29 marca 2010

Diabeł tkwi w gitarze

Na Świecie zawsze nieźle miał się typ pewnej mentalności, który we wszystkich działaniach swych oponentów widział moce piekielne. Pomijając już czasy zamierzchłe i zamierzchłe zamierzchłe, także w czasach współczesnych diabeł za pazuchą ma się nieźle - i bynajmniej nie mówię tu jedynie o buszyzmowej "osi zła". W latach 80-tych część amerykańskich protestantów znamię na czole Gorbaczowa uznawało za "znak bestii", w czym wtórował sam wielki Billy Graham (jeśli nie kojarzymy, warto kliknąć na link i poznać tą wszechpotężną postać), stwierdziwszy iż "komunizm kierowany jest przez samego diabła".W tym czasie kolega Grahama po fachu, Richard Wurmbrand, spłodził fascynujące dzieło "Czy Karol Marks był satanistą?", gdzie jego satanizmu dowodzić miała m.in jego broda. Jako że tematyka polityczna bardziej mnie brzydzi niż fascynuje, o wiele ciekawszy są dla mnie typowo kulturowy nośnik rozkazów Pana Ciemności - a w tym można już przebierać. 2/3 Uczonego dzieła franciszkanina Antoniego Nowaka, "Satanizm, rock, narkomania i seks" (wymowne zestawienie), zajmuje to drugie. Jako diabelskiemu pomiotowi tej muzyki, nie pozostawiono mi chyba wyboru.

Utożsamianie muzyki rockowej z diabłem, w pewnym sensie daleko wyprzedza jej powstanie. Cudownie ciężkie brzmienie opiera się na interwale zwanym tryton, który od XI wieku uważano w kościele za obsceniczny na tyle, iż przywoływać miał diabła. Ukucie dla niego fajowsko brzmiącej nazwy diabolus in musica, jedynie przypieczętowało jego późniejszą karierę. To, że na starych rycinach diabeł dzierży w swoich włochatych łapach skrzypce, należy zwalić na barki słabego muzycznego wizjonerstwa, który nie przewidziało istnienia gitary elektrycznej, bo bez wątpienia to jej dźwięk rozbrzmiewa w czasie fajrantu w piekle. Do dziś gitara w czasie katolickiego nabożeństwa jest instrumentem niedozwolonym, acz zakaz ten nie jest powszechnie przestrzegany. Poza gitarą na zakazanej liście są i inne instrumenty... a w zasadzie to wszystkie - z wyjątkiem organów. Inną ideą zaczerpniętą wprost z mroków średniowiecza są pakty i cyrografy, jakie rzekomo muzycy zawierają z diabłem. Pierwszym dobrze udokumentowanym przypadkiem jest pakt jaki podpisał z szatanem John Lennon 27 grudnia 1960, co ustalił, bez cienia wątpliwości, niejaki Józef Niezgoda. Siarką pachną i nasi artyści. o czym pisze Andrzej Dudziński w "Sataniści i czciciele Szatana". Swoją główną uwagę skupił na wrocławskiej grupie Kreon, zaś przez całą książkę Roman Kostrzewski, wokalista zespołu Kat, występuje w niej jako Roman K. Najwidoczniej przyszłość kryminalna u czcicieli szatana jest nieunikniona, tak że lepiej zawczasu przyzwyczajać się u nich do przestępczej nomenklatury

Wszyscy wymienieni panowie, kulą jednak ogony i chowają raciczki, przy prawdziwym znawcy jakim jest Krystian Piasta ("Elementy demoniczne w muzyce rockowej"). Piasta nie idzie na łatwiznę i nie poprzestaje na wpływie okultysty Kennetha Angera na Rolling Stonesów, co jest akurat prawdą. Piasta jest typem odkrywcy-dekodera. Nazwa AC/DC nie pochodzi, tak jak wszyscy wiedzą, od zwrotu alternating current/direct current, ale jest rozwinięciem diabelskiego skrótu Anti Christ Death to Christ, zaś KISS to Kids in Satan Service. Na nic zaprzeczenia członków tych zespołów, zresztą zaprzeczanie antychrześcijańskim tajnym przekazom tylko dowodzą ich faktyczności - tylko winny się tłumaczy, a więc widocznie jest coś na rzeczy. Prawdziwy popis tajnych znaczeń w muzyce rockowej, znajdziemy oczywiście w tym na co wszyscy czekamy - przekazie podprogowym. Ojciec nie ogranicza się jednak do znanych klasyków, ale puszcza od tyłu i polską muzykę. Tym razem tak przebiegłymi satanistami nie są ani "Trubadurzy", ani "Czerwone gitary', a "Proletaryat" W przeciwieństwie do tego co wydaje się autorowi, nie dowodzi to jego tezy "iż to co wydawało się zbyt odległe by mogło być prawdziwe, naraz okazało się faktem". Jeśli tym faktem jest żartowanie sobie z fanatyków słuchających nagrania od tyłu i szukających w słyszanym bełkocie antyreligijnych przekazów, no to rzeczywiście okazuje się to faktem. Proletaryat ukradł ten żart od "Pink Floyd", którzy w utworze Empty Spaces, zamieścili podobny, wyraźnie nagrany od tyłu fragment, który po odkręceniu brzmi Hello hunters, congratulations! You've just discovered the secret message! Natas eva!

14 marca 2010

Freuda wywoływanie duchów

Co by nie mówić, wielu wielkich myślicieli flitowało z mistyką. Alchemikiem był Kepler, który uważał, że planety pchają aniołowie. Zainteresowanie alchemią przejawiał Newton i Jung. przy czym ten drugi był chyba po prostu szaleńcem, jako że zainteresowanie hokus-pokus i gotującym się kotłem, pokrywa się z wariactwem wraz ze zbliżaniem się do naszych czasów. Zainteresowania paranauką innej zacnej postaci są po części znane, krytycy Freuda nigdy nie omieszkają wypomnieć mu stosowania szalonych praktyk Wilhelma Fliessa, jednak ezoteryczna strona psychoanalityka jest już mniej znana. Pomysł na notkę podsunął aleister w dyskusji o postmodernizmie (która przerodziła się w dyskusje o freudyzmie), zwracając uwagę na podobieństwo z okultystyczną terminologią egregorów i myślokształtów. Nie wiem jak z postmodernizmem, ale psychoanaliza wydaje się niestety stać tą jedną nogą, a przynajmniej piętą, w ezoterycznych fascynacjach. Tak też wczesny etap psychoanalizy widzi historyk psychologii Henri Ellenberger, według którego zainteresowanie zjawiskami parapsychologicznymi i spirytyzmem działały stymulująca na rozwój tych idei. Według niego duża rolę odegrali tu pierwsi hipnotyzerzy, obserwacje transów i religijnych ekstaz, ludzi opętanych. a nawet takich zjawisk jak wirujące stoliki.

Freud który sam określał się jako "bezbożny żyd" i raczej nie pałał miłością do zinstytucjonalizowanych religii, odczuwał (mówiąc jego językiem) ciągoty w stronę ezoteryki, magii i dawnych kultów. Mimo, iż za początek parapsychologicznej działalności Freuda uważa się rok 1905, jego fascynacja gnostyczną stroną starożytnych cywilizacji istniała chyba od zawsze. Jego zbiór artefaktów z tego tematu liczył ponad 2 tysiące eksponatów, fragmentów papirusów, posążków bogów, pierścieni i relikwii. Już w czasie jego studiów we Wiedniu, ilość zgromadzonych rzeczy prawie uniemożliwiała poruszanie się mu po pokoju. Wpływ tych zainteresowań na jego późniejsze interpretacje snów, poetycko ujęła Janine Burke, autorka The Gods of Freud, mawiając, iż kiedy tylko Freud zagłębiał się w morze snów, nieodzownie towarzyszyli mu w tym bogowie Egiptu, Grecji i Rzymu. Zainteresowanie Freuda snami nie kończyło się na powszechnych przypadkach, ale obejmowało także sny prorocze. Głównym powiernikiem jego zainteresowań był oczywiście Carl Jung, któremu opisywał w listach dziwy nie z tego świata, jak choćby przypadek swego pacjenta homoseksualisty potrafiącego czytać w myślach. Telepatie wiązał z innym zjawiskiem którym żywo się interesował - przekazywaniem myśli na odległość, nad którym eksperymentował wraz z Węgrem Sandorem Ferenczi. W obu zjawiskach widział nową praktyczną metodę psychoanalizy, polegającej na czytaniu w myślach pacjenta, który zgłosił się do nas po pomoc. Teoria telepatii Freuda wykrystalizowała się po jego wizytach u wróżbiarzy, gdzie telepatia miała być fizyczną falą odbieraną przez wysokorozwinięty umysł. Dziś wiemy o jego zainteresowaniach tarotem i numerologią. Najprawdopodobniej wierzył iż pozorne przypadki mają ukryty sens i mogą przepowiadać przyszłość. Był przekonany, iż cyfry w jego numerze telefonu "14362" oznaczają datę jego śmierci.

Formalny dorobek Freuda na tym polu jest stosunkowo niewielki, wiemy jednak, iż nie oddają skali jego fascynacji. Po latach pisząc list do Herewarda Carringtona stwierdził, iż gdyby mógł ponownie stanąć na progu swej kariery, wybrałby psychologie z przedrostkiem para (co z dumą odnotowuje Encyclopedia of Occultism and Parapsychology, pod hasłem Freud). Obraz jaki się z tego rysuje, w zależności od naszych zapatrywań na freudyzm, możemy interpretować sobie co najmniej dwojako. Możemy spoglądać na niego oczami Ernesta Jonesa, przyjaciela i współpracownika Freuda, autora jego pierwszej wielkiej biografii The life and work of Sigmund Freud, zawierającej wiele mówiący rozdział Occultism, przedstawiającej Freuda jako człowieka jednak naiwnego i łatwowiernego. Te same fakty można jednak nazwać inaczej, w stylu James Hammond, wedle którego tylko dowodzą, iż "Freud był wielkim myślicielem, a wielcy myśliciele mają skłonność do podróży poza widoczny świat, w królestwo niewidzialnego i tajemniczego"

9 marca 2010

Jak bardzo jesteś w stanie zdziczeć?

Pamiętam uczucie wielkiego odkrycia, kiedy w zapomnianej przez Boga bibliotece, natrafiłem na zakurzoną przedwojenną broszurkę niejakiego Romana Stopy, na temat dzikich dzieci. Temat wydawał mi się fascynujący, śmiałem nawet poruszać ten argument w dyskusjach z innymi. Dziś nie jestem tego aż tak pewien. Moje namiętne przekonanie co do istnienia tego zjawiska przerodziło się nie tyle w niewiarę, co w dozę wątpliwości. Jest to jeden z tych przypadków, kiedy coś wydaje się bezsprzecznie istnieć, o czym słyszymy w mediach i uczymy się z historii, jednak kiedy tylko bliżej przysunąć do tego oko nagle znika. W ostatnich latach kilku badaczy mierzyło się z tym tematem, mozolnie zbierając i weryfikując te przypadki, m.in Serge Aroles autor "The Enigma of wolf-children", psycholog Douglas Candland "Feral children and clever animals", czy historyk Adriana Benzaquen i jej "Encounters with wild children" - po czym najczęściej stawali się sceptykami. Zatem jak to jest z tymi dzieciakami wychowywanymi przez zwierzaki?

Dzikość ma tu kilka wymiarów i przez to kilka stopni prawdopodobieństwa. Faktem są dzieci żyjące w karygodnym zaniedbaniu, jak przypadek sześcioletniej Marty M, przetrzymywanej w skrzyni bez kontaktu z ludźmi, głośna sprawa z 2003. Nie ma wątpliwości, iż od pewnego wieku dziecko może przez pewien czas przeżyć samotnie w dżungli. Takim przykładem pochodzącym z naszego kraju była żydowska dziewczynka o imieniu Tzila, który uciekając z getta w Równe (dzisiejsza zachodnia Ukraina) przez 6 tygodni żyła w lesie chowając się przed ludźmi. Z dystansem podchodziłbym do przekazów, iż po odnalezieniu była porośnięta mchem, wydaje się jednak możliwe aby kilkuletnie dziecko mogło przeżyć z tego co odnajdzie w lesie. Zupełnie inną bajką są dzieci wychowywane przez zwierzęta, z podkreśleniem pod słowem wychowane. Nie przez nie tolerowane, nie żywiące się resztkami które zostawiają, a wychowane. Teoria ta opiera się na znanym w przyrodzie zjawisku, w którym samica po utracie młodych wciąż odczuwa silną potrzebę realizacji swego instynktu macierzyńskiego. Obserwowano przypadki, kiedy samica myszy opiekowała się kłaczkiem futra czy kawałkiem tkaniny jakby było jej własnym potomstwem. Czy jednak pies wychowywany przez kangura zacznie skakać na dwóch łapach, a kociak wychowywany przez sukę szczekać, a niestety tak wyglądałaby ta analogia jeśli chodzi o historie dzieci wychowane przez zwierzęta? Z punktu widzenia etologii brzydko tu pachnie. Sama taka idea byłaby realizacją człowieka jako tabula rasy, modeliny przybierającej dowolne formy, moim zdaniem już obalonej przez kognitywistykę i neuropsychologię.

Wiele z historii o dzikich dzieciach, było nawet nie tyle ubarwione, co okazywało się zwyczajnym oszustwem. Dziki chłopiec z Burundi nigdy nie żył z małpami, lecz był chory na autyzm, podobnie jak Lucas mający być wychowankiem pawianów, w rzeczywistości upośledzony chłopiec, któremu mentalność epoki widzącej chore, czarne dziecko przypisało małpich rodziców. Mamy tu historie które nigdy nie wyrosły choćby centymetr poza zwykłą dziecięcą wyobraźnie, jak słynna Misha, która w czasie II Wojny Światowej miała przemierzać Europę wraz ze stadem wilków. Jeszcze inne dzikie dzieci są jak Wielkie Stopy - wszyscy je widzieli, a nikt nie potrafi udowodnić że istnieją - jak dzika dziewczynka z Kansas. Bardzo wiele opowieści o dzikich dzieciach wydają się niewiarygodne, za sprawą opisów które, o ironio, miały dowodzić iż są naprawdę dziećmi wychowywanymi przez zwierzęta. Pochodzący z Fidżi Sujit Kumar, który w latach 70-tych swoje dzieciństwo spędził w kurniku, według przekazów zachowywać się miał jak kura - nosił ręce złożone jak skrzydła, dziobał, drapał w ziemi w poszukiwaniu robaków i spal siedząc na grzędzie. Słynna Amala i Kamala, według ich wybawiciela Josepha Singha, który miał wyszarpać je wilkom z ich nory, posiadały nieludzki, wilczy węch, a także podobnie jak wilki widziały w ciemnościach! Taka charakterystyka jest po prostu niemożliwa, choćby wychowało nas stado najlepiej pedagogicznie usposobionych nietoperzy, nie nauczymy się echolokacji, czy czegokolwiek innego co jest poza naszym biologicznym zasięgiem.

Opowieści w których zwierzęta wychowywały dzieci, jako mity czy jako fajny sensacyjny materiał, wydają się istnieć od zawsze. Przez wieki moda na to jakie zwierzaki będą nas wychowywać ewoluowała. Dziś na pierwszym miejscu plasują się zwierzęta domowe jak psy i koty, jednak w historii tego zjawiska można zaobserwować fale opiekuńczych małp, kilkuwiekową dominacje wilków, a także mniej popularna acz notowane zwierzęta jak krowy, owce, gazele, czy leopardy. We wczesnych odmianach tego typu historii popularne były niedźwiedzie, czym pochwalić się może także Polska. W XVII wieku nasz dziki kraj z dumą donosił o kilku niedźwiedzich chłopcach, nie mniej było ich co najwyżej dwóch, a najprawdopodobniej tylko jeden. Został znaleziony w lasach w okolicach Grodna, po czym został przewieziony na dwór króla Kazimierza do Warszawy, gdzie został ochrzczony pod imieniem Józef. Nie umiał mówić, a jedynie wydawał pomruki podobne do niedźwiedzia. Resztę swego żywota Józef spędził na dworze Piotra Adama Opalińskiego, gdzie przydzielono go do prostych prac fizycznych. Poza brzmiącymi nonsensownie opowiastkami, jak to ukradkiem wymykał się do lasu gdzie dotrzymywał towarzystwa niedźwiedziom, nie ma tak naprawdę żadnych dowodów, że miał coś z nimi wspólnego. Współczesny interes medialny na dzikich dzieciach wciąż kwitnie, choć historie o niemowlakach w zwierzęcych rodzinach powoli odchodzą w zapomnienie. Opowieści są mniej efektowne, lecz jest ich więcej, między 2001 a 2009 naliczyłem ich 32, a więc tyle ile było ich od tej pierwszej daty, aż do początku lat 60-tych. Najsłynniejszym takim przykładem ostatnich lat, który wnosi coś do wątpliwości odnośnie wymiaru w jakim zwierzęta wychowują dzieci, jest Ukrainka Oxana Malaya. Po kilku sekundach z google możemy zobaczyć jak wychowana w budzie z psem Oxana biega na czworakach i szczeka. Jak sama twierdzi wycie do księżyca i drapanie się tylną nogą za uchem sprawia jej przyjemność. Zachowanie te, nazwane w latach 90-tych syndromem Mowgliego, nie figuruje jeszcze w najnowszym wykazie DSM-IV-TR, sporządzanym przez Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Wciąż nie wiele na ten temat wiadomo, sprawa dzikich dzieci jest wciąż otwarta, ważne aby wiedzieć, iż nic nie jest tu jeszcze rozstrzygnięte.

8 marca 2010

Tekstualne metaporadnictwo

Po przeczytaniu "Jak brednie podbiły świat" Francisa Wheena, gdyby tylko ten Pan był Panią mógłbym mieć z nim dziecko. Kapitalna odyseja po świecie głupoty, tym razem głupoty polityczno-społecznej, niemiłosiernie dźganej ostrzem faktów i szpicą weryfikacji. Jeśli chodzi o znęcanie się nad postmodernizmem Wheen jest w tym bardziej bezwzględny niż Sokal, dokładając do merytoryki ataki personalne, jednostronność, manipulacje wizerunkiem przeciwnika i nonszalancje. Mimo to, a może właśnie dzięki temu, książka wygląda mi na kolejne 16 ton rzucone w postmodernizm. Wheen wypomina Foucault jego zachwyt jaskiniowym reżimem Chomeiniego, który ujawnił się po wizycie w Teheranie, po której masowe prześladowania opozycji, Foucault nazwał "niezbędnym i wysoko cenionym dodatkowym poziomem znaczeń". Już tradycyjnie dla tego rodzaju krytyki pojawia się moja ulubiona Luce Irigaray, który w duchu relatywizmu zarzuciła słynnemu wzorowi Einsteina dyskryminowanie innych prędkości przez prędkość światła, zaś fizyków zajmujących się mechaniką ciała sztywnego nazwała seksistami. Wheen z pasją maniaka przypomina jak po śmierci Paula de Mana odnaleziono jego teksty wychwalające eksterminacje Żydów (która dla niego była jedynie "wyzbyciem się z Europy miernot"). Wówczas sam Derrida, zresztą przyjaciel nie mniej wielkiego de Mana, podjął się dekonstrukcji owych tekstów, w wyniku czego okazały się one "zakamuflowanym sprzeciwem wobec antysemityzmu". Aby było śmieszniej, osobom oburzonych pisarskim dorobkiem de Mana w propagandowych gazet SS, Derrida zarzucił faszyzm i nazistowskie zachowanie!

Osobny rozdział Wheen poświęca specyficznym rodzajom bzdur, które niby nimi nie są, a jednak można uznać je za nic nie warte banały. Przykładem takich bezwartościowych truizmów, oczywiście sprzedawanych pod pozorem gnostycznej wiedzy, są rożnej maści poradniki rozwoju osobistego, pisane przez ludzi o skromnych tytułach life-mentorów. Polskie materiały są tu wierną kalką zachodnich trendów, więc i dzięki rodzimym life-mentorom możemy "zdobyć zaufanie w 30 sekund", w "10 minut odmienić swoje życie", następnie "magiczne 30 minut na osiągnięcie szczęścia", aż ostatecznie posiąść "doskonałość w 30 dni". Jeśli uparłbym się przy opisie przy pomocy samych tytułów, dodałbym jeszcze, iż w końcu"czas to pieniądz", choć lepiej "śpieszyć się powoli". Po przejrzeniu opisów blisko 400 takich owoców geniuszu, gdzie osiągnięcie szczęścia i spełnienie marzeń jest kwestią 8 do 60 złotych, da się zauważyć pęd czytelników nie tylko ku bogactwu, ale także ku mannie rozwoju duchowego. Są co prawda mnisi Benedyktyńscy uczący jak żyć, jednak palmę pierwszeństwa dzierżą tu ewidentnie religie wschodu, zresztą sam Dalajlama popełnił taką książkę jak "sztuka szczęścia w pracy". W tym miejscu ukłon w stronę Błażeja, jako że jednym z ich ulubionych słów jest "zen".

Polską blogosferą osobistych rozwijaczy, rządzą jak dla mnie dwa typy autorów. Pierwszą stanowią świeżo upieczeni adepci nowej sztuki motywacji, wykuci w ogniu kursów efektywnej sprzedaży encyklopedii. Zwykle słowa o byciu "proaktywnym" i "uczeniu się na własnych błędach" przelatują na takich spotkaniach bez echa, jest jednak grupa ludzi na których magiczny język coachów robi piorunujące wrażenie. Jeśli połkną tego bakcyla, szybko sami stają się swoimi twórcami. Po czasie charakteryzują się pogardą dla wiedzy akademickiej, w ogóle do wiedzy szkolnej, nazywanej "trocinami". Prawdziwą wartość ma tu wiedza "praktyczna", np. to że skarpetki kupione za 10 złotych można nosić przez 2 lata, zaś te kupowane za 4 złocisze tylko pół roku (autentyczny przykład z takiego bloga). Ideałem jest tu właśnie ta praktyczność, konfrontowana z najobrzydliwszym ze wszystkich pojęć, słowem "teoria". Inną klasą orędowników prostych formuł na klawe życie są blogujący managerzy. W tym miejscu praktyka przeradza się w wyższą formę wtajemniczenia - w doświadczenia. Takie pisarstwo składa się głównie z fascynacji NLP. dowodów anegdotycznych, opowiastek o tym jak pan X nie skończył szkoły a odniósł sukces, plus tak cenna wiedza jak to by na rozmowę kwalifikacyjną nie przychodzić pijanym i brudnym.

Tym co mogłoby spiąć trzy wcześniejsze akapity, jest pisarstwo pozbawione treści. Dane, dowody, eksperymenty, statystyki - wszystko wydaje się zbędne przy mądrości wziętej wprost z życia. Przy okazji, nieźle się przy tym cza natrudzić, aby zakamuflować fakt pisanie truizmów, najlepiej nawymyślać na nie jakieś nowe nazwę, tak by wszystko to brzmiało inteligentniej. Zastanawiające, iż autorami jak i odbiorcami tych dwóch rodzajów pisarstwa są przecież inteligentni ludzie. Zarówno miłośnicy postmodernizmu jak filozofujących marketingowców pretendują do grono wrażliwych innowatorów, osób którym dano uchylić rąbka zagadki życia. Istnieje oczywiście i druga opcją - iż piszę to bo jestem kłębowiskiem negatywnej energii, nieporadnym życiowo zawistnikiem, pozbawionym perspektywy na sukces jaki odnieśli ci ludzie - i pewnie też ma coś w sobie.