20 lutego 2011

Agnotologia - wydanie klasyczne

Ileż można grać w swoją ulubioną grę na "beginnerze"? Otępiały przeciwnik sam wbiega pod lufę i ginie od jednego strzału. Stąd, aby podkręcić zabawę dozbroję swoich adwersarzy w trudne słowo "agnotologia" (zakładając, że jest to dobre spolszczenie angielskiego agnotology). Otóż nie wszystkie badania naukowe są bezstronne, nie wszystkie opierają się o szczytne idee, a środowisku naukowców nie obce są przekupstwa i matactwa. Nieokrzesany umysł podpiąć może pod to wszystko, od szczepionek po ocieplenie klimatu, jednak pierwotnie określenie to dotyczy dezinformacji, jaką stosował i stosuje przemysł tytoniowy. Jest spora szansa na to, że ci, którzy posiedli już najnowszy numer Świata nauki, widzieli także artykuł Brianny Rego na temat świństw, jakimi faszerowane są papierosy. Co prawda nikt nie oczekuje po nich jakiś specjalnie prozdrowotnych właściwości, ale też wypadałoby nie truć ludzi ponad miarę i cholerstwo, które łatwo można usunąć, rzeczywiście z nich wypieprzyć. Oczekiwania palaczy okazują się wygórowane, jako, że przez 30 lat koncern Philip Morris wiedząc o istnieniu radioaktywnego polonu w dymie tytoniowym, nie kiwnąl palcem, aby go usunąć. Wyniki badań prowadzonych w ciemnych pieczarach koncernu przez garbatych i pokrytych futrem naukowców, przed publikacją konsulowano z prawnikami Philip Morris, w wyniku czego przez kilkadziesiąt lat wydali oni niezmierzone sterty prac o wszystkim, tylko nie o wpływie palenia tytoniu na nasze zdrowie.

Co ciekawe, pod artykułem pani Rego, pod maluśkim szyldem "jeśli chcesz wiedzieć więcej" pojawia się twórca terminu agnotologii Robert Proctor. Nie jest on toksykologiem, a historykiem nauki, specjalizującym się w dziejach badań nad szkodliwością palenia tytoniu. Kiedy jeszcze posiadałem pełny dostęp do materiałów Skeptical Inquirer, naściągałem ich jak szalony, tak, że do tej pory nie ogarnąłem tego, co zapisałem na dysku. Wśród tego rozgardiaszu znalazłem także prace Proctorna. Odsłaniają one inne oblicze agnoteologii, kiedy nauka głośno pokrzykuje o zagrożeniu, jednak barwa głosu, którym przemawia, budzi automatyczną dezaprobatę. Nawet kiedy badania są rzetelne i przełomowe, acz wychodzą spod ręki instytucji budzących moralną odrazę, hurtem lądują w ideowym śmietniku. Trudno uwierzyć, że medycyna III Rzeszy, która wśród swych dzieci miała takie, skądinąd znane postacie jak Josef Mengele, dorobiła się i czegoś wartościowego. Tymczasem, to właśnie niemieccy naukowcy jako pierwsi zajęli się problematyką szkodliwości dymu tytoniowego. Badania wspierała nazistowska obsesja uchowania idealnego materiału genetycznego rasy panów, któremu groziła degradacja za sprawą "masturbacji płuc", jak wówczas nazywano palenie. Na początku lat 40-tych Rzesza dysponowała już wynikami szeroko zakrojonych badań dowodzących bezpośredniego wpływu palenia na zachorowalność na raka płuc. Dla porównania, instytucje państwowe świata zachodu ogłosiły podobne wnioski dopiero w połowie lat 60-tych.

Transfer użytecznych informacji pomiędzy naukowcami, a opinią publiczną, to rzecz niezmiernie dziś kulejąca. Gdyby rzeczywistość była bardziej różowa, takie miejsce jak to nie miałoby racji bytu. Przyczyny i porady odnośnie tego stanu rzeczy to takie truizmy, że na ten czas ich sobie oszczędzimy. Dwie historie powyżej to jednak kolejna lekcja sceptycyzmu. Nie potrzeba znać od podszewki losów badań Philip Morris, aby wiedzieć, że biuletyny i gazetki informacyjne wielkich zakładów nie są najlepszym źródłem wiedzy. Tymczasem ci, którym agnotelogia wydaje się leżeć na sercu, ostrzący swoje miecze na "koncerny" (od jakiegoś czasu słowo "koncern" przypinane jest każdej firmie oskarżanej o bogacenie się na dezinformacji, niezależnie czy rzeczywiście jest jakimś koncernem), owi ludzie posługują się właśnie opiniami naukowców, wyłowionymi nie wiadomo skąd, o których nic nie można znaleźć. Przeciwnicy NWO nie znają czasopism branżowych, w ogóle nie posługują się recenzowaną prasą, walcząc z agnotologią zastępują ją tylko inną jej odmianą. Nie pomaga w tym nieufność, jaką parają do uważanych przez nich za zło wcielone instytucji, takich jak choćby IPCC. Nie ważne co IPCC powie na temat klimatu, czym będzie się przy tym posiłkować i jak to udowadniać, nikt nie będzie nawet tego sprawdzał, jako że przecież IPCC zawsze kłamie, kropka. Jeden z największych graczy na rynku naszej wiedzy o globalnym ociepleniu potępiany jest w czambuł. W serialu The Simpsons siedziba partii republikańskiej mieści się zawsze w upiornym zamczysku, które spowija w mroku wiecznie szalejąca nad nim burza - piętro niżej urzęduje pewnie IPCC. Nam wszystkim nie podoba się sprzedawanie bredni prostemu ludowi, ale owe "niepodobanie" się też musi być z głową.

16 komentarzy:

  1. Jeszcze nie widziałem pomyleńca padającego od jednego strzału. Są równie niezłomni jak Czarny Rycerz ze Świętego Graala Monty Pythona.

    Transfer wiedzy od naukowców do publiki jest dziś łatwiejszy niż kiedykolwiek, ale spadło chyba zaufanie do nauki. Brakuje spektakularnych sukcesów (typu lekarstwo na raka albo szczepionka przeciw AIDS), a spektakularne wpadki ciągle się zdarzają. Dobrze, że przynajmniej wrzody żołądka już umiemy leczyć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo nowy tekst po miesięcznym niebycie i nie pisaniu, autor bloga wreszcie zaszczycił swoich czytelników wpisem, z którego wynika, że palenie szkodzi zdrowiu - my to wiemy i dlatego są ludzie mądrzy, którzy nie biorą tego świństwa do ust!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Generalnie transfer wiedzy jest dziś niebotycznie szerszy niż kiedykolwiek indziej, nie zmienia to faktu, ze społeczeństwo 2 połowy XIX wieku żyło odkryciami naukowymi mocniej niż współcześnie - i to bez internetu, telewizji, bez radia nawet. Natomiast komentarz Gastri okrutny :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Drogi autorze - oj tam zaraz okrutny :P

    OdpowiedzUsuń
  5. Niewiedzologia?
    Nie-wiem-nie-znam-się-zarobiony-jestem-izm?

    Pozdrawiam,
    Błażej

    OdpowiedzUsuń
  6. Najbardziej przerażająca jest Twoja konstatacja, że we wszystkich bez wyjątku sprawach odmawiamy racji, których słusznie potępiamy w niektórych uzasadnionych obszarach ich aktywności. Często grupy naukowców działają, jak korporacje zwalczając się, jak TV walczące o oglądalność.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiem że to dosyć dawno, ale w takim wypadku skomentować muszę.
    Chwila chwilunia, polon w dymie papierosowym,!?!? Jego najbardziej stabilne izotopy mają połowiczny czas rozpadu niecałe 3 tysiące lat. Owszem występuje on w naturze, ale w rudach uranu i to w takim stężeniu że bardziej opłaca się go uzyskiwać z bizmutu.
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Polon
    To skąd on się bierze w papierosach i dlaczego same papierosy nie są radioaktywne, bo nikt mi nie wmówi że energia żaru papierosa jest w stanie zapoczątkować rekcję jądrową.

    OdpowiedzUsuń
  8. Dodam jeszcze że gdyby dali jakiś inny pierwiastek radioaktywny, to może bym łyknął, ale polon, coś tam z dawno zdobytej wiedzy, a to że rzadki (na korzyść teorii spiskowej) i do tego nietrwały (a to już przeciw) – na całe szczęście lepiej zapamiętałem nietrwałość, pewnie na zasadzie skojarzeń nietrwały bo rzadki.

    OdpowiedzUsuń
  9. miało być rzadki bo nietrwały

    OdpowiedzUsuń
  10. Już odpowiadam. Polon 210 osadza się na liściach rosnącego tytoniu w postaci ołowiu 210, który przekształca się w tenże polon. Większość polonu przedostaje się do rośliny pod postacią nawozów - superfosfatów. Superfosfat produkowane są ze skały fosforanowej bogatej w Uran 238. Są to niewielkie ilości, nie mniej akumulowane przez wiele lat palenia tytoniu w rozgałęzieniach pęcherzyków płucnych. To niestety nie teoria spiskowa, ale zjawisko udokumentowane w literaturze medycznej:

    1) The Polonium brief: a hidden history of cancer, radiation, and the tobacco industry.
    2) Waking a Sleeping Giant: The Tobacco Industry’s Response to the Polonium-210 Issue.
    3) Polonium 210: a volatile radioelement in cigarette.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dziękuję za tak szybką odpowiedź, z moim kulejącym angielskim trochę mi zajmie czasu zapoznanie się z linkami, ale myślę ze warto, bo całkiem niedawno, drugi raz odstawiłem palenie, a mam wrażenie, że za każdym razem koszty wzrastają.

    OdpowiedzUsuń
  12. Po polsku też coś jest. Trzeba by kupić (albo ściągnąć z sieci) polską edycje Scientific American, czyli Świat Nauki, nr 2 (234). Artykuł: "Promieniotwórczy dymek" s. 70-73.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ale ma taki mały problem dla czego do zastosowań przemysłowych stosuje się bizmut, a nie ołów 210.

    OdpowiedzUsuń
  14. Dzięki za wskazówkę.

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie do końca rozumiem pytanie. Ołów 210 osadzający się na włoskach liści tytoniu, bierze się z rozpadu naturalnego radonu 222. Przemysł tytoniowy mógłby usunąć polon na wiele sposobów: myjąc liście, tworząc odmiany bez włosków, czy stosując papierosowe filtry wyłapujące polon na zasadzie wymiany jonowej. Nikt tego nie robi bo to kosztuje. Tymczasem w dymie tytoniowym jest tak wiele substancji kancerogennych, że polon nie robi już takiego wrażenia. Szacuje się, iż polon jest odpowiedzialny za ok 2% nowotworów spowodowanych paleniem.

    OdpowiedzUsuń
  16. Rozumiem niezrozumienia i do tego dzisiejszej nocy mogę mieć problemy z logiczny myśleniem, ale wracając do tematu, nie interesuje mnie w tej chwili radon 222 ale ołów 210 przekształcający się polon.
    Jeśli łatwo, niema w sposób naturalny ołów 210 przekształca się w polon, to dla czego do tego na skalę przemysłową stosuje się bizmut.

    OdpowiedzUsuń