26 grudnia 2010

Najczęstsze zjawisko paranormalne świata

Kiedy na klawiaturze zbierają się kłęby kurzu, a między palcami widać pajęczynę, oznacza to niechybnie, że wypadałoby w końcu coś napisać. Mój mózg się coś ostatnio zapuścił, ledwo zipie przy byle okazji. To chyba ten hamulec jaki zaciągamy koło trzydziestki - następny ponoć koło 40-stki, wiec i kolejna przerwa w blogowaniu ustalona. Aby się jakoś intelektualnie odkorkować posłużę się techniką małych kroczków, a zatem wybiorę najlichszy, niewymagający żadnych researchów temat. Oczywisty, prosty, wręcz prostacki, taki co to już bystrzejsza małpa dałaby rade go rozkminić. Pod tym pompatycznym tytułem notki może kryć się co najmniej kilka tematów, generalnie równie krotochwilnych w przypisywaniu im nadnaturalności. Mówienie tego samego w tym samym czasie, co kolega z ławki - w domyśle telepatia, czy bycie prześladowanym przez jakąś liczbę - w domyśle nie wiem co. Zjawisko opisywane przeze mnie dowodzić ma chyba reinkarnacji, choć dla Neo oznaczało machinacje jakim poddawany jest właśnie Matrix. W "Kryminalnych zagadkach Miami" robiąca tam chyba za uczoną, pani stwierdza, "że są rzeczy, których nauka wyjaśnić nie potrafi, jak deja vu". Czy aby na pewno nauka nie potrafi wyjaśnić deja vu?

O paranormalnym potencjale deja vu możemy przekonać się, kopiąc w produktach kultury popularnej lub zaglądając w miejsca nawiedzane przez nawiedzonych entuzjastów parapsychologii. W najlepszym z serii Star Treków, Next Generation, moja ulubiona postać komandor Date rozpracowuje deja vu, co pomaga wymknąć się całej ekipie z pętli czasowej. Generalnie pętle czasowe i równoległe rzeczywistości to właśnie to, z czym deja vu (po klingońsku lipoch) kojarzone jest s-f najczęściej. Odmiennym przypadkiem są osoby, chcące pochwalić się swoimi paranormalnymi zdolnościami i szturmujące fora zajmujące się tą tematyką. Nierzadko pasjonujący opis z oczekiwaniem na spłynięcie wszystkich ochów i achów, a tu bęc, okazuje sie zjawisko to ma już nawet swoja nazwę. Pomysł, iż nauka jest tu bezsilna bierze się chyba z funkcjonowania wielu, kompletnie błędnych tłumaczeń, jak np. to, że deja vu wynika z różnicy czasu pomiędzy zarejestrowaniem obrazu przez jedno, a później przez drugie oko. Tymczasem w świecie stricte naukowym istnieje nieźle ugruntowany konsensus, co do tego czym jest deja vu. Jest to pamięciowa czkawka, zmagania naszego mózgu czy to, czego własnie doświadczył pochodzi z jego pamięci krótkotrwałej czy długotrwałej. Jeśli nasz umysł przedobrzy i teraźniejsze doświadczenie wskoczy bezpośrednio do pamięci długotrwałej, pojawi się to dziwaczne uczucie, że sięgnęliśmy właśnie gdzieś głęboko do swej pamięci, mimo, że sytuacja wydarzyła się przed momentem. Odwrotnością deja vu jest jamais vu, wtenczas nawet najbardziej rutynowa czynność sytuowana jest przez nasz mózg jako coś nowego.

Przechodząc do najciekawszej części notki, posłużę się chyba wciąż najnowszym numerem specjalnym Wiedzy i Życie, nawiasem mówiąc, strasznej szmiry - nie polecam, o szumnym tytule "Kim jesteśmy" i tak się składa, że chyba najlepszy artykuł tego numeru dotyczy właśnie deja vu. Tekst autorstwa Małgorzaty Załogi skupia się nad tym, co wszyscy lubimy najbardziej, a więc na wynaturzeniach. Rzadkich i strasznych, a przez to trochę zabawnych chorobach oscylujących wokół zaburzeń pamięci. Chyba najfajniejsze z nich to paramnezja powielająca, kiedy nie możemy oprzeć się wrażeniu, że ludzie dookoła nas nie są sobą, lecz swoimi identycznymi kopiami. Powiązaną z tą przypadłością jest tzw. zespół Capgrasów, kiedy dobrze znane nam osoby odbierane są jako obce, tyle że o identycznym wyglądzie. Kolejny zespół, tym razem zepół Fregoli sprawia, że cierpiący na tą chorobę będzie rozpoznawać swoich znajomych w obcych osobach, choć o zmienionym wyglądzie. Na koniec zostawiłem sobie "zespoły dnia świstaka", jako że historia medycyny notuje i takie przypadki. Jeden z nich przypadł Japończykowi, który nie mógł pozbyć się wrażenia, że przeżywa wciąż ten sam moment swojego życia, co podobnie jak w filmie skończyło się kilkoma próbami samobójczymi, oraz bardziej optymistyczny przypadek 25-letniej kobiety, która przez 12 lat przeżywała wciąż ten sam fragment swojego żywota. W artykule nie podano niestety jaki był to moment, ale najwidoczniej przyjemny, jeśli pacjentka przez kilkanaście lat trwała w nieustającej euforii.