naukowego rygoru, a dowodem istnienia legendarnych gatunków stały się zamazane zdjęcia i przechadzające się w tle kadru niewyraźne sylwetki. Kryptozoologia zawsze była "nauką na skróty", zaś przedmiotem jej dociekań było tylko to co spektakularne. „Szukamy nowego gatunku żaby? OK ale niech ma 2 metry i pluje ogniem” . Wraz z najazdem amatorszczyzny utraciła wszelki krytycyzm, zaś na każdy jej najdrobniejszy sukces przypadało średnio parę oszustw. Fatalnie wyglądają dziś wszechobecne konotacje z New Age,  kosmitami i zjawiskami paranormalnymi. Dowody anegdotyczne, które miały być wskazówką, dla wielu krypozoologów stały się dowodami samymi w sobie. Brak powściągliwości, wysuwanie śmiałych tez przy bardzo słabych przesłankach oraz kwestionowanie uznanych teorii naukowych, odsunęło większość kryptozoologow od ustandaryzowanej nauki. Przez kilka lat miałem styczność z jednym z bardziej znanych polskich kryptozoologów, Markiem Sęką i z rozmów z nim wiem, że jego wiedza na temat tego czym jest nauka, na czym się opiera i jak funkcjonuje jest dość skromna. Kryptozoolodzy (i kryptozoolożki) wydają się w większości odporni na falsyfikacje swoich założeń, czego przykładem może być jezioro Loch Ness. Jest to chyba najlepiej przebadane jezioro świata, a już na pewno najpilniej monitorowane. Przez to w każdym większym jeziorze na Ziemi wodny potwor jest bardziej prawdopodobny niż tam.

Nawet jeśli kryptozoologia nie jest nauką, może być nie tyle pseudonauką, co rodzajem protonauki. Można by zastosować taką taryfę ulgową, jeśli dane zebrane przez kryptozoologów mają wartość dla biologów. Kryptozoologia jest na tyle protonauką na ile fotograf zaczajony w nocy w lesie przyczynia się do rozwoju dzisiejszej zoologii. Krzywdzącym byłoby jednak stawianie znaku równości pomiędzy wyprawą poszukiwaczy śladów tygrysa kaspijskiego (czysto hipotetycznie nazwijmy ją akcją "tygrys"), a grupą, która zapowiada odnalezienie w Afryce żywych dinozaurów, tudzież entuzjastów człowieka-ćmy (akcja "nowa okładka Super Expressu"). Uczestnicy akcji "tygrys" studiują dawny habitat tygrysa, interesuje ich pozyskanie empirycznych dowodów, zaś w terenie weryfikują swoje wcześniejsze hipotezy. Drudzy z podnieceniem biegają z kamerami, a każde zarejestrowane przez nich poruszenie liści uważają za dowód na istnienie dinozaurów. Opowieści randkowiczów z mothmanem są dla nich bardziej wiarygodne niż DNA. Chłopaki z "akcji tygrys" posiadają dobrze udokumentowany zapis kopalny celu swych polowań, ich rywale są ponad takie detale. Mothman jest skrajnie nieprawdopodobny, posiadając sylwetkę człowieka z nogami i rękoma, jednocześnie z parą skrzydeł na plecach. Niestety ryba, która po raz pierwszy wyspacerowała z wody jakieś 400 milionów lat temu zrobiła to nie na trzech, a na dwóch parach płetw. Od tej pory nie znamy ani jednego przypadku, ani w dzisiejszej przyrodzie, ani w jakiejkolwiek skamielinie, aby potomnym tego pierwszego tetrapoda udało się wykształcić dodatkową parę kończyć (za to niektórym jego dzieciom udało się je zredukować np. wężom). Charakterystyczna dla tetrapodów anatomia z dodatkowymi skrzydłami, nie będącymi metamorfozą przednich łap, jest cechą rozpoznawczą mitycznych stworów, wampirów, smoków, aniołów i oczywiście mothmana. Pytanie czy ekipa z "akcji tygrys" za sprawą swych działań przypadkiem nie wymyka się spod szyldu kryptozoologii? Czy naukowa odmiana kryptozoologii to nie po prostu zoologia?

1 listopada 2011

Pop-medycyna

W starożytności substancje te określano jako remedium nostrum. Były to leki o wątpliwej skuteczności, sprzedawane dzięki nowatorskim jak na owe czasy zabiegom reklamowym. Zalążek czegoś takiego jak marka, a także wiele technik marketingowych (opisywanie najzwyklejszych składników niezwykłymi słowy) narodziło się właśnie na potrzeby tej szarlatanerii. Najsłynniejszym tego typu lekiem był sprzedawany w XIX wieku w USA olej z chińskiego węża wodnego. Był to leczący wszelkie choroby cudowny eliksir dystrybuowany przez sieć objazdowych cyrkowych uzdrawiaczy. Wiele z tych mikstur przetrwało do naszych czasów, ewoluując w symbole kultury masowej. Poniżej bardzo luźne tłumaczenie zestawienia Joe Nickella Pop Culture: Patent Medicines Become Soda Drinks.

Coca-Cola
Pomysł na Coca-Cole narodził się w Eagle Drug and Chemical Company, jako odmiana bardzo popularnego wówczas wina na bazie koki, znanego jako Vin Marian. Za sprawą prohibicji w Georgii, od 1886 w jednej z aptek w Atlancie zaczęto sprzedawać cudowny eliksir, będący bezalkoholowym odpowiednikiem wina, zwany "Francuskim Winem Coca Pembertona". Jej twórca John Pemberton był przekonany, iż znalazł w niej lekarstwo na uzależnienie od morfiny, które trapiło go od wojny secesyjnej. Reklamował go jako trunek szczególnie korzystny dla "pań i wszystkich tych, u których siedzący tryb pracy powoduje nerwowe osłabienie, bóle żołądka, niewydolność jelit i nerek", Dodanie do Coli dwutlenku węgla budziło lecznicze konotacje z wodą gazowaną, uważaną wówczas za lekarstwo na otyłość. "Wspaniałej i przenikliwie pobudzającej Coli" jej twórcy przypisywali leczenie m.in impotencji. W rzeczywistości napój powodował uzależnienie od kokainy. Jej zawartość w Coca-Coli stopniowo obniżano, aby ostatecznie wyeliminować ją na przełomie XX wieku i zastępując aromatem koki.

Pepsi-Cola
Coca-Cola wzięła swoją nazwę z połączenia kofeiny, orzeszków i koki. W przypadku Pepsi-Coli do nazwy doczepiono człon w postaci pepsyny (enzymu trawiennego). Napój, znany jako "Drink Brada", został stworzony w 1898 przez farmaceutę Caleba Bradhama. Jego przeistoczenie się w 1903 w Pepsi-Cola do dziś budzi etymologiczne zamieszanie. Szczególnie wśród Żydów i muzułmanów, którzy boją się zbezczeszczenia przez nieczystą świńską pepsynę. Pepsi-Cola nie zawiera i najpewniej nigdy jej nie zawierała. Bradham nadał jej tę nazwę, aby sugerować, iż preparat ten pomoże w razie problemów trawiennych. Reklamowana jako "smaczna i zdrowa" Pepsi zbankrutowała w czasie Wielkiego Kryzysu. W 1939 firmę wykupił Charles Guth. Guth, postanowił napełnić nimi swoje automaty do napojów - które w owym czasie przeniosły się z aptek do sklepów spożywczych. Nie dogadawszy się ze sprzedawaną w formie syropu Coca-Colą, postanowił zastąpić ją bardzo podobną, równie "leczniczą" i nadającą się na "syrop" Pepsi-Cola. Dalsza cześć przyjaźni tych dwój napojów jest  wszystkim znana.

Schweppes
Tonik składał się pierwotnie jedynie z wody gazowanej i chininy. Pito go w kolonialnych Indiach i w Afryce, głownie z ginem - profilaktycznie przeciw malarii. Trudno powiedzieć czy praktyka ta była skuteczna, jako że, aby tonik działał, stężenie chininy musiało być obrzydliwie gorzko wysokie - wielokrotnie wyższe niż dopuszczalne stężenie chininy w toniku obecnie. Jeśli poziom chininy był odpowiednio duży, nie wykluczone, iż terapia tonikowa mogła działać. Tonik nie jest natomiast polecany konsumentom w przypadku innego schorzenia, którym są skurcze nóg, a którym próbowano je leczyć. Stężenie chininy w toniku jest dziś śladowe. W ramach minimalizowania kosztów w większości tonikopodobnych napojów rolę gorzkiej chininy odgrywa chinionowy aromat. Gdyby Schweppes szykował na mnie pozew za zniesławienie, dodam tylko, że znalazł się w tym zestawieniu tylko dlatego, że potrzebowałem obrazka puszki z tonikiem.

7 Up
7 Up sprzedawany jest od 1929, z początku jako Bib-Label Lithiated Lemon-Lime Soda. Magicznym składnikiem 7up'a miał być cytrynian litu. Wierzono, iż leczy on dnę moczanową, reumatyzm i kamienie nerkowe. Cytrynian litu niewiele pomoże na te schorzenia, jest natomiast lekiem psychiatrycznym, stosowanym na pograniczu zaburzeń osobowości i zaburzeń schizoafektywnych. Podobnie jak w przypadku innych "leczniczych napojów", 7 Up miał z tego problemy. Poziom toksycznego litu, stosowanego w leczeniu depresji maniakalnej, był w 7 Up bliski dawki terapeutycznej. Po tym jak w połowie lat 40-tych lit całkowicie wyeliminowano z 7 Up'a, tym razem problemem okazała się substancja słodząca w napoju - cyklaminian sodu. W latach 60-tych FDA uznała go za potencjalnie szkodliwy.  W konsekwencji zakazano sprzedaży tej substancji na terytorium Stanów Zjednoczonych. Decyzja ta budzi kontrowersje. USA pozostaje jednym z nielicznych państw na świecie utrzymującym zakaz stosowania cykoaminianu sodu. Tak czy owak całe partie 7 Up'a powędrowały do utylizacji. 7 Up to wyjątkowo pechowa mikstura, zaś do tego pecha dokłada się kierownictwo koncernu. Zgodnie z modnym trendem, 7 Up sprzedawany miał być jako napój "100% naturalny". W ramach przygotowań do tej etykiety zmniejszono zawartość sodu w napoju i zaprzestano stosowania kwasu wersenowego. W 2007 przy próbie wprowadzenia 7 Up na rynek jako napoju "100% naturalnego" kilka organizacji konsumenckich zagroziło procesem, jeśli miałby być sprzedawany pod takim sloganem. Ostatecznie napój, który niegdyś miał leczyć, musiał zadowolić się określeniem "100% naturalnych aromatów".