Jeśli w pieczarach, w których skrywa się archiwum telewizji publicznej zgromadzone taśmy leżą pośród adekwatnych im przedmiotów, na tym filmie stał słoik z krukiem w formalinie. W poniedziałek telewizja polska uraczyła nas dokumentem Nataszy Ziółkowskiej "Niezidentyfikowany obiekt latający" na temat Emilcina. Dla niezorientowanych zamkniętych umysłów: tym czym jest Roswell dla Amerykanów, czym jest jabłko dla wygłodniałego jeża, żaba dla bociana, tym jest Emilcin dla polskiej ufologi. Są tematy, z których w tym środowisku śmiać się nie wolno, Jan Wolski z Emilcina jest właśnie tym tematem. Są w Polsce ludzie, którzy oddaliby się do adopcji Panu Janowi gdyby tylko żył, mający niezachwianą wiarę w historię, która każdego postronnego człowieka onieśmiela swą naiwnością..
Historie Jana Wolskiego żyją już własnym życiem, jednak dla wszystkich wersji pniem pozostaje 10 maj 1978, kiedy to Wolski jedzie wozem przez las. Na jego furmankę ładują się zieloni kosmici (jeden z nich miał przez chwile nawet powozić koniem) i nakłaniają go, aby podjechał na pobliską polanę. Od tej pory wszystko brzmi tak niedorzecznie, że nawet gdyby historię tę opowiadał koń Jana Wolskiego, nie byłaby bardziej nieprawdopodobna. Wolski trafia do UFO, gdzie zostaje poddany badaniom i wypuszczony - wydaje się standardowy banał, doświadczeniem jakim pochwalić się może blisko milion Amerykanów. Gdybyśmy chcieli poznać szczegóły tego, co działo się na polanie w Emilcinie wystarczy wyobrazić sobie najbardziej tandetne filmy s-f. Gdyby sfilmować to wiernie z relacją Wolskiego zagrać mógłby to tylko Leslie Nielsen. Wolski podsłuchuje język zielonych ludzików, który okazuje się brzmieć prawie dokładnie jak języka Gagatka z filmu "Kapuśniaczek". Obca cywilizacja, która dymała tu pół galaktyki przestrzega ziemskiego savoir-vivre. Załoga UFO (którym wedle relacji jest coś przypominające latający autobus) częstuje Wolskiego swoim śniadaniem, a nawet kłania się na pożegnanie! Przedziwne jest nie tylko zachowanie się małych zielonych ludzików, ale też zachowanie samego głównego bohatera. Konia z rzędem dla tego, kto w tak ekstremalnej, niewyobrażalnej wręcz sytuacji postępować będzie tak jak zachowywać się miał Jan Wolski. W najlepszej razie, adekwatnym zachowaniem do takiej sytuacji byłoby mimowolne oddanie moczu, jednak z relacji rysuje się jak tkliwe rendez-vous.
Historie Jana Wolskiego żyją już własnym życiem, jednak dla wszystkich wersji pniem pozostaje 10 maj 1978, kiedy to Wolski jedzie wozem przez las. Na jego furmankę ładują się zieloni kosmici (jeden z nich miał przez chwile nawet powozić koniem) i nakłaniają go, aby podjechał na pobliską polanę. Od tej pory wszystko brzmi tak niedorzecznie, że nawet gdyby historię tę opowiadał koń Jana Wolskiego, nie byłaby bardziej nieprawdopodobna. Wolski trafia do UFO, gdzie zostaje poddany badaniom i wypuszczony - wydaje się standardowy banał, doświadczeniem jakim pochwalić się może blisko milion Amerykanów. Gdybyśmy chcieli poznać szczegóły tego, co działo się na polanie w Emilcinie wystarczy wyobrazić sobie najbardziej tandetne filmy s-f. Gdyby sfilmować to wiernie z relacją Wolskiego zagrać mógłby to tylko Leslie Nielsen. Wolski podsłuchuje język zielonych ludzików, który okazuje się brzmieć prawie dokładnie jak języka Gagatka z filmu "Kapuśniaczek". Obca cywilizacja, która dymała tu pół galaktyki przestrzega ziemskiego savoir-vivre. Załoga UFO (którym wedle relacji jest coś przypominające latający autobus) częstuje Wolskiego swoim śniadaniem, a nawet kłania się na pożegnanie! Przedziwne jest nie tylko zachowanie się małych zielonych ludzików, ale też zachowanie samego głównego bohatera. Konia z rzędem dla tego, kto w tak ekstremalnej, niewyobrażalnej wręcz sytuacji postępować będzie tak jak zachowywać się miał Jan Wolski. W najlepszej razie, adekwatnym zachowaniem do takiej sytuacji byłoby mimowolne oddanie moczu, jednak z relacji rysuje się jak tkliwe rendez-vous.
![]() |
| Latający autobus jaki miał widzieć Jan Wolski |
Z biegiem lat, wśród polskich ufologów wytrąciły się dwa podejścia do tego, jak radzić sobie z co bardziej głupawymi fragmentami opowiadania Wolskiego. Pierwsza szkoła powiada, że fragmenty pokroju tych o malunkach na kombinezonach kosmitów zostały wymyślone przez badające go persony. Najbardziej świecące naiwnością fragmenty miały zostać zmyślone przez osoby trzecie, a następnie namówiono Pan Jana, aby opowiadał je jako rzeczywiste wydarzenia. Nie najlepiej mówi to jednak o wiarygodności świadka, jeśli tak łatwo skłonić go do mazania baśniopisarskim pędzlem po własnej opowieści. Drugie stronnictwo uważa, że wszelkie prymitywizmy są właśnie najlepszymi dowodami na prawdziwość tej historii. To, że w słowniku prostego chłopa nie było nawet takich słów jak "kosmici", czy "przybysze pozaziemscy" dowodzi, że historia ta musi być prawdziwa. Im głupiej tym lepiej! Szczerze mówiąc czy można wyobrazić sobie lepszy łup, niż wiejski stary dziadzina z 2 klasami podstawówki? Przypadkowi Emilcina, jak przystało na rasowe spotkanie III stopnia, towarzyszą dowody materialne. W filmie "Niezidentyfikowany obiekt latający" oglądamy współczesnych Wolskich, m.in rolnika, który pokazuje na swojej łące dziwne kosmiczne kręgi. Mam nadzieje, że ktoś uświadomił owego biednego chłopinę (zważywszy, że w kadrach co chwilę przewija się ekipa Nautiliusa, zgaduję, że nie), ale ojcostwo tych kręgów należy do grzybów podstawczaków, będących niestety powszechnym zjawiskiem. Dodam, że dowody z Emilcina były słabsze niż te trawiaste kręgi, m.in odcisk w błocie kosmity który nieomal wypieprzył się przeskakując kałużę.
Przygoda Jana Wolskiego jest jedynym znanym mi krajowym przypadkiem CE-3 (używając klasyfikacji Allena Hyneka), który doczekał się nie tylko paru książek, ale i dedykowanego portalu, a nawet pomnika. Trudno powiedzieć skąd ten sentyment do Pana Jana i czemu akurat w Emilcinie polscy ufolodzy pokładają takie nadzieje. Jak mantra powtarzany jest werset, iż Wolski został poddany badaniom, które wykluczyły kłamstwo. Można by polemizować czy takie badanie w ogóle istnieje, ale nawet te, które przychodzą mi teraz do głowy, nie miały tam nigdy miejsca. Byłbym nawet skłonny przyznać, że nie mieliśmy tu do czynienia z kłamstwem. Zrównanie pytania czy wszystko to miało miejsce, z pytaniem czy Wolski mówił prawdę jest karygodnym spłycaniem psychologii człowieka. Można nie wierzyć w tę historię bez wycieczek personalnych w stronę Pana Jana. Niebywałe tezy wymagają niebywale mocnych dowodów, zaś historia Emilcina spełnia jedynie zasadę, że dziecięce bajki lubią nie tylko dzieci.

"Wolski został poddany badaniom, które wykluczyły kłamstwo."
OdpowiedzUsuńTak! Ja też pamiętam ten odcinek
"Rodziny Poszepszyńskich"! Dla niepoznaki Jan Wolski występował jako dziadek Jacek!
A tak poważnie, to czy on się gdzieś w początku lat 90-tych nie przyznał że to była ściema, bo tak mi się jakoś kojarzy.
"czemu akurat w Emilcinie polscy ufolodzy pokładają takie nadzieje"
OdpowiedzUsuńA czemu akurat w Sokółce nadzieje pokładali polscy "cudolodzy"?
Jak ktoś bardzo pragnie cudu, to i grzyba na ścianie będzie czcić.
Najciekawszy w tej historii jest wygląd obcych. Byli oni zieloni, czyli tak jak to się kiedyś opisywało kosmitów jako małych zielonych ludzików. We wcześniejszych latach w Ameryce obserwowano głównie małych szarych ludzików. Drugiego takiego spotkania z zielonymi chyba nie było.
OdpowiedzUsuńa) z tego co wiem Wolski nigdy nie wyrzekł się swojej historii. Poza tym zmarł w styczeń 1990 więc jeśli czekał z tym do początku lat 90-tych to nie był to dobry pomysł :)
OdpowiedzUsuńb) z tym że takich Sokółek mieliśmy w Polsce do tej pory chyba tylko dwie, zaś Wolskich kilkudziesięciu
c) małe zielone ludziki to twór z początków XX wieku i dominujący typ obcych przez całą pierwszą połowa wieku XX. Kosmici z Emilicna są dość archaiczni jak na koniec lat 70-tych, na szczęście z głów nie wystają im antenki, wiec mogło byc gorzej :)
Witam po przerwie :)
OdpowiedzUsuńWitam zmartwychwstawszy :)
OdpowiedzUsuńProszę o więcej, wchodziłem tu codziennie w nadziei na nowy artykuł :)
OdpowiedzUsuńMoże coś o "terapii" Bacha? Byłem na spotkaniu na temat tej pseudomedycyny, a jako że piszę do lokalnej gazety, to napisałem taką krótką relację: http://www.infochoty.waw.pl/index.php?art=431. Oj posypały się gromy :) Szczególnie od obrażonych bibliotekarek ;)
Ze względu na ograniczenia gazetowe niestety okroiłem artykuł, a miałem też wypowiedź dr. Igora Pietkiewicza, który wprowadza to do Polski. Bardzo chętnie i szybko odpisuje na mejle :)
Sceptyczne informacje na temat Bacha są trudne do znalezienia w polskim internecie, dlatego myślę, że warto zająć się tematem.
Najwidoczniej nie nadążam już z medycyną alternatywną, bo nigdy o tej terapii nie słyszałem. Znam natomiast jej składowe zaczerpnięte z innych klasycznych szarlatanerii. Po angielsku jest o tym troszkę, przy okazji wyskoczyło mi parę innych nieznanych mi wcześniej, jak leczenie esencją kwiatów australijskiego buszu :) Nie wiem czy wypada mi wymądrzać się o czymś o czym istnieniu jeszcze 5 minut temu nie wiedziałem. Normalnie wymądrzam się o rzeczach o których nie wiem prawie nic, więc zupełne nic może być już przegięciem :) Zastanowię się :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za ten tekst, jest prawdziwy.
OdpowiedzUsuńJestem dumny, że my nie sroce spod ogona. A kosmitom. Aby Polska Wolską była. I boleję, że tu filmu nie obejrzę. Od razu taka dziwna tęsknota mi w duchu jęknęła. Bo UFO ma bardziej niż bocian coś szczerze polskiego. Taki brak konturów, nieokreśloność, romantyczną mglistość. I bocian nie jest zielony.
OdpowiedzUsuńNo w końcu po wiekopomnej przerwie jakiś wpis!! Alleluja!
OdpowiedzUsuńJestem ciekawa Twojej opinii na temat innego głośnego spotkania z UFO jakie miało miejsce w Zdanach, to drugie po Emilcinie najważniejsze wydarzenia ufologiczne w Polsce. Czekam na przemyślenia i refleksje na ten temat. Pozdrawiam!
A tak, pamiętam ten temat, dużo się o tym pisało. Było kilka wyjaśnień, min. że to był jakiś żart studentów.
OdpowiedzUsuńAle na pewno przypadek pana Wolskiego był bardzo głośny i przyczynił się do olbrzymiej mody na UFO na jakieś następnych 10 lat. Że wspomnę tylko o wpływie na kulturę masową: Nienackiego "Pan Samochodzik i człowiek z UFO" (1985), Pagaczewskiego "Profesor Gąbka i latające talerze" (1979) oraz niezapomniany "Reksio i UFO" (1979), gdzie skopiowano ewidentnie sytuację z Emilcina:
http://www.youtube.com/watch?v=ly2gvYbjSw0
Jak to się stało, że nigdy nie widziałem tego odcinka? :) Idąc za ciosem ściągnąłem sobie nawet grę "Reksio i UFO" ale niestety nie ma już tam zielonych psów robiących innym zwierzakom zdjęcia. Przynajmniej ja do tego etapu jeszcze doszedłem.
OdpowiedzUsuńKrople kwiatowe nie są taką wielką nowiną. Paręnaście lat temu głośna była sprawa małżeństwa, które "leczyło" swoje niepełnosprawne dziecko dietami, głodówkami i kroplami kwiatowymi. Dziecko zmarło z zagłodzenia.
OdpowiedzUsuńCo do Emilcina, to historia się rozszerza, bo podobno dziadek Wolskiego znalazł kiedyś na polu "diabelski kamień" który przynosił pecha próbującym go ruszyć; kamień miał zostać wykopany w latach 70' , wywołać nieszczęścia rodzinne u paru ciekawskich geologów, którzy utopili go w jeziorze, i od tego czasu jezioro...