2 sierpnia 2011

Wojciech "Dobra Rada" Eichelberger

W swoim felietonie, Ludwik Stomma narzekał jakiś czas temu na jedną z czołowych polskich socjolożek. Nie ważne jak błędne byłyby jej dotychczasowe diagnozy, nic nie jest w stanie odwieść ją od kamer i mikrofonów. Stomma przy okazji kreśli sylwetki innych ekspertów od wszystkiego, ale i tak nie dorównują mojej postaci. Eichelberger jest autorem osobnych książek na temat kobiet, mężczyzn, noworodków, dzieci, ale pisał też o snach i globalizacji. W opisie jednej z jego książek "Być tutaj" czytamy: W tej książce chcemy towarzyszyć każdemu w drodze do siebie, bo tylko dzięki poznaniu siebie możemy poznać i zrozumieć świat, doświadczyć bliskości i jedności z innymi ludźmi, ze zwierzętami, roślinami, rzekami i górami. Poczuć jedność z roślinami, rzekami i górami - ambitna lektura. W znalezionej w internecie mikrorecenzji, czytelniczka, która po przeczytaniu książki najwyraźniej nie jest w stanie sprecyzować o czym konkretnie była, podsumowuje: zawiera mnóstwo mądrości, jak to zwykle u Eichelbergera. Dla mnie, piszącego tekst o jego twórczości problemem jest, iż wszyscy bez wyjątku się tym zachwycają! Znam przykłady dyżurnych specjalistów od ogólnych tematów, którzy mnie nie rażą. Jeśli ktoś ma rozpracowane jakieś zjawisko i potrafi przełożyć je na nowe wydarzenia, opisując je w kategoriach przez nas już rozumianych - super. Do tego potrzebne jest jednak dobre rozeznanie w świecie faktów, a tego w działach Eichelbergera nie dostrzegam.

Wśród audycji radia TOK FM, w których prym wiedzie Pan Wojciech (m.in starość, Bóg, smutek, ojcostwo...) znalazła się perełka. Eichelberger pawie nigdy nie odnosi się do wyników badań, eksperymentów, jakkolwiek wymiernych danych, jest to ten rodzaj psychologii, który jest ponadto. Jednak w audycji "czy intuicja jest sprzeczna z racjonalnością" doświadczamy rzadkiego przypadku powoływania się przez profesora na dające się zweryfikować przykłady (zalecam włączyć i posłuchać). Zgodnie z new ageowską retoryką, Eichelberger lubuje się w odniesieniach do współczesnej fizyki. Szarga takimi nazwiskami jak Heisenberg czy Einstein, którzy przewracają się w grobach, słysząc jak ktoś próbuje przenieść zasady rządzące mechaniką kwantową na grunt psychologii. Eichelberger domaga się od nauki przestawienia na nowy paradygmat - paradygmat kwantowy. Wiele razy słyszałem to roszczenie rozszerzenia zasad mechaniki kwantowej na całą naukę i nigdy nie widziałem w tym gescie podania jej pomocnej ręki. Raczej kopa i to kopa nie z tych orzeźwiających, stymulujących kopów. Po pierwsze nauka miałaby przyjąć ograniczenia świata kwantowego. Trudno będzie przekonać laboranta, badającego zawartość cholesterolu we krwi, iż sam akt jego obserwacji demoluje cel jego analizy. Jak nakłonić klimatologa, że drzewo jest pojedynczym drzewem tylko kiedy na nie patrzy, zaś kiedy obraca głowę staje się wielgachnym lasem superpozycji tegoż drzewa? Po drugie, wywlekanie świata kwantowego do makroskali ma uzasadnić istnienie różnego rodzaju bzdur jak psychokineza, na zasadzie "jeśli może to elektron, to czemu nie ja?" Mówienie o mechanice kwantowej w audycji o intuicji to nie przypadek. Ma zostawić w słuchaczu rysę, iż intuicja jest tajemniczym i nie dającym się badać zjawiskiem, z którym nie poradzimy sobie bez iście paranormalnych narzędzi, jakie oferuje fizyka kwantowa. Do zbioru takich nietkniętych przez naukę zjawisk, Eichelberger naiwnie zalicza deja vu i świadomość. Ta ostatnia nie jet według niego dziełem mózgu! Drugorzędną sprawą jest, aby wszystko to byłą prawdą, przede wszystkim chodzi o to, aby ładnie brzmiało. Bo cóż znaczy, że świat zbudowany jest ze światła? Zakładając jego szerszą definicję, iż nie jest to promieniowanie z zakresu 380-740 nm, ale od 10nm do 1mm, to co, nic poza tym nie ma? Co ma na myśli profesor, mówiąc "świat", bo jeżeli to, co zwykło się pod tym słowem kryć, to sformowanie to jest nieprawdziwe. Nieprawdziwe, ale jak brzmi!

W audycji słyszymy, i to niejednokrotnie, o pewnym badaniu. Nie o tym, co się wydaje prowadzącemu i jego gościowi, nie jaka jest ich opinia na jakiś temat, ale prawdziwym badaniu! Eichelberger wspomina o eksperymencie, o którym słyszał po raz pierwszy 20 lat temu. Amerykanie zabrali na łódź podwodną stadko małych króliczków i popłynęli hen hen od mamy-królik, która pozostała na lądzie. Okazało się, że kiedy w łodzi podwodnej robiono z królikami brzydkie rzeczy, trusiowa mama dawała tego biologiczne oznaki tysiące kilometrów dalej. Jeśli to prawda, powinienem spalić tego bloga, a jego popiołem posypać sobie głowę. Toż to sensacja, dowód istnienia telepatii czy czegoś w tym rodzaju! Tylko gdzie te badania? Pierwszy problem na jaki natrafiam to to, kiedy ten eksperyment miał miejsce. Na stronce Natural Revolution Resonance w artykule (tuż pod filmikiem psa grającego na pianinie) czytam, iż działo się to około 1956, natomiast inni sądzą, że w latach 90-tych.  Z tego co się rozeznałem, badanie to po raz pierwszy pojawia się w książce "Psychic Discoveries Behind the Iron Curtain" Sheila Ostrander i Lynn Schroeder, autorek poradników wyzwalania ukrytych mocy umysłu i książek o astrologii. W tej wydanej w latach 70-tych książce, mówi się o roku 1967 lub 1968. Wszyscy bez wyjątku podają, że eksperyment był dziełem naukowców rosyjskich, a nie amerykańskich jak mówi Eichelberger. Czy to dlatego, że w wyobraźni coś radzieckiego trzyma się zawsze na drucie i kawałku sznurka, natomiast zwrot "amerykańscy naukowcy" z miejsca otwiera horyzonty wielkiej nauki? Nie sądzę, myślę, że Eichelberger po prostu nigdy specjalnie nie wczytywał się w reklamowany przez siebie eksperyment. Niejasności jest zresztą więcej. Kogo wysłano w tej łodzi podwodnej? Mamę-królik jak piszą niektórzy, czy jej dzieci? Jak mówi pan Wojciech? Niewątpliwie wszystko byłoby prostsze, gdyby eksperyment ten został opublikowany w jakimś branżowym czasopiśmie. Nie jestem zachłanny na super prestiżowe recenzowane pismo, ale na razie czytam o nim tylko na ufoniusach i stronach osób, pracujących jako telefoniczne media. Postawiłem zgłosić się z tym pytaniem do źródła do praprzyczyny, jaką jest Wojciech Eichelberger i zapytać go o to w mailu. Czy badanie to zostało gdzieś opublikowane, czy było przeprowadzane wraz z próbą kontrolną, czy ktoś je powtórzył, czy stosowano ślepą próbę, jakie odchyły zaobserwowano u króliczej mamy, jakie były u niej wyniki w chwili zabijania jej młodych, jakie miała wyniki w dzień powszedni, a jaki w innych sytuacjach stresowych, czy wykluczono zbieg okoliczności.... czy jest pewny, że ten eksperyment kiedykolwiek miał miejsce. Maila do profesora w internecie jednak nie ma.

Wśród kilku tytułów ostatnich miesięcy, tytułów lansujących metodę naukową, "Krótki kurs samoobrony intelektualnej" Normanda Baillargeona przeszedł jakoś bez echa. Tak mi się wydaje, że przeszedł bez echa, jako że nie mogę czytać tych wszystkich stron jakie polecam po prawej stronie  bloga. Jak tylko na nie wchodzę, od razu trafia mnie szlag. Nie mogę przemóc błyskotliwych porównań i metafor, których nigdy bym nie wymyślił, to już nawet nie jest zawiść, szczerze tych ludzi nienawidzę za to jak piszą. Twórczość Eichelbergera ma jedną wspólną rzecz z Baillargeonem - jest strasznie przewidywalna. Baillargeon przez całą książkę nie użył przykładu, którego każdy w miarę inteligentny człowiek by nie znał. Czytając Eichelbergera mamy wrażenie, iż czytamy coś mądrego, a jednak sens wypowiedzi wydaje się z góry oczywisty. Pan Wojciech zagospodarował chyba wszystkie modne nisze psychologii, dlatego kiedy tylko trzeba powiedzieć coś o miłości czy sensie życia, jest gościem idealnym. Kwiecisty język, przystępna forma i tematy interesujące w gruncie rzeczy każdego. Trochę zazdroszczę, ale ostatecznie wolę swój prymitywny empiryzm.