22 września 2010

Świecowanie uszu - niezabawna strona medycyny naturalnej

Gdyby nasze uszy mogły mówić, myślę, że zażądałyby co najmniej takiej samej estymy jaką darzymy dziś oczy. Nikt na własną rękę nie dłubie sobie w oczach, za to w co drugim domu wala się pudełeczko z patyczkami do uszu. Nawiasem mówiąc, czyszczenie nimi uszu to ostatnia rzecz do jakiej się one nadają. W arsenałach "wujków dobra rada" są jednak i takie "zabiegi pielęgnacyjne", przy których uszy skuliłyby się w kącie ze strachu, gdyby tylko to potrafiły. Po co czyścić tak delikatny narząd patykiem, jak można to zrobić ogniem - czyż nie brzmi to wspaniale?! Zasada jest prosta: wydrążoną świecę z pszczelego wosku, nazywaną dalej w tekście pod uczoną nazwą fitoświecy, wpychamy sobie do ucha i podpalamy - co nazywać będziemy od tej pory pod mniej drastycznie brzmiącą nazwą świecowania. Jak dowiedziałem się z polskiego bloga poświęconego zachwalaniu tej metody, świecowanie uszu praktykowano już w starożytnym Egipcie, Chinach, Indiach, Tybecie, u Majów i Azteków. Aż prosi się, aby do tej listy dokooptować Atlantydę. Dajmy spokój temu, czy starożytni ich używali (a nie używali), jako że same świece nazywane są świecami Indian Hopi. Pod taką nazwą są sprzedawane szargając na świecie dobre imię sympatycznych Hopi. Hopi się jednak nimi nigdy nie katowali! Urzędująca w Arizone Rada Plemienia Indian Hopi, protestowała już przeciwko tej nazwie, podkreślając, że ich lud nigdy nie używał takiego cudu. Marketing wie jednak swoje - nic nie uwiarygadnia coraz dziwniejszych pomysłów na medycynę alternatywną lepiej, niż modni starożytni i tajemniczy Indianie.

Wydaje mi się, że pomysł na oczyszczające właściwości świecowania uszu wzięto z filmów animowanych. W bajkach czyścimy uszy wkładając chusteczkę do jednego ucha i wyciągając drugim. Dokładnie tak wyobrażają sobie budowę ucha zwolennicy tego zabiegu, twierdząc, że spalająca świeca - wytwarzając efekt komina - zasysa wszystkie syfy, a przy okazji wyrównuje ciśnienie powietrza w różnych zakamarkach naszej czaszki. Komuś zapomniało się, że ucho to ślepa uliczka, wyprawa do ucha nie jest dla powietrza podróżą w jedną stronę, nie ma żadnego przeplywu powietrza, jako że wszystko zamyka na końcu błona bębenkowa. Po co paląca się fitoświeca miałaby robić sobie tyle zachodu, tworząc porządne podciśnienie mogące odrywać gęsty i lepki materiał, jeśli dookoła niej jest od cholery powietrza? W rzeczy samej, badania na modelu ucha wykazały, że świeca nie wytwarza praktycznie żadnego podciśnienia! Tajemnicą przerażającej popularności fitoświecy w naszym kraju jest pokazywanie pacjentom po świecowaniu, żółtego nalotu przy końcówce "wbitej" w ucho. "Ucho było przecież wyczyszczone, a tu proszę, jeszcze tyle maziochy, niezła rzecz te świece!". Pisałem, że zabieg ten nie jest w stanie usunąć niczego z naszego ucha, skąd zatem lepki wosk na dnie świecy po świecowaniu? hmm... skąd może wziąść się wosk na dnie palącej się woskowej świecy? Otoż dokładnie stąd, ścieka ze świecy! Można przystawić ją do ucha, wbić w piasek, trzymać na czole, ważne, aby zamknąć jej dopływ powietrza "od dołu", a mamy gwarancje, że po wypaleniu się świecy na dnie znajdziemy zawsze tyle samo kleistego wosku!

Gdyby świece czyściły tylko ucho, tępy patyczek owinięty watą byłby dla kosztującej kilkanascie złociszy świecy śmiertelną konkurencją. Fitoświece zatem mogą leczyć nas prawie ze wszystkiego, np z migren. Nawet gdyby świecowanie objawiało się tym, czym się nie objawia, w jaki sposób zmiana ciśnienia w uchu ma wpłynąć na genetyczne zaburzenia neuroprzekaźników w mózgu, pozostaje dla mnie zagadką. Bardzo podobają mi się spostrzeżenia pani Jolanty Kwapisz, która popełniła tekst o świecowaniu dla "Poradnika domowego". Otóż kolor wosku jaki gromadzi się na dnie świecy - tak, dokładnie, tego który pochodzi wyłącznie z niej samej - diagnozuje naszą kondycje zdrowotną. Kolor żółty oznacza terapie zakończoną pełnym sukcesem, brązowy - postępującą poprawę wymagającą kolejnych zabiegów, zaś zielony nadchodzący dramat. Jedynym dramatem jest tu jednak sama świeca, która nie potrafi niczego z tego co jej się przypisuje, ale wprowadza do najczęściej chorego już ucha brudny wosk i gorący popiół. Według statystyk ponad 10% zabiegów świecowania uszy kończy się poparzeniem; kolejne kilkanaście procent niedrożnością kanału słuchowego lub tymczasową utratą słuchu. Rzadziej przydarza się zapalenie ucha zewnętrznego, a mniej więcej 1 przypadek na 100 kończy się naprawdę tragicznie - perforacją, przepaleniem błony bębenkowej. Toż to słuchowy armagedon! Jako, że ludzi używających fitoświecy raczej nie interesują statystyki i wypowiedzi lekarzy, bo przecież pani Irena używała i pomogło, o skuteczności świecowania mogę przekonać się w swój ulubiony, anegdotyczny sposób. Wystarczy spojrzeć na komentarze dołączone do wyżej przytaczanego artykułu. Są oczywiście, takie które twierdzą, ze to nadzieja medycyny, ale wśród około 30 z nich są i takie cztery:
Gdy świeca była okolo 5cm nad miom uchem, wystaraszyłam sie i gwałtownie poruszyłam, od teraz np. przy kichnięciu czuję ból ucha, bardzo nieprzyjemny (...) Skorzystałam z tego zabiegu rok temu na jedno ucho, od tego czasu zauważyłam nieporównywalnie większe wydzielanie woskowiny w tym uchu oraz dziwne bóle głowy przy przeziębieniach (...) dzisiaj bylam u lekarza, wyjaśnił, że ma bardzo dużo przypadków po "świecy"; okazało się, że błony bębenkowe mam oblepione popiołem, co nasiliło szumy (..) niestety, nie tylko nie pomogło (miało pomóc na zatoki), ale teraz mam chroniczny stan zapalny w jednym uchu.
Jako jedna z najgroźniejszych odmian medycyny naturalnej na początku ostatniej dekady, świecowanie spotkało się z druzgocącą krytyką Narodowej Rady Zwalczania Oszustw Medycznych NCAHF. Od połowy lat 90-tych wojnę fitoświecom wytoczyło czasopismo branżowe laryngologów "Laryngoskop". Od 2006 fitoświece zakazane są w Kanadzie. Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków FDA 3 lata temu uznała świecowanie za niebezpieczne dla zdrowia, jednocześnie podejmując stosowne kroki, aby nie dopuścić do sprzedaży tego czegoś na rynku amerykańskim. W lutym tego roku FDA wystosowano ostrzeżenie do 15 firm, które próbowały obejść przepisy, sprzedając świece z adnotacją, iż nie są one przeznaczone do tego, do czego wiadomo, że są przeznaczone. W Polsce -co sam sprawdziłem na wrocławskim rynku - w każdym sklepie z odrobinie egzotycznymi medykamentami.

16 września 2010

Krew i wróżby

Pod moją nieobecność spiętrzyło się bieżących tematów - zatem o dwóch niemających ze sobą wiele wspólnego, za to pozwalających skompilować chwytliwy tytuł. Aby powiedzieć o pierwszym należy zrobić susa przez ocean, do niewielkiego 60-tysięcznego argentyńskiego miasta Yerba Buena. Rocznie notuje się na całym świecie kilka takich przypadków, ale jakoś tylko ten przebił się pod naszą medialną strzechę. Jak się okazuje nie brak chętnych do krzyżowania szpady z Manneken Pisem o to, co i w jaki sposób wypływać może ze zwykłej rzeźby. Jak donosi fronda na jednym z obrazów Ostatniej Wieczerzy, z czoła Chrystusa, a dokładnie z rany po koronie cierniowej pociekła krew. Jak dodaje portal, w ciągu ostatnich 100 lat odnotowano setki podobnych zjawisk, a jedynie kilka z nich zostało uznanych za cud.. Kto by dbał tu o detale, że obraz to w rzeczywistości rzeźba panowie frondowcy i nie kilka ale 1, słownie jeden taki przypadek został dotąd uznany za cud. Nie znalazłem jeszcze wyników badań przypadku z Yerba Buena, a jeśli mamy do czynienia jedynie z wewnętrznym śledztwem kościoła, to obawiam się, że nigdy ich nie znajdę. Znamy natomiast losy wcześniejszych takich przypadków. Od niedawna palmę pierwszeństwa dzierży w tym rzeczywiście Ameryka Łacińska, jednak w ostatnich latach mieliśmy przypadki krwawiących posągów z Azji i Australii, zewsząd gdzie żyją spragnieni tego chrześcijanie. W statystykach bezsprzecznie wygrywa jednak Półwysep Apeniński, gdzie przez wieki Zbawiciel nie skąpił mirakularnym groszem. Naszym drobnym wpisem w tej długiej księdze jest za to tzw. cud lubelski, cud płaczącego obrazu jeszcze z czasów stalinowskich. Cuda takie zawodzą wielorako. Najsłabiej wypadają wtedy, kiedy przyłapuje się ludzi nanoszących na posąg łzy za pomocą strzykawek, jak to nie raz już bywało. W dalszej kolejności przystępuje się do badania sączących się po statuetkach płynów. W przypadku plączących figurek związanych z Audrey Santo była to mieszanina zawierająca tłuszcz z kurczaka. Nie wykluczone jednak, a nawet bardzo możliwe, że taka figurka płakać będzie prawdziwą krwią. Nawet wtenczas nie warto padać jeszcze na kolana, bo i tu sprawa nie zawsze jest jasna. Na przykład posąg Ojca Pio płakał w 2002 krwią kobiety, zaś Madonna w 1995 płakała krwią mężczyzny. Ostateczna sposobność ustalenia ewentualnego fałszerstwa to próba dopasowania krwi do osób zamieszanych w incydent. Nie zawsze jest to możliwe i nie zawsze się to wykonuje. Nie zawodzą próbki pobrane od właścicieli statuetek, jako że to właśnie ich krwią najczęściej wysmarowuje się owe rzeźby, zaś w roku 2008 posąg Maryi płakał krwią kustosza kościoła gdzie wystąpił owy cud. Ciekawostką jest, że Niebiosa zwykły wyraźnie dopasowywać cuda do danego wyznania. Katolickie przedstawienia Świętej Rodziny płaczą głównie wodnistymi i krwistymi łzami, zaś prawosławne wonnymi olejkami - choć od pewnego czasu efekty specjalne ze świętych ikon są adaptowane także na katolicki grunt.

Drugi temat to nieśmiertelny Jackowski, który nigdy nie zawodzi w dostarczaniu rozrywki. Tym razem zaangażował się w nagłośnione przez Gazetę Wyborczą zaginięcie Iwony Wieczorek. Przy tym zbulwersowany, znów chce skarżyć policję za naśmiewanie się z jego zdolności. Otóż kolejny rzecznik po Biedziaku, tym razem Wojciech Szelągowski zaprzecza, by Jackowski kiedykolwiek im pomógł. Szelągowski bardzo krytycznie odniósł się do precyzji, z jaką Jackowski i inni jasnowidze typują miejsca poszukiwań:
W tych (przypadkach), które znam, nigdy żaden jasnowidz, w tym pan Jackowski nie wniósł żadnych istotnych informacji. To są na ogół stwierdzenia bardzo ogólnikowe. Tereny zielone? W odludnych miejscach na ogół jest jakaś roślinność. Woda? W Polsce zawsze jest blisko do jakieś rzeki, jeziora czy choćby strumienia.
Aby zadać kłam tym oszczerstwom, tuż po tym Krzysiek tradycyjnie obwąchał rzeczy Pani Iwony i ze znaną tylko sobie dokładnością ustalił miejsce jej pobytu.
W pobliżu jakichś drewnianych bud czy szop. W pobliżu jest jakaś utwardzona droga, ale nie asfalt. Jest też las.
Po takich wytycznych jednego możemy być pewni - Jackowski po raz kolejny zaliczy na swym koncie trafną przepowiednię. Sam oczywiście owych zwłok nie odnalazł, ale jeśli tylko kiedyś zostaną odnalezione, praktycznie gdzie by to nie było, zawsze będzie mógł powiedzieć "a nie mówiłem!". Jak widać przemawia przeze mnie pesymizm, bo w końcu nie wiemy czy Pani Iwona jeszcze żyje, ale i w tym Jackowski na pewno się nie pomyli. Nie pomyli się, ponieważ obstawił obie możliwości! Wciąż powtarza, iż jego zdaniem Wieczorek nie żyje, nie mniej jakieś przeczucia podpowiadały mu że wciąż może być cała i zdrowa. Racje może mieć zatem albo Jackowski jako Jackowski, albo Jackowski jako jego przeczucia, tak czy owak Jackowski. Oczywiście to nie Krzysiek wymyślił ten zabieg, jest to odwieczna szachrajstwo ludzi tworzących wokół siebie aurę nieomylnych jasnowidzów. Przykładem na to może być Ossowiecki, który w 1939 roku wciąż zapewniał publicznie, że wojna nie wybuchnie. Tymczasem w prywatnych rozmowach ze znajomymi twierdził, że jednak czuje nadchodzącą wojnę. Oczywiście o tym drugim dowiedzieliśmy się już po wybuchu wojny, kiedy przyjaciele Ossowieckiego szybko wytłumaczyli jego pomyłkę. Gdyby wojna jednak nie wybuchła, masy znów westchnęłyby pod wrażeniem jasnowidza, a my nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że jasnowidz mówił również i coś przeciwnego.