18 lipca 2010

Lewitujące stoliczki prof. Anny Mikołejko

Patrząc w niedzielne południe na Iwonę Schymalle, na jej wejścia antenowe przecinane słowami papieża, to, co i jak mówi sprawia, że ona i papież zlewają mi się w jedno. Patrząc na standard telewizyjnych dyskusji o religii, tym bardziej powinniśmy dbać o kaganki rozumu, a tych nie pozostało w mediach zbyt wiele. Z pejzażu religijnego patosu i moralizatorskiego tonu wybija się audycja Cezarego Łasiczki, gdzie o byciu ekspertem nie decyduje ilość godzin wyklęczanych na kościelnej posadzce. Czarek jako nasz człowiek, poza metafizycznymi ciągotami przejawia też zdrowe, naukowe zainteresowania, prowadząc w TOK FM Radiową Akademię Nauki. W przedostatnim wywiadzie dostępnym na stronie, Akademię nawiedziła socjolog profesor Anna Mikołejko, aby opowiedzieć słuchaczom coś na temat spirytyzmu. Wywoływanie duchów naukowym okiem - nic tylko słuchać. Tymczasem przez prawie godzinę wydawało mi się, że słucham nie Akademii Nauki, a Nautilusa Radia Zet, zaś nasza poczciwa Łasica została uwięziona w jakiejś ektoplazmatycznej pułapce. Jakby Bernatowicz zafarbował włosy, ubrał sukienkę i podszył się pod tytuł profesora. Wizja mediumizmu jaką dzieli się z nami Pani Anna to na pewno nic spod marki "szkiełko i oko", poczynając od prekursorek rozmów z duchami sióstr Fox.
Siostry Fox zadawały pytania, na które znajdywano odpowiedzi w postaci stuków. Pojedyncze stuknięcie oznaczało tak, podwójnie nie (...) Ich dom przebadano, znajdując ponoć jakiś szkielet w ścianie. Stuki jednak trwały, dopóty w piwnicy nie odnaleziono szkieletu tej właściwej osoby (tej która hałasowała, tamta ze ściany była akurat spokojna - przyp.).
Koniec przekazu. Bądź tu teraz prostym człowiekiem, a po wysłuchaniu takiej informacji zostanie ci jeno w głowie "naukowiec z radia potwierdziła, iż aby pozbyć się hałaśliwego ducha, należy odnaleźć jego ciało". Pani Anno, wypadałoby tu coś dodać, nieprawdaż? Tym bardziej, że przypadek sióstr Fox to akurat powszechnie znany przykład fałszerstwa (za sprawą Carla Sagana, który opisał ich historie w "Umyśle Broca"). Stukania pochodziły nie od ducha, ale od jednej z sióstr. U schyłku swojej kariery Margaret Fox ujawniła tą niesforną paranormalną postać - był nią wielki palec u jej stopy. Udało jej się wyćwiczyć palucha na tyle, aby "pstrykać" nim tak jak wiele osób robi to przy pomocy kciuka. Nawet po zaprezentowaniu tego triku publicznie, wiele osób nie uwierzyło, że wszystko to było mistyfikacją. Następny fragment wywiadu zdradza, iż profesor Mikołejko mogłaby podzielać tą nieufność.
Julian Ochorowicz, który śledził eksperymenty, którym poddawano Eusapie Palladino był przekonany, iż nie oszukuje. Twierdził jednak, iż media mają taką skłonność kiedy są w transie, że pomagają sobie fizycznie, kiedy ich medialne właściwości słabną. Media o tym nie wiedzą, nie może być tu zatem mowy o oszustwie.
Julian Ochorowicz, że przypomnę, to XIX wieczny badacz mediumizmu, ulubieniec polskich spirytystów. W jednym z wywiadów pani Mikołejo nie kryje podziwu dla tej osoby, nazywając go nawet "wielkim sceptykiem". Co dokładnie mówi ten wielki sceptyk, co tak podoba się profesor Mikołejko? Jest to klasyczne, naiwne i prymitywne tłumaczenie oszustwa wszelkiej maści. Otóż łapanie na oszustwie nie dowodzi, iż media są oszustami, bo na pewno oszukiwali akurat wtedy kiedy próbowano ich na tym złapać - na co dzień obywają się już bez matactw. Jak wiadomo zawsze oszukujemy, kiedy ktoś testuje naszą wiarygodność, aby bez złych sceptyków za plecami bazować tylko na swoich nadnaturalnych mocach, czystej paranormalności. Jakimi zatem "nieuświadomionymi czynnościami, tak że nie mogło być mowy o oszustwie" parała się największa medium Europy, przez przypadek żona iluzjonisty, pani Palladino? Otóż nieświadomie posiadała specjalne buty, z których dało się wyciągnąć stopę tak, że but który trzymali kontrolerzy pozostał nieruchomo, przez co udział jej nóg w lewitacji stolika wydawał się niemożliwy. Przyłapano ją, iż w rękawach, nieświadomie oczywiście, trzymała gumową gruszkę, aby w zamkniętych pomieszczeniach móc poruszyć zasłonką, którą dla publiczności poruszyć mógł jedynie przybyły właśnie duch. Mikołejko uwiarygadnia media jeszcze innym "badaczem". Przypominając, że nasze najsłynniejsze medium, czyli Teofila Modrzejewskiego badał i nic nie znalazł...:
naukowiec tej klasy co prof. Charles Richet, laureat Nagrody Nobla z 1913 roku w dziedzinie medycyny.
Nie wiem jakie znaczenie ma Nobel za badanie reakcji alergicznych na demaskowanie latających stolików, ale najwidoczniej duże jeśli warto to nadmienić. Może gdybym zatarł sobie oko zgłosiłbym się do Richeta, ale jeśli chodzi o badanie zjawisk paranormalnych był on całkowitym amatorem, poza tym sam był okultystą. Z protokołów badań Richeta na naszym wielkim jasnowidzu Ossowieckim wiemy jak owe badania wyglądały. Testy na jasnowidzenie były prowadzone na kartach, które Ossowiecki trzymać mógł w rękach, co nawet wtedy dla rzetelnych badań było czymś nie do pomyślenia. Nie były to testy wyboru, tak jak być powinny, a testy skojarzeniowe. Ktoś coś nabazgrał, on coś nabazgrał i cała zabawa polegała na tym jak te dwa bazgroły były do siebie podobne. Jeden z testów polegał na interpretacji wiersza umieszczonego przed jasnowidzem w kopercie, zaś Charles Richet miał ustalić na ile trafny jest to opis. Wiemy dokładnie jak wyglądała atmosfera tego testu. Ossowiecki pieprzył coś, że widzi emocje, tęsknotę i uczucia, a gość z zagranicy który miał sprawdzić wiarygodność jasnowidza krzyczał - tak! O boże znowu trafiłeś! I znowu! I jeszcze raz! Wracając do Modrzejewskiego, z ust profesor Mikołejko pada o nim jeszcze jedno interesujące zdanie. Fragment pochodzi z wcześniej wspomnianego wywiadu profesor dla Polskiego Towarzystwa Studiów Spirytystycznych.
Modrzejewski prosił pojawiające się na seansach zjawy o zanurzanie dłoni bądź stóp w płynnej parafinie. I kiedy goście z zaświatów znikali, pozostawały po nich puste odlewy kończyn. Naukowcy, którzy je badali - wtedy i dziś - twierdzą, że niemożliwe jest zrobienie ich w jakikolwiek znany sposób, np. poprzez nadmuchanie rękawiczki i włożenie do wosku.
Rzecz ma być niewykonalna, jako że nie można zanurzyć w wosku dłoni za nadgarstek, a następnie wyciągnąć jej bez uszkadzania formy. Rzeczywiście dmuchane rękawice mogłyby się nie sprawdzić, o wiele lepiej zanurzać jest w wosku... po prostu dłonie. Każdy może zrobić sobie taki odlew, nie potrzeba do tego żadnych dodatkowych urządzeń, jedynie odrobinę wprawy. Znaleźć można nawet szczegółową instrukcję, jak krok po kroku wyprodukować dokładnie takie same formy jak Modrzejewski. Dokładnie takie same jak te, które jak twierdzi Mikołejko, są niemożliwe do zrobienia bez elastycznej ręki pomocnego ducha. Jedyne co jest tu dla mnie niemożliwe to to, aby profesor pisząca o tym książki, która o spirytyzmie wie pewnie tysiąc razy więcej niż ja, o tym nigdy nie słyszała. Obawiam się, że naukowy dystans do przedmiotu swych badań dawno poszedł tu w odstawkę. Anna Mikołejko wydaje się wierzyć nawet w wielokrotnie skompromitowanego Jackowskiego. Na sugestie Pana Łasiczki, iż przydałby się nam w Polsce jakiś świetny jasnowidz, zza mikrofonu dobiega lekko podniecony głos "mamy, mamy przecież takiego jasnowidza! Z Czuchowa! Ileś segregatorów potwierdzających skuteczność Jackowskiego, w końcu współpracuje z policją!" (nie dawno Jackowski skarżyć chciał Komendę Główną Policji, wcześniej nazywając ich kłamcami, po tym jak jej rzecznik Paweł Biedziak zaprzeczył, aby Jackowski kiedykolwiek udzielił im jakiś użytecznych informacji). Został nawet człowiekiem roku - kontynuowała zachwalanie Jackowskiego. Kto go ogłosił człowiekiem roku? Czasopismo "Nieznany Świat". To wiele wyjaśnia - kończy z przekąsem Łasiczka. Mi także wiele to wyjaśnia.

10 lipca 2010

Nie chcem ale muszem

Są tematy, przed którymi chyba nie da się uciec. Chowam się przed nim, zaklinam, przepędzam, a i tak co jakiś czas czytam mniej więcej tego samego maila. Tematu Całunu Turyńskiego nie lubię przeokropnie. Masa artykułów na ten temat, na dzień dobry zniechęca mnie do pisania. Naprawdę ciężko pomyśleć tu coś nowego, temat wtórny i zdrenowany na wszystkie możliwe sposoby. Istnieje ponoć 40 tysięcy mniej lub bardziej naukowych książek poświęconych tej tkaninie! Dla porównania inny, także dość chodliwy temat w dziedzinie debunkingu - Atlantyda - to "jedynie" 1,5 tysiąca publikacji. Po drugie, okopanie ścierających się ze sobą stron jest nieprzeciętne, przy czym słowo okopanie nie oddaje w pełni głębokości tych okopów i niezmierzonych połaci ziemi niczyjej, tak rozległej, że ani sceptycy, ani orędownicy autentyczności całunu nie mogą się na niej spotkać. Nadmienię tylko, że każda ze stron ma po kilkanaście dowodów ostatecznie potwierdzających/podważających jego autentyczność. Dzisiejszą sobotę zarezerwowałem sobie na o wiele ciekawszego Ossowieckiego, tudzież połykaczy dziwnych przedmiotów, od mieczy po szkło, czuję jednak, że jeśli nie napisze o całunie to w końcu mnie zadusi.

Zakładam, iż każdy kto chce poznać argumenty za i przeciw całunowi z łatwością je sobie znajdzie, a jeśli tylko uprze się w poszukiwaniach, na pewno znajdzie i kontrargument na każdy z nich. Ja ze swojej strony rzucę jedynie garść piachu w oczy ludzi, w rękach których leży wyjaśnienie tajemnic całunu. Dzisiejszy kościół zachowuje się dokładnie odwrotnie od swego poprzednika z wieków ciemnych (które nie były wcale tak ciemne jak powszechnie się uważa). Jeden z pierwszych historycznych dokumentów związanych z całunem to list miejscowego biskupa do papieża Klemensa, donoszący o wynajętych ludziach udających schorzenia, którym na widok całunu przechodzić miały wszelkie dolegliwości, procederze zdzierającym z prostych ludzi ostatniego grosza. Postawa nie do pomyślenia dla współczesnych hierarchów w tej instytucji, personom, którym zależy chyba najmniej na wyjaśnieniu całego tego zamieszania. Jak dotąd poważne badania całunu przeprowadzano jedynie od końca lat 70-tych do końca lat 80-tych. Późniejsi badacze nie mogli już fizycznie ingerować w płótno, wycinać jego kawałków, czy szorować go w newralgicznych miejscach. Zapewne na wiele mogła pozwolić sobie wewnętrzna komisja Kościoła, powołana przez turyńską kurię na przełomie lat 60-tych i 70-tych. O wyniku ich badań nie wiemy za wiele, ale samo to, iż wiemy o nich tak mało, wiele mówi o ich wynikach. Kościół nie ukrywa stosowania publication bias w najczystszej postaci. Nikt nie słyszał o badaniach hostii z Sokółki czy o poszukiwaniach grobu św. Pawła w Bazylice za Murami, dopóki nie przyniosły spodziewanych efektów. Naukowe dochodzenia odbywają się w Kościele tajnie, jeśli kończą się jakkolwiek pozytywnie, dowiadujemy się o ich wyniku, jeśli negatywnie, nie wiemy nawet, iż takie próby weryfikacji miały miejsce.

Od początku badań całunu panował strach przed dopuszczeniem badaczy z zewnątrz, trzymano się sprawdzonej kościelnej formuły bycia sędzią we własnej sprawie. Mam tu na myśli oczywiście słynny STURP (The Shroud of Turin Research Project). Do projektu nie dopuszczono ekspertów od malarstwa średniowiecznego, zaś wybór naukowców okazał się stronniczy. Wielu z nich należało do amerykańskiej organizacji znanej jako Holy Shroud Guild sekcji Zgromadzenie Najświętszego Odkupiciela. Oddelegowanie do tego zadania Holy Shroud Guild, organizacji która na swoją misje wytyczyła sobie głoszenie katolickiej prawdy o świętym całunie, obrazuje analogia wymyślona wówczas przez Joe Nickella "to jakby członków Towarzystwa Płaskiej Ziemi prosić o zbadanie krzywizny naszej planety". Badania okazały się bezpłodne, nic nie wyjaśniono, a brak odpowiedzi wspierał status quo całunu jako niezmierzonego cudu bożego. To, że dwóch członków STURPu należało nawet do Rady Wykonawczej Holy Shroud Guil, to także stała cecha podobnych badań. Wracając do Sokółki przypomnę, iż wtedy badania zlecono przeciwniczce aborcji, zaangażowanej w beatyfikacje spowiednika siostry Faustyny, i obrończyni Radia Maryja w jednym, profesor Sobaniec. Dla mnie największym kuriozum stanowiły kościelne funkcje pokroju advocatus diaboli czy "promotora sprawiedliwości", w których nawet do obrony wyjaśnień naturalnych typuje się osoby duchowne. Gdyby rzeczywiście władzom kościelnym zależało na racjonalnym stanowisku w procesie weryfikacji cudów, myślę że z radością profesjonalne organizacje jak CSICOP podjęłyby się tego trudu, zamiast znęcać się nad znanymi ze swego sceptycyzmu katolickimi księżmi.

Dekadę badań całunu kończy budząca chyba największe zainteresowanie konferencja w dziejach Kościoła, przebijająca chyba nawet tą, na której ujawniono III Tajemnice Fatimską, czyli słynne ogłoszenie wyników datowania C14 w 1988 roku. Jak się okazuje, trzy wtenczas największe ośrodki na świecie zajmujące się tym datowaniem, dokładnie tak samo badziewnie oczyściły swój fragment materiału, zgodnie podając jego wiek na XIV stulecie. Już przed badaniem wiadomo było, iż wskazanie na I-II wiek potrząśnie sceptykami, jednak wciąż bezspornie nie powiąże tkaniny z Jezusem Chrystusem. Z drugiej strony, naukowe dowody nigdy nie sprawdzały się w kwestiach wiary, więc trudno było sądzić, iż negatywny dla katolików wynik zrewiduje ich pogląd na całun. Nie trwało to długo. Na liczącym kilka godzin nagraniu z pobrania próbki przez naukowców, doszukano się fragmentu kiedy na chwilę opuszcza ona pole widzenia, trafiając na zaplecze. Wszystko stało się jasne - fałszerstwo! Dziś najmodniejsza teoria to hipoteza łat. Całun jest pokryty średniowiecznymi łatami, sęk w tym, że nikt w trakcie wyboru miejsca, z którego pobrano wycinek tej rzekomej łaty nie widział. Co więcej, także dziś nikt z przekonaniem nie wie co jest łatą, a co nią nie jest. Oczywiście, dzisiejsze badania metodą C14 byłyby dokładniejsze niż te 20 lat temu, pewnie za dwadzieścia lat można by zrobić to jeszcze dokładniej, zawsze coś będzie można zrobić lepiej. Nie sądzę jednak, aby ktoś położył na szali kolejnego badania swoją wiarę w całun.


W tym roku Całun Turyński na miesiąc udostępniono do oglądania publiczności (pierwotnie miało to nastąpić dopiero w 2025). Możliwości badaczy ograniczono w najlepszym wypadku do fotek w wysokich rozdzielczościach. Kościół odmawia możliwości przeprowadzania powtórnych datowań przypominając, iż już raz je przeprowadzono, mimo to z entuzjazmem przyjmuje snucie kolejnych gdybań, niejednokrotnie samemu te wątpliwości nieoficjalnie wysuwając. Zasłaniając się niekorzystnymi dla siebie wynikami, aby nie testować nowych pozytywnych dla siebie tez - sprytne posunięcie na obronę wiary, wiary bo na pewno nie prawdy. Od dłuższego czasu wszystkie nowe odkrycia jeśli chodzi o całun pochodzą ze zdjęć, w które wpatrują się zagorzali wierni. Dotychczas moim ulubionym były monety z epoki Jezusa, które już wiele lat temu dostrzeżono na jego oczach. Pól roku temu zdetronizowała je watykańska badaczka dr Barbara Frale. Historyczka pracująca w Archiwach Watykańskich nie tylko zobaczyła na całunu odcisk świadectwa zgonu, opatrzony napisem "Całun Jezusa Nazarejczyka", ale wytężając wzrok odczytała i resztę napisu: "W 16 roku rządów Imperatora Tyberiusza Jezus Nazarejczyk, zdjęty wczesnym wieczorem po wykonaniu wyroku śmierci, na który skazał go rzymski sędzia, ponieważ za winnego uznały go żydowskie władze, niniejszym jest odesłany do pogrzebania i nakazuje się wydać go jego rodzinie dopiero po pełnym roku. Podpisano…” Podpis urzędnika nie zachował się (w przeciwieństwie do napisu) - może rzeczywiście lepiej, aby Watykan nie zabierał się za badania Całunu Turyńskiego.