26 czerwca 2010

Cudotwórcze oczy

Dziś o tym co bogobojni ludzie kwitują "no jeśli to cie nie przekonało, to ja już naprawdę nie wiem co". "Do jakiego stopnia cza być sceptycznie zatwardziałym, aby nie paść po tym na swe pogańskie kolana". Cudów które dzieją się na naszych oczach jest bez liku. Niektóre dzieją się jednak dosłownie na naszych oczach - na naszej gałce ocznej. Zjawisko nie dotyczy jedynie bogobojnych. Powracającym tematem na paranormalnych forach, jest widzenie orbów. Normalnie orby wypatruje się na zdjęciach, nie mniej niektórzy widzą je w rzeczywistości. Owe orby to powszechna skaza zwana mętami ciała szklistego. Jeśli pragnieniemy cudów dobrze wróży wpatrywanie się w rzeźby. Odpowiednio duży realizm, odpowiednie tło i przede wszystkim łaknienie cudu, czynią animacje posągów powszechną zabawą w chrześcijańskim świecie. Co tu dużo gadać, kiedy byłem mały, w mrocznej atmosferce kościelnego strychu, wraz z kolegą uciekałem przed figurką Jezusa. Postać miała poruszyć się, kiedy palcem dotknęliśmy jej oka, choć tak naprawdę wiedzieliśmy, że wcale nie mrugnęła. Co mają jednak na swe usprawiedliwienie osoby dorosłe? Tłumu ludzi modlące się pod rzeźbami mogą być niepocieszone, bo kiedy tylko przyłożyć do figur obiektywne instrumenty, Jezusy przestają się poruszać. Władze kościelne na zlecenie których w 1981 badano figurkę Matki Boskiej w Kalifornii przyznały, że rzekome poruszanie źrenicami jest złudzeniem, choć nie brakowało już wtedy ludzi którzy widzieli owy posąg przechadzający się w nocy po kościele. Dobrych wieści nie przyniosło ustawienie kamer przed posągiem poruszającej się Maryi w Irlandzkim Ballinspittle w 1986. Kamery zrujnowały także frajdę tym, którzy widzieli mrugającego oczami Jezusa w 1989.

Jednak najbardziej klasycznym katolickim cudem, wynikającym z ułomności naszego wzorku jest O Milagre do Sol. Gapienie się wprost na Słońce jest chyba najbardziej cudogennym środkiem jaki znamy i wbrew temu co się sądzi, bardzo popularnym. Nie charakteryzuje jedynie Fatimę. Nic nie stoi na przeszkodzie byśmy samemu zobaczyli ten cud, jako że doświadcza go co druga pielgrzymka udająca się do Medjugorie. Wiele tysięcy ludzi oglądało cud słońca towarzyszący objawieniom Matki Bożej z Heroldsbach. Rozmawiałem także ze świadkiem naszego zapomnianego cudu słońca w Trzebnicy sprzed paru dekad. Żaden z tych, ani kilkudziesięciu innych tańczących słońc nie został uznany przez Kościół, mimo że niczym nie różniły się od tego Fatimskiego. Może Kościół nie uznaje tych cudów gdyż są wyjątkowo badziewne, nawet jak na standardy religijnych cudów? Cud Fatimski został jednak oficjalnie zaanonsowany przez hierarchów, tak że po zejściu się kilkudziesięciu tysięcy ludzi po prostu coś wydarzyć się musiało, a jak widać na bezrybiu i rak ryba. Innych nie uznano, mimo że w sprawie Heroldsbach interweniował nawet sam... szatan. Przemawiając ustami Anneliese Michel szatan wygadał się, że uznanie tego cudu znacznie by go osłabiło. Jeśli ktoś nie słuchał tych nagrań przypominam, że w tej samej rozmowie diabeł przyznał, że noszenie przez siostry zakonne spodni znacząco go wzmacnia, a powrót do skromnych strojów zakonnych byłoby dla niego prawdziwym ciosem

Oślepianie się Słońcem w poszukiwaniu boskich znaków nie jest ani rzadkie, ani bezpieczne. W 2008 roku na północy Indii 48 osób uległo poparzeniu siatkówki oka, kiedy po tym jak w hotelu w którym miały się dziać maryjne cuda, właściciel tego niesamowitego przybytku zapowiedział wyprowadzenie imprezy na zewnątrz. Uwieńczeniem wszystkiego był widziany przez tamtejszych chrześcijan i przybyłych turystów najprawdziwszy cud słońca, jak się okazało niestety sporym kosztem. Jeden z cudów słońca udało się nawet naukowo przebadać. Jako że w miejscowości Conyers na farmie Nancy Fowler, Dziewica Maryja dokonywała przed zebranymi cudu słońca każdego 13 miesiąca, jedno z nabożeństw 13 października 1991 roku zostało zarejestrowane przez grupę badaczy pod kierownictwem Rebeccy Long (pełna relacja). Po tym jak do kilkutysięcznego tłumu padła komenda aby spojrzeć na Słońce, gdyż właśnie teraz dzieje się cud, zapanowała ogólna histeria. Ludzi widzieli nacierające, pulsujące i tańczące Słońce. Niektórzy widzieli grupę aniołów nad lasem inni Maryję tuż nad domem. Ci co niepadli jak większość na kolana, zaczęli roić się wokół teleskopów z filtrami ustawionymi przez badaczy, aby bez przeszkód oglądać te słoneczne cuda. Tymczasem Słońce w teleskopach pozostało po staremu, bez mrużącego łzawiącego oka, jak słońce nieruchawe tak nieruchawe, żadnych pląsów, nacierań, niczego. Ze zdjęć które robili uczestnicy zajścia, z tych na których cokolwiek wyszło, znalazła się zrobiona polaroidem fotka z prostokątnym prześwietleniem na tarczy Słońca. Zebrani ustalili iż to niebiańskie drzwi przez które przeszła Matka Boska. Ostatecznie okazało się, iż to jedynie efekt mierzeniu obiektywy w tarczę Słońca. Kolejny smutny los kolejnego cudu.

6 czerwca 2010

50 Lat programu SETI

W ramach tytułowego jubileuszu namnożyło nam się artykułów na temat tego zakurzonego projektu. Spory artykuł w "Polityce", wywiad w "Wyborczej" z Shostakiem - obecnym kierownikiem programu, mnóstwo drobnych artów w różnych miejscach sieci. Praktycznie w każdym znana wyliczanka - liczba galaktyk mnożona przez liczbę gwiazd w każdej z nich. Miliardy przez miliardy rozbudza wyobraźnie, jak w tylu zerach mogłoby nie siedzieć coś cywilizowanego. Jakoś nigdy nie wierzyło mi się w ten projekt, a mimo to liczyłem pakiety od SETIego. W Polsce z limitowanym internetem rzecz nie lada heroiczna. Patrząc z perspektywy czasu można było wybrać na BOINCu coś pożyteczniejszego, jednak SETI trącił zawsze tą romantyczną nutą. SETI nigdy nie był przesadnie rygorystycznie naukowy, stając się ostatecznie parodią samego siebie. Nigdy nie wytyczono warunków których spełnienie oznaczałoby fiasko eksperymentu, bo jak widać nie znalezienie obcych tym warunkiem nie jest. Dziś sędziwy już Frank Drake opowiada w wywiadach, iż pierwszego kontaktu, zakładając kontynuowania inicjatyw poszukiwania obcych, spodziewa się w XXII lub nawet w XXIII wieku. Drake nie wymaże jednak z naszej pamięci swoich wcześniejszych przewidywań jeszcze z lat 60tych, kiedy sukces czaić się miał tuż za rogiem. Następne co 10 lat przekładano te przewidywania o następne 10 lat, a kiedy stało się to odrobinę żenujące, wyciągać zaczęto z kapelusza trochę odleglejsze daty. Shostak, w przeciwieństwie do swego mistrza Drake, walcząc o pieniądze sponsorów nie może pozwolić sobie na perspektywę kilku wieków, bo coś co nie daje szans ziszczenia się za życia ofiarodawców raczej nie wzbudzi ich wielkiej aprobaty. W 2005 Shostak ogłosił, iż spodziewa się kontaktu do roku 2025 roku i jest to równie wyssana z palca data, co te podawane pół wieku temu, co wiek XXIII i jakikolwiek inny, nie oparta na żadnych wiarygodnych obliczeniach.

Enrico Fermi przewraca się w grobie, jako że już kilkadziesiąt lat temu uważał ten osobliwy stan pustki cywilizacyjnej w kosmosie, za wystarczający argument na wywalenie do kosza pseudonaukowych przewidywań powszechności inteligencji we Wszechświecie. Od tego czasu minęło dalsze 60 lat całkowicie bezowocnych poszukiwań, a snucie fantazji o otaczających nas zewsząd obcych ma się w najlepsze. Śmiem nawet twierdzić, że czegoś takiego jak inteligentne życie jeszcze nie doświadczyliśmy. To że sami uważamy się za inteligentnych jest odcięciem się ostrą kreską od mózgowej gradacji życia na Ziemi, raczej ciągłej bez wyraźnych skoków, przy czym inteligencja zaczynać ma się oczywiście akurat od nas. Myślę, że gdyby na naszej planecie istniał cwańszy od nas gatunek, według niego to właśnie na nim zaczynałaby się inteligencja, a człowiek byłby na miejscu dzisiejszych szympansów, a więc tuż tuż, a jednak wciąż kroczek od inteligentnego życia. Tak czy owak, SETI wciąż nie dostarczył nam dowodów jakkolwiek inteligentnego życia i jest chyba ostatnim po którym można by się tego spodziewać. Prędzej odlegli następcy teleskopu Jamesa Webba pokażą nam kosmitów, niż SETI puści nam nagranie jakiejś międzygwiezdnej audycji radiowej.

To co już wiemy o potencjalnych obcych, na dzień dzisiejszy studzi naszą wyobraźnie. Dokąd sięgnąć uzbrojonym okiem (a sięgamy naprawdę daleko), żadnych wielkich instalacji, ani wielkich, ani ogromnych, ani olbrzymich. Nie ma energetycznych otoczek takich jak ta która w Star Treku holowała do domu V'Gera, wielkości kilkudziesięciu jednostek astronomicznych. Nie ma wielkich tuneli Kaku otwierających bramy do równoległych wszechświatów długości roku świetlnego. Nie ma potężnych kardaszewowskich cywilizacji, które trzymałyby pod galaktycznym butem wszystko co tylko da się jakkolwiek wykorzystać. Niestety we wszechświecie ni widu takich cywilizacji, cywilizacji pełną gębą, a przynajmniej nie w naszej cześć Drogi Mlecznej. Rzecz rysuje się dziś okrutnie, kiedy co chwile słyszymy o odkryciu następnej z planet, kiedy w własnym Układzie Słonecznym dostrzegamy miejsca gdzie życie mogłoby się wytrącić, zaglądamy coraz dalej i dalej. Tymczasem nasz zawód rośnie wraz z postępem technologii, bo co niegdyś stanowiło ekscytującą niewiadomą dziś przeradza się w gorzką cywilizacyjną pustkę. Kiedyś ten nasz brak sąsiadów zwalić można było na barki nieprzechylnego środowiska. Tymczasem kiedy okazało się, iż życiu towarzyszyć mogą naprawdę ekstremalne warunki, a planet dookoła nas pod dostatkiem, wciąż musimy rewidować ilość cywilizacji w dół. Kolejne obszary nieba odznaczane są krzyżykiem jako puste. Pech chciał, że najbardziej ciekawski gatunek na Ziemi, to akurat gatunek stadny, lubi mieć trochę towarzystwa dookoła. Obawiam się, że w dalekiej przyszłości, kiedy nasz rozwój zbliży się do kresu swych możliwości, poszukiwanie kontaktu stanie się naszą obsesją. Doświadczenie samotności w ciemnym i zimnym wszechświecie zrodzi rodzeństwo SETIego, byle z lepszymi wynikami.