Ileż można grać w swoją ulubioną grę na "beginnerze"? Otępiały przeciwnik sam wbiega pod lufę i ginie od jednego strzału. Stąd, aby podkręcić zabawę dozbroję swoich adwersarzy w trudne słowo "agnotologia" (zakładając, że jest to dobre spolszczenie angielskiego agnotology). Otóż nie wszystkie badania naukowe są bezstronne, nie wszystkie opierają się o szczytne idee, a środowisku naukowców nie obce są przekupstwa i matactwa. Nieokrzesany umysł podpiąć może pod to wszystko, od szczepionek po ocieplenie klimatu, jednak pierwotnie określenie to dotyczy dezinformacji, jaką stosował i stosuje przemysł tytoniowy. Jest spora szansa na to, że ci, którzy posiedli już najnowszy numer Świata nauki, widzieli także artykuł Brianny Rego na temat świństw, jakimi faszerowane są papierosy. Co prawda nikt nie oczekuje po nich jakiś specjalnie prozdrowotnych właściwości, ale też wypadałoby nie truć ludzi ponad miarę i cholerstwo, które łatwo można usunąć, rzeczywiście z nich wypieprzyć. Oczekiwania palaczy okazują się wygórowane, jako, że przez 30 lat koncern Philip Morris wiedząc o istnieniu radioaktywnego polonu w dymie tytoniowym, nie kiwnąl palcem, aby go usunąć. Wyniki badań prowadzonych w ciemnych pieczarach koncernu przez garbatych i pokrytych futrem naukowców, przed publikacją konsulowano z prawnikami Philip Morris, w wyniku czego przez kilkadziesiąt lat wydali oni niezmierzone sterty prac o wszystkim, tylko nie o wpływie palenia tytoniu na nasze zdrowie.
Co ciekawe, pod artykułem pani Rego, pod maluśkim szyldem "jeśli chcesz wiedzieć więcej" pojawia się twórca terminu agnotologii Robert Proctor. Nie jest on toksykologiem, a historykiem nauki, specjalizującym się w dziejach badań nad szkodliwością palenia tytoniu. Kiedy jeszcze posiadałem pełny dostęp do materiałów Skeptical Inquirer, naściągałem ich jak szalony, tak, że do tej pory nie ogarnąłem tego, co zapisałem na dysku. Wśród tego rozgardiaszu znalazłem także prace Proctorna. Odsłaniają one inne oblicze agnoteologii, kiedy nauka głośno pokrzykuje o zagrożeniu, jednak barwa głosu, którym przemawia, budzi automatyczną dezaprobatę. Nawet kiedy badania są rzetelne i przełomowe, acz wychodzą spod ręki instytucji budzących moralną odrazę, hurtem lądują w ideowym śmietniku. Trudno uwierzyć, że medycyna III Rzeszy, która wśród swych dzieci miała takie, skądinąd znane postacie jak Josef Mengele, dorobiła się i czegoś wartościowego. Tymczasem, to właśnie niemieccy naukowcy jako pierwsi zajęli się problematyką szkodliwości dymu tytoniowego. Badania wspierała nazistowska obsesja uchowania idealnego materiału genetycznego rasy panów, któremu groziła degradacja za sprawą "masturbacji płuc", jak wówczas nazywano palenie. Na początku lat 40-tych Rzesza dysponowała już wynikami szeroko zakrojonych badań dowodzących bezpośredniego wpływu palenia na zachorowalność na raka płuc. Dla porównania, instytucje państwowe świata zachodu ogłosiły podobne wnioski dopiero w połowie lat 60-tych.
Transfer użytecznych informacji pomiędzy naukowcami, a opinią publiczną, to rzecz niezmiernie dziś kulejąca. Gdyby rzeczywistość była bardziej różowa, takie miejsce jak to nie miałoby racji bytu. Przyczyny i porady odnośnie tego stanu rzeczy to takie truizmy, że na ten czas ich sobie oszczędzimy. Dwie historie powyżej to jednak kolejna lekcja sceptycyzmu. Nie potrzeba znać od podszewki losów badań Philip Morris, aby wiedzieć, że biuletyny i gazetki informacyjne wielkich zakładów nie są najlepszym źródłem wiedzy. Tymczasem ci, którym agnotelogia wydaje się leżeć na sercu, ostrzący swoje miecze na "koncerny" (od jakiegoś czasu słowo "koncern" przypinane jest każdej firmie oskarżanej o bogacenie się na dezinformacji, niezależnie czy rzeczywiście jest jakimś koncernem), owi ludzie posługują się właśnie opiniami naukowców, wyłowionymi nie wiadomo skąd, o których nic nie można znaleźć. Przeciwnicy NWO nie znają czasopism branżowych, w ogóle nie posługują się recenzowaną prasą, walcząc z agnotologią zastępują ją tylko inną jej odmianą. Nie pomaga w tym nieufność, jaką parają do uważanych przez nich za zło wcielone instytucji, takich jak choćby IPCC. Nie ważne co IPCC powie na temat klimatu, czym będzie się przy tym posiłkować i jak to udowadniać, nikt nie będzie nawet tego sprawdzał, jako że przecież IPCC zawsze kłamie, kropka. Jeden z największych graczy na rynku naszej wiedzy o globalnym ociepleniu potępiany jest w czambuł. W serialu The Simpsons siedziba partii republikańskiej mieści się zawsze w upiornym zamczysku, które spowija w mroku wiecznie szalejąca nad nim burza - piętro niżej urzęduje pewnie IPCC. Nam wszystkim nie podoba się sprzedawanie bredni prostemu ludowi, ale owe "niepodobanie" się też musi być z głową.
Jeszcze nie widziałem pomyleńca padającego od jednego strzału. Są równie niezłomni jak Czarny Rycerz ze Świętego Graala Monty Pythona.
OdpowiedzUsuń na zawszeTransfer wiedzy od naukowców do publiki jest dziś łatwiejszy niż kiedykolwiek, ale spadło chyba zaufanie do nauki. Brakuje spektakularnych sukcesów (typu lekarstwo na raka albo szczepionka przeciw AIDS), a spektakularne wpadki ciągle się zdarzają. Dobrze, że przynajmniej wrzody żołądka już umiemy leczyć.
Ooo nowy tekst po miesięcznym niebycie i nie pisaniu, autor bloga wreszcie zaszczycił swoich czytelników wpisem, z którego wynika, że palenie szkodzi zdrowiu - my to wiemy i dlatego są ludzie mądrzy, którzy nie biorą tego świństwa do ust!!!
OdpowiedzUsuń na zawszeGeneralnie transfer wiedzy jest dziś niebotycznie szerszy niż kiedykolwiek indziej, nie zmienia to faktu, ze społeczeństwo 2 połowy XIX wieku żyło odkryciami naukowymi mocniej niż współcześnie - i to bez internetu, telewizji, bez radia nawet. Natomiast komentarz Gastri okrutny :)
OdpowiedzUsuń na zawszeDrogi autorze - oj tam zaraz okrutny :P
OdpowiedzUsuń na zawszeNiewiedzologia?
OdpowiedzUsuń na zawszeNie-wiem-nie-znam-się-zarobiony-jestem-izm?
Pozdrawiam,
Błażej
Najbardziej przerażająca jest Twoja konstatacja, że we wszystkich bez wyjątku sprawach odmawiamy racji, których słusznie potępiamy w niektórych uzasadnionych obszarach ich aktywności. Często grupy naukowców działają, jak korporacje zwalczając się, jak TV walczące o oglądalność.
OdpowiedzUsuń na zawsze