10 stycznia 2011

Jak WTC wyrosło w smoleńskim lesie

Smoleńsk Truth movement
W gruncie rzeczy najbardziej rozpropagowana amerykańska teoria spiskowa ostatnich lat i nasza smoleńska nie mają ze sobą wiele wspólnego. Dopatrzeć się miedzy nimi jakichś tam podobieństw można chyba jedynie na upartego, ale że drugie imię tego bloga brzmi "na upartego", wygrzebiemy z nich co się da. 9/11 jest przede wszystkim teorią niezwykle rozbudowaną, a jej autorzy wzięli sobie za punkt honoru, aby nawet jeden zamach nie odbył się tak jak przedstawiły to przekupne media. Wszystkie samoloty mają swoją alternatywną historię - jak by to wyglądało, gdyby któryś wyłamał się przed szereg? Smoleńsk jest pod tym względem zwarty, a więc łatwiejszy dla paranoidalnych dywagacji, jednak naszym spiskowcom wyraźnie brakuje doświadczenia kolegów zza oceanu. Nawet nie chodzi tu o całą wizualną oprawę w jakiej przedstawia się rzekomo rozwikłany spisek, dzięki której największe bzdury budzą nasze zaciekawienie. Brakuje nam społeczno-historycznych fundamentów, na których dałoby się osadzić jakiś antyrządowy spisek. Polaków, delikatnie mówiąc, nie rozpiera duma z tego jak funkcjonuje nasze państwo, trudno jest zatem uwierzyć, aby udało się przeprowadzić sprawnie jakąś zmasowaną, tajną akcje, kiedy dookoła obserwujemy niemoc w rozwiązywaniu nawet najprostszych zadaniach jakie spoczywają na naszych suwerenach. Smoleńsk jest przez to odwróceniem klasycznej teorii spiskowej, która opiera się na wszechmocy jakiejś instytucji, często instytucji rządowej. W polskim wydaniu mamy absolutną bezradność, bierność i nieudolność najwyższych władz, w którą uwierzyć łatwiej. Inny scenariusz mógłby niechcący tchnąć w ekipę rządzącą jakąś moc sprawczą, a tego zwolennicy smoleńskiego spisku chcieliby chyba najmniej. Stąd najbardziej popularna wersja przedstawia Polskę w roli krasickiego kruka, którego rosyjski lis zwodzi, aby ostatecznie wykraść mu ser prawdy.

Otrząsnąwszy się po tej pięknej metaforze, przypominam sobie, że kiedy dzień po zamachach, 12 września przyszedłem do szkoły, byłem przekonany że samolotów rozbiło się 5. To ile razy samolot kołował nad lotniskiem to pikuś, w tym wypadku nie wiedziano ile ich porwano i rozbito! Połowa informacji, począwszy od samochodów pułapek do zestrzelenia czegoś przez wojsko poszło na informacyjny śmietnik, zaś o dokładnym ustaleniu godziny upadku czwartego samolotu nikt jeszcze nawet nie myślał. Chaos informacyjny pierwszych godzin po katastrofie jest tradycyjną bronią wszelakiej maści tropicieli spisków, którzy w nieprawdziwych informacjach jakie wypływają tuż po wydarzeniu widzą działania agentury rosyjskiej lub prowadzoną z premedytacją dezinformację społeczeństwa. Niemożność oddzielenia faktów od plotek wynika zapewne z ogromnego ciśnienia jakim poddawane są wówczas instytucje odpowiedzialne za stosowne oświadczenia. Paradoksalnie im większego gabarytu wydarzenie, tym presja medialna większa, a zatem łatwiej o puszczenie w eter kulawych wiadomości.

Kiedy tylko opadnie pierwszy kurz i dysponujemy już jakimś materiałem filmowym do pracy, zabierają się internauci, nie mający o niczym pojęcia, mający za to jasno wytyczony cel - udowodnić spisek. Głównym przedmiotem badań są zamazane klatki - im mniej wyraźne tym lepiej, bo dające większe pole manewru dla niezdrowych insynuacji. Pomimo nieskończonej ilości ujęć, szczególnie drugiego samolotu wbijającego się w WTC, spiskowcy wybrali tak marne ujęcia, że samolot wygląda na nich jak wielka mewa, rzekomo dowodząc, że nie był on pasażerski, w innej wersji, że nie był on w ogóle samolotem, w każdym bądź razie nie był tym czym powinien. Pierwszym smoleńskim nagraniem, które rozwikłało prawdę jest film ze słynnymi odgłosami strzałów i wyraźnymi jak plama błota rosyjskimi okrzykami "dobij, dobij! on ucieka!". Radykalizm zawsze się opłaca, zatem sztuczną mglę szybko wyrugował niejaki Krzysztof Cierpisz, który dowiódł, iż katastrofa w Smoleńsku... nigdy się nie wydarzyła. To, co widzieliśmy to jedna wielka mistyfikacja, pasażerowie Tu-154 zostali zamordowani w Polsce, do Rosji poleciał jakiś inny samolot, na miejscu podstawiono i wysadzono innego tupolewa, a DNA podłożono. W teoriach spiskowych logika idzie jak po sznurku dopóty, dopóki nie pojawia się pytanie o celowość tych działań. Czy nie łatwiej byłoby po prostu rozbić ten samolot pod lotniskiem niż tak kombinować? Czy nie łatwiej byłoby walnąć samolotem o Pentagon niż celować go rakietą, a później pozorować uderzenie samolotem? Stąd "jak" będzie dla spiskowców zawsze o wiele ciekawsze niż "po co".