24 stycznia 2010

Seks, kosmici i kasety wideo

Jeśli ktoś nie wie co sądzić o UFO, a w przeciwieństwie do mnie, ma do roboty coś ciekawszego niż przekopywanie się przez sterty niedorzeczności, wystarczy aby zdefiniował sobie co oznacza dla niego dowód. Jeśli satysfakcjonują nas opowieści, bardzo dużo opowieści, kilkadziesiąt milionów opowieści, UFO będzie zjawiskiem godnym uwagi. Jeśli przekonują nas nas zdjęcia i kasety wideo sekcji obcych czy filmiki spodków - UFO będzie dla nas jak niezaprzeczalny fakt! Jeśli jednak, zgodnie z oczekiwaniami co do skali tego zjawiska, wolelibyśmy kawałeczek skóry kosmity wygrzebany zza paznokci uprowadzonych ludzi, albo jakiś ładny implant, których to ponoć pełno - z takimi żądaniami raczej nie zostaniemy ufologami. Namacalny dowodów wciąż brak, a przecież według ufo-entuzjastów trochę tego cholerstwa nam już pospadało - i bynajmniej nie chodzi tu jedynie o Roswell. Kosmici mieli swoje twarde lądowanie w USA co najmniej czterokrotnie: w Roswell w 1947; w Laredo w 1948; w okolicach Del Rio w 1955; oraz w Pensylwanii w 1965. W Wielkiej Brytanii latające spodki rozbijały się dwukrotnie: w 1974 i 1980 - a mamy przecież, jeszcze katastrofę UFO u wybrzeży Kanady, w Meksyku, w Związku Radzieckim i w Brazylii. Toż to nawet słynne Tu-144, cenionej marki Tupolew, prezentowały się solidniej! Nawiasem mówiąc istnieje sporo relacji o tym jak kosmici reperowali swoje spodki, a nawet lądowali na czyichś posesjach aby prosić o narzędzia. Mimo tego, że ta kosmiczna graciarnia najwidoczniej sypie się w powietrzu, nie mamy nawet śrubki z takiego statku.

Jeśli kogoś przekonuje owe multum opowieści, musi je wszystkie wziąć z dobrodziejstwem inwentarza, bo najczęściej nie sposób ani ich potwierdzić ani definitywnie zdyskredytować. Nie wszystkie jednak pasują do wizji kosmitów jaką lansują ufolodzy, i z racji tego stają się trochę mniej prawdziwe. Tymczasem rzetelny badacz nie powinien dobierać sobie wygodnych dla siebie danych, nawet jeśli ich absurd osiąga tu rozmiar - dosłownie i w przenośni - kosmiczny. Po moim niedawnym nasmiechiwaniu się z aseksualności obcych, teraz zostało mi to wszystko odszczekać. Zainspirowany produkcją The World's Strangest UFO Stories w reżyserii Martina Williamsa, poszperałem tu i ówdzie i okazało się, że powszechność jurnych kosmitek, którym w głowie jeno seks z Ziemianami, jest większa niż mi się wydawało. Pytanie jakie mógłbym zadać odnośnie tej kosmicznej chuci, to nie tylko "czemu nie zabrały mnie", ale też czemu nie informuje się o tym szerzej, szczególnie że skala działalności tych kosmicznych nimfomanek, jest wcale nie mała!

Pierwszym który stracił dziewictwo z kosmitkami (co zresztą z dumą podkreślał) był Howard Menger. Pierwszą ofiarą seksualnego magnetyzmu Howarda była Wenusjanka (wyraźny wpływ naszego rodaka "Dżordża" Adamskiego), którą wyrwał w New Jersey, kiedy przebywał tam z rodzicami. Jak przyznaje był obiektem prawdziwej sercowej zawieruchy, jako że poderwał także siostrę swojej pierwszej kochanki. Za pierwszego międzygwiezdnego uwodziciela uważa się Brazylijczyka pana Antonio Villas Boas'a (choć niesłusznie, jako że poczciwy Howard wyprzedził go o rok), który w 1957 został porwany ze swojego traktora wprost do latającego spodka. Od tego miejsca jest kilka wersji, w jednych kosmitka była ładna, w innych brzydka, tak czy owak elegancko umyła Antonia gąbką, a następnie w ciągu 40 minut Brazylijczyk odbył z nią dwa stosunki. Jeśli chodzi o moc wrażeń, wszystkich deklasuje Riley Martin, który na orbicie Saturna uczestniczył w orgiach, urządzanych przez Biaviianki - kolejną niewyżytą rasę obcych. Kosmitki postanowiły usatysfakcjonować go nie tylko erotycznie ale i finansowo. Wgrały w jego głowę 144 tysiące symboli dla 144 tysięcy osób (biblijna liczba), a Martin sprzedaje teraz owe znaczki jako bilety wstępu na statek-matkę, który przyleci na Ziemie w 2012. O wiele poważniej do sprawy podchodzi David Huggins, dla którego seks z obcymi to nie tylko przelotna przygoda, a emocjonalny związek z jego wszystkimi konsekwencjami. Konsekwencje przez duże "K" - jeśli wierzyć, iż rzeczywiście jest ojcem ponad 60 hybryd zrodzonych z nieziemskich matek i jego ziemskiego nasienia. Wydaje się, że sam Huggins nie do końca wierzy w to co mówi, co wykazał wykrywacz kłamstw którym podano go w 1997, nie przeszkadza mu to jednak w sprzedaży swoich obrazów (obok jeden z nich), będących relacjami z jego seksualnych perypetii. Tym który dostrzegł złotą żyłkę biegnącą wprost z kosmosu, był i pisarz Whitley Strieber. Zapewne zapatrzony na dorobek Ronalda Hubbarda, twórcy kościoła scjentologów, on także zrozumiał, że opisywana fikcja sprzedaje się jeszcze lepiej kiedy nazwiemy ją prawdą. Po swojej kosmicznej, seksualnej eskapadzie w 1986 roku, zaczął zbierać przychodzące do niego listy z opisami adekwatnych doświadczeń, wypuszczając z tego książkę The Communion Letters. Opisuje ona 115 podobnych przypadków, a to znaczy, że szajka międzygwiezdnych molestantów jest większa niż pierwotnie przypuszczano.

Jeśli powątpiewamy w prawdziwość tych opowiastek, ich genezy można poszukać w literaturze s-f. Za pierwsze działo tego gatunku uważa się "Prawdziwą Historie" Lukiana z Samosat, którego bohater ląduje na Księżycu, którego mieszkańcy prowadzą wojnę ze Słońcem (parodia Iliady). Są to sami mężczyźni, więc aby się rozmnażać zakopują swoje lewe jądra w ziemi, a rodzące się z nich rośliny "wykluwają" kolejnych chłopców. Od czasu "Prawdziwej Historii" wszystkie niewiarygodne opowieści, zawierać będą w swoim tytule element uwiarygodniający: bzdurne filmy będą zaczynać się od "cała prawda o..."; zmanipulowane zdjęcie poznać będzie najłatwiej po opisie "autentyczne!" koniecznie z wykrzyknikiem; zaś gazety drukujące zmyślone duperele upodobają sobie słowo "fakt". Od czasów 'Prawdziwej Historii' motyw jednopłciowych kosmitów będzie dość popularny, zaś samce wypożyczane do rozpłodu także nie będą rzadkością. Społeczność kosmicznych kobiet z potrzebą rozrodu, opisał w swojej noweli Virgin Planet Poul Anderson już w latach 50-tych, co później kontynuowała Joanna Russ jak i wielu, wielu innych. Tym którym takie seksualne sługusostwo nie w smak, radzę zakupić chroniące przed porwaniem, kasko-czepki Michaela Menkina, pozostałym, no cóż, jedynie cierpliwe czekać na swoją kolej.

16 stycznia 2010

O zjawisku niestety nieistniejącym

Andriej Tarkowski mawiał, że zjawiska paranormalne są zbyt interesujące, aby mogły istnieć w tak nudnym świecie. Mi wydaje się, iż są zbyt pocieszne, zbyt dobrotliwe, aby istnieć w świecie tak niesprawiedliwym. Żyć dalej mimo śmierci, móc porozmawiać z bliskimi którzy już odeszli, mieć przy sobie opiekuńcze duchy, a nad sobą wszechmocną postać która nas kocha - perspektywy zbyt piękne aby mogły być prawdziwe. Nadnaturalność omija szerokim łukiem nawet tych, dla których te super moce byłyby jedynie namiastką tego, co w odebrał im los. Nie jest prawdą, że osoby poświęcające swój wolny czas na walkę z nonsensem, cieszyłyby się na wieść o dowiedzeniu, iż Dobrotliwy Pan spełniający życzenia okazał się faktem Istnienie opisanego poniżej zjawiska byłoby tu przejawem elementarnej sprawiedliwości - niestety pomimo powszechnych przekonań, nic takiego nie zachodzi. Pod tą iluzją ugiął się nawet Carl Sagan, tworząc w swoi, "Kontakcie" postać Kenta, niewidomego radiooperatora obdarzonego niezwykłym słuchem. Zatem czy osoby niewidome i głuche, mają rzeczywiście wyostrzone zmysły na tyle, iż pozwalają im dostrzec nawet to, co niemożliwe dla innych?

Nie wiele osób wie, iż nie wszyscy oblali test organizowany przez James Randi Educational Foundation. Twierdzi się, że James Randi wychodził z pojedynków z parauzdolnionymi zawsze zwycięsko - a to nieprawda. W 1982 z badaniem podwójnie ślepej próby poradził sobie doktor Artur Lintgen. Dowiódł on czegoś, wydaje się niemożliwego - zwracając uwagę jedynie na charakterystyczne rowki jakie pokrywają winylową płytę, potrafił rozpoznać utwór jaki krył się pod owymi żłobieniami. W wyniku nieporozumień, wyobrażano sobie Lintgena, który niczym palcem w roli gramofonowej igły, odczytywał z płyt co tylko chciała W rzeczywistości doktor obserwował rowki przy pomocy powiększających okularów i wiedząc jak wygląda zapis konkretnych utworów, potrafił dopasować je do obserwowanych - co oczywiście również jest imponujące. Nie mniej całą opowieść uwiarygodniła historie o niewidomych czytających zwykłe gazety opuszkami palców. Dzięki rozwojowi nauk spod szyldu neuroscience odkryliśmy, iż głuchoniemy posługujący się językiem migowym, używają do tego partii mózgu odpowiedzialnych za mowę (płat skroniowy), zaś niewidomi czytający alfabetem Braille'a, używają do tego obszaru zwykle odpowiedzialnego za wzrok (płat potyliczny). Po tej informacji wydaje się już pewne, że super-wyostrzone zmysły rekompensować będą wszystkie niedogodności niepełnosprawnych. Oddaje zatem głos redaktorowi naczelnemu, czasopisma Polskiego Związku Niewidomych Stanisławowi Kotowskiemu:

Niewidomi mają doskonały dotyk, słuch, węch i inne zmysły? Posiadają też "szósty zmysł"? Z lęków, z braku zrozumienia rodzą się mity, fałszywe opinie, tłumaczenie zjawisk w sposób mało realny, niekiedy magiczny, daleki od rzeczywistości Psychologowie i fizjologowie udowodnili, że wrażliwości zmysłów nie można zwiększyć. Jeżeli np. ktoś widzi czarne przedmioty o wymiarach 0,2 milimetra na białym tle, to bez zastosowania pomocy optycznych nie można przez ćwiczenie osiągnąć, żeby widział przedmioty 0,1 milimetra. Podobnie, jeżeli opuszkami palców wyczuwa nacisk np. 0,2 grama, to nie da się dotyku usprawnić tak, aby wyczuwał nacisk 0,1 grama. Podobnie ze słuchem. Nie można usprawnić go tak, żeby obniżyć próg wrażliwości chociażby o ułamek decybela. Skąd zatem biorą się poglądy o cudownym słuchu i dotyku niewidomych? Niewidomi słyszą to, czego nie słyszą inni ludzie, i biegle czytają pismo punktowe. Przerasta to wyobraźnię. Trzeba mieć wyjątkowo dobry dotyk. Wydaje się, że dotyk i słuch niewidomych są szczególnie czułe, doskonałe, wrażliwe. Tymczasem tak nie jest. Badania wykazały, że większość ludzi ma równie doskonały, a może nawet doskonalszy słuch i dotyk niż większość niewidomych. Niestety, często niewidomi wzmacniają podobne poglądy i podobne myślenie. Popisują się "doskonałym dotykiem", "doskonałym słuchem", "nadzwyczajną koncentracją uwagi" itp. Czasami robią to dla żartu, niekiedy sami wierzą w swoje nadzwyczajne zdolności.

Już Martin Gardner, opisując dermooptyków w książce "Ekscentryczne teorie", wymownie pytał, czemu umiejętności rozpoznawania kolorów palcami nie prezentują niewidomi - skądinąd główni zainteresowani aby posiąść takie umiejętności. Cała historia dermooptyki, to historia trików zdejmowania zawiązanej na oczach opaski. Sfera zjawisk paranormalnych niestety nie przyszła z pomocą niepełnosprawnym. Myślę, że nieźle puentuje to passus Che Guevary, choć pierwotnie odnosił się do czego innego, w tym kontekście wymownie brzmi w ustach racjonalistów: "bądźcie realistami i żądajcie niemożliwego!".

9 stycznia 2010

Bańki, krwiaki i siniaki

Jakiś czas temu napisał do mnie Jurek, ze słuszną uwagą, iż polscy sceptycy niechętnie zamiatają na własnym podwórku. Rzecz dotyczyła Stefana Ossowieckiego, znanego przedwojennego mediumisty, któremu przypisywano każdą paranormalną umiejętność o jakiej wtenczas słyszano. Wspólnymi siłami jakoś zmierzyliśmy się z tematem, niemniej na próżno szukać w polskim internecie słów zdroworozsądkowej krytyki, tak jakby dla polskiej sceny debunkerów, największy XX-wieczny hochsztapler tego kraju w ogóle nie istniał. Odnoszę te słowa także do siebie. Nasza hobbistyczna scena kolekcjonerów bzdurnych (acz uważanych powszechnie za prawdziwe) idei, jest jak na razie skromniutka. Większość inspiruje się zachodnimi tekstami, w zasadzie o czym by nie napisać po polsku, jest się z tym pierwszym. Naturalnie kusi aby nabazgrać coś o Urli Gellerze, gdzie w informacjach można przebierać. Jest coś groteskowego w tym, że aby poznać tricki Teofila Modrzejewskiego (pseudonim Franek Kluski), zawitać trzeba na stronę... japońskich sceptyków. Istne kuriozum, że ludzie z końca Ziemi potrafią rozszyfrować odlewy jego duchów, kiedy my mając to pod nosem, nie potrafiliśmy tego dokonać przez 80 lat.

W ramach rehabilitacji, trochę o swojskiej medycynie alternatywnej, której popularność od lat 80-tych stopniowo spada, jednak śmiem twierdzić że i tak wciąż przewyższa np. akupunkturę. Mi bańki kojarzą się z emerytowanymi pielęgniarkami, sam będąc dzieckiem otarłem się o ten zabieg, przed którym uchroniło mnie czujne oko mojej matki. Bańki pochodzą wprost ze starożytności, bańki stawiać miał sam Hipokrates. Większość cieszy tak odległy rodowód - jejciu, jaka ta metoda leczenia jest stara, a jak wiadomo starożytni sroce spod ogona nie wypadli. Powinno być raczej odwrotnie, wiadomość o starożytnej genezie powinna nie uwiarygadniać a niepokoić. Znając poziom tej wiedzy, fakt że coś jest jej owocem mnie przeraża. Jeszcze w XVIII wieku, pomimo sporych postępów, jak opis krążenia krwi Harveya z 1628, medyna raczej szkodziła niż pomagała. Znamienne, że człowiek leczący się u ówczesnych lekarzy, żył statystycznie krócej niż ten, którego nie było stać na pomoc pana doktora.

Co by nie mówić i jak nie racjonalizować baniek, są one jedynie odmienią flebotomii - najzwyklejszego w świecie puszczania krwi. Dziś wszyscy nie dowierzają, jak można było nie dostrzec korelacji między upuszczaniem krwi a pogorszeniem się zdrowia tak leczonych ludzi, jednocześnie znajdziemy w internecie wpisy lekarzy (!) zalecających ten subtelny, bańkowy rodzaj flebotomii. Teoria jest prosta jak budowa cepa: wyciek krwi do tkanek pobudza układ odpornościowy. Po co jednak bańki? Lepiej poprosić zonę czy dziewczynę o malinkę, albo pieprznąć się młotkiem w nogę i zrobić sobie siniaka. Krwiak jest krwiakiem niezależnie czy robimy go magiczną bańką, czy wjeżdżając rowerem w koleine i wylatując przez kierownice. Aby ukrócić ewentualną dyskusje, czy siniaki rzeczywiście są tak zbawienne, oto lista chorób jakie leczą - serwowana przez tych samych ludzi, którzy cieszą się kiedy nabiją sobie guza: choroby układu oddechowego, choroby narządów wewnętrznych, jamy brzusznej, układu kostno-szkieletowego i moczowo-płciowego, a nawet nowotwory! W ty miejscu głos zabrało American Cancer Society, iż nie ma absolutnie żadnych dowodów, że bańki są skuteczną metodą walki z rakiem, czy z jakąkolwiek inną chorobą. Dla wszystkich którzy bronią "naturalnych metod leczenia", stawianie baniek jest przykładem medycyny alternatywnej która ewidentnie szkodzi, szpeci i kaleczy człowieka. Wydaje się, że takie metoda winny być naszym wrogiem w pierwszej kolejności. Tak czy owak, strzeżcie się położne z bańką za pazuchą!

7 stycznia 2010

Ja versus Jackowski

Polacy mogą być już znużeni walkami stulecia, szczególnie że owe walki stulecia wypadają ostatnio dwa razy w miesiącu. Tym razem do boju stają naprawdę wielkie kalibry, przy których Pudzian i Gołota to jedynie ulepszona wersje boksujących kangurów. Widzieć przyszłość, znać każdy kawalątek jutra, ha, to dopiero potęga. W styczniu zeszłego roku wyzwałem na ten bój dyżurnego jasnowidza tego kraju Krzysztofa Jackowskiego. Zasady nad wyraz proste, on zgaduje, to znaczy opisuje co widzi w roku 2008 - ja dorzucam swoje trzy grosze - i za rok sprawdzamy który z nas był bliższy prawdy. Przed rokiem towarzyszyły temu 2 pytania: co rzeczywiście się sprawdzi i czy wspomnę o tej rywalizacji jeśli przegram. Na moje szczęście drugiej opcji nie będę musiał analizować.
W przepowiedniach równie znaczące jak to co przepowiedziano, jest to co przegapiono - i rzeczywiście, mogliśmy napisać coś o śmierci Jacksona, ostatecznie znaleźli się jasnowidze którzy tą śmierć przepowiedzieli, No cóż, śmierć Jacksona pojawiała się w przepowiedniach już od lat, więc kiedyś musiała się ziścić. Jackowski popełnia tu oczywiście błąd wróżbiarskiego cepa, wieszcząc zupełnie nieprawdopodobne sytuacje, jak wojna w 2009 roku na terenie Polski czy ten nieszczęsny reaktor. Dobra przepowiednia nie obejdzie się bez katastrofizmu, jednak nie warto przy tym zrywać z rzeczywistością. W ślepo można typować jakąś epidemie, mniej lub bardziej wykreowaną przez media. Zawsze znajdzie się jakaś fajna odmiana grypy, ptasiej, świńskiej, może w tym roku grypa hipopotamów nilowych, kto wie? Zawsze pałętają się jakieś choróbska, zaś reaktory wybuchają nieczęsto, w zasadzie nigdy. Ze śmiercią znanemu księdza Jackowskiemu się wybitnie nie poszczęściło, czego ja nie mogę powiedzieć o utracie popularności przez Dodę.

Chyba najważniejszą zasadą dobrego jasnowidztwa jest pisać jak najwięcej. Jeśli dobrze poszperać, można znaleźć przepowiednie rokujące różnego rodzaju sensacje na każdy dzień tego roku. Myślę, że zamach na Obame jest takim rodzajem przepowiedni, że udałoby się znaleźć 365 jasnowidzów, tak że obstawilibyśmy każdy dzień w roku jego domniemanej śmierci. Jeśli piszemy dużo, w końcu po prosu musimy trafić. Jeśli nie przepowiadamy rzeczy prawdopodobnych, wynikających z naszej obserwacji świata, i wolimy uderzać w ton rewelacji, pisanie tego wprost nie jest najlepszym pomysłem. Wypadałoby pisać konkretnie a zarazem ogólnie - opisywać szczegółowo, przy tym nie do końca tłumacząc, co tak naprawdę szczegółowo opisujemy. Majstersztykiem takiego pisarstwa są nostradamusowe centurie - przepowiednie opisujące nie wiadomo co i nie wiadomo kiedy. Najwidoczniej Jackowski urodził się kilkaset lat za wcześnie, przez co jego gwiazda chyba chyli się ku upadkowi.