22 lutego 2011

Praktyka mistycznego cudotwórstwa

Ha, w moje łapska wpadła kolejna książka Jacka Sieradzana, tym razem o bardziej soczystych dewiacjach religijnych. Pan Jacek po raz kolejny wkłada za nas ręce w najbardziej fanatyczny brud, wygrzebując go na światło dzienne. Studiując owe dzieła myśli szaleńczej, dostrzegłem pewną prawdiłowość wśród 20-wiecznych magów i zaklinaczy. Niepotwierdzone niezwykłe cechy jakie przypisywali sobie ci pomyleńcy, stoją w jawnej sprzeczności z przeróżnymi faktami z ich biografii. Czy wielki Aleister Crowley, który ponoć jednym spojrzeniem zamieniał człowieka w zombie, a każdy kogo dosięgły jego wybałuszone oczy, stawał się jego niewolnikiem, czy mając taki dar kantowałby na wymyślonych przez siebie fałszywych lekach? Kiedy na początku lat 20-tych przycisnęła go bieda sprzedawał tabletki zwane przez siebie eliksirem życia. Mniej więcej było to to samo, czym handlowali wędrowcy szarlatani, z którymi na dzikim zachodzie w jednym z odcinków walczyła doktor Quinn - znaczy się bezwartościowe pigułki działające na nic. Czytając "Od kultu do zbrodni" trapiło mnie wewnętrzne rozdarcie czy śmiać się z tego czy płakać. Niebywałe, że znalazło się tak wiele osób gotowych poświęcić życie dla tego żenującego spektaklu i pożal się boże godnych obietnic. Kolega po fachu Crowleia, twórca kościoła Szatana Anton Szandor LaVey, na którego jedno skinienie lucyfer wyczesałby mu diabelski ogon, nim przeistoczył się w arcydemona, zarabiał na pipcząco-migoczącym urządzonku, które za pomocą elektronicznego miernika wykrywać miało duchy. Swoim klientom wmawiał, że owa stworzona przez niego machina stanowi także pułapkę, w którą schwytać można niesfornego ducha w ten sposób doprowadzając nawiedzony dom do stanu używalności. Ten sam poziom autentyczności miały wróble malowane przez Gurdżijewa, prekursora New Age na żółto i sprzedawane jako kanarki.

Jeśli chodzi o wymiar finansowy wszystkich przebija Soko Asahara, guru sekty Najwyższa Prawda, która w latach 90-tych podłożyła trujący sarin w Tokijskim metrze. Za terapię skórkami mandarynek kasował on 7 tysięcy dolarów! Kiedy rozczarowani klijeci złożyli doniesienie na policję, został skazany na grzywnę... tysiąca dolarów, mimo że na mandarynkowym fałszerstwie zbił wówczas około 200 tysięcy dolców! Kiedy Ashara dorobił się renomy, jego wyznawcy byli gotowi płacić 370 dolarów za centymetrowej długości włos wyrwany z jego brody. 800 dolarów kosztować miała mała buteleczka wody po kąpieli tego wielkiego mędrca, a pijący te syfy człowiek miał nabywać nadnaturalnych mocy mistrza, takich jak lewitacja i telepatia. Z niezwykłego obrazu mistyków zwykle ostaje się tylko niemoc i desperacja. Dla przykładu, zdolności nie w kij dmuchał przypisywał sobie Kanadyjczyk Roch Theriault. Posiadał umiejętność leczenia, a nawet wskrzeszania ludzi, a mimo to, jego codziennym fachem była kastracja bydła i świń. Pan Jacek dodaje, że robił to bez "upuszczania krwi", a zważywszy, że w tym samym okresie chwalił się, iż potrafi rozmawiać z drzewami i zwierzakami, szczególnie w tym drugim kryć mogła się tajemnica jego fachu. Kiedy zapowiedziany mu przez Boga koniec świata w lutym 1979 się nie ziścił, Theraulta wytłumaczył to swoim wyznawcom, "iż nawet Bóg może popełniać błędy".

Jeszcze bardziej wygórowane ego posiadał David Koresh, który uważał się za bożego syna, posiadał wszystkie jego atrybuty z wskrzeszaniem ludzi i tym podobnymi bajerami włącznie. Jahwe zabrać miał Koresha w UFO-rydwanie na jedną z planet w gwiazdozbiorze Oriona, gdzie Bóg objawić miał przed nim swoje najskrytsze tajemnice. Koresh znany jest pośrednio fanom muzyki rockowej. Jeśli ktoś słyszał o próbie wyczerpania psychicznego ludzi poprzez obstawienie domu głosnikami i puszczaniu przez nie muzyki Alice Cooper wraz z dzwiekami wierteł dentystycznych, to metod tych próbowano właśnie na Szczepie Dawidowym (wyznawcach Koresha) w roku 1993. Kiedy to zawiodło, na zaciekle broniącą się sektę przypuszczono ostatecznie szturm, w którym zginął nieśmiertelny Koresh i ponad 70 jego wyznawców. Latające spodki mieli w głowie także wyznawcy Zakonu Świątyni Słońc, którzy w 1994 roku dokonali zbiorowego samobójstwa, co w ich jezyku przekładało się na podróż w kierunku Jowisza, bądz w innej wersji - na Syriusza. Proklamowali scisłe zasady zdrowego żywienia, które uchronić miało ich przed apokalipsa. Stąd jedli tylko... chleb z masłem orzechowym. Nieufnosć wobec medycyny nie pomogła Marshallowi Applewhitowi. Wyznawcy jego idei postanowili udać się na statek kosmiczny ukryty za kometą Hale'a-Boppa między innymi dlatego, że nie mogli znieść myśli, iż ich guru niebawem umrze. Applewhite szykował ich na swoją smierć, będąc przekonanym, iż cierpi na nieuleczalną odmianę raka. Przygotowywał ich tak intensywnie, iż w marcu 1997 roku wszyscy popełnili samobójstwo. Autopsja zwłok Applewhite oczywiście nie potwierdziła jego domniemanego nowotworu.

20 lutego 2011

Agnotologia - wydanie klasyczne

Ileż można grać w swoją ulubioną grę na "beginnerze"? Otępiały przeciwnik sam wbiega pod lufę i ginie od jednego strzału. Stąd, aby podkręcić zabawę dozbroję swoich adwersarzy w trudne słowo "agnotologia" (zakładając, że jest to dobre spolszczenie angielskiego agnotology). Otóż nie wszystkie badania naukowe są bezstronne, nie wszystkie opierają się o szczytne idee, a środowisku naukowców nie obce są przekupstwa i matactwa. Nieokrzesany umysł podpiąć może pod to wszystko, od szczepionek po ocieplenie klimatu, jednak pierwotnie określenie to dotyczy dezinformacji, jaką stosował i stosuje przemysł tytoniowy. Jest spora szansa na to, że ci, którzy posiedli już najnowszy numer Świata nauki, widzieli także artykuł Brianny Rego na temat świństw, jakimi faszerowane są papierosy. Co prawda nikt nie oczekuje po nich jakiś specjalnie prozdrowotnych właściwości, ale też wypadałoby nie truć ludzi ponad miarę i cholerstwo, które łatwo można usunąć, rzeczywiście z nich wypieprzyć. Oczekiwania palaczy okazują się wygórowane, jako, że przez 30 lat koncern Philip Morris wiedząc o istnieniu radioaktywnego polonu w dymie tytoniowym, nie kiwnąl palcem, aby go usunąć. Wyniki badań prowadzonych w ciemnych pieczarach koncernu przez garbatych i pokrytych futrem naukowców, przed publikacją konsulowano z prawnikami Philip Morris, w wyniku czego przez kilkadziesiąt lat wydali oni niezmierzone sterty prac o wszystkim, tylko nie o wpływie palenia tytoniu na nasze zdrowie.

Co ciekawe, pod artykułem pani Rego, pod maluśkim szyldem "jeśli chcesz wiedzieć więcej" pojawia się twórca terminu agnotologii Robert Proctor. Nie jest on toksykologiem, a historykiem nauki, specjalizującym się w dziejach badań nad szkodliwością palenia tytoniu. Kiedy jeszcze posiadałem pełny dostęp do materiałów Skeptical Inquirer, naściągałem ich jak szalony, tak, że do tej pory nie ogarnąłem tego, co zapisałem na dysku. Wśród tego rozgardiaszu znalazłem także prace Proctorna. Odsłaniają one inne oblicze agnoteologii, kiedy nauka głośno pokrzykuje o zagrożeniu, jednak barwa głosu, którym przemawia, budzi automatyczną dezaprobatę. Nawet kiedy badania są rzetelne i przełomowe, acz wychodzą spod ręki instytucji budzących moralną odrazę, hurtem lądują w ideowym śmietniku. Trudno uwierzyć, że medycyna III Rzeszy, która wśród swych dzieci miała takie, skądinąd znane postacie jak Josef Mengele, dorobiła się i czegoś wartościowego. Tymczasem, to właśnie niemieccy naukowcy jako pierwsi zajęli się problematyką szkodliwości dymu tytoniowego. Badania wspierała nazistowska obsesja uchowania idealnego materiału genetycznego rasy panów, któremu groziła degradacja za sprawą "masturbacji płuc", jak wówczas nazywano palenie. Na początku lat 40-tych Rzesza dysponowała już wynikami szeroko zakrojonych badań dowodzących bezpośredniego wpływu palenia na zachorowalność na raka płuc. Dla porównania, instytucje państwowe świata zachodu ogłosiły podobne wnioski dopiero w połowie lat 60-tych.

Transfer użytecznych informacji pomiędzy naukowcami, a opinią publiczną, to rzecz niezmiernie dziś kulejąca. Gdyby rzeczywistość była bardziej różowa, takie miejsce jak to nie miałoby racji bytu. Przyczyny i porady odnośnie tego stanu rzeczy to takie truizmy, że na ten czas ich sobie oszczędzimy. Dwie historie powyżej to jednak kolejna lekcja sceptycyzmu. Nie potrzeba znać od podszewki losów badań Philip Morris, aby wiedzieć, że biuletyny i gazetki informacyjne wielkich zakładów nie są najlepszym źródłem wiedzy. Tymczasem ci, którym agnotelogia wydaje się leżeć na sercu, ostrzący swoje miecze na "koncerny" (od jakiegoś czasu słowo "koncern" przypinane jest każdej firmie oskarżanej o bogacenie się na dezinformacji, niezależnie czy rzeczywiście jest jakimś koncernem), owi ludzie posługują się właśnie opiniami naukowców, wyłowionymi nie wiadomo skąd, o których nic nie można znaleźć. Przeciwnicy NWO nie znają czasopism branżowych, w ogóle nie posługują się recenzowaną prasą, walcząc z agnotologią zastępują ją tylko inną jej odmianą. Nie pomaga w tym nieufność, jaką parają do uważanych przez nich za zło wcielone instytucji, takich jak choćby IPCC. Nie ważne co IPCC powie na temat klimatu, czym będzie się przy tym posiłkować i jak to udowadniać, nikt nie będzie nawet tego sprawdzał, jako że przecież IPCC zawsze kłamie, kropka. Jeden z największych graczy na rynku naszej wiedzy o globalnym ociepleniu potępiany jest w czambuł. W serialu The Simpsons siedziba partii republikańskiej mieści się zawsze w upiornym zamczysku, które spowija w mroku wiecznie szalejąca nad nim burza - piętro niżej urzęduje pewnie IPCC. Nam wszystkim nie podoba się sprzedawanie bredni prostemu ludowi, ale owe "niepodobanie" się też musi być z głową.