25 grudnia 2011

No to żeś powróżył, Krzysiu. Teraz sprawdzam!

Chyba nigdy mi się to nie znudzi :) Rokrocznie na przełomie grudnia i stycznia znęcam się nad Krzysztofem Jackowskim, przywołując jego przepowiednie na mijający rok. Ta nowa świecka tradycja tego bloga liczy sobie 3 lata i jak do tej pory prywatny wieszcz Andrzeja Leppera nie oślepił mnie swoimi mocami. To, co pierwsze rzuca się w oczy, to to, że z roku na rok przepowiednie te są coraz bardziej rozwlekłe. Niegdyś przepowiednia na nadchodzący rok zawierała się w kilku zdaniach, coś tam o polityce, coś o pogodzie i to było w zasadzie na tyle. Możnaby sądzić, że Krzysiek się wycwanił, jako że im więcej się nagada, tym większa szansa, że coś się sprawdzi. Tudzież jego moce rosną, a przyszłość jest dla niego coraz wyraźniejsza, przez co i wizje stają się korpulentne. Na początek ulubiona tematyka jasnowidza, czyli polityka::
Od początku roku PO zacznie się pikowanie w dół, co bardzo zemści się na Tusku, który przestanie kontrolować opinię publiczną. Tusk straci dobrą twarz w telewizji i od tego czasu PO zacznie szybko topnieć. W wyborach parlamentarnych ten PiS, który znamy, zyska 23 proc. głosów. Ale tuż przed wyborami powstanie jeszcze PiS bis i na ten zagłosuje 7 proc. społeczeństwa. PO doczeka się tylko 26 proc. głosów. A głównym winnym za ten stan rzeczy będzie minister finansów. PSL? w nowym parlamencie niemal zaniknie. Palikota nie będzie już w Sejmie. Premierem natomiast będzie ktoś z partii, która w koalicji będzie miała mniejszość. To będzie przehandlowane stanowisko.
Trzeba mieć naprawdę pecha, aby z tylu prób nic nie ustrzelić. Może to jest ta nadprzyrodzona moc - trafność poniżej średniej statystycznej. Takie odchylenie jest równie trudne do uzyskania, jak przechył w stronę ponadprzeciętnej skuteczności. Ci, którzy zastanawiają się czy partia PIS-bis to nie Ziobryści, rozwiewam wątpliwości. Nie tylko dlatego, że nie odłączyli się przed wyborami, nie dlatego, że nie uzyskali 7%, ale dlatego, że na ich czele według Jackowskiego z innego wywiadu stać miała Joanna Kluzik-Rostkowska. W tejże rozmowie Jackowski opisuje PiS na rok 2011:
PiS zacznie się ponownie jednoczyć. Nie wszyscy wrócą jak baranki do partii, ale przed wyborami partia będzie mocna. Nastąpi zmiana władzy w PiS i to będzie posunięcie taktyczne. Z tylnego siedzenia za sznurki będzie i tak pociągał Kaczyński. Jeszcze przed wyborami liderzy zmieniać się będą trzykrotnie.
Chyba mam prawo zapytać, to w końcu jak? Przed wyborami PiS będzie się dzielić czy łączyć? Albo partia będzie mocna, albo lider zmieni się w tym czasie trzy raz, albo albo. Polityka nie jest najmocniejszą stroną Krzyśka (i nie mam tu na myśli jego nieudanych startów w wyborach). Przejdzmy zatem do wydarzeń większego gabarytu. Chciałbym napisać, że tym razem Jackowskiemu poszło lepiej, ale nie mogę. Jeśli ktoś dostrzega nadnaturalną koincydencję odnośnie UE, niech wie, że cześć z tych zdań padła we wrześniu. Tak, tak, przepowiednie na rok 2011 Jackowski robił aż do września tego roku.
W Europie wieżowiec, jacyś ludzie w nim uwięzieni. Zdarzenie związane z terroryzmem, o którym będzie bardzo głośno. Będzie powódź. Dwie powodzie albo w dwóch rejonach. Jestem przekonany, że UE się rozpadnie i mam przeczucie, że rozpad ten będzie nagły. Przywódcy bogatszych państw Unii poczynili już potajemne ustalenia. Chcą wycofać się z wielu spraw, wykolegować biedniejsze kraje, w tym Polskę, i przestać je wspierać. Upadek gospodarczy naszego kraju w listopadzie. Ceny wprost oszaleją jak jeszcze nigdy dotąd. Straszny wypadek ze znanymi aktorami albo znanym aktorem. Bunty, zamieszki w całej Europie. Pikowanie gospodarki w dół doprowadzi do tego, że wyjdą afery. Będzie coś z umowami. Królowa Anglii - albo przyjedzie do Polski, albo się z nią coś stanie. Będzie wojna. Nie wybucha tylko dzięki Rosji. Złotówka się mocno osłabi i kto nie przewalutuje kredytu we frankach, będzie żałował.
Wierni fani Krzysztofa powinni dostrzec w tych historiach analogie. Przepowiednie te od lat są takie same. Od lat te same katastrofy, rok w rok. Bez przerwy Jackowski widzi wojnę, kryzys, powodzie i trzęsienia ziemi. Z każdym razem jest jednak coraz bardziej dramatycznie. Rząd Tuska miał chylić się ku upadkowi już 2008, 2010, 2011 i nie zdziwię się, jak okaże się, że ma upaść w 2012. Co roku atakować mają terroryści: w 2008 mieli zaatakować gazem, w 2009 mieli porywać samoloty, w 2010 rozpieprzać wieżowce. Rokrocznie ma umrzeć ktoś znany, w 2008 miał być to Polski skoczek narciarski, w 2009 znany ksiądz, a 2011 aktor. Zawsze coś, gdzieś, kiedyś, może jeden, może pięć, może tak, może siak. psim swędem coś się trafi. Zauroczyło mnie jedno zdanie na rok 2011: EURO 2012 zejdzie na dalszy plan w obliczu zagrożenia. Wcześniej wydarzy się coś takiego, że cały świat będzie zajęty zupełnie innym problemem. W obawie o takie coś, co spowoduje coś innego, pozostaje przesiedzieć w bunkrze te ostatnie kilka dni, aby w 2012 stawić czola nowym-starym katastrofom.

17 grudnia 2011

Zielona (nie)racjonalność

Bieżący numer poczytnego tygodnika "Polityka" to między innymi wywiad Jacka Żakowskiego z Jeremy'm Rifkinem. Rifkin, lansujący się na światowego eksperta od polityki energetycznej, jest niezwykle wpływową postacią na salonach prominentnych polityków Starego Kontynentu, zaś jego niekompetencje są wręcz legendarne. Stephen Jay Gould nazwał kiedyś Rifkina anty-intelektualnym propagandzistą i panikarzem, podszywającym się pod naukowca. Główną tezę Rifkina z tej rozmowy da się streścić w zdaniu: rozwiązaniem wszystkich bolączek dzisiejszej Europy są ogniwa fotowoltaniczne na dachach domów. Liczby pojawiają się w wywiadzie praktycznie raz, kiedy Rifkin wyśmiewa nasz program budowy elektrowni jądrowej.
O rany… To jest przeszłość, która próbuje wrócić pod pretekstem mniejszej szkodliwości dla środowiska. Ale to nie ma sensu. Nie bez powodu Niemcy zamykają swoje elektrownie, a Siemens wycofuje się z rozwijania tej technologii. Na świecie jest 400 elektrowni atomowych. Wszystkie razem produkują 6 % prądu wytwarzanego na świecie. Gdybyśmy chcieli w ciągu 20 lat zwiększyć ich wydajność  do poziomu 20 % światowej produkcji prądu, trzeba by zbudować 600 nowych elektrowni. Przez 20 lat trzeba by otwierać jedną elektrownię co tydzień. To jest nie do zrobienia. Świat nie ma takich mocy produkcyjnych. Po drugie, wciąż nie wiemy, co robić z odpadami. Już dziś przechowywanie ich kosztuje miliardy dolarów i nikt nie wie, co dalej. Po trzecie, według Agencji Energii Atomowej nawet przy dzisiejszej liczbie elektrowni między 2035 r. a 2045 r. na świecie zacznie brakować uranu. Po czwarte, francuskie elektrownie potrafią przetwarzać uran na pluton. Ale wątpię, czy produkowanie plutonu w epoce terroryzmu ma sens i jest bezpieczne. I jeszcze jest problem ogromnej ilości wody,  której w tych elektrowniach potrzeba. Czy Polska ma za dużo wody?
Na początek Rifkin myli reaktory jądrowe z elektrowniami jądrowymi. 400 może i jest, ale nie elektrowni a reaktorów (a dokładnie tzw. reaktorów energetycznych). Jako, że elektrownia składa się zwykle z kilku reaktorów, elektrowni atomowych jest znacznie mniej, około 140. Elektrownie te produkują, nie jak napisał Rifkin 6% prądu, ale 14%. Elektrownie dają 6%, ale ogólnie energii. Moje największe zdziwienie wywołało jednak zdanie, że według IAE za 25 lat zabraknie na świecie uranu. Czyli akurat wtedy, kiedy wybudujemy swoją elektrownię, okaże się, że nie ma czym jej nakarmić. Skąd Rifkin bierze te bzdury? Uranu jest na 25 lat, ale mowa tu o uranie już zgromadzonym, głównie w celach wojskowych w czasach zimnej wojny, mamy uranu na 25 lat, ale w magazynach. Natomiast pokładów uranu opłacalnego w eksploatacji (powiedzmy do 200 $ za kilogram) mamy na Ziemi na... półtora tysiąca lat! Wszystko to byłoby zabawne, gdyby ludzie pokroju Jeremiego Rifkina nie decydowali o naszej przyszłości. Niestety pól, na których rozsądek przegrywa z modą na eko jest więcej. Najbardziej znanym przykładem są biopaliwa, w wypadku których nie ma pewności, czy przy ich produkcji nie zużywa się więcej paliw niż się w finale tego procesu uzyskuje.

Wszelkie biopaliwowe dylematy są jednak jako tako znane. Bardzo rzadko penetrowanym tematem jest natomiast recycling. Pierwszy raz zetknąłem się z takim sposobem patrzenia na recykling, oglądając program Bullshit! Z tego co się zorientowałem sprawa jest bardziej skomplikowana niż pokazali to w swoim programie Penn Jillette i Raymond Teller. Wymagałoby to pewnie osobnej notki, ale pewnie nigdy bym jej nie napisał, więc niech będzie chociaż ten akapit. Sens recyklingu jest co najmniej dwojaki - finansowy i środowiskowy. To, czy przetwarzanie surowców wtórnych ma jakieś ekonomiczne uzasadnienie zależne jest od cholernie wielu czynników, od cen paliwa po okoliczną cenę surowca wydzieranego naturze. Generalnie takim wskaźnikiem może być rynek. Opchnięcie aluminiowej puszki nigdy nie stanowi problemu, ale odnalezienie w okolicy skupu pobitych butelek może być wyzwaniem. Papierkiem lakmusowym może być też bezdomny - jeśli nie grzebie w ustawionych na osiedlu recyklingowych pojemnikach, znaczy się, że to, co zawierają nie stanowi kokosów. Recykling jest domeną raczej bogatych krajów, a nawet ich nie zawsze stać na powtórne przetworzenie śmieci. Kilka lat temu jedna z nowojorskich stacji radiowych ujawniła, że 40% z tego, co proekologiczni obywatele miasta z zapałem sortują i tak trafia na najzwyklejsze wysypisko. Nie oszukujmy się, jeśli koło naszego domu stoją dwa pojemniki, szkło i plastik, najpewniej zostaną zapakowane do jednej śmieciarki i trafią na składowisko. Szkło powinno być dzielone na cztery kolory: jasny, bursztynowy, zielony i brązowy, zaś rodzajów plastiku jest jeszcze więcej. W wypadku prostej butelki, należy oddzielić w niej mniej wartościowy, miękki PET od twardych, zdatniejszych do recyklingu PE i PP - lub mówiąc po ludzku, odkręcić nakrętkę. Wszystko to, by w ostatecznym rozrachunku zarobić zawrotne 50 gr za kilogram zakrętek. Aspekt ochrony środowiska w wypadku recyklingu jest mniej kontrowersyjny, a zarzuty o jego nieracjonalność są mniejsze niż w przypadku rozrachunku ekonomicznego. Nie mniej sprawą problematyczną jest na przykład to, czy przemysł celulozowo-papierniczy niesie jakikolwiek uszczerbek dla lesistości w wypadku takiego kraju jak Polska.

9 grudnia 2011

Maść różańcowa i zastrzyk z Ducha Świętego

Od kilku dni nowym bohaterem Super Expressu jest ksiądz uzdrowiciel Teodor Knapczyk. We wtorek czytaliśmy mrożącą krew w żyłach relację ludzi, których dotknął ksiądz Knapczyk. W środę w SE poznaliśmy dalsze przygody uzdrawiacza, w tym także treść modlitwy o wyleczenie (trzy zdrowaśki, tym razem bez pieca). Wczoraj zaś gazeta przedrukowała kalendarz wizyt objazdowego uzdrowiciela po Polsce. Z zemsty za to, że ominął moją parafię, odwdzięczę się paszkwilem na temat uzdrawiającej mocy modlitwy. Tak się składa, że najnowszy Scientific American, czyli ten, który w styczniu wyjdzie po polsku, zawiera felieton Michaela Shermera Sacred Salubriousness, o tym, czemu osoby religijne żyją dłużej niż ateiści. Schermer, który nie jest moim ulubionym felietonistą, nie jest nawet ulubionym felietonistą Scientific American (jest nim Steve Mirsky), podaje dwie możliwe przyczyny - do wyboru. Albo osoby religijne żyją dłużej, bo ich modlitwy działają. Albo odznaczają się większa samokontrolą, przez co mniej palą, piją i rzadziej dopuszczają się ryzykownych zachowań seksualnych. 

Modlitwa jest najpopularniejszą formą medycyny alternatywnej, rzadko jednak widnieje w jej wykazach. Według GUS ledwo 1% Polaków w ostatnim roku leczyło się u homeopaty, specjalisty od akupunktury, zielarza lub innej osoby praktykującej medycynę alternatywną. Jeśli chodzi o grupę wiekowa 0-14 lat, w ciągu ostatnich miesięcy około 300 dzieciaków na 1000 korzystało z usług laboratorium analitycznego, pracowni radiologicznej lub ultrasonograficznej, a tylko 5 na 1000, a więc 0,5% odwiedziło homeopatę lub bioenergoterapeutę. Dla porównania 27% Polaków modli się kiedy przypałęta im się poważniejsze choróbstwo. 70 % Polaków wierzy, że nasza modlitwa może nam pomóc, zaś 60% wierzy, iż w powrocie do zdrowia może pomóc modlitwa osób trzecich, nawet jeżeli chory o tym nie wie. Najbardziej znanymi badaniami nad modlitwą jest tzw. projekt STEP, znany szerszej widowni dzięki osobie Richarda Dawkinsa. Trudno nazwać ten fragment "Boga urojonego" szczytowym osiągnięciem rzetelności naukowej. Dawkins nie wybrał oczywiście z palety badań takiego, które pozakazywałoby działalność takich ludzi jak ksiądz Knapczyk choćby w mikro pozytywnym świetle. W badaniu przytaczanym przez Richarda, modlitwa szkodzi. Tymczasem metaanalizy dotychczasowych badań pokazują, że wychodzi co najmniej na zero. W 2000 roku przeanalizowano 23 badania, z czego tylko jedno wykazało szkodliwy wpływ modlitwy, kilka wskazywało na neutralnosć tych praktyk, zaś większość przypisywało jej pozytywny wynik. Metaanaliza z 2006 kilkunastu badań kontrolnych wykazała brak naukowo dostrzegalnych wpływów modlitwy za osoby trzecie. Przeprowadzona rok później metaanaliza 17 badań mówi natomiast, iż korzyści są niewielkie ale są.

Łatwo jest zmierzyć skuteczność modlitwy na zmiany parametrów fizycznych, np. czy litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa podniesie temperaturę wody w szklance. Skuteczność modlitwy za zmarłych jest natomiast w ogóle niemierzalna. Modlitwa o wyleczenie plasuje się gdzieś pośrodku. Wstępnym warunkiem tego, aby w badaniach w ogóle mogła pojawić się pozytywna korelacja pomiędzy pacierzem a wyzdrowieniem, jest działanie na dolegliwościach podatnych na reemisje i placebo. Osoby religijne wydają się mieć nawet tendencje, aby modlić się o to, co ustąpić może samoistnie, tak, aby nie wystawiać swojej modlitwy na próbę. Jeśli w swojej modlitwie polecamy swoje własne zdrowie, generalnie wydaje się nieść to jakies korzyści. Pozytywny wpływ na układ sercowo-oddechowego ma m.in odmawianie mantry, różańca i technik surjanamaskar. Jednak w nauce pierwszeństwo ma zawsze wyjaśnienie naturalne, a w tym wypadku jest ono całkiem sensowne. Modlitwa ma bezsprzeczny wpływ na nasz stan psychiczny, a ten oddziałuje na zdrowie fizyczne, stąd poprawa. Tą część niech podsumuje oświadczenie American Cancer Society sprzed 3 lat, iż brak jest dowodów naukowych na to, że wiara może leczyć raka lub inne choroby. Nawet w sanktuarium w Lourdes ilość udokumentowanych reemisji nowotworu nie jest statystycznie wyższy niż gdziekolwiek indziej. Praktyki religijne mogą jednak przynosić spokój, łagodzić ból i zmniejszać stres.

Inaczej sprawy mają się ze skutecznością modlitwy wstawienniczej, kiedy modlimy się o przebywającą w szpitalu babcię. Babcia nie wie o tym, że wygrzewamy właśnie kościelne ławy, modlitwa zatem nie powinna wpływać na jej zdrowie, ani pozytywnie ani negatywnie. Takie też wyniki dał projekt MANTRA oraz badania Freda Sichera na osobach zakażonych HIV. W przypadku kiedy badania potwierdzały leczniczy charakter modlitwy, albo kwestionowano ich metodologię (Byrd i Harris), albo okazywały się oszustwem (eksperyment z 2001). Szpitale mogą odetchnąć. Nie potrzeba wygospodarowywania na salach szpitalnych miejsc do składania ofiar całopalnych. Jako że modlitwy nie leczą, lekarze nie mają obowiązku się nimi parać. Tak już do obrzydzenia na koniec jeszcze jedna metaanaliza, tym razem z roku 2009 podsumowująca 10 badań nad skutecznością modlitwy. Nie chodzi mi jednak o jej rezultat - jej wynik po raz kolejny pokazał, że modlitwa nie wnosi nic ciekawego do medycyny. Bardziej interesujący jest dodatkowy wniosek - aby w końcu przestać zajmować się tym tematem, zaś ewentualne, kolejne fundusze na badania modlitwy spożytkować na bardziej sensowne cele naukowe.

6 grudnia 2011

O smaku butanianu linalolu, proszę

Jako sowizdrzał, birbant i paliwoda, śmieję się kryzysowi w twarz i ukręcam nosa hydrze spekulantów. W ciężkich czasach tylko głowa pełna pomysłów może uchronić nas przed całkowitym wysuszeniem świniaka skarbonki, tak, że bankructwo mi nie straszne. Mogę wytresować łasicę i zbijać kokosy na robionych przez nią sztuczkach, zainwestować w modne ostatnio filmy pełne śmiałych scen homoerotycznych, a także... i to by było w zasadzie na tyle, więc może przesadziłem z tą głowa pełną pomysłów. Jeśli jednak ktoś zmarnował cale swoje życie na demistyfikowanie manipulacji, niechcący nabył też umiejętności poruszania się po ciemnej stronie mocy. Będąc jako tako rozeznany w tych technikach i mając tylko czerstwe resztki w chlebaku, w końcu to ja mógłbym zbijać kasiorę na ludzkiej naiwności! Gdyby nie daj boże ktoś rozpoznał w przyszłym mnie, czyli prywatnym bioenergoterapeucie polskich celebrytów, dawnego Michała bzdurologa, zawczasu mogę zmienić nazwisko i zapuścić brodę. Taką metamorfozę przeszedł  serbski zbrodniarz wojenny Radovan Karadzić, stając się Draganem Dabiciem, specjalistą od Human Energy Quantum i leczniczych talizmanów.

Nim zacznę leczyć uzdrawiającą mocą księżyca, w ramach przyuczenia do zawodu postawię dziś pierwszy krok w ogłupianiu prostego ludu. Natchnął mnie do tego przyjaciel, wytykając ilość "E" w moich ulubionych panierowanych orzeszkach z Biedronki. Nikogo nie drażni fakt, że każdy produkt sprzedawany w tym kraju zawierać może śladowe ilości orzeszków arachidowych, jednak wyszczególnionym E na etykiecie nigdy nie przepuścimy. Trudna sztuka przedstawiania czegoś w niekorzystnym świetle, w przypadku żarcia koncentruje się na uchemicznianiu jego składników, co wiele mediów opanowało do perfekcji. Jeśli chcemy, aby coś zabrzmiało obrzydliwie i niezdrowo, najlepiej nazwać to pełną nazwą systematyczną (tak na przykład najpopularniejsza przyprawa staje się złowieszczo brzmiącą solą sodową kwasu chlorowodorowego) a już najlepiej określić to przy pomocy przedrostka E zarezerwowanego dla dodatków chemicznych. Widząc "E-ileś", cokolwiek by to nie było, człowiek aż czuje swąd chemikaliów. Jeśli jakieś chipsy czy napój mają powiedzmy 7 "E-ileś" to wiedz konsumencie, że najzdrowsza kapusta czy jabłuszko, fabryki chemiczne matki natury, same z siebie zawierają ich kilkadziesiąt! Aby nie być gołosłownym, oto całkowicie prawdziwy, a zarazem do cna debilny tekst mojego autorstwa:
To co wydarzyło się w tej wsi powinno być nauczką dla nas wszystkich. Pół żywe dzieci ledwo snuły się ulicami, mężczyźni chowali twarze, a kobiety płakały. Różnej maści utleniacze, zagęszczacze i inne świństwa spod znaku E ujawnione zostały w sadzie Dobromiry W. Uważana przez mieszkańców wsi za pogodną babinkę, kobieta została dziś skuta i wywleczona ze swej chałupy o 5 rano przez funkcjonariuszy ABW. "Jeszcze wczoraj chciałaś mnie poczęstować jabłkiem, dziwko! - krzyczał w trakcie działań policji jeden z jej sąsiadów. Aby nie dopuścić do samosądu, policja odeskortowała 84-letnią kobietę do radiowozu, jednocześnie konfiskując widły i pochodnie przyniesione w trakcie akcji policji przez miejscową ludność. Co zawierały jej warzywa i owoce, że skryta za płaszczykiem poczciwej babuszki kobiecina, okazała się polskim "Chemicznym Alim"? Otóż jej przydomowy ogródek okazał się być przepełniony barwnikami, w tym E160a, E160d, E161b, E161e i E163. Mimo, iż babcia twierdziła, że jej pole nigdy nie było nawożone ani opryskiwane, wszystkie rozprowadzane przez nią produkty zawierały znaczne ilości E140 oraz zagęszczaczy E460 i E440. Warzywa te wciąż znajdują się w spiżarniach okolicznych mieszkańców! Przed prokuraturą odpowie co robiła w jej brokułach luteina. Przypomnę, iż luteina to żeński hormon płciowy  - aż strach pomyśleć jakie konsekwencje w przyszłości może mieć to dla szabrujących w jej sadzie okolicznych dziewczynek. Mimo, iż owoce Dobromiry W. miały nie zawierać konserwantów, jej śliwki, jabłka i żurawina zawierały znany z etykiet wielu produktów E210 - kwas beznzoesowy, emulgator E332, polepszacz E300, oraz takie substancje jak mutatoksantyna, bisabolen, i  kwas nikotynowy. Czy normalnym można nazwać stan, w którym owoce zalatywały mrówczanem etylu, związkiem będącym składnikiem farb i lakierów, który powodować może podrażnienie błon śluzowych i wymioty? Wszystko to Dobromira W. rozdawała w opakowaniu z gazami, głównie E941, E948 i E938. Niestety we wszystkich próbkach odnaleziono też śmiercionośny E939, od wdychania którego tylko w zeszłym roku i tylko w Wielkiej Brytanii zmarło ponad 30 osób!
Jak to możliwe, iż tekst ten jest zmyślony i prawdziwy jednocześnie? Jeśli tylko gdzieś jakaś Dobromira W. istnieje i ma ona poletko z warzywami, to dokładnie takie "dodatki" będą one zawierać. Emulgator E322, nieodłączny składnik budzącego u nas przerażenie  masła w sprayu, to zwykła lecytyna, wiele z "E" to witaminy, lub jak karoten - substancji poszukiwanych przez konsumentów. Oznaczenia E odbierają apetyt, etykietując dodatki jako "czystą chemię" - ulubiony związek frazeologiczny ekochemiofobów. Choćby nie wiem jak ekologiczny miałby być ogród, trudno będzie znaleźć w nim coś, co nie zawiera celulozy (E460) czy chlorofilu (E140). Oczywiście owych E nie odnajdziemy wypisanych na siatce z owocami, jako że nie ma obowiązku wymieniania na nich tego, co natura pakuje do nich sama. Przy manipulacji wskazana jest szczypta ignorancji, co reprezentuje zdanie o luteinie. Luteina w zielskach to nie to samo co progesteron nazywany nieraz luteiną. Nie warto być nieomylnym, bezpiecznie jednak nie wychylać się przed szereg i trzymać poziom moich dawnych adwersarzy, a jutro kolegów. Takie kompromitujące gafy czynią nas bardziej ludzkimi, a przez to bardziej wiarygodnymi niż zimnie kalkulujący naukowcy. Jeśli odpowiedzialny m.in za zapach malin, mrówczan etylu jest też w farbach i lakierach, warto o tym wspomnieć, aby wywołać konotacje z czymś niebezpiecznym dla zdrowia. Nawet jakby jakiś składnik jedzenia znajdował się też w oponach albo asfalcie, nie znaczy to od razu, że sam w sobie jest niezdrowy. Wypada też postraszyć czymś czego się nie rozumie, ale co brzmi na tyle złowieszczo, że może używać tego jako argumentu. Choć bisabolen, mutatoksantyna i kwas nikotynowy nie są niczym niebezpiecznym ani niezwykłym, są to najbardziej trująco brzmiące związki jakie znalazłem w składzie warzyw i owoców. Najbardziej dumny jestem ze swojej ostatniej dezinformacji. E941, E948 i E938 to oczywiście azot, tlen i argon, najzwyklejsze powietrze atmosferyczne. Tajemniczy, śmiertelny E939 to hel, którego niewielkie ilości obecne są w powietrzu. W 2010 wdychanie helu przypłaciło życie 33 Brytyjczyków, w latach poprzedzających były to średnio 2 osoby, należy jednak wybrać dane z roku, który jest dla nas najbardziej korzystny. Zgony nie miały oczywiście miejsca przy stężeniu helu, jakim teraz oddychamy. Ważne, że coś jest szkodliwe, a że zabija szczura po przekroczeniu dawki milion razy większej niż ta w panierce orzeszków - kto to będzie sprawdzać?

18 listopada 2011

Czy kryptozoologia to nauka?

Według najnowszych szacunków, na Ziemi pozostało do odkrycia blisko 7 milionów zwierząt. W 1833 roku brytyjski entomolog John Westwood oceniał, iż na świecie żyje łącznie 400 tysięcy gatunków owadów - dziś znamy ich więcej, a miliony pozostałych czekają w kolejce do klasyfikacji. W 1988 Robert May, biolog ewolucyjny z Oxfordu, oszacował ilość gatunków zwierząt lądowych pozostałych do odkrycia na 10 do 50 milionów. Mimo, iż zapas 7 milionów gatunków, o których nic nie wiemy to ogrom potencjalnych odkryć, wielu badaczy uznała te przewidywania za mocno niedoszacowane. 600 tysięcy gatunków grzybów wywołało oburzenie wśród niedocenionych w ten sposób mikologów – szczególnie, że niektórzy z nich mówią o 5 milionach gatunków swych ulubieńców. Tak naprawdę nie wiemy ile pozostało do odkrycia, wszak wystarczy, że jest tego cholernie dużo. Tak rysujące się sprawy wydają się być na rękę naszej tytułowej bohaterce.

Orientacyjna ilość ziemskich gatunków według: Camilo Mora, Derek P. Tittensor, Sina Adl, Alastair G. B. Simpson, Boris Worm, How Many Species Are There on Earth and in the Ocean?, „PLoS Biology”, tom 9, Sierpień 2011.

Portale kryptozologiczne lubują się w wieściach o odkryciu nowego ssaka, co ma rzekomo dowodzić słuszności ich praktyk. Tymczasem kryptozoolodzy nie zajmują się poszukiwaniem organizmów nieznanych nauce. Termin "kryptozoologia" został ukuty przez Szkockiego podróżnika Ivana Sandersona w roku 1947. Przedrostek krypto oznacza coś ukrytego, zamaskowanego, nie zaś niepoznanego. Kryptozoolodzy dokładnie wiedzą czego szukają i koncentrują się na potwierdzeniu istnienia znanych sobie kilkuset kryptyd. Mają swoją listę mitologicznych stworów i tego się trzymają. Ludzie ci nawet jakby potknęli się o nowy gatunek słonia, nie zwróciliby na niego uwagi. Dowodem tej ignorancji jest nagminne nagłaśnianie odkryć dziwnych stworzeń, które okazują się anomaliami w obrębach popularnych gatunków lub osobnikami cierpiącymi na rzadkie choróbstwa. Ojciec kryptozoologii - Bernard Heuvelmans widział ją, jako naukę będącą połączeniem biologii i etnologii. W jego wizji kryptozoologia miała stosować się do metod naukowych, stając się w ten sposób uzupełnieniem klasycznej taksonomii. W przeciwieństwie do poruszających się po omacku biologów, kryptozoolodzy mieli być skuteczniejsi w poszukiwaniu nowych gatunków. Czerpiąc z wiedzy etnozoologicznej, folkloru i legend, kryptozoolodzy mieli z większa precyzją odszukiwać potencjalne okazy wykpiwane i marginalizowane przez główny nurt zoologii. Heuvelmans nie był pierwszym, który wpadł na ten pomysł. Na temat bardziej ekscytującej odmiany zwykle żmudnej systematyki spekulowano już XIX wieku, a jej orędownikiem był m.in szanowany w Europie biolog Anthonid Oudemans. Jednak dopiero pod wpływem Heuvelmansa zoolodzy z przygodowym zacięciem utworzyli w 1982 International Society of Cryptozoology..

Niestety nowa strategia odkrywania nieznanych lub uznanych za wymarłe gatunków okazała się bezowocna. W jednym z odcinków "Futuramy", rozgoryczony profesor krzyczy do badacza Wielkiej Stopy "Bzdura! Pokaż jego odchody albo siedź cicho", na co ten odpowiada: "Mam za to odchody gościa, który go widział". Coś prawdziwego jest w tym dialogu. Aby zyskać wśród biologów szacunek, należało wylegitymować się jakimiś wynikami. Kiedy wielu profesjonalnych zoologów odwróciło się od kryptozoologii, ich miejsce zajęli amatorzy. W ten sposób podupadła resztka naukowego rygoru, a dowodem istnienia legendarnych gatunków stały się zamazane zdjęcia i przechadzające się w tle kadru niewyraźne sylwetki. Kryptozoologia zawsze była "nauką na skróty", zaś przedmiotem jej dociekań było tylko to co spektakularne. „Szukamy nowego gatunku żaby? OK ale niech ma 2 metry i pluje ogniem” . Wraz z najazdem amatorszczyzny utraciła wszelki krytycyzm, zaś na każdy jej najdrobniejszy sukces przypadało średnio parę oszustw. Fatalnie wyglądają dziś wszechobecne konotacje z New Age,  kosmitami i zjawiskami paranormalnymi. Dowody anegdotyczne, które miały być wskazówką, dla wielu krypozoologów stały się dowodami samymi w sobie. Brak powściągliwości, wysuwanie śmiałych tez przy bardzo słabych przesłankach oraz kwestionowanie uznanych teorii naukowych, odsunęło większość kryptozoologow od ustandaryzowanej nauki. Przez kilka lat miałem styczność z jednym z bardziej znanych polskich kryptozoologów, Markiem Sęką i z rozmów z nim wiem, że jego wiedza na temat tego czym jest nauka, na czym się opiera i jak funkcjonuje jest dość skromna. Kryptozoolodzy (i kryptozoolożki) wydają się w większości odporni na falsyfikacje swoich założeń, czego przykładem może być jezioro Loch Ness. Jest to chyba najlepiej przebadane jezioro świata, a już na pewno najpilniej monitorowane. Przez to w każdym większym jeziorze na Ziemi wodny potwor jest bardziej prawdopodobny niż tam.

Nawet jeśli kryptozoologia nie jest nauką, może być nie tyle pseudonauką, co rodzajem protonauki. Można by zastosować taką taryfę ulgową, jeśli dane zebrane przez kryptozoologów mają wartość dla biologów. Kryptozoologia jest na tyle protonauką na ile fotograf zaczajony w nocy w lesie przyczynia się do rozwoju dzisiejszej zoologii. Krzywdzącym byłoby jednak stawianie znaku równości pomiędzy wyprawą poszukiwaczy śladów tygrysa kaspijskiego (czysto hipotetycznie nazwijmy ją akcją "tygrys"), a grupą, która zapowiada odnalezienie w Afryce żywych dinozaurów, tudzież entuzjastów człowieka-ćmy (akcja "nowa okładka Super Expressu"). Uczestnicy akcji "tygrys" studiują dawny habitat tygrysa, interesuje ich pozyskanie empirycznych dowodów, zaś w terenie weryfikują swoje wcześniejsze hipotezy. Drudzy z podnieceniem biegają z kamerami, a każde zarejestrowane przez nich poruszenie liści uważają za dowód na istnienie dinozaurów. Opowieści randkowiczów z mothmanem są dla nich bardziej wiarygodne niż DNA. Chłopaki z "akcji tygrys" posiadają dobrze udokumentowany zapis kopalny celu swych polowań, ich rywale są ponad takie detale. Mothman jest skrajnie nieprawdopodobny, posiadając sylwetkę człowieka z nogami i rękoma, jednocześnie z parą skrzydeł na plecach. Niestety ryba, która po raz pierwszy wyspacerowała z wody jakieś 400 milionów lat temu zrobiła to nie na trzech, a na dwóch parach płetw. Od tej pory nie znamy ani jednego przypadku, ani w dzisiejszej przyrodzie, ani w jakiejkolwiek skamielinie, aby potomnym tego pierwszego tetrapoda udało się wykształcić dodatkową parę kończyć (za to niektórym jego dzieciom udało się je zredukować np. wężom). Charakterystyczna dla tetrapodów anatomia z dodatkowymi skrzydłami, nie będącymi metamorfozą przednich łap, jest cechą rozpoznawczą mitycznych stworów, wampirów, smoków, aniołów i oczywiście mothmana. Pytanie czy ekipa z "akcji tygrys" za sprawą swych działań przypadkiem nie wymyka się spod szyldu kryptozoologii? Czy naukowa odmiana kryptozoologii to nie po prostu zoologia?

1 listopada 2011

Pop-medycyna

W starożytności substancje te określano jako remedium nostrum. Były to leki o wątpliwej skuteczności, sprzedawane dzięki nowatorskim jak na owe czasy zabiegom reklamowym. Zalążek czegoś takiego jak marka, a także wiele technik marketingowych (opisywanie najzwyklejszych składników niezwykłymi słowy) narodziło się właśnie na potrzeby tej szarlatanerii. Najsłynniejszym tego typu lekiem był sprzedawany w XIX wieku w USA olej z chińskiego węża wodnego. Był to leczący wszelkie choroby cudowny eliksir dystrybuowany przez sieć objazdowych cyrkowych uzdrawiaczy. Wiele z tych mikstur przetrwało do naszych czasów, ewoluując w symbole kultury masowej. Poniżej bardzo luźne tłumaczenie zestawienia Joe Nickella Pop Culture: Patent Medicines Become Soda Drinks.

Coca-Cola
Pomysł na Coca-Cole narodził się w Eagle Drug and Chemical Company, jako odmiana bardzo popularnego wówczas wina na bazie koki, znanego jako Vin Marian. Za sprawą prohibicji w Georgii, od 1886 w jednej z aptek w Atlancie zaczęto sprzedawać cudowny eliksir, będący bezalkoholowym odpowiednikiem wina, zwany "Francuskim Winem Coca Pembertona". Jej twórca John Pemberton był przekonany, iż znalazł w niej lekarstwo na uzależnienie od morfiny, które trapiło go od wojny secesyjnej. Reklamował go jako trunek szczególnie korzystny dla "pań i wszystkich tych, u których siedzący tryb pracy powoduje nerwowe osłabienie, bóle żołądka, niewydolność jelit i nerek", Dodanie do Coli dwutlenku węgla budziło lecznicze konotacje z wodą gazowaną, uważaną wówczas za lekarstwo na otyłość. "Wspaniałej i przenikliwie pobudzającej Coli" jej twórcy przypisywali leczenie m.in impotencji. W rzeczywistości napój powodował uzależnienie od kokainy. Jej zawartość w Coca-Coli stopniowo obniżano, aby ostatecznie wyeliminować ją na przełomie XX wieku i zastępując aromatem koki.

Pepsi-Cola
Coca-Cola wzięła swoją nazwę z połączenia kofeiny, orzeszków i koki. W przypadku Pepsi-Coli do nazwy doczepiono człon w postaci pepsyny (enzymu trawiennego). Napój, znany jako "Drink Brada", został stworzony w 1898 przez farmaceutę Caleba Bradhama. Jego przeistoczenie się w 1903 w Pepsi-Cola do dziś budzi etymologiczne zamieszanie. Szczególnie wśród Żydów i muzułmanów, którzy boją się zbezczeszczenia przez nieczystą świńską pepsynę. Pepsi-Cola nie zawiera i najpewniej nigdy jej nie zawierała. Bradham nadał jej tę nazwę, aby sugerować, iż preparat ten pomoże w razie problemów trawiennych. Reklamowana jako "smaczna i zdrowa" Pepsi zbankrutowała w czasie Wielkiego Kryzysu. W 1939 firmę wykupił Charles Guth. Guth, postanowił napełnić nimi swoje automaty do napojów - które w owym czasie przeniosły się z aptek do sklepów spożywczych. Nie dogadawszy się ze sprzedawaną w formie syropu Coca-Colą, postanowił zastąpić ją bardzo podobną, równie "leczniczą" i nadającą się na "syrop" Pepsi-Cola. Dalsza cześć przyjaźni tych dwój napojów jest  wszystkim znana.

Schweppes
Tonik składał się pierwotnie jedynie z wody gazowanej i chininy. Pito go w kolonialnych Indiach i w Afryce, głownie z ginem - profilaktycznie przeciw malarii. Trudno powiedzieć czy praktyka ta była skuteczna, jako że, aby tonik działał, stężenie chininy musiało być obrzydliwie gorzko wysokie - wielokrotnie wyższe niż dopuszczalne stężenie chininy w toniku obecnie. Jeśli poziom chininy był odpowiednio duży, nie wykluczone, iż terapia tonikowa mogła działać. Tonik nie jest natomiast polecany konsumentom w przypadku innego schorzenia, którym są skurcze nóg, a którym próbowano je leczyć. Stężenie chininy w toniku jest dziś śladowe. W ramach minimalizowania kosztów w większości tonikopodobnych napojów rolę gorzkiej chininy odgrywa chinionowy aromat. Gdyby Schweppes szykował na mnie pozew za zniesławienie, dodam tylko, że znalazł się w tym zestawieniu tylko dlatego, że potrzebowałem obrazka puszki z tonikiem.

7 Up
7 Up sprzedawany jest od 1929, z początku jako Bib-Label Lithiated Lemon-Lime Soda. Magicznym składnikiem 7up'a miał być cytrynian litu. Wierzono, iż leczy on dnę moczanową, reumatyzm i kamienie nerkowe. Cytrynian litu niewiele pomoże na te schorzenia, jest natomiast lekiem psychiatrycznym, stosowanym na pograniczu zaburzeń osobowości i zaburzeń schizoafektywnych. Podobnie jak w przypadku innych "leczniczych napojów", 7 Up miał z tego problemy. Poziom toksycznego litu, stosowanego w leczeniu depresji maniakalnej, był w 7 Up bliski dawki terapeutycznej. Po tym jak w połowie lat 40-tych lit całkowicie wyeliminowano z 7 Up'a, tym razem problemem okazała się substancja słodząca w napoju - cyklaminian sodu. W latach 60-tych FDA uznała go za potencjalnie szkodliwy.  W konsekwencji zakazano sprzedaży tej substancji na terytorium Stanów Zjednoczonych. Decyzja ta budzi kontrowersje. USA pozostaje jednym z nielicznych państw na świecie utrzymującym zakaz stosowania cykoaminianu sodu. Tak czy owak całe partie 7 Up'a powędrowały do utylizacji. 7 Up to wyjątkowo pechowa mikstura, zaś do tego pecha dokłada się kierownictwo koncernu. Zgodnie z modnym trendem, 7 Up sprzedawany miał być jako napój "100% naturalny". W ramach przygotowań do tej etykiety zmniejszono zawartość sodu w napoju i zaprzestano stosowania kwasu wersenowego. W 2007 przy próbie wprowadzenia 7 Up na rynek jako napoju "100% naturalnego" kilka organizacji konsumenckich zagroziło procesem, jeśli miałby być sprzedawany pod takim sloganem. Ostatecznie napój, który niegdyś miał leczyć, musiał zadowolić się określeniem "100% naturalnych aromatów".

23 października 2011

Tekst, w którym autor porusza ważny problem społeczny

Fajnie jest czasem napisać coś na temat, który interesuje kogoś poza tymi, których interesuje wszystko. Osobiście mi się to nie zdarza, więc czasem kusi mnie, aby skrobnąć coś na temat aborcji, in-vitro, czy kary śmierci. Żywię naturalny opór przeciwko tym tematom, bo nie wyobrażam sobie jak racjonalnie rozsądzić spór na temat eutanazji. Czy są jakieś badania, które powiedzą nam, czy obywatele powinni mieć większy dostęp do broni palnej, albo czy krzyż jest w Polsce symbolem religijnym czy religijno-narodowym. Nie mniej w dyskusjach tych pojawiają się argumenty, które da się weryfikować. Nie będzie zatem aż tak ciekawie jak zapowiadałem, ale przynajmniej będę oscylował wokół tematu, na który większość ludzi ma własne zdanie - a to już postęp. Przeczuwając nadchodzącą debatę na temat marihuany, nie chcąc być przy tym skazany na dokształcanie się ze strony polityków - reprezentujących zawsze najniższy poziom metaforyczności, postanowiłem sam dozbroić się w fakty. Moja głowa była w tym temacie siedliskiem głównie sloganów, pora więc samemu zrewidować argumenty z jednej strony wywodzących się ze środowisk kryminogennych ćpunów, z drugiej ignorantów na garnuszku mafii - czyli narkofobów. 

Czy marihuana zabija? Polska Wikipedia mówi o 1/3 masy ludzkiego ciała jako dawce śmiertelnej marihuany. Znaczy, że przy mojej wadze musiałbym... no nie ważne. W źródle tej informacji czytamy, że ocena ta jest wynikiem dawki śmiertelnej jaka dla THC wynosi 3000mg/kg oraz stężenia THC w marihuanie na poziomie 1%. Zacznijmy od tego drugiego. Mając 1% THC w marihuanie należałoby jak najszybciej zmienić sobie dilera, bo sprzedaje nam wyjątkowo trefny towar. W zależności od tego o czym myślimy, mówiąc marihuana, jest to gdzieś od 5% do 15% zawartości THC. Następnie, jeśli już zabijamy zwierzaki w celach poznawczych, warto posłużyć się czasem tymi badaniami, aby ich trucie miało jakiś sens. Mam na myśli wskaźnik LD50 oznaczający ilość substancji jaka potrzebna jest do uśmiercenie 50% badanej populacji futrzaków, wyrażona w mg trucizny na kg masy ciała. LD50 dla THC wynosi około 700mg/kg dla szczurów, 510mg/kg dla psów i 485mh/kg dla myszy (dla przykładu dla kofeiny dawka ta wynosi 195mg/kg, zaś dla nikotyny tylko 50mg/kg). Mówimy tu jednak o przyjmowaniu THC w formie pokarmu, jeśli zaś marihuanę palimy, śmiertelna dawka może być o wiele mniejsza - dla myszy i szczurów jest to 40mg/kg. Przypominam - w założeniu dawka śmiertelna wynosić miała aż 3000mg/kg. Myszy to jednak nie ludzie. Małpy okazały się być o wiele bardziej tolerancyjne na THC niż gryzonie. Najniższa dawka uśmiercająca dla małp, podana drogą dożylną (zapewne dawka wdychana przez płuca musiałaby być większa) wynosi około 130mg/kg. Informacja z Wikipedii, iż dopiero zażycie marihuany o wadze 1/3 swojego ciała doprowadzi nas do śmierci jest najpewniej bzdurą. Nie zmienia to faktu, że dawka ta jest na tyle duża, iż przypadki śmiertelne po zażyciu marihuany są rzadkością. Bardziej niebezpieczne wydaje się syntetyczne, "tabletkowe" THC, znanego jako Marinol. Jakbyśmy marihuanę nie wciągali, nie wyssiemy z niej całego THC, zaś jej najłagodniejszą, najbezpieczniejszą formą dozowania powinna być np. pizza z haszyszową posypką.

Czy marihuana leczy? Powinienem dodać "ze wszystkiego", bo kiedy czytam listę potencjalnych chorób na które działa, jest tam dosłownie wszystko. W debacie na temat marihuany Kamil Sipowicz,  stwierdził, że może być ona tak poszukiwanym lekarstwem na raka i AIDS. Prawda jest jednak taka, że organy oddelegowane do tego, aby zbierać te wszystkie badania i na ich bazie wydawać zalecenia tym, którzy nie mają czasu ich czytać, są w tej sprawie sceptyczne. Jeśli chodzi o nasze zdrowie, opinia FDA wiele razy decydowała na tym blogu i dla marihuany jest negatywna. Amerykańska Agencja do spraw Żywności i Leków nie widzi medycznych przesłanek do zażywania marihuany w celach zdrowotnych, natomiast dostrzega wiele tych przesłanek na jej szkodliwość. W prozdrowotne właściwości marihuany nie wierzy The National Institute on Drug Abuse, posiadający budżet liczony w miliardach dolarów i będący źródłem ponad 80% wszystkich badań jakie prowadzi się na świecie na temat narkomani. NIDA wydaje sporo lightowych broszur, prezentujących fakty na temat marihuany i z tego, co pobieżnie przejrzałem, są one dla niej miażdżące W zasadzie to nie znalazłem jednego dobrego zdania, jakie tyczyłoby się marihuany. Nie zmienia to sytuacji, iż wiele organizacji domaga się praw wykorzystywania marihuany w celach leczniczych. Listę 68 z nich znalazłem przy jednej z takich deklaracji. Ostatecznie w sprawie marihuany wypowiedziało się najbardziej prestiżowe towarzystwo naukowe na świecie United States National Academy of Sciences. Wśród wniosków uznano potencjał leków opartych na THC (kilka dostępnych w Stanach i Kanadzie) w uśmierzaniu bólu i nudności, nie mniej uznano je za mało efektywne. Inne dostępne na rynku środki wydają się w tym skuteczniejsze. Z powodu ryzyka chorób układu oddechowego nie zaleca się palić marihuany w celach terapeutycznych. Wyjątkiem mogą być pacjenci śmiertelnie chorzy, dla których długoterminowe ryzyko związane z paleniem nie ma już takiego znaczenia, lub osoby w wypadku których udokumentowane jest niepowodzenie jakichkolwiek innych zatwierdzonych środków przeciwbólowych i przeciwwymiotnych. W dokumencie tym znajdujemy także opinie, co do teorii eskalacji - czy marihuana może być furtką do zażywania w przyszłości "ostrzejszych" narkotyków. Uznano, iż obecne dane nie popierają, ani nie obalają teorii eskalacji, a pytanie to nie mieści się w granicach problemów medycznych. Wahanie to należałoby mimo wszystko interpretować na niekorzyść zwolenników prostego przejścia z marihuany do heroiny.
Czy marihuana jest mniej szkodliwa niż tytoń i alkohol? Rysując portret marihuany jako nieszkodliwego zielska, sytuuje się je oczywiście w kontekście innych substancji psychoaktywnych, a nie chleba czy kiełbasy. Dane. które przekładają szkodliwość tytoniu i alkoholu nad marihuaną, pochodzą głównie z dwóch źródeł. Raportu ONZ i artykułu Davida Nutta opublikowanego w nie byle jakim w końcu czasopiśmie The Lancet. Informacje tę może odczytywać dwojako - jako dotychczasowe przeszacowywanie szkodliwości marihuany lub nieoszacowanie szkodliwości palenia papierosów i picia alkoholu. Publikacja Nutta zawierała porównanie 20 najbardziej popularnych substancji psychotropowych w Wielkiej Brytanii. Oceniono je ze względu na szkodliwość zdrowotną, potencjał uzależniający i szkodliwość społeczną. Tożsamy ranking jest autorstwa Komisji Doradczej Brytyjskiego Ministerstwa Zdrowia ds. Nadużywania Narkotyków (ACMD) - której szefem był wówczas David Nutt. Z weekendowych nudów wyciągnąłem z niego kilka informacji, niestety, aby cokolwiek zobaczyć w moim przypadku trzeba kliknąć na obrazek. Sam mam do niego kilka uwag. Czuwaliczka jadalna nie jest hitem wśród rodzimych użytkowników, natomiast w Polsce wykorzystuje się mnóstwo innych roślin halucynogennych, przede wszystkim grzybów psylocybinów. W polskiej tradycji odurzania się na stałe zapisał się muchomor czerwony, nasz zdolny naród oswoił już praktyki odnośnie bielunia i piołunu, natomiast nowe i dopiero od niedawna nielegalne rośliny, takie jak szałwia wieszcza czy powój hawajski są praktycznie nierozpoznawalne przez szeregowych przedstawicieli organów ścigania. Druga moja uwaga do tabelki, to przypisy w nawiasach o legalności danego narkotyku w Polsce. Pochodzący z apteki produkt nie musi być tożsamy z narkotykiem, który reprezentuje, choćby różniąc się od niego niższym stężeniem substancji aktywnej. Jak widać prawdą jest, iż alkohol i tytoń jest w tym rankingu wyżej niż marihuana, nie da się jednak nie zauważyć, że wiele narkotyków zostało uznanych za mniej szkodliwe niż marihuana -  w tym budzący niegdyś powszechną panikę GHB. Instytucja optujące za legalizacją jedynie marihuany (np. "Ruch Palikota") są dla mnie nielogiczne i przez to niewiarygodne. Otwartych zwolenników legalizacji marihuany z łatwością odnajdziemy wśród szerokiego grona prominentów świata polityczno-kulturalnego. Jest w dobrym tonie, aby wywodząc się artystycznej bohemy, pozytywnie wypowiadać się o marihuanie. Entuzjaści legalizacji mniej szkodliwych niż marihuana narkotyków, jak ecstasy czy LSD, są natomiast postrzegani w stroboskopowym świetle kultury klubowej, gdzie tańczą w narkotycznym amoku wśród pokątnie gwałconych nastolatek.

Podsumowanie. Piątkowy "Klan". Jacek znajduje na biurku narkotyk, którym za plecami Pawła handlował gość domu Lubiczów. Połyka go i pod wpływem halucynacji próbuje zadusić Agnieszkę myśląc, że to jego była żona Beata. Dla scenarzystów tej telenoweli narkotyki to spocony, toczący pianę Jacek w wyciągniętymi do przodu szponami niczym zombie. Z drugiej strony fanatyczni zwolennicy marihuany, którzy wydają się mieć większy kontakt z faktami niż jej zaciekli przeciwnicy, nie omieszkają jednak tych faktów nagiąć jeśli będzie to konieczne. Palacze marihuany chcą zracjonalizować sobie tą czynność nadają jej znaczenie której ta nie posiada. Jedyną pewną funkcją palenia marihuany pozostaje funkcja rekreacyjna.

Update 03.11.2011 Tabela została poprawiona wedle najnowszych danych jakie znalazłem na stronach UK Office for National Statistics.

18 października 2011

Mowa obronna bakłażana

Czy gdyby warzywa grające w reklamach biedronki, mogły powiedzieć coś od siebie, czy wydusiłyby z siebie jakieś słowo? I to nie dlatego, że warzywa z natury nie są zbyt gadatliwe, choć to też. Generalnie atmosfera w tym kraju nie sprzyja ujawnianiu swej inności i okazuje się, że zasada ta tyczy się także warzyw. Wydawać by się mogło, że TVN wyczerpał się w temacie GMO, nadając w ciągu jednego tygodnia cztery mrożące krew w żyłach reportaże. "Jedzenie z obcym genem"; "Lobbing na rzecz GMO"; "Chemia zabija nie tylko chwasty" i "Czy powinniśmy obawiać się żywności genetycznie modyfikowanej?" - wszystkie utrzymane w tym samym alarmującym tonie, z budującą napięcie złowieszczą muzyką. Gdy widz, nie daj boże, zapomniał o tym jakie zło czyha ze strony niepozornej kukurydzy, tym pędem uświadczył kolejnego materiału  "STOP GMO". No cóż, jedną z metod rozwiewania chmurzysk strachu jest naukowy wgląd w rzeczywistość. Jestem przekonany, że życie z abstraktem badań za pazuchą likwiduje więcej obaw, niż ich dokłada. Z natury rzeczy, wyważony fakt zostanie skopany przez sensacyjny reportaż. Skutkiem przejęcia przez media pałeczki w edukowaniu społeczeństwa jest m.in drastyczny spadek entuzjazmu do GMO w naszym kraju.

Warzywa otrzymane z rośliny Brassica oleracea.
Abstrahując od tego, czy GMO jest cacy, zastanawiam się czy istnieją jakieś dotychczas niestosowane myki, które mogłyby podnieść zaufanie do GM foods? Zakładając, że wiele osób wie o GMO tylko tyle, że to organizmy zmodyfikowane genetycznie, nie jest łatwo zmienić wizerunek GMO, operując na tak małym poletku. Felerne jest już samo tłumaczenie genetically modified organisms. Słowo "modyfikowany" ma lekko pejoratywny wydźwięk. Określenie "poprawione" albo "ulepszone genetycznie" byłoby równie poprawne jak "modyfikowane", a brzmiałoby o klasę lepiej! Z wrodzoną skromnością twierdzę, że określenie "ulepszone" jest nawet bardziej zgodne z rzeczywistością niż "modyfikowane". Po drugie, obawiam się, iż GMO kojarzy się dziś nie z dorodnym pomidorem i oblepionym fasolką krzakiem, a naukowcem w fartuchu gmerającym coś w laboratorium. Mimo, iż wszystko co żremy (może poza grzybami, dziczyzną, paroma gatunkami ryb i małżami) powstało w wyniku doboru sztucznego, jakoś lepiej zaakceptować spracowane, brudne ręce sadownika, niż rękawiczki laboranta. Ludzie nie doceniają pokoleń rolników, sądząc iż mają za małą wiedzę, aby swoim działaniem zrobić nam krzywdę. Tymczasem to, co dokonuje się za pomocą inżynierii genetycznej to jeno lifting w porównaniu ze zmianami, jakich dokonuje się przy pomocy naturalnego krzyżowania. Klasycznym przykładem jest rosnące dziko w Europie zielsko Brassica Oleracea, z którego w ciągu wieków otrzymano większość zielonych warzyw jakie jemy (bajerancka grafika u góry). Różnica jest tak znacząca, iż trudno uwierzyć, że brokuł, kalafior i kalarepa to wciąż ta sama roślina Brassica Oleracea. Gdyby inżynieria genetyczna pozwoliła sobie na tak radykalne zmiany, z mediów posypałyby się gromy o zabawie w Boga, doktorach Frankensteinach i innych duperelach. Ludzie lubią nowoczesność i postęp, ale niekoniecznie na swoim talerzu. "Agro-bio-eko" produkty, woda prosto ze studni, mleko wprost od krowy, nawet takie coś jak higiena została wzięta pod pręgierz za krępowanie tradycyjnych metod wytwarzania regionalnego żarła. Naukowa atmosfera unosząca się nad jedzeniem odbiera apetyt, nie tylko w przypadku GM foods, ale przecież i dodatków do żywności i wszystkiego, co wymaga jakichś badań. Jeśli coś wymaga badań, z samej racji ich prowadzenia wzbudza to podejrzenie.

TVNowskie reportaże posługują się profesorskimi autorytetami, aby uwiarygodnić swoje insynuacje. Wypadałoby odpowiedzieć na ten "autorytetowy" terroryzm i wypchać na ring swojego mocnego zawodnika. Oczywiście mam w zanadrzu takiego człowieka. W podobnych dyskusjach zwykle nikt nie kwestionuje kompetencji i tytułów broniących GMO uczonych (czego nie można powiedzieć o drugiej stronie), natomiast stawia się w wątpliwość ich etyczność i obiektywizm. Kiedy tydzień temu zmarł Steven Jobs, z telewizorni popłynęły słowa o jego zasługach dla ludzkości, nawet nasz premier nie omieszkał o tym wspomnieć w czasie konferencji prasowej. Kiedy dwa lata temu zmarł Norman Borlaug... no właśnie ile osóbwie kim był Borlaug? Wszyscy wiedzą, kto sprzedał 100 mln telefonów, ale nikt nie interesuje się człowiekiem, który uratował przed śmiercią głodową miliard ludzi! Norman Borlaug był ojcem "zielonej rewolucji", zdobywcą Pokojowej Nagrody Nobla, stworzył odmianę pszenicy karłowatej, którą wykarmiono Meksyk, Indie, Pakistan i Afrykę. Był oczywiście także wielkim entuzjastą GMO. Kogo by ekolodzy nie cytowali - kiedy kreślimy sylwetkę i osiągnięcia Normana, zawsze wygramy. Mimo to, czy nie przydałoby się więcej badań nad GMO? Nawet jeśli mamy ten komfort i nasz rozmówca nie utożsamia GMO z trucizną, czy wypada odmówić pogłębiania wiedzy nad żywnością modyfikowaną, znaczy się ulepszoną genetycznie? Odpowiedz twierdząca zostawia w opinii publicznej ślad w postaci "czyli jednak nie wiadomo wszystkiego, może być niebezpiecznie!". Z drugiej strony odżegnywanie się od potrzeby dalszych badań, będzie oznaką zarozumialstwa, wszechwiedzy, bufonady i chęci ukrycia czegoś - tak źle, tak niedobrze. Ben Goldacre w Bad Science znęca się nad sakramentalną frazą "istnieje potrzeba dalszych badań" jako nie mającą innego celu, niż pokazanie nas w kategoriach myślącego przyszłościowo otwartego umysłu. Niektóre czasopisma, jak British Medical Journal przez lata zakazywały używania tej frazy, jako truizmu nie wnoszącego nic do treści. Jeśli potrzebne są dalsze badania na temat GMO, to jakie badania, jak mają być przeprowadzone i nad czym? Zważywszy na to, jak spenetrowana jest to dziedzina, większość tego co byśmy nie wymyślili zostało już przeprowadzone.

20 września 2011

Sceptycyzm makroekonimiczny

Miesiąc, no dwa miesiące temu, mój przyjaciel miał okazję zadać niebanalne pytanie Markowi Belce. "Jeśli ekonomia jest nauką, czemu nie potrafi przewidywać procesów, które opisuje". Predykcja jest jedną z tych cech nauki, która odróżnia ją od pseudonauki, tymczasem umysły ekonomiczne dają tu nieprzerwanie ciała. Ilość znanych ekspertów, którzy przewidzieli światowy kryzys jest równa liczbie tychże ekspertów, którzy nie zapowiadali w Polsce kryzysu, kiedy ten rozpościerał na świecie swoje szpony. Takie fakty powinny raz na zawsze zdyskredytować tych wszystkich bankspecjalistów, a mimo to wciąż na życzenie dziennikarzy bardzo chętnie mówią nam, co czeka nas w najbliższym czasie i jakie powinniśmy w związku z tym podjąć działania. Co ciekawe, wcale nie żyjemy w jakichś szczególnie nieurodzajnych dla ekspertów czasach. Ta intelektualna impotencja jest stanem permanentnym, utrzymującym się od zarania tego zawodu. W 1932r. ekonomista Alfred Cowles żywił nadzieję, że zdobycze statystyki i metody matematyczne podniosą niebawem ekonomię do rangi najprawdziwszej nauki. W połowie lat 40-tych postanowił zweryfikować swoje założenia, analizując prognozy ekspertów, zajmujących się rynkiem akcji. Okazało się, że ślepe inwestowanie bez posiadania wiedzy ekonomicznej nie przyniosłoby gorszych wyników niż gra na giełdzie przy namiętnym śledzeniu rynków i kierowaniem się radami wytrawnych znawców tego tematu.

Prawie wszystkie artykuły naśmiechiwujące się z naukowości biznespecjalistów spod znaku koszuli i krawata, przywołują badania opublikowane w Economics and Portfolio Strategy w 2009. Okazało się, iż spośród ponad 450 funduszy zarządzających pieniędzmi swoich klientów w przeciągu dwóch ostatnich dekad tylko 13(!) osiągnęło wynik powyżej średniej rynku. Nie omieszkałem sprawdzić czy nasze fundusze inwestycyjne mają się równie strasznie. Znając wynik WIGu za ostatni rok wynoszący - 12,5% z rankingu 70 funduszy akcji, odrzuciłem wszystkie, których nazwa wskazuje, że inwestują także poza Polską lub prowadzą operacje jedynie wśród spółek jakiegoś konkretnego segmentu. Nie sprawdziłem należycie wszystkich tych funduszy, więc szczegółowy wynik jest prawie na pewno inny, nie mniej coś powie nam o ogólnym trendzie. Po zastosowaniu moich prymitywnych kryteriów, 12 funduszy znalazło się ponad kreską wynoszącą -12,5%, zaś 19 przyniosło straty większe niż WIGowska średnia. Z całego rankingu 70 funduszy akcyjnych tylko 23 zanotowały wynik wyższy niż minus 12,5%. Uwieńczeniem rywalizacji potu finansjerów (tzw. active investing) z przypadkiem (passive management) jest Standard & Poor's Index Versus Active. SPIVA daje porównanie wyników ekspertów, stosujących różne teorie ekonomiczne z inwestowaniem, polegającym na ulokowaniu aktywów we wszystkie akcje po trochu, z ideą niech się dzieje wola nieba. W niektórych regionach górę bierze passive management (Rosja, Indie, Kanada), gdzie indziej (Australia) fundusze aktywnie zarządzane mają wyniki lepsze niż średnia indeksu giełdowego. Nie ma tu jednak jakiegoś trendu, to, że danego roku w danym regionie lepsze wyniki przyniosło aktywnego inwestowania, nie oznacza, że za rok warto inwestować właśnie tą metodą. Sugerowanie się danymi, w których gdzieś akurat active investing przynosi większe korzyści to trochę jak typowanie liczb w totolotka na podstawie tego, który liczby nie były dawno wylosowane przez słynną kręcącą się maszynkę.

Znam człowieka, który osiągnął całkiem niezły wynik na giełdzie (niestety jedynie w formie wirtualnego portfela), inwestując tylko w firmy o zabawnych nazwach jak Indykpol. W związku z powyższym myślę, że byłbym w stanie zagłosować na partie, które jako reformę emerytalną zaproponowałaby zastąpienie wszystkich managerów inwestujących nasze pieniądze stadkiem wygłodniałych jeży. Wypuszczamy na żerowisko jeże z czerwoną kokardką oznaczającą "sprzedawaj" i zieloną oznaczającą "kupuj", zaś dżdżownice zaopatrujemy w nazwy spółek akcyjnych. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, inwestowanie zgodne z wytycznymi jeży przyniosłoby nam wyższą o parę złotych emeryturę, niż kiedy zajmują się tym zawodowi maklerzy. Domyślam się, że polityków powstrzymuje przed tym rozwiązaniem jedynie strach, iż kiedyś jakiś sprytny jeż z dobrym nosem do interesów mógłby wygryźć ich z ministerialnego stanowiska. Mimo, że w ekonomii jest chyba więcej fachowych terminów niż w fizyce, są setki wzorów i dziesiątki omówionych procesów, efekty tego są dość marne. Inżynier potrafi obliczyć czy po wjechaniu na most ciężarówki ten nie zamieni się w kupę gruzów, zaś dobry lekarz, dążąc do obniżenia ciśnienia krwi tego ciśnienia nie podwyższy. Astronom potrafi powiedzieć, ile będzie wynosić odległość Ziemi od Jowisza równo za 100 lat, co więcej, wśród astronomów będzie panować co do tego konsensus - inni astronomowie pracujący niezależnie od siebie podadzą tą samą odległość. Czy ekonomiści potrafią to samo? Czy gdyby dać im skonstruować według ich uznania firmę, czy dadzą jakąkolwiek gwarancje, że odniesie ona sukces. Czy Minister Finansów potrafi przewidzieć cenę euro za 12 miesięcy lepiej niż ja, całkowity amator? Czy mamy pewność, że jego przewidywania będą bliższe prawdy niż moje, czy kogokolwiek innego? Na koniec jestem winien rozwiązania zagadki z Prezesem NBP. Co odpowiedział Belka na zarzut, dlaczego będąca nauką ekonomia ma trafność wyników zbliżoną do zwykłego strzelania na oślep? Nic nie powiedział, bo czas na pytania dla widzów upłynął. Kolejka była jednak na tyle długa, że kupel zdążył obmyślić swoje reakcje na możliwe odpowiedzi. Najciekawsza była ta, gdyby Marek Belka stwierdził, że ekonomia nie jest w sumie nauką i brzmiała - "To czego Pan jest profesorem?".

2 sierpnia 2011

Wojciech "Dobra Rada" Eichelberger

W swoim felietonie, Ludwik Stomma narzekał jakiś czas temu na jedną z czołowych polskich socjolożek. Nie ważne jak błędne byłyby jej dotychczasowe diagnozy, nic nie jest w stanie odwieść ją od kamer i mikrofonów. Stomma przy okazji kreśli sylwetki innych ekspertów od wszystkiego, ale i tak nie dorównują mojej postaci. Eichelberger jest autorem osobnych książek na temat kobiet, mężczyzn, noworodków, dzieci, ale pisał też o snach i globalizacji. W opisie jednej z jego książek "Być tutaj" czytamy: W tej książce chcemy towarzyszyć każdemu w drodze do siebie, bo tylko dzięki poznaniu siebie możemy poznać i zrozumieć świat, doświadczyć bliskości i jedności z innymi ludźmi, ze zwierzętami, roślinami, rzekami i górami. Poczuć jedność z roślinami, rzekami i górami - ambitna lektura. W znalezionej w internecie mikrorecenzji, czytelniczka, która po przeczytaniu książki najwyraźniej nie jest w stanie sprecyzować o czym konkretnie była, podsumowuje: zawiera mnóstwo mądrości, jak to zwykle u Eichelbergera. Dla mnie, piszącego tekst o jego twórczości problemem jest, iż wszyscy bez wyjątku się tym zachwycają! Znam przykłady dyżurnych specjalistów od ogólnych tematów, którzy mnie nie rażą. Jeśli ktoś ma rozpracowane jakieś zjawisko i potrafi przełożyć je na nowe wydarzenia, opisując je w kategoriach przez nas już rozumianych - super. Do tego potrzebne jest jednak dobre rozeznanie w świecie faktów, a tego w działach Eichelbergera nie dostrzegam.

Wśród audycji radia TOK FM, w których prym wiedzie Pan Wojciech (m.in starość, Bóg, smutek, ojcostwo...) znalazła się perełka. Eichelberger pawie nigdy nie odnosi się do wyników badań, eksperymentów, jakkolwiek wymiernych danych, jest to ten rodzaj psychologii, który jest ponadto. Jednak w audycji "czy intuicja jest sprzeczna z racjonalnością" doświadczamy rzadkiego przypadku powoływania się przez profesora na dające się zweryfikować przykłady (zalecam włączyć i posłuchać). Zgodnie z new ageowską retoryką, Eichelberger lubuje się w odniesieniach do współczesnej fizyki. Szarga takimi nazwiskami jak Heisenberg czy Einstein, którzy przewracają się w grobach, słysząc jak ktoś próbuje przenieść zasady rządzące mechaniką kwantową na grunt psychologii. Eichelberger domaga się od nauki przestawienia na nowy paradygmat - paradygmat kwantowy. Wiele razy słyszałem to roszczenie rozszerzenia zasad mechaniki kwantowej na całą naukę i nigdy nie widziałem w tym gescie podania jej pomocnej ręki. Raczej kopa i to kopa nie z tych orzeźwiających, stymulujących kopów. Po pierwsze nauka miałaby przyjąć ograniczenia świata kwantowego. Trudno będzie przekonać laboranta, badającego zawartość cholesterolu we krwi, iż sam akt jego obserwacji demoluje cel jego analizy. Jak nakłonić klimatologa, że drzewo jest pojedynczym drzewem tylko kiedy na nie patrzy, zaś kiedy obraca głowę staje się wielgachnym lasem superpozycji tegoż drzewa? Po drugie, wywlekanie świata kwantowego do makroskali ma uzasadnić istnienie różnego rodzaju bzdur jak psychokineza, na zasadzie "jeśli może to elektron, to czemu nie ja?" Mówienie o mechanice kwantowej w audycji o intuicji to nie przypadek. Ma zostawić w słuchaczu rysę, iż intuicja jest tajemniczym i nie dającym się badać zjawiskiem, z którym nie poradzimy sobie bez iście paranormalnych narzędzi, jakie oferuje fizyka kwantowa. Do zbioru takich nietkniętych przez naukę zjawisk, Eichelberger naiwnie zalicza deja vu i świadomość. Ta ostatnia nie jet według niego dziełem mózgu! Drugorzędną sprawą jest, aby wszystko to byłą prawdą, przede wszystkim chodzi o to, aby ładnie brzmiało. Bo cóż znaczy, że świat zbudowany jest ze światła? Zakładając jego szerszą definicję, iż nie jest to promieniowanie z zakresu 380-740 nm, ale od 10nm do 1mm, to co, nic poza tym nie ma? Co ma na myśli profesor, mówiąc "świat", bo jeżeli to, co zwykło się pod tym słowem kryć, to sformowanie to jest nieprawdziwe. Nieprawdziwe, ale jak brzmi!

W audycji słyszymy, i to niejednokrotnie, o pewnym badaniu. Nie o tym, co się wydaje prowadzącemu i jego gościowi, nie jaka jest ich opinia na jakiś temat, ale prawdziwym badaniu! Eichelberger wspomina o eksperymencie, o którym słyszał po raz pierwszy 20 lat temu. Amerykanie zabrali na łódź podwodną stadko małych króliczków i popłynęli hen hen od mamy-królik, która pozostała na lądzie. Okazało się, że kiedy w łodzi podwodnej robiono z królikami brzydkie rzeczy, trusiowa mama dawała tego biologiczne oznaki tysiące kilometrów dalej. Jeśli to prawda, powinienem spalić tego bloga, a jego popiołem posypać sobie głowę. Toż to sensacja, dowód istnienia telepatii czy czegoś w tym rodzaju! Tylko gdzie te badania? Pierwszy problem na jaki natrafiam to to, kiedy ten eksperyment miał miejsce. Na stronce Natural Revolution Resonance w artykule (tuż pod filmikiem psa grającego na pianinie) czytam, iż działo się to około 1956, natomiast inni sądzą, że w latach 90-tych.  Z tego co się rozeznałem, badanie to po raz pierwszy pojawia się w książce "Psychic Discoveries Behind the Iron Curtain" Sheila Ostrander i Lynn Schroeder, autorek poradników wyzwalania ukrytych mocy umysłu i książek o astrologii. W tej wydanej w latach 70-tych książce, mówi się o roku 1967 lub 1968. Wszyscy bez wyjątku podają, że eksperyment był dziełem naukowców rosyjskich, a nie amerykańskich jak mówi Eichelberger. Czy to dlatego, że w wyobraźni coś radzieckiego trzyma się zawsze na drucie i kawałku sznurka, natomiast zwrot "amerykańscy naukowcy" z miejsca otwiera horyzonty wielkiej nauki? Nie sądzę, myślę, że Eichelberger po prostu nigdy specjalnie nie wczytywał się w reklamowany przez siebie eksperyment. Niejasności jest zresztą więcej. Kogo wysłano w tej łodzi podwodnej? Mamę-królik jak piszą niektórzy, czy jej dzieci? Jak mówi pan Wojciech? Niewątpliwie wszystko byłoby prostsze, gdyby eksperyment ten został opublikowany w jakimś branżowym czasopiśmie. Nie jestem zachłanny na super prestiżowe recenzowane pismo, ale na razie czytam o nim tylko na ufoniusach i stronach osób, pracujących jako telefoniczne media. Postawiłem zgłosić się z tym pytaniem do źródła do praprzyczyny, jaką jest Wojciech Eichelberger i zapytać go o to w mailu. Czy badanie to zostało gdzieś opublikowane, czy było przeprowadzane wraz z próbą kontrolną, czy ktoś je powtórzył, czy stosowano ślepą próbę, jakie odchyły zaobserwowano u króliczej mamy, jakie były u niej wyniki w chwili zabijania jej młodych, jakie miała wyniki w dzień powszedni, a jaki w innych sytuacjach stresowych, czy wykluczono zbieg okoliczności.... czy jest pewny, że ten eksperyment kiedykolwiek miał miejsce. Maila do profesora w internecie jednak nie ma.

Wśród kilku tytułów ostatnich miesięcy, tytułów lansujących metodę naukową, "Krótki kurs samoobrony intelektualnej" Normanda Baillargeona przeszedł jakoś bez echa. Tak mi się wydaje, że przeszedł bez echa, jako że nie mogę czytać tych wszystkich stron jakie polecam po prawej stronie  bloga. Jak tylko na nie wchodzę, od razu trafia mnie szlag. Nie mogę przemóc błyskotliwych porównań i metafor, których nigdy bym nie wymyślił, to już nawet nie jest zawiść, szczerze tych ludzi nienawidzę za to jak piszą. Twórczość Eichelbergera ma jedną wspólną rzecz z Baillargeonem - jest strasznie przewidywalna. Baillargeon przez całą książkę nie użył przykładu, którego każdy w miarę inteligentny człowiek by nie znał. Czytając Eichelbergera mamy wrażenie, iż czytamy coś mądrego, a jednak sens wypowiedzi wydaje się z góry oczywisty. Pan Wojciech zagospodarował chyba wszystkie modne nisze psychologii, dlatego kiedy tylko trzeba powiedzieć coś o miłości czy sensie życia, jest gościem idealnym. Kwiecisty język, przystępna forma i tematy interesujące w gruncie rzeczy każdego. Trochę zazdroszczę, ale ostatecznie wolę swój prymitywny empiryzm.

27 lipca 2011

Kosmici i Mossad winni norweskich zamachów.

W obliczu doniosłych wydarzeń medialnych, pewne są tylko dwie rzeczy: zawsze ktoś dostrzeże w okolicy UFO i zawsze ktoś będzie dowodzić, że wszystko to spisek elit. Na dzień dzisiejszy youtube zapełniło się kilkudziesięcioma filmami przedstawiającymi UFO kursujące nad Oslo, z tytułami takimi jak "UFO atakuje, Anders Brevik niewinny". Jest też kilka filmów dowodzących, iż owe statki kosmiczne nad ulicami to lampy, acz nie widziałem, aby ktoś dowiedziawszy się o tym, zmienił zdanie na temat swojego sensacyjnego filmiku. Do fotografii UFO z ataku (pierwsze od góry) dokooptowałem parę innych zebranych przeze mnie. Jak widać, także na co dzień ulice Oslo przeżywają inwazje kosmitów. Drugi temat poważniejszy - czy można bez spiskowych konsekwencji nazwać szaleńca prawicowcem, konserwatystą i chrześcijaninem? Czy można szargać takimi cnotami bez paranoicznego odzewu tych wszystkich grup? Istnieje kilka metod poradzenia sobie z czarną owcą w stadzie. Albo nie jest ona czarna, nic złego nie zrobiła, a wszystko zostało wymyślone, albo nie jest ona owcą, może kozą, jakimś muflonem, ale na pewno nie owcą jak my.

O ile kontrowersje dotyczące 9/11 są znane i oklepane, to mniej rozpropagowana jest teoria spiskowa na temat ataków w londyńskim metrze. Cześć społeczności muzułmańskiej nie wierzy, iż to ich bracia dokonali tego zamachu i po dziś dzień za wszystko obwinia rząd. Przyczyniły się do tego drobne nieścisłości w oficjalnej wersji wydarzeń, m.in. to, którym pociągiem jechali wcześniej zamachowcy. Nie mają one znaczenia dla rozstrzygnięcia samego śledztwa, ale stanowią zawsze żer dla spiskowców. Podobnie jak w Londynie, w Oslo, niedługo przed zamachem odbywały się ćwiczenia antyterrorystyczne. Nie potrafię potwierdzić tego u wiarygodnego źródła, ale wszyscy o tym piszą. Powiedzmy, że tak było. Czego to dowodzi? Nie wiadomo. To znaczy ja nie wiem, bo inni wiedzą. Służby zawsze ćwiczą swoją operację publicznie, trenując swój ściśle tajny zamach. W tabunie komentarzy, pod jednym z artykułów, czytelnicy znają odpowiedź na te odwieczne pytanie "jakie służby i czemu izraelskie?". Sam tekst jest milusi, ofiary ataku Breivika to dzieciaki cytuję "nie posiadające własnego zdania, niewierzące w Boga i wielokierunkowe seksualnie". Rzecz jasna słowem kluczowym artykułu jest "rząd światowy". Breivik nie zostawił na swój temat zbyt bogatej spuścizny w internecie. Jedno zdanie na twitterza, profil na fejsie, trzy posty na krzyż na rzekomo jego blogach. Kiedy ja zostanę już zamachowcem, to przynajmniej zostawię dla dziennikarzy coś do cytowania, będzie w czym manipulować! Jednak nawet te drobinki po Breiviku zostały poddane drobiazgowej analizie. We wcześniej zalinkowanym tekście wizerunek Breivika był dla autora podejrzanie arcyterrorystyczny, tym razem jest za mało plugawy jak na tak potworną duszę. Wszystkie gry, filmy i seriale, jakie lubił są bardzo popularne i zaskakująco powszechne, terrorysta by takich nie dodał, jak ktoś skomentował na którymś forum: "widać, że ktoś się nie przyłożył". Na moim ulubionym forum pojawił się wczoraj jak dotąd największy smaczek -  Zdjęcia Brevika mogą być zmontowane. Pewien jegomość wpatrując się w krawędź swetra i oczy postawionego już przed sądem podejrzanego, wieszczy, iż wszystko to fotomontaż. Czy Anders Breivik w ogóle istnieje?

Zakładając, iż ktoś taki jak Breivik istnieje, która cześć jego złożonej osobowości sprokurowała zamach? Nie mogła być to przecież któraś z tych szlachetnych składowych jak prawicowość i konserwatyzm. Atak Illuminati na Norwegię - apokaliptyczny blog miłośników księdza Natanka nigdy nie zawodzi. Portal KonserVatu (proszę spojrzeć na ich baner u góry i powiedzieć, co przypomina) poucza, iż będąc masonem, Breivik w żaden sposób nie mógł być chrześcijaninem. Czy na pewno? Wielka Loża Narodowa Polski to iście katolicka organizacja, przysięgająca na Biblię i te sprawy. Ich wielki mistrz Marek Złotek-Złotkiewicz ma nawet manierę chrześcijańskiego pouczania innych mniejszych polskich lóż. Da się? Da się, co nie znaczy, że wszystkie loże masońskie kochają Kościół. Każdy z tej tragicznej sytuacji próbuje uszczknąć coś dla siebie, naświetlając Breivika w barwach swojego odwiecznego wroga. Nie wiem czy są na ten temat prowadzone jakieś statystyki, ale lewicowy terroryzm pochłonął do tej pory chyba więcej ofiar niż prawicowy, acz mogę się całkowicie mylić. W obliczu lewicowego podłoża tego występku nie byłoby jednak tak "zabawnie" (wiem, że to złe słowo). Nikt nie sprawdzałby cache, zapisanego w google profilu zamachowca, czy dat utworzenia jakiś siedmiorzędnych dokumentów, tylko po to, aby udowodnić, że za wszystkim stoją służby specjalnie.

24 czerwca 2011

Jak zawsze sceptycznie - Zdany

W komentarzu do notki o Emilcinie wywołany został jeszcze jeden przypadek obserwacji UFO w naszym kraju. Nie mam za wiele do roboty, a zatem niech stracę. Najdonioślejszymi fotografiami latającego spodka w XXI wieku w Polsce, są zdjęcia ze stycznia 2006 wykonane w miejscowości Zdany. Sama relacja nie jest interesująca - kilku kolesi jedzie samochodem, widzi UFO i cyka parę fotek. UFO miało doprowadzić do wyłączenia się w ich samochodzie całej elektryki, dziwnym trafem przed tym paraliżem uchował się jednak aparat. Zdjęcia te z miejsca okrzyknięto sensacją ze względu na ich wyrazistość. Nie są to rozmazane światła, pikseloza, mogąca być samolotem, balonem metrologicznym, ptakiem czy szybko lecącym owadem. Jak w mordę jeża kopanego latający spodek. Zdany, to też opus magnum Roberta Bernatowicza, który do dziś wszystkich niedowiarków oskarża o zazdrość - bo on ma fajoskie zdjęcia, a inni co najwyżej rozmazane plamy na niebie.

Kiedy już sceptycy otrzepali sobie ziemię z kolan, przystąpiono do oględzin owego powalającego materiału dowodowego. Pierwsze co nasuwało się na myśl, to dwie połączone ze sobą miski. Ekipa Nautilusa po wykonaniu "ekspertyz" wykluczyła jednak takie wyjaśnienie. Obalającą miski ekspertyzą było po prostu podrzucanie podobnych misek do góry i robienie im zdjęć, Nautilusowi się to nie udało, wszystkim na świecie się udaje, im nie, no trudno. Do Zdanów zawitali goście z Łotwy z organizacji Necton Laboratory (szkoda, że strona nie wyświetla się po angielsku), którym od razu udało się przy pomocy misek spreparować prawie identyczne zdjęcia. Niepochlebnie na temat zdjęć wypowiedział się także znany w środowisku polskiej ufologii Mariusz Fryckowski, który jako jeden z nielicznych miał dostęp do oryginałów fotografii. Według niego dane exif zdjęć nie zgadzały się z relacją świadków. Cień na oficjalną sekwencje fotek, poza metadanymi w samych zdjęciach, rzuciła także chmura kondensacyjna samolotu widoczna na zdjęciach. Co gorsze, w UFO (w dalszej części tekstu nazywanym miskami) prawdopodobnie odbija się ziemia, zaś gdyby miski były wysoko (dla obiektu o średnicy 2 metrów to wysokość ponad 30 metrów) powinniśmy widzieć w większości niebo.


W wyjaśnianiu latających misek i innych dziwów niezbędnym zabiegiem jest sięgnięcie do źródła tych pierdół. Dokładnie kto pierwszy ujawnił jaką historię, na łamach jakiego pisma się ukazała. Dla przykładu jeszcze lepsze zdjęcia i filmy z Meksyku czy Ameryki Południowej pochodzą zwykle od brukowców, które są współudziałowcami wydarzeń, które same opisują. Zdany również posiadały swojego medialnego patrona - znany i ceniony dziennik "Fakt". Na przełomie 2005 i 2006 roku "Fakt" raczył swych czytelników całą kosmiczną odyseją. Kosmici pojawili się w Zdanach już w numerze grudniowym. Na początku 12 stycznia podgrzano atmosferę "najlepszym na świecie zdjęciem UFO", a więc dokładnie tymi fotkami, o które toczy się spór. Dwa tygodnie później w kolejnym artykule mieszkańcy spod Zdan chodzą po wsi opętani wizją zemsty, zaopatrzeni w pochodnie i siekiery szukają kosmitów. Finisz zaś to już prawdziwa bomba, luty 2006 i jeden z najsłynniejszych artykułów "Faktu" w jego historii - pierwsze w świecie zdjęcia wnętrza UFO. Wiele w tej sprawie rozjaśnia, zapewne czysty przypadek, iż autor zdjęcia fruwających nad polem misek jest znajomym, czy tam nawet sąsiadem, dziennikarza piszącego te wszystkie bzdury. Kilka lat temu, rozmawiałem z człowiek twierdzącym że mieszka we wsi niedaleko Zdan i ponoć słynne zdjęcia były tam od samego początku przedmiotem kpin.

Na deser rozstrzygający głos zabiorze autorytet. O Zdanach wypowiedział się... Krzysztof Jackowski. Jasnowidz idzie w swych przepowiedniach tropem Nostradamusa, jako że ciężko znaleźć w tych słowach jakikolwiek sens. Seansem obowiązkowym dla fanów Krzyśka jest jednak drugi film, gdzie Krzysiu rozstrzyga na temat jeszcze innych zdjęć latających misek. Wpierw przepowiada, że na zdjęciach, które zaraz zobaczy będzie zakonnica, a tu bach, UFO. Cały szereg przejść semantycznych, tak że pomimo ewidentnie latającego spodka przepowiednia z zakonnicą była słuszna to arcymistrzostwo, polecam.

21 czerwca 2011

Bezcenne mądrości Ojca Klimuszki

Są takie książki, przy których nawet nie warto silić się na gorsze czy lepsze żarty. Wystarczyłoby cytować je żywcem, a już będzie zabawnie. "Moje widzenie świata" Czesława Klimuszki jest niewątpliwie takim dziełem. Księdza Klimuszki nie ma już pośród żywych, jednak echa jego myśli wciąż dzwonią w uszach naszego społeczeństwa. Wszelkie roślinki na syropach, kwiaty na plakatach leków, owocowe syropy na półkach aptek - we wszystkim tym pobrzmiewa urok Ojca Klimuszki. Surowe przepisywanie jego broszurki nie dałoby mi jednak frajdy. Swego czasu myślałem nad tekstem, który polegałby na zmierzeniu mojego domu, a następnie możeniu długości ścian przez powierzchnię dachu, wysokości drzwi dzielonych przez szerokość parapetu minus ilość dni w roku, tak, jak robi się to w przypadku Piramidy w Gizie. Jestem przekonany, że w moich wynikach również pojawiłyby się jakieś liczby opisujące Układ Słoneczny. Nie pamiętam, co stanęło mi wtedy na drodze, chyba zwykłe niechciejstwo (jak się okaże za chwile wpływ pobliskiej topoli). Dziś powracam do tematu swej chałupy, tym razem na ogólnozdrowotny rekonesans. Co Ojciec Klimuszko powiedziałby o warunkach w jakich żyję?

Najpierw ogólne usytuowanie domu. Mleko zostało już wylane, jako że nie przypominam sobie, aby podczas budowy leszczynowa różdżka ustrzegła mnie przed żyłami wodnymi. Na szczęście Klimuszko daje praktyczne porady ich rozpoznania."W żyłach wodnych lubują się pszczoły". Pszczoły odwiedzają mnie każdego dnia, 20 metrów dalej są ule, ale to wyjaśnienie byłoby proste, zbyt proste. Dowód numer dwa. "Na skrzyżowaniu żył wodnych żaden bocian nie zbuduje gniazda". Bociana na dachu ewidentnie brak. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przyoszczędziło się przy budowaniu chaty na instalacji odgromowej, jednak jak pisze ksiądz "żaden piorunochron nie uchroni budynku stojąco na żyle wodnej". Najwidoczniej i tak jestem skazany na spłonięcie żywcem w czasie burzy, więc po co mi taki zbędny wydatek. Żyły wodne odhaczone, teraz biomagnetyzm. "Istnienie tejże energii jest faktem niezaprzeczalnym. Naukowcy niejednokrotnie wykazali to w sposób doświadczalny" (jakby to powiedział Turski w telewizji - "ja pierdolę"). Wyglądam za okno, widzę oddziałujący pozytywnym biopolem świerk, uff, jestem uratowany. Jeszcze bliżej rośnie jednak "topola działająca demobilizująco" - jej obecność tłumaczyłaby parę rzeczy w moim życiu.

Już z progu moja sypialnia nie napawa optymizmem. Łóżko powinno być ustawione w kierunku północ-południe, z głową skierowaną na południe, korpus zgodnie z linią miedzy-biegunową Ziemi. Jedyne zorientowane jakie te łóżko w życiu doświadczyło to kierunek telewizor-monitor. Z Cześkiem na ramieniu zaglądam do szafy:
Nasuwa się uparcie podejrzenie, że te wszystkie sztuczne tworzywa, z których robi się bieliznę, zwłaszcza kobiecą, mogą promieniować na żywe komórki rakotwórczo. Czy tak licznie występujące u współczesnych kobiet nadżerki i guzy przymacicze oraz nowotwory sutek, nie są wywoływane nylonową bielizną? (...) Czy te przestrogi są zdolne dotrzeć do umysłów kobiet? Raczej należy wątpić (...) Trzeba pamiętać koniecznie o tym, że przy noszeniu na szyi srebrnego łańcuszka występuje niekiedy takie zjawisko, że w przeciągu kilku dni łańcuszek sczernieje. Co się stało? Skąd taka zmiana? Otóż jest to sygnał, że w organizmie pojawiło się jakieś schorzenie. W takim wypadku trzeba jak najszybciej udać się do lekarza.
Jeśli promieniotwórcze majtki zaaplikowały już kobiecie nadżerkę, 20 stron dalej jest na nią remedium: "Uliścionymi gałązkami brzozy uścielamy nasze łózko, tak by to nie przeszkadzało w spaniu. Po dwóch tygodniach wszystkie nie zastarzałe jeszcze przypadłości reumatyczne i nadżerki zlikwidują się całkowicie". Grzechem byłoby nie wspomnieć o cudownych lekarstwach Klimuszki. Owymi lekami było w zasadzie to, co jemy. Zaglądamy zatem do lodówki: "czarne jagody na odtrucia" są, "pestki dyni na tasiemca" są, nalewka z bursztynu, gdzie "nalewka z bursztynu lecząca raka"?! W rozpoznaniu tego, co zdrowe a co niezdrowe Klimuszko powołuje się na badania jakiegoś L.Simenotona (?), który przy pomocy swojej aparatury do pomiaru radio-witalności (??) ustalił, że każdy pokarm i lek, którego długość fal wynosi poniżej 300 angstremów jest dla człowieka szkodliwy. Jeśli im więcej, tym lepiej, jak myślicie ile angstremów mają leki farmakologiczne? Oczywiście, 0! A ile zioła? A jakże 9000! Między Bogiem a prawdą Klimuszko mimo wszystko nie namawia do porzucenia leków pochodzących nie z łąki, a z laboratorium. Chociaż to. Brzoza zaczyna kłóć mnie już w plecy więc pora kończyć.

15 czerwca 2011

Saga Emilcina

Jeśli w pieczarach, w których skrywa się archiwum telewizji publicznej zgromadzone taśmy leżą pośród adekwatnych im przedmiotów, na tym filmie stał słoik z krukiem w formalinie. W poniedziałek telewizja polska uraczyła nas dokumentem Nataszy Ziółkowskiej "Niezidentyfikowany obiekt latający" na temat Emilcina. Dla niezorientowanych zamkniętych umysłów: tym czym jest Roswell dla Amerykanów, czym jest jabłko dla wygłodniałego jeża, żaba dla bociana, tym jest Emilcin dla polskiej ufologi. Są tematy, z których w tym środowisku śmiać się nie wolno, Jan Wolski z Emilcina jest właśnie tym tematem. Są w Polsce ludzie, którzy oddaliby się do adopcji Panu Janowi gdyby tylko żył, mający niezachwianą wiarę w historię, która każdego postronnego człowieka onieśmiela swą naiwnością..

Historie Jana Wolskiego żyją już własnym życiem, jednak dla wszystkich wersji pniem pozostaje 10 maj 1978, kiedy to Wolski jedzie wozem przez las. Na jego furmankę ładują się zieloni kosmici (jeden z nich miał przez chwile nawet powozić koniem) i nakłaniają go, aby podjechał na pobliską polanę. Od tej pory wszystko brzmi tak niedorzecznie, że nawet gdyby historię tę opowiadał koń Jana Wolskiego, nie byłaby bardziej nieprawdopodobna. Wolski trafia do UFO, gdzie zostaje poddany badaniom i wypuszczony - wydaje się standardowy banał, doświadczeniem jakim pochwalić się może blisko milion Amerykanów. Gdybyśmy chcieli poznać szczegóły tego, co działo się na polanie w Emilcinie wystarczy wyobrazić sobie najbardziej tandetne filmy s-f. Gdyby sfilmować to wiernie z relacją Wolskiego zagrać mógłby to tylko Leslie Nielsen. Wolski podsłuchuje język zielonych ludzików, który okazuje się brzmieć prawie dokładnie jak języka Gagatka z filmu "Kapuśniaczek". Obca cywilizacja, która dymała tu pół galaktyki przestrzega ziemskiego savoir-vivre. Załoga UFO (którym wedle relacji jest coś przypominające latający autobus) częstuje Wolskiego swoim śniadaniem, a nawet kłania się na pożegnanie! Przedziwne jest nie tylko zachowanie się małych zielonych ludzików, ale też zachowanie samego głównego bohatera. Konia z rzędem dla tego, kto w tak ekstremalnej, niewyobrażalnej wręcz sytuacji postępować będzie tak jak zachowywać się miał Jan Wolski. W najlepszej razie, adekwatnym zachowaniem do takiej sytuacji byłoby mimowolne oddanie moczu, jednak z relacji rysuje się jak tkliwe rendez-vous.

Latający autobus jaki miał widzieć Jan Wolski

Z biegiem lat, wśród polskich ufologów wytrąciły się dwa podejścia do tego, jak radzić sobie z co bardziej głupawymi fragmentami opowiadania Wolskiego. Pierwsza szkoła powiada, że fragmenty pokroju tych o malunkach na kombinezonach kosmitów zostały wymyślone przez badające go persony. Najbardziej świecące naiwnością fragmenty miały zostać zmyślone przez osoby trzecie, a następnie namówiono Pan Jana, aby opowiadał je jako rzeczywiste wydarzenia. Nie najlepiej mówi to jednak o wiarygodności świadka, jeśli tak łatwo skłonić go do mazania baśniopisarskim pędzlem po własnej opowieści. Drugie stronnictwo uważa, że wszelkie prymitywizmy są właśnie najlepszymi dowodami na prawdziwość tej historii. To, że w słowniku prostego chłopa nie było nawet takich słów jak "kosmici", czy "przybysze pozaziemscy" dowodzi, że historia ta musi być prawdziwa. Im głupiej tym lepiej! Szczerze mówiąc czy można wyobrazić sobie lepszy łup, niż wiejski stary dziadzina z 2 klasami podstawówki? Przypadkowi Emilcina, jak przystało na rasowe spotkanie III stopnia, towarzyszą dowody materialne. W filmie "Niezidentyfikowany obiekt latający" oglądamy współczesnych Wolskich, m.in rolnika, który pokazuje na swojej łące dziwne kosmiczne kręgi. Mam nadzieje, że ktoś uświadomił owego biednego chłopinę (zważywszy, że w kadrach co chwilę przewija się ekipa Nautiliusa, zgaduję, że nie), ale ojcostwo tych kręgów należy do grzybów podstawczaków, będących niestety powszechnym zjawiskiem. Dodam, że dowody z Emilcina były słabsze niż te trawiaste kręgi, m.in odcisk w błocie kosmity który nieomal wypieprzył się przeskakując kałużę.

Przygoda Jana Wolskiego jest jedynym znanym mi krajowym przypadkiem CE-3 (używając klasyfikacji Allena Hyneka), który doczekał się nie tylko paru książek, ale i dedykowanego portalu, a nawet pomnika. Trudno powiedzieć skąd ten sentyment do Pana Jana i czemu akurat w Emilcinie polscy ufolodzy pokładają takie nadzieje. Jak mantra powtarzany jest werset, iż Wolski został poddany badaniom, które wykluczyły kłamstwo. Można by polemizować czy takie badanie w ogóle istnieje, ale nawet te, które przychodzą mi teraz do głowy, nie miały tam nigdy miejsca. Byłbym nawet skłonny przyznać, że nie mieliśmy tu do czynienia z kłamstwem. Zrównanie pytania czy wszystko to miało miejsce, z pytaniem czy Wolski mówił prawdę jest karygodnym spłycaniem psychologii człowieka. Można nie wierzyć w tę historię bez wycieczek personalnych w stronę Pana Jana. Niebywałe tezy wymagają niebywale mocnych dowodów, zaś historia Emilcina spełnia jedynie zasadę, że dziecięce bajki lubią nie tylko dzieci.

22 lutego 2011

Praktyka mistycznego cudotwórstwa

Ha, w moje łapska wpadła kolejna książka Jacka Sieradzana, tym razem o bardziej soczystych dewiacjach religijnych. Pan Jacek po raz kolejny wkłada za nas ręce w najbardziej fanatyczny brud, wygrzebując go na światło dzienne. Studiując owe dzieła myśli szaleńczej, dostrzegłem pewną prawdiłowość wśród 20-wiecznych magów i zaklinaczy. Niepotwierdzone niezwykłe cechy jakie przypisywali sobie ci pomyleńcy, stoją w jawnej sprzeczności z przeróżnymi faktami z ich biografii. Czy wielki Aleister Crowley, który ponoć jednym spojrzeniem zamieniał człowieka w zombie, a każdy kogo dosięgły jego wybałuszone oczy, stawał się jego niewolnikiem, czy mając taki dar kantowałby na wymyślonych przez siebie fałszywych lekach? Kiedy na początku lat 20-tych przycisnęła go bieda sprzedawał tabletki zwane przez siebie eliksirem życia. Mniej więcej było to to samo, czym handlowali wędrowcy szarlatani, z którymi na dzikim zachodzie w jednym z odcinków walczyła doktor Quinn - znaczy się bezwartościowe pigułki działające na nic. Czytając "Od kultu do zbrodni" trapiło mnie wewnętrzne rozdarcie czy śmiać się z tego czy płakać. Niebywałe, że znalazło się tak wiele osób gotowych poświęcić życie dla tego żenującego spektaklu i pożal się boże godnych obietnic. Kolega po fachu Crowleia, twórca kościoła Szatana Anton Szandor LaVey, na którego jedno skinienie lucyfer wyczesałby mu diabelski ogon, nim przeistoczył się w arcydemona, zarabiał na pipcząco-migoczącym urządzonku, które za pomocą elektronicznego miernika wykrywać miało duchy. Swoim klientom wmawiał, że owa stworzona przez niego machina stanowi także pułapkę, w którą schwytać można niesfornego ducha w ten sposób doprowadzając nawiedzony dom do stanu używalności. Ten sam poziom autentyczności miały wróble malowane przez Gurdżijewa, prekursora New Age na żółto i sprzedawane jako kanarki.

Jeśli chodzi o wymiar finansowy wszystkich przebija Soko Asahara, guru sekty Najwyższa Prawda, która w latach 90-tych podłożyła trujący sarin w Tokijskim metrze. Za terapię skórkami mandarynek kasował on 7 tysięcy dolarów! Kiedy rozczarowani klijeci złożyli doniesienie na policję, został skazany na grzywnę... tysiąca dolarów, mimo że na mandarynkowym fałszerstwie zbił wówczas około 200 tysięcy dolców! Kiedy Ashara dorobił się renomy, jego wyznawcy byli gotowi płacić 370 dolarów za centymetrowej długości włos wyrwany z jego brody. 800 dolarów kosztować miała mała buteleczka wody po kąpieli tego wielkiego mędrca, a pijący te syfy człowiek miał nabywać nadnaturalnych mocy mistrza, takich jak lewitacja i telepatia. Z niezwykłego obrazu mistyków zwykle ostaje się tylko niemoc i desperacja. Dla przykładu, zdolności nie w kij dmuchał przypisywał sobie Kanadyjczyk Roch Theriault. Posiadał umiejętność leczenia, a nawet wskrzeszania ludzi, a mimo to, jego codziennym fachem była kastracja bydła i świń. Pan Jacek dodaje, że robił to bez "upuszczania krwi", a zważywszy, że w tym samym okresie chwalił się, iż potrafi rozmawiać z drzewami i zwierzakami, szczególnie w tym drugim kryć mogła się tajemnica jego fachu. Kiedy zapowiedziany mu przez Boga koniec świata w lutym 1979 się nie ziścił, Theraulta wytłumaczył to swoim wyznawcom, "iż nawet Bóg może popełniać błędy".

Jeszcze bardziej wygórowane ego posiadał David Koresh, który uważał się za bożego syna, posiadał wszystkie jego atrybuty z wskrzeszaniem ludzi i tym podobnymi bajerami włącznie. Jahwe zabrać miał Koresha w UFO-rydwanie na jedną z planet w gwiazdozbiorze Oriona, gdzie Bóg objawić miał przed nim swoje najskrytsze tajemnice. Koresh znany jest pośrednio fanom muzyki rockowej. Jeśli ktoś słyszał o próbie wyczerpania psychicznego ludzi poprzez obstawienie domu głosnikami i puszczaniu przez nie muzyki Alice Cooper wraz z dzwiekami wierteł dentystycznych, to metod tych próbowano właśnie na Szczepie Dawidowym (wyznawcach Koresha) w roku 1993. Kiedy to zawiodło, na zaciekle broniącą się sektę przypuszczono ostatecznie szturm, w którym zginął nieśmiertelny Koresh i ponad 70 jego wyznawców. Latające spodki mieli w głowie także wyznawcy Zakonu Świątyni Słońc, którzy w 1994 roku dokonali zbiorowego samobójstwa, co w ich jezyku przekładało się na podróż w kierunku Jowisza, bądz w innej wersji - na Syriusza. Proklamowali scisłe zasady zdrowego żywienia, które uchronić miało ich przed apokalipsa. Stąd jedli tylko... chleb z masłem orzechowym. Nieufnosć wobec medycyny nie pomogła Marshallowi Applewhitowi. Wyznawcy jego idei postanowili udać się na statek kosmiczny ukryty za kometą Hale'a-Boppa między innymi dlatego, że nie mogli znieść myśli, iż ich guru niebawem umrze. Applewhite szykował ich na swoją smierć, będąc przekonanym, iż cierpi na nieuleczalną odmianę raka. Przygotowywał ich tak intensywnie, iż w marcu 1997 roku wszyscy popełnili samobójstwo. Autopsja zwłok Applewhite oczywiście nie potwierdziła jego domniemanego nowotworu.