15 kwietnia 2010

Ranking fałszywego prorokowania

Jest w naszym kraju ogólnoparanormalna organizacja, która jest dla mnie większą zagadką, niż tajemnice do których została powołana. Grupę INFRA wyrosłą jako gałąź bodajże "Na Progu Nieznanego" cechuje szalony miszmasz światopoglądowy. Mamy tu garść przedruków ze Skeptical Inquiry, a jednocześnie partnerstwo z forum Davida Icke. Klika dni temu na ich łamach wyszperałem sondę "najdziwniejsza postać ostatnich lat w paranormalnym światku". Edycja krajowa, same rodzime nazwiska. Siksowata Angela Hayes z filmu "American Beauty" mawiała, że najgorsze co można w życiu zrobić to być nijakim. O personach z owej listy można powiedzieć wiele, ale trudno odmówić im kolorytu, jaki by on nie był. Bo kiedy my tu gadu gadu o panach pokroju Roberta Tekieli, pod nosem powyrastały nam prawdziwe kwiaty myśli paranoidalnej. Owoce schizofrenicznej ziemi tym mniej sympatyczne, że wymierzone w kieszenie prostych i naiwnych ludzi.

Pierwsze miejsce w tej niecodziennej ankiecie zajął Romuald Statkiewicz, który kilka lat temu odkrył, iż jest najprawdziwszym Jezusem Chrystusem. Czy zatem potrafi szusować po wodzie i zmieniać wodę w winno, jak robił to 2 tysiące lat temu? Otóż nie, ponieważ jak mówi, historie te przekłamano, zarówno dziś jak i u początku naszej ery Jezus nie odstawia tak efektownych sztuczek. Ma za to brodę, długie włosy, w swoim sposobie wysławiania się naśladuje ten znany z kościelnych ambon, występuje najczęściej na tle namalowanej za nim aureoli i jak sam twierdzi ma dar uzdrawiania. Specjalizuje się w leczeniu chorób wszelakich, szczególnie tych których jeszcze nie ma, a pojawią się w naszym organizmie dopiero za 10 lat (to niestety nie żart). Robi to oczywiście na przekór medycynie akademickiej, która jak mówi, "nie potrafi wykryć choroby danego organu, dopóki nie utracimy go w 60 procentach". Chrystus nie kryje tego, iż za boską posługę należy się ziemska należność, bez żadnego zażenowania zamieszczając swój cennik w internecie. Jego czołową wyznawczynią jest Elżbieta Gas i przyznam się, że właśnie na tą panią oddałem swój głos. Dzięki jej wizjom znamy przyszłą linie brzegową Polski po przejściu już niebawem oczyszczającej Ziemie fali tsunami. Dzięki jej wizjom wiem także, ze pisze z miejsca przyszłego oceanu. Cała grupa jest niezwykle płodna i praktycznie codziennie zamieszcza na youtube swoje wystąpienia, klasyczny przykład tego, ileż można mówić nie mając nic do powiedzenia. Elżbieta Gas została wyznawczynią opolskiego Chrystusa, po tym jak poczuła bijącą od niego energie, przyjmując następnie swoje apostolskie imię Tyara. Pomysł aby z uzdrowiciela upgradować się na Chrystusa - no cóż jak spadać to z wysokiego konia - został przez nich zaczerpnięty najprawdopodobniej od wrocławianki Haliny Tas (pierwowzór sztuki "Pani Bóg Halina" wstawionej w Krakowie). Ta właścicielka księgarni ezoterycznej już 10 lat temu ogłosiła, iż jest Bogiem, następnie jej sława troszkę przygasła, jednak wydaje się że Statkieiwcz i jego świta zawsze krążyli gdzieś wokół niej. Wszystkie te przypadki podsumowują słowa Statkiewicza, który twierdzi iż migreny są wynikiem nadmiaru myślenia. Myślenie jest tu rzeczywiście szkodliwe.




Kilka lat temu, spędziłem troszku czasu na rozmowach z gryfianami, społecznością skupionej wokół swego mentora Andrzeja S., kolejnej osoby uważającej się za Mesjasza. Pan Andrzej dostrzegł w sobie Pana Zastępów w wieku trzydziestu paru lat, po tym jak odczytał swoją tożsamość w ozdobach w kościele Rennes le Chateau (argument w dyskusji, czy fikcyjno-prawdziwe książki spod szyldu Dana Browna są rzeczywiście nieszkodliwe). Rozmowy z jego orędownikami, mimo iż intelektualnie jałowe, uzmysławiają jak wielki może być zakres podporządkowania się i utraty krytycyzmu wobec autorytetu. Swój kamyczek dokładają do tego ci wszyscy, którzy lansują różnego rodzaju paranormalne farmazony, ponieważ mamienie ludzi bazami obcych na księżycu czy budową egipskich piramid kilkanaście tysięcy tal temu, może odbyć się jedynie przy brak wiedzy słuchaczy. Mniej więcej takimi opowieściami Pan Andrzej zgromadził dookoła siebie kilkanaście nowo-nawróconych, tworzących aktywną i niestety agresywną grupę. Nie do końca ogarniam jak mają się sprawy obecnie. W necie można znaleźć teksty pisane przez byłych gryfian, i gryfian obecnych podszywających się pod byłych gryfian. Wiem, iż formułowany był wniosek do prokuratury, ale co z tego wynikło?

Historia Lucyny Łobos, ścisłej czołówki niechlubnego rankingu, zaczyna się klasycznie dla przyszłych paranormalnych emanacji. Tak jak u wielu innych osób z tego środowiska i tu śmierć kliniczna przynosi ze sobą impuls objawionej prawdy. Jeśli chodzi o zjawiska paranormalne jakie są w zasięgu pani Lucyny, są mniej więcej takie jak u Padre Pio, co skrzętnie wykorzystuje świadcząc usługi lecznicze zarówno dla ciała jak i duszy. Łobos i Pio różnią się w osobach głównych bohaterów ich wizji, którym zawdzięczają te niecodzienne umiejętności. Lucyna Łobos-Brown jest na "ty" z opiekunem ludzkości, kosmitą z Oriona, niejakim En-kim. En-ki jest bratem En-Li, znanego nam jako Jezus Chrystus i przy pomocy Pani Lucyny bardzo chętnie odpowie na nasze pytania, oczywiście jeśli przy okazji sypniemy trochę groszem. Jest prawie wszechwiedzący, a jednak udzielane przez niego odpowiedzi brzmią jakby był... prostą kobietą. Doradza jak znaleźć prace, czy iść na randkę, jak troszczyć się o zdrowie. Kosmiczne wytyczne przestrzegają przed szczepionkami, a kiedy dramat ten stanie się faktem, należy czym prędzej usunąć szczepionkę z organizmu "terapią cytrynową". Nasz niebiański opiekun odradza operacja, polecając w zamian homeopatie, ziołolecznictwo i przykładanie rąk do głowy. Lekami uniwersalnymi jest sok z cebuli i przeczyszczenie jelita grubego. Pytania przy których wypadałoby mieć coś więcej niż bujną wyobraźnie, jakąś elementarną wiedzę, Wielki En-ki kwituje "I w ten sposób oto chcesz się wymądrzać istoto ludzka?". Zamiast pilnie uczyć się w swojej galaktycznej szkole En-ki łaził na wagary, ponieważ w jednej z sesji channelingowych gdzie opisać miał położenie planety Nibiru, okazało się, iż nie zna kolejności planet w Układzie Słonecznym. Łobos znana jest jednak przede wszystkim jako spiritus movens Projektu Cheops. Jej wizje i namiary En-kiego mają doprowadzić do odnalezienia w piskach Sahary labiryntu, który ocalić ma cześć ludzkości przed zgubnymi skutkami roku 2012. Ktoś to musi sfinansować, więc jeśli chcesz żyć to płać. Kończąc już, przerażający jest rozmiar tego wszystkiego. Sale sympozjów na których występuje Łobos pękają w szwach, przy czym zarówno w Polsce jak i w Stanach ma tysiące swoich "wyznawców". Tak właśnie wygląda nieszkodliwa działalność marginalnych odszczepieńców.

5 kwietnia 2010

Co (też) widzą ludzie po śmierci

Pierwszą relacje z pośmiertnej podróży poza ciało, znamy za pośrednictwem Platona, który w "Państwie' opisuje dziwną przygodę żołnierza o imieniu Er. Dziś dzięki rozwojowi medycyny przypadki wskrzeszenia ludzi są coraz powszechniejsze, tak że do dziś opisano już około 3 tysięcy wizji zaświatów, jakie przekazały nam osoby które powróciły do świata żywych. W zachodnim świecie jedynie 15% ożywionych może pochwalić się takimi wspomnieniami, zaś badania Christophera Frencha dowiodły, że ilość takich wspomnień rośnie wraz z czasem od owego "prawie śmiertelnego" wypadku. Wiele z ich z nich jest zatem dokooptowywane do naszej pamięci już post factum. Wśród wizji w czasie NDE są oczywiście i takie, które wydają się potwierdzać obraz pośmiertnej rzeczywistość jaką promują niektóre religie. Przeważa tu wizja chrześcijańskich zaświatów, zapewne dlatego, iż badania prowadzone są głownie w Stanach i w Europie, zatem historie z tego kręgu kulturowego stanowią większość opisanych przypadków. W polskim jarmarcznym katolicyzmie, religii pustych form nie opartej na przemyśleniach teologicznych, a na cudach, opowieści takie mają wzięcie. Kościół oficjalnie nie przyznaje wizjom towarzyszącym śmierci klinicznej jakiegoś statusu dowodowego, jako że sam w żaden sposób nad nimi nie panuje. Spotykany po śmierci Jezus potrafi chlapnąć coś o UFO, czy sprzedać kilka przepowiedni które się nie spełnią, zatem dystans kościoła do tych historii jest zrozumiały. Nie mniej ludzie wierzący lubią posługiwać się co zgrabniejszymi historiami o rozmowach z Aniołem Stróżem i to raczej tylko te, stworzone na chrześcijańską modlę opowieści przedostają się do opinii publicznej - a szkoda, bo ludzie widzą naprawdę ciekawe rzeczy.

Pierwszym etapem doświadczenie pośmiertnego absolutu są deathbed visions (DBVs), a więc omamy zamykające się wokół miejsc w których dokańczamy naszego żywota. Rzadko co ludzi wybierają się w tą podróż sami. Jak przyznaje badaczka DBVs Carla Wills-Brandon, to kto pofatyguje się aby zaprowadzić nas w świetlisty tunel, zależy od wyznawanego przez nas światopoglądu. Chrześcijanie widzą postać ze skrzydłami i w fartuchy, przedstawiającą się jako Anioł Stróż. Buddystów z pierwszymi chwilami po śmierci oswajać może Budda, innych ponętna kobieta, a jeszcze innych kapłan druidów. Zasadą jest to, iż widzimy to co chcemy zobaczyć. Najświętsi ludzi, jak gwiazda literatury NDE (Near Death Experience), Dannion Brinkley, po tym jak uderzył w niego piorun, był holowany do nieba w asyście aż 13 aniołów. Po wyznawców hinduizmy, w ich momencie śmieci przybywa boski urzędnik wraz ze stertą papierów - księgą życia akaśą. Niektórzy relacjonowali, iż byli łapani przez niebiańskich strażników i siłą przyprowadzani przed oblicze owego biurokraty. Hindusi spotykają wtenczas boga zmarłych Jame, zaś jego funkcjonariusze odczytują ich życiowy dorobek, od którego zależy ich przyszła inkarnacja. Niestety nie mamy przekazów, jak się to wszystko kończy kiedy wszystko formalności zostają dopięte, jako że zawsze przytrafia się jakiś problem. 'A nie przepraszamy, błąd w papierach, nie ma jeszcze pana na liście"; "k..a kogoście mi tu przyprowadzili, miał być garncarz Chhajju Kumhar, a nie kupiec Chhajju Bania, odprowadzić" (wszystko to autentyczne fragmenty, no może poza słowem "k...a"). Osobiście moimi ulubionymi przykładami posłańców są gadające zwierzęta, widuje się je też w wizjach nieba, a nawet widywano psa siedzącego na kolanach Jezusa.

Mówiąc o gadających zwierzętach mam na myśli nie tylko psy i koty, ale też gadającą pszczołę z która rozmawiał 4-latek, który wpadł do przerębli, oraz motyle i jelenie jakie pojawiły się w wizji 8-letniej dziewczynki. Dzieci potrafię spotkać w niebie św. Mikołaja, ale i parę mniej oczywistych na tą okoliczność postaci, jak bohaterów gier Nintendo. komiksów czy bajek. Także dorośli potrafią widywać fantastyczne stwory, takie jak elfy, olbrzymy i centaury. Peter Fenwick, opisał przypadek studenta reanimowanego tuz po wypadku samochodowym, który w zaświatach spotkał... Drakulę. Sam opis podróży w zaświaty, podobnie jak DBVs, jest obarczony potężnym bagażem kulturowym. W swoim NDE Indianie Lakota gnali na koniu galopując pośród chmur, aby przez drzwi w tęczy spotkać się z 6 starcami, którzy na nowo odsyłali ich do świata żywych. Z badań Nsama Mumbwe z Uniwersytetu Zambijskiego w Lusace, który zbierał przypadki NDE w Afryce wiemy, że funkcje indiańskich starców wypełniać mogą ciała niebieskie. Mumbwe zrelacjonował przypadek pacjenta który w swej wizji podążał do nieba, kiedy nagle drogę zagrodziły mu gwiazdy, zmuszając go do powrotu. Oczywiście można twierdzić, iż to Jezus wciela się w te wszystkie składowe wizji, nie mnij równie prawdopodobne jest, iż to w Jezusa wcielają się bóstwa Dalekiego Wschodu, a już najbardziej prawdopodobne jest to, że w momentach niedotlenienia mózgu widzisz wizje podsuwane przez religie jaką wyznajesz. Jeśli NDE chrześcijan dowodzić ma istnienia Boga, to czy NDE mieszkańców wysp Pacyfiku dowodzi istnienia ich przedziwnego dla nas raju, a NDE Paleoazjatów istnienia wielkich duchów łowów? Jeszcze innym dowodem prawdziwości NDE mają być szczegóły otoczenia jakie podają szybujące nad łóżkiem dusze (zjawisko typowe praktycznie jednie dla "chrześcijańskich NDE). Mamy takich przypadków kilkadziesiąt, najsłynniejsze z nich, takie jak Maria's Shoe (o którym dyskutowano już na tym blogu) zostały przekonująco sfalsyfikowane, a o większości trudno powiedzieć cokolwiek. Najwięcej z tych wizji okazało się po prostu błędne, a opisywane szczegóły widziane przez unoszące się ciało astralne nie odpowiadały rzeczywistości. Przeprowadzono także kilka eksperymentów, w których w szpitalach podwieszano w trudno dostępnych miejscach, tuż pod sufitem napisy - jak się można domyśleć żadna osoba doświadczająca NDE nigdy ich nie zobaczyła. Wpis miał być o różnorodności samych wizji, o rzekomych szczegółach z otoczenia jakie widzą dusze może kiedy indziej.