24 czerwca 2011

Jak zawsze sceptycznie - Zdany

W komentarzu do notki o Emilcinie wywołany został jeszcze jeden przypadek obserwacji UFO w naszym kraju. Nie mam za wiele do roboty, a zatem niech stracę. Najdonioślejszymi fotografiami latającego spodka w XXI wieku w Polsce, są zdjęcia ze stycznia 2006 wykonane w miejscowości Zdany. Sama relacja nie jest interesująca - kilku kolesi jedzie samochodem, widzi UFO i cyka parę fotek. UFO miało doprowadzić do wyłączenia się w ich samochodzie całej elektryki, dziwnym trafem przed tym paraliżem uchował się jednak aparat. Zdjęcia te z miejsca okrzyknięto sensacją ze względu na ich wyrazistość. Nie są to rozmazane światła, pikseloza, mogąca być samolotem, balonem metrologicznym, ptakiem czy szybko lecącym owadem. Jak w mordę jeża kopanego latający spodek. Zdany, to też opus magnum Roberta Bernatowicza, który do dziś wszystkich niedowiarków oskarża o zazdrość - bo on ma fajoskie zdjęcia, a inni co najwyżej rozmazane plamy na niebie.

Kiedy już sceptycy otrzepali sobie ziemię z kolan, przystąpiono do oględzin owego powalającego materiału dowodowego. Pierwsze co nasuwało się na myśl, to dwie połączone ze sobą miski. Ekipa Nautilusa po wykonaniu "ekspertyz" wykluczyła jednak takie wyjaśnienie. Obalającą miski ekspertyzą było po prostu podrzucanie podobnych misek do góry i robienie im zdjęć, Nautilusowi się to nie udało, wszystkim na świecie się udaje, im nie, no trudno. Do Zdanów zawitali goście z Łotwy z organizacji Necton Laboratory (szkoda, że strona nie wyświetla się po angielsku), którym od razu udało się przy pomocy misek spreparować prawie identyczne zdjęcia. Niepochlebnie na temat zdjęć wypowiedział się także znany w środowisku polskiej ufologii Mariusz Fryckowski, który jako jeden z nielicznych miał dostęp do oryginałów fotografii. Według niego dane exif zdjęć nie zgadzały się z relacją świadków. Cień na oficjalną sekwencje fotek, poza metadanymi w samych zdjęciach, rzuciła także chmura kondensacyjna samolotu widoczna na zdjęciach. Co gorsze, w UFO (w dalszej części tekstu nazywanym miskami) prawdopodobnie odbija się ziemia, zaś gdyby miski były wysoko (dla obiektu o średnicy 2 metrów to wysokość ponad 30 metrów) powinniśmy widzieć w większości niebo.


W wyjaśnianiu latających misek i innych dziwów niezbędnym zabiegiem jest sięgnięcie do źródła tych pierdół. Dokładnie kto pierwszy ujawnił jaką historię, na łamach jakiego pisma się ukazała. Dla przykładu jeszcze lepsze zdjęcia i filmy z Meksyku czy Ameryki Południowej pochodzą zwykle od brukowców, które są współudziałowcami wydarzeń, które same opisują. Zdany również posiadały swojego medialnego patrona - znany i ceniony dziennik "Fakt". Na przełomie 2005 i 2006 roku "Fakt" raczył swych czytelników całą kosmiczną odyseją. Kosmici pojawili się w Zdanach już w numerze grudniowym. Na początku 12 stycznia podgrzano atmosferę "najlepszym na świecie zdjęciem UFO", a więc dokładnie tymi fotkami, o które toczy się spór. Dwa tygodnie później w kolejnym artykule mieszkańcy spod Zdan chodzą po wsi opętani wizją zemsty, zaopatrzeni w pochodnie i siekiery szukają kosmitów. Finisz zaś to już prawdziwa bomba, luty 2006 i jeden z najsłynniejszych artykułów "Faktu" w jego historii - pierwsze w świecie zdjęcia wnętrza UFO. Wiele w tej sprawie rozjaśnia, zapewne czysty przypadek, iż autor zdjęcia fruwających nad polem misek jest znajomym, czy tam nawet sąsiadem, dziennikarza piszącego te wszystkie bzdury. Kilka lat temu, rozmawiałem z człowiek twierdzącym że mieszka we wsi niedaleko Zdan i ponoć słynne zdjęcia były tam od samego początku przedmiotem kpin.

Na deser rozstrzygający głos zabiorze autorytet. O Zdanach wypowiedział się... Krzysztof Jackowski. Jasnowidz idzie w swych przepowiedniach tropem Nostradamusa, jako że ciężko znaleźć w tych słowach jakikolwiek sens. Seansem obowiązkowym dla fanów Krzyśka jest jednak drugi film, gdzie Krzysiu rozstrzyga na temat jeszcze innych zdjęć latających misek. Wpierw przepowiada, że na zdjęciach, które zaraz zobaczy będzie zakonnica, a tu bach, UFO. Cały szereg przejść semantycznych, tak że pomimo ewidentnie latającego spodka przepowiednia z zakonnicą była słuszna to arcymistrzostwo, polecam.

21 czerwca 2011

Bezcenne mądrości Ojca Klimuszki

Są takie książki, przy których nawet nie warto silić się na gorsze czy lepsze żarty. Wystarczyłoby cytować je żywcem, a już będzie zabawnie. "Moje widzenie świata" Czesława Klimuszki jest niewątpliwie takim dziełem. Księdza Klimuszki nie ma już pośród żywych, jednak echa jego myśli wciąż dzwonią w uszach naszego społeczeństwa. Wszelkie roślinki na syropach, kwiaty na plakatach leków, owocowe syropy na półkach aptek - we wszystkim tym pobrzmiewa urok Ojca Klimuszki. Surowe przepisywanie jego broszurki nie dałoby mi jednak frajdy. Swego czasu myślałem nad tekstem, który polegałby na zmierzeniu mojego domu, a następnie możeniu długości ścian przez powierzchnię dachu, wysokości drzwi dzielonych przez szerokość parapetu minus ilość dni w roku, tak, jak robi się to w przypadku Piramidy w Gizie. Jestem przekonany, że w moich wynikach również pojawiłyby się jakieś liczby opisujące Układ Słoneczny. Nie pamiętam, co stanęło mi wtedy na drodze, chyba zwykłe niechciejstwo (jak się okaże za chwile wpływ pobliskiej topoli). Dziś powracam do tematu swej chałupy, tym razem na ogólnozdrowotny rekonesans. Co Ojciec Klimuszko powiedziałby o warunkach w jakich żyję?

Najpierw ogólne usytuowanie domu. Mleko zostało już wylane, jako że nie przypominam sobie, aby podczas budowy leszczynowa różdżka ustrzegła mnie przed żyłami wodnymi. Na szczęście Klimuszko daje praktyczne porady ich rozpoznania."W żyłach wodnych lubują się pszczoły". Pszczoły odwiedzają mnie każdego dnia, 20 metrów dalej są ule, ale to wyjaśnienie byłoby proste, zbyt proste. Dowód numer dwa. "Na skrzyżowaniu żył wodnych żaden bocian nie zbuduje gniazda". Bociana na dachu ewidentnie brak. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przyoszczędziło się przy budowaniu chaty na instalacji odgromowej, jednak jak pisze ksiądz "żaden piorunochron nie uchroni budynku stojąco na żyle wodnej". Najwidoczniej i tak jestem skazany na spłonięcie żywcem w czasie burzy, więc po co mi taki zbędny wydatek. Żyły wodne odhaczone, teraz biomagnetyzm. "Istnienie tejże energii jest faktem niezaprzeczalnym. Naukowcy niejednokrotnie wykazali to w sposób doświadczalny" (jakby to powiedział Turski w telewizji - "ja pierdolę"). Wyglądam za okno, widzę oddziałujący pozytywnym biopolem świerk, uff, jestem uratowany. Jeszcze bliżej rośnie jednak "topola działająca demobilizująco" - jej obecność tłumaczyłaby parę rzeczy w moim życiu.

Już z progu moja sypialnia nie napawa optymizmem. Łóżko powinno być ustawione w kierunku północ-południe, z głową skierowaną na południe, korpus zgodnie z linią miedzy-biegunową Ziemi. Jedyne zorientowane jakie te łóżko w życiu doświadczyło to kierunek telewizor-monitor. Z Cześkiem na ramieniu zaglądam do szafy:
Nasuwa się uparcie podejrzenie, że te wszystkie sztuczne tworzywa, z których robi się bieliznę, zwłaszcza kobiecą, mogą promieniować na żywe komórki rakotwórczo. Czy tak licznie występujące u współczesnych kobiet nadżerki i guzy przymacicze oraz nowotwory sutek, nie są wywoływane nylonową bielizną? (...) Czy te przestrogi są zdolne dotrzeć do umysłów kobiet? Raczej należy wątpić (...) Trzeba pamiętać koniecznie o tym, że przy noszeniu na szyi srebrnego łańcuszka występuje niekiedy takie zjawisko, że w przeciągu kilku dni łańcuszek sczernieje. Co się stało? Skąd taka zmiana? Otóż jest to sygnał, że w organizmie pojawiło się jakieś schorzenie. W takim wypadku trzeba jak najszybciej udać się do lekarza.
Jeśli promieniotwórcze majtki zaaplikowały już kobiecie nadżerkę, 20 stron dalej jest na nią remedium: "Uliścionymi gałązkami brzozy uścielamy nasze łózko, tak by to nie przeszkadzało w spaniu. Po dwóch tygodniach wszystkie nie zastarzałe jeszcze przypadłości reumatyczne i nadżerki zlikwidują się całkowicie". Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownych lekarstwach Klimuszki. Owymi lekami było w zasadzie to, co jemy. Zaglądamy zatem do lodówki: "czarne jagody na odtrucia" są, "pestki dyni na tasiemca" są, nalewka z bursztynu, gdzie "nalewka z bursztynu lecząca raka"?! W rozpoznaniu tego, co zdrowe a co niezdrowe Klimuszko powołuje się na badania jakiegoś L.Simenotona (?), który przy pomocy swojej aparatury do pomiaru radio-witalności (??) ustalił, że każdy pokarm i lek, którego długość fal wynosi poniżej 300 angstremów jest dla człowieka szkodliwy. Jeśli im więcej, tym lepiej, jak myślicie ile angstremów mają leki farmakologiczne? Oczywiście, 0! A ile zioła? A jakże 9000! Między Bogiem a prawdą Klimuszko mimo wszystko nie namawia do porzucenia leków pochodzących nie z łąki, a z laboratorium. Chociaż to. Brzoza zaczyna kłóć mnie już w plecy więc pora kończyć.

15 czerwca 2011

Saga Emilcina

Jeśli w pieczarach, w których skrywa się archiwum telewizji publicznej zgromadzone taśmy leżą pośród adekwatnych im przedmiotów, na tym filmie stał słoik z krukiem w formalinie. W poniedziałek telewizja polska uraczyła nas dokumentem Nataszy Ziółkowskiej "Niezidentyfikowany obiekt latający" na temat Emilcina. Dla niezorientowanych zamkniętych umysłów: tym czym jest Roswell dla Amerykanów, czym jest jabłko dla wygłodniałego jeża, żaba dla bociana, tym jest Emilcin dla polskiej ufologi. Są tematy, z których w tym środowisku śmiać się nie wolno, Jan Wolski z Emilcina jest właśnie tym tematem. Są w Polsce ludzie, którzy oddaliby się do adopcji Panu Janowi gdyby tylko żył, mający niezachwianą wiarę w historię, która każdego postronnego człowieka onieśmiela swą naiwnością..

Historie Jana Wolskiego żyją już własnym życiem, jednak dla wszystkich wersji pniem pozostaje 10 maj 1978, kiedy to Wolski jedzie wozem przez las. Na jego furmankę ładują się zieloni kosmici (jeden z nich miał przez chwile nawet powozić koniem) i nakłaniają go, aby podjechał na pobliską polanę. Od tej pory wszystko brzmi tak niedorzecznie, że nawet gdyby historię tę opowiadał koń Jana Wolskiego, nie byłaby bardziej nieprawdopodobna. Wolski trafia do UFO, gdzie zostaje poddany badaniom i wypuszczony - wydaje się standardowy banał, doświadczeniem jakim pochwalić się może blisko milion Amerykanów. Gdybyśmy chcieli poznać szczegóły tego, co działo się na polanie w Emilcinie wystarczy wyobrazić sobie najbardziej tandetne filmy s-f. Gdyby sfilmować to wiernie z relacją Wolskiego zagrać mógłby to tylko Leslie Nielsen. Wolski podsłuchuje język zielonych ludzików, który okazuje się brzmieć prawie dokładnie jak języka Gagatka z filmu "Kapuśniaczek". Obca cywilizacja, która dymała tu pół galaktyki przestrzega ziemskiego savoir-vivre. Załoga UFO (którym wedle relacji jest coś przypominające latający autobus) częstuje Wolskiego swoim śniadaniem, a nawet kłania się na pożegnanie! Przedziwne jest nie tylko zachowanie się małych zielonych ludzików, ale też zachowanie samego głównego bohatera. Konia z rzędem dla tego, kto w tak ekstremalnej, niewyobrażalnej wręcz sytuacji postępować będzie tak jak zachowywać się miał Jan Wolski. W najlepszej razie, adekwatnym zachowaniem do takiej sytuacji byłoby mimowolne oddanie moczu, jednak z relacji rysuje się jak tkliwe rendez-vous.

Latający autobus jaki miał widzieć Jan Wolski

Z biegiem lat, wśród polskich ufologów wytrąciły się dwa podejścia do tego, jak radzić sobie z co bardziej głupawymi fragmentami opowiadania Wolskiego. Pierwsza szkoła powiada, że fragmenty pokroju tych o malunkach na kombinezonach kosmitów zostały wymyślone przez badające go persony. Najbardziej świecące naiwnością fragmenty miały zostać zmyślone przez osoby trzecie, a następnie namówiono Pan Jana, aby opowiadał je jako rzeczywiste wydarzenia. Nie najlepiej mówi to jednak o wiarygodności świadka, jeśli tak łatwo skłonić go do mazania baśniopisarskim pędzlem po własnej opowieści. Drugie stronnictwo uważa, że wszelkie prymitywizmy są właśnie najlepszymi dowodami na prawdziwość tej historii. To, że w słowniku prostego chłopa nie było nawet takich słów jak "kosmici", czy "przybysze pozaziemscy" dowodzi, że historia ta musi być prawdziwa. Im głupiej tym lepiej! Szczerze mówiąc czy można wyobrazić sobie lepszy łup, niż wiejski stary dziadzina z 2 klasami podstawówki? Przypadkowi Emilcina, jak przystało na rasowe spotkanie III stopnia, towarzyszą dowody materialne. W filmie "Niezidentyfikowany obiekt latający" oglądamy współczesnych Wolskich, m.in rolnika, który pokazuje na swojej łące dziwne kosmiczne kręgi. Mam nadzieje, że ktoś uświadomił owego biednego chłopinę (zważywszy, że w kadrach co chwilę przewija się ekipa Nautiliusa, zgaduję, że nie), ale ojcostwo tych kręgów należy do grzybów podstawczaków, będących niestety powszechnym zjawiskiem. Dodam, że dowody z Emilcina były słabsze niż te trawiaste kręgi, m.in odcisk w błocie kosmity który nieomal wypieprzył się przeskakując kałużę.

Przygoda Jana Wolskiego jest jedynym znanym mi krajowym przypadkiem CE-3 (używając klasyfikacji Allena Hyneka), który doczekał się nie tylko paru książek, ale i dedykowanego portalu, a nawet pomnika. Trudno powiedzieć skąd ten sentyment do Pana Jana i czemu akurat w Emilcinie polscy ufolodzy pokładają takie nadzieje. Jak mantra powtarzany jest werset, iż Wolski został poddany badaniom, które wykluczyły kłamstwo. Można by polemizować czy takie badanie w ogóle istnieje, ale nawet te, które przychodzą mi teraz do głowy, nie miały tam nigdy miejsca. Byłbym nawet skłonny przyznać, że nie mieliśmy tu do czynienia z kłamstwem. Zrównanie pytania czy wszystko to miało miejsce, z pytaniem czy Wolski mówił prawdę jest karygodnym spłycaniem psychologii człowieka. Można nie wierzyć w tę historię bez wycieczek personalnych w stronę Pana Jana. Niebywałe tezy wymagają niebywale mocnych dowodów, zaś historia Emilcina spełnia jedynie zasadę, że dziecięce bajki lubią nie tylko dzieci.